Najważniejsza częśc "namieszania" polega na tym, że całkowicie zmieniłem ideę prezentowania serwisów ze zdjęciami. Złapałem się na tym, że coraz dłużej je przygotowuję i piekny skąd inąd pomysł, żeby zdjęcia nie tylko umieszczać w internecie ale i pięknie opisywać, ostatnio już jakoś nie działa.
Na pytanie: "Jak przygotować zdjecia do umieszczenia w Galerii ?", odpowiadam w tekście "Galeria fotografii a Picasa" znajdującym się w dziale "Wiedza tajemna". Zapraszam do nowej galerii - najlepiej ogląda się zdjęcia w rozdzielczości 1024x768, choć w rozdzielczości 800x600 też wszystko widać.
Są tam już:
Wiem, temat „za ciemne zdjęcia” przewija się od dawna. Niestety sprawa, z pozoru błaha, jest (prawie) nie do rozwiązania, głównie z powodu … monitora. Przeznaczony jest on raczej do poprawnego wyświetlania grafiki kontrastowej (teksty, arkusze) i zniekształca dość mocno każdy obraz o dużej rozpiętości tonalnej (szczegóły w najciemniejszych i najjaśniejszych partiach obrazu). Choć pomaga na to nieco odpowiednia regulacja, ale uwaga (!) – dobrze ustawiony monitor do zdjęć będzie się wydawał ewidentnie za jasny, szczególnie w nocy, do „normalnej” pracy, np. w edytorze tekstów.

Bez specjalnych programów umożliwiających korekcję gamma monitora, zazwyczaj nie da się go dobrze ustawić, ale spróbować można, nawet należy. Tym bardziej, że każdy użytkownik komputera ma tendencję do zmniejszania jasności a podwyższania kontrastu, co skutkuje złym odwzorowaniem detali na fotografiach, zwłaszcza w cieniach.
Ideału raczej nie uda się osiągnąć, więc trzeba wybrać jakiś kompromis.
Prawie wszystkie nasze wspólne wyjazdy można zaliczyć do udanych, ale jesienny wyjazd do Mucznego chyba pobił wszystko. Dopisała pogoda, humory, nastroje, jedzenie - jak zwykle w Mucznem - było znakomite a wycieczki ciekawe i "wyrypiaste". Nirwana jakaś, czy co?
Serwis był już publikowany - jeszcze w starej galerii - ale zacząłem go przenosić do nowej. Dodałem:
Tegoroczny, "wiosenny" wyjazd do Jaworek był raczje "zimowy". W górach często śniegu na Wielkanoc nie brakuje, tym razem było go aż tyle, że dzieci (młodzież) wybrała się - w Niedzielę Wielkanocną - na narty na Palenicę.
Impreza u Miśków, która odbyła się w nowym domu pod Gliwicami, miała kilka głównych (oprócz pobocznych) atrakcji:
Grill pod Paryzem udal sie wysmienicie.Zjawilo sie o dziwo az 15 osob co w przypadku nudnych nieruchliwych francuzow jest czyms doprawdy wyjatkowym (najchetniej siedzieli by w swoich ogrodkach lub przed swoimi telewizorami).Nie liczylam dokladnie, ale zdaje sie, ze impreza sie udala bo w istocie Francuzi byli w mniejszosci.Byly dwie Polki: ja i moja kolezanka Ewa,mieszkaniec Wybrzeza Kosci Sloniowej-Emanuel, Chinka Dan Xu, no i moja rowniez obecnie wspollokatorka Laura prosto z Barcelony.Tak wiec Emanuel grillowal poska kielbase slaska,ktora zajadali sie ci... Francuzi.Na deser byl prawdziwy polski sernik ale przyznam ze francuska tarta z morelami przyniesiona przez jednego ze znajomych nie ustepowala mu jakoscia.Najwytrwalsi (czyli miedzy innymi ja) wytrwali do 6 rano. Fscynujace jest imprezowanie w tak miesznym kulturowo i narodowo towarzystwie,gdzie jednak (prawie wszyscy) zajadajasie wspolnie slaska kielbasa!
W galerii umieściłem już wszystkie zdjęcia z bagien, brakuje tylko opisów, które wkrótce dołożę - czyli prawie gotowe. Powyżej kilka charakterystycznych obrazków:
Ogłaszam, że pojawiły się już zdjęcia z mazur w galerii. Zdjęcia podzielone są według autorów. Zdjęć było bardzo dużo (tzn kolo 450 w sumie) więc wszystkich zamieścić się nie dało. Starałam się wybrać jakieś ciekawe, ale być może autorzy będą mieli na ten temat inne zdanie. W razie wątpliwości co do doboru zdjęć proszę o informacje :) wszystko da się zmienić.
Na poczatku wrzesnia miało miejsce nasze (moje i Moniki) pożegnanie z Paryżem. Do Paryża i z powrotem pędziłem jak wiatr:
5 dni, 4000 km, z tego ze 300 po Paryżu i okolicach. Zdjęć z tego wyjazdu mam tylko kilka i zamieściłem je w galerii.
Do albumu Mazury 2005 dodałam jeszcze kilka filmów oraz opisy do zdjęć. Miłego oglądania.
Zacząłem odrabiać zaległości. W galerii są już fotografie z Mucznego - moje oraz Moniki. Na zachętę załączam jedno z lepszych zdjęć z jesiennego wyjazdu: "Świt w leśniczówce w Mucznem". Nie pytajcie jakim cudem zrobiłem zdjęcie o świcie. O świcie mogłem być na nogach tylko zbudzony przez Marysię i to tylko w wiadomym celu. W innych celach nie pozwalam się budzić o świcie.
Opis - wkrótce.
Na razie umieściłem w galerii swoje zdjęcia wraz z wybranymi zdjęciami Tutki. Za sprawą tej ostatniej zdjęć ze ślubu jest tyle (setki), że nie tylko trudno je zobaczyć (oglądanie na TV trwało ponad godzinę) ale i trudno wybrać ich "reprezentatywną próbkę".
Podczas - jeszcze zimowej - wycieczki do Grudziądza, oglądałem (miałem zaszczyt oglądać) nie tylko grafiki Rembrandt'a, ale i Cytadelę w Grudziądzu.
…. Twierdzę grudziądzką wzniesiono 1,5 km na północ od miasta, na wysokim nadwiślańskim plateau (60 m n.p.m.), tuż przy skarpie wiślanej. Od północy i wschodu otaczała ją Osa, a od południa kanał Trynka….
Nawet nie wypada mi się wysilać na więcej, ponieważ znakomity, pełny i kompetentny opis fortyfikacji „Wielkiej Twierdzy Grudziądz” znajdziecie na stronie: miasta Grudziądz
Podzielę się z Wami jedynie informacjami praktycznymi:
Swoje zdjęcia połaczyłem ze zdjęciami Wojtka i umiesiłem w galerii, natomiast krótkie sprawozdanie z wyjazdu zmieszczam w dziale "Turystyka".Już kilka razy sam dałem się nabrać na to, że "wspomnienia" z wyjazdów zacząłem od umieszczania zdjęć w portalu. I ... na tym się skończyło.
Tym razem byłem twardy i tak długo trzymałem Was w niepewności (O co chodzi? Nie ma czasu?), aż spłodziłem sprawozdanie. Na zdjęcia z Roztocza zapraszam więc do Galerii fotografii, a na sprawozdanie z wakacji - do działu turystyka.
Na razie udało mi się umiesić w galerii zdjęcia: moje, szreka oraz leszka, oczekuję więc potulnie na resztę czyli zdjęcia Moniki.
Na zdjęcia z Mucznego zapraszam do Galerii fotografii, a na sprawozdanie z wyjazdu - do działu turystyka.
Naprawdę bardzo wszystkich przepraszam, w szczególności Tomka, za niewybaczalną opieszałość w aktualizowaniu naszej galerii fotografii. Na razie - z wyjazdu do Banicy - są tylko zdjęcia Tomka, pozostałych proszę więc o przesłanie swoich zdjęć. Obiecuję, że będę mniej opieszały.
Przy okazji...
Tomek wpadł na doskonały pomysł przygotowania swojego albumu w programie Picasa. Program jest świetny (szczególnie w przypadku ogranizowania dużej biblioteki zdjęć na komputerze), darmowy, a dla naszych (galerii) potrzeb najlepiej będzie w nim zrobić tak (szczegóły w tekście "Galeria fotografii a Picasa", który znajdziecie w dziale "Wiedza tajemna"):
Album zostanie zapisany w folderze ... Moje dokumenty\Eksport WWW Picasa\...nazwa_albumu\. Wystarczy spakować (np. zip) cały folder i wysłać do mnie. Zaimportowanie tak przygotowanego albumu do naszej galerii, to błysk szprychy - wtedy jeszcze trudniej będzie mi się usprawiedliwiać i ociągać.
Pomyślałem, że chętnie dodałbym jakiś komentarz do zdjęć z RPA, ale nie miałem gdzie. Na razie przygotowałem więc post "zachęcający" - mam nadzieję, że ulegnie rozbudowie.
(RN)
Pod takim to przekornym tytułem ukazał się (dawno temu, tzn. w II poł. ubiegłego wieku) w Wierchach artykuł Jacka Kolbuszewskiego na temat poezji tatrzańskiej, tzn. poezji z Tatrami w tle. Pan Kolbuszewski, historyk literatury, prof. filologii w Uniwersytecie Wrocławskim był wtedy (i do dziś pewnie jest) znawcą literatury „górskiej” i we wspomnianym artykule bezlitośnie chłostał biczem satyry prawie wszystko, co napisano o łzach, westchnieniach, biciu serca, wzlotach i upadkach wśród turni, głazów, kosodrzewiny i hal.
Nauczyłem się z tego, że – podobnie jak nie da się namalować obrazu – nie da się napisać o górach nic, co by nie pachniało kiczem i grafomaństwem a co najmniej jest to tak trudne, że lepiej nie próbować. Powstrzymuję się więc przed opisywaniem emocjonalnych wrażeń z naszego – z Marysią – bardzo udanego wyjazdu w Tatry. Podaję suche fakty.
Był oczywiście bardzo ambitny i skomplikowany logistycznie. W sobotę, grupa rekreacyjna (ja z Marysią) dostaje się do Doliny Wielickiej i tam nocuje, w Śląskim Domu. Natomiast grupa sportowa (Zbyszek z Kamilem i dziewczyną Kamila) idzie z Łysej Polany Doliną Jaworową i przez Przeł. Lodową do Chaty Teryho, gdzie nocuje. W niedzielę emeryci przechodzą przez Polski Grzebień i Rohatkę do Dol. Staroleśnej (Chata Zbójnicka) a sportowcy dochodzą tam przez Czerwoną Ławkę. Powitania, uściski i wspólne zejście do Bilikovej Chaty. Część sportowców wraca do domu, Zbyszek zostaje z emerytami do wtorku. Poniedziałek – leczenie ran w jakichś termalnych źródłach.

Emeryci oczywiście wymiękli - na Polskim Grzebieniu. Ja już miałem prawie dość a Marysia oprotestowała wspinaczkę półką ubezpieczoną łańcuchami. Nastąpił więc odwrót i zejście do Śląskiego Domu a ponieważ było bardzo wcześnie - Uwaga! W Śląskim Domu śniadanie podaje się od 5-tej (!) do 8-mej, więc chcąc niechcąc w góry wychodzi się przed 9-tą – postanowiliśmy zejść magistralą na Hrebenok (Bilikova Chata). To był błąd, bo (a) chodzenie Magistralą to obciach (b) schodzi się ok. 500m w dół i to głównie po kamieniach, co nieźle „daje” po nogach.
Sportowcy oczywiście wykonali swój plan i w południe byli w Zbójnickiej Chacie a potem zbiegli do Bilikowej Chaty w czasie poniżej 2 godzin (700m w dół !). Tam spotkaliśmy się na pysznej kolacji. Piwo (ze 3 na głowę) tak „podbiło” nastrój, że prawie zapomnieliśmy o bolących mięśniach i … samochodzie, który zostawiliśmy w Dol. Wielickiej.
W poniedziałek najpierw sportowiec Zbyszek poszedł po auto, tą samą Magistralą, którą schodziliśmy poprzedniego dnia. „Poszedł” to nieadekwatne określenie, bo trasę, którą schodziliśmy ok. 3 godziny pokonał pod górę w półtorej! Potem – jak było w planie – rzeczywiści leczyliśmy nogi (oj!) w termalnych źródłach. Niewiele to zresztą pomogło, bo i tak nogi bolały mnie co najmniej do środy, ale przynajmniej odpoczęliśmy i jeszcze wieczorem poszliśmy na spacer do Wodospadów (jest ich kilka) Zimnej Wody.

Tatr Słowackich, takich, jakie znacie już niestety nie ma. W wyniku tzw. Velkiej Kalamity czyli huraganu, który wiał po południowej stronie 19 listopada 2004 roku, u podnóża Tatr (od Szczyrbskiego Plesa do Tatrzańskiej Łomnicy) ZNIKNĄŁ las. Nie ma. Taki np. Smokowiec jest po prostu w „szczerym polu”. W polu, na którym rośnie – całymi hektarami - wierzbówka kiprzyca (Epilobium angustifolium L.). Z daleka wygląda to nawet ładnie, np. z Magistrali widać w dole bezkresne różowo-fioletowe pola, ale z bliska? Zupełnie jak tajga po katastrofie tunguskiej.
Na szczęście kataklizm oszczędził las gdzieś od 1100m wzwyż, więc wyżej w górach aż takich strat nie ma i zainteresowanych pięknem tatrzańskiej przyrody odsyłam do galerii – jest i lilia złotogłów (Lilium martagon L.) i świstak (Marmota marmota) i rusałka pokrzywnik (Aglais urticae).
"Wspomnienia" z wakcji zacząłem od umieszczenia zdjęć w portalu. I ... mam nadzieję, że na tym się nie skończy. Na zdjęcia z Warmii i Mazur zapraszam więc do Galerii fotografii, a na sprawozdanie z wakacji - do działu turystyka.
"Pogoniony" nieco przez MUC Monikę, jakoś się sprężyłem i umieściłem już zdjęcia w Portalu. Można je obejrzeć w galerii a sprawozdanie przeczytać w dziale "turystyka".
Nadrabiając zaległości umieszczam krótki serwis z wyjazdu na narty. Mnie osobiście, najbardziej osobliwym zdjęciem wydaje się to obok.
Gliwice, lato 2018r.. Gwałtowne zmiany klimatu związane (wiadomo!) z trwającym od końca ubiegłego wieku globalnym ociepleniem powodują, że na opustoszałych ulicach Gliwic (wiekszość mieszkańców przeniosła sie do cieplejszych krajów, głównie na Grenlandię) szaleje przemoc i zbrodnia. Mamy jednak dobre wiadomości. Władze miasta zakupiły 2 najnowsze modele cyborgów obronnych - Terminator (1) i Terminator (2), doskonałych do walk ulicznych z bandami. Cyborgi, w specjalnej wersji "Extreme Ice", nadają się nie tylko do pracy w warunkach letnich (od 0° do -20°) ale i zimowych (nawet poniżej -50°).
Oczywiście nie mogę się powstrzymać przed zadaniem kolejnej zagadki. Zdjęcie obok przedstawia Wojtka podczas posiłku w barze na stokach Kubińskiej Holi. Pytanie (Uwaga! Trudne!) jest następujące: Co, ach co je Pan Wojtek?
Po odwiedzeniu "poetyckiego" portalu Zuzi z pewną dozą nieśmiałości umieszczam w kolejnym serwisie zdjęcia z tegorocznego świątecznego wyjazdu w Bieszczady.
Czemu "z nieśmiałością" nie będę wyjaśniał, bo się wstydzę, za to otwartym tekstem muszę stwierdzić, że "to była wycieczka dla starszych ludzi". Koszmarna pogoda jest oczywiście jakimś wyjaśnieniem (usprawiedliwieniem), ale czy do końca - nie wiem. Wystarczy powiedzieć, że - za wyjątkiem poniedziałku, kiedy obiad był o 18.00 i to tylko dlatego, że BMW Kurczaka nie daje rady pod górę na śniegu - WSZYSTKIE obiady były punktualnie o 17.00. Żadnych dramatów, survivalów, zaciskania kciuków "czy wrócą?" Jak, kurczę, na wczasach.
Nawet nie wiem czy wypada pisać gdzie niby byliśmy, bo pachnie mi to nieco "Stefkiem Burczymuchą". Czemu? W końcu na przełęczy pod Tarnicą np. - byliśmy. Na Małej Rawce - też. Nawet na Bukowym Berdzie! Więc?
Zastanawiam się, zastanawiam ... i chyba znalazłem! Zejścia. To one - zazwyczaj - robią horror z Bieszczadzkich wycieczek. Z Połoniny Wetlińskiej - do Zatwarnicy, Jaworca lub Wetliny; z Małej Rawki - do Wetliny; z Tarnicy - do Mucznego przez (O Boże!) Krzemień (nie Kremenaros!) i Bukowe Berdo. A tym razem? Siuup najkrótszą drogą w dół i po krzyku. Wprost super!
Bo to jest proszę Państwa tak. Gdybyśmy np. pewnego dnia powiedzieli, że idziemy z Mucznego na Tarnicę i - nie daj Boże - zobaczyli (ze zrozumieniem) trasę na mapie, z pewnością dreszcz przeszedłby nas po plecach. A tak: na Tarnicę wychodzimy z Wołosatego - bułka z masłem - a potem już "tylko schodzimy" do Mucznego. Takie zaś "zejście" to jest nie tylko pułapka, to jest "krwawy odwrót" - jak Napoleona spod Moskwy.
Postuluję więc - w imieniu "starszych ludzi". Zamieńmy wejścia z zejściami i może będzie tak lekko i przyjemnie, jak tego roku w Bieszczadach?
Od jakiegoś czasu, w ramach "uruchawiania" (ma to być antonim słowa "nieruchawy", ale boję się użyć "ruchawy", żeby przypadkiem nie pomylić go z "ruchaniem"), Marysia zadręcza mnie spacerami. W lenistwie jestem dobry, więc kończy się zazwyczaj na dręczeniu, ale pogoda w niedzielę 30-tego marca wyglądała na taką, jak z "Wybaczcie piechocie" Okudżawy, więc dałem się Marysi namówić. Żeby jednak nie było, że jestem jakiś mięczak, czy coś takiego ... sięgnąłem po tajną broń. Do plecaka spakowałem aparat i inne gadżety.
Obawiam się, że to ostatni spacer, na który wyciągnęła mnie Marysia, bo:
Dając szansę Bożence (na skomentowanie) zapraszam do serwisu fotograficznego z naszego (z Marysią) wyjazdu nad morze. Zdjęcia można już obejrzeć w galerii, a na sprawozdanie zapraszam wkrótce. Na razie tytułem zapowiedzi:
Jednym słowem - zachwyty i świetne nastroje. A najlepsze było to, że nad morze ... jechaliśmy pociągiem.
W ubiegłym tygodniu odbyliśmy z Marysią kolejną wyprawę w ramach sequel’u „Tatrzańska gra miłości i śmierci”. Tym razem, nauczeni ubiegłorocznym doświadczeniem – po jednorazowym, śmiałym ataku na „Polski Grzebień” mam kolana raczej do remontu niż do chodzenia – przygotowaliśmy się na wariant mniej śmiały.
Pogoda nam w tym trochę pomogła. W piątek (zgodnie z prognozami) padło, ale w Bilikowej Chacie spotkała nas miła niespodzianka – w pokoju, w którym mieszkaliśmy znajdował się (działający!) odtwarzacz DVD z możliwością odtwarzania mp3-jek, wiec mieliśmy piękny, leniwy wieczór „czytelniczo-muzyczny” i deszcz za oknem „nic nam nie robił”.
Niestety w sobotę (mimo niezłych prognoz) cały czas od rana leciutko padało i ambitniejszy wariant, wycieczka do dol. Staroleśniej, sam się wyeliminował. W powietrzu o wilgotności 100% „wydrapaliśmy” się, odwiedzając Chatę Zamkowskiego, do Łomnickiego Stawu, skąd – jak pięknie - zjechaliśmy do Tatrzańskiej Łomnicy kolejką (oszczędność kolan =100%).
Tu uwaga! Ani w samej Chacie Zamkowskiego, ani w jej pobliżu nie ma ŻADNYCH (zero) pojemników, koszy czy kontenerów na śmieci. Śmieci nosi się ze sobą (dlaczego, piszę poniżej). Nie noście tam więc żadnych konserw (np. tuszonki) a w szczególności konserw rybnych, bo będą jaja. Najlepsze są truskawki (bo szypułki można śmiało wypluć na ziemię) – albo jagody! - oraz suchy chleb. Masło i dżem odpadają.
W ciągu dnia pogoda powoli, ale stale się poprawiała i postanowiliśmy, że w niedzielę wstaniemy wcześnie i zaliczymy jednak dolinę Staroleśną. Udało się (prawie), ale na dojście do Chaty Zbójnickiej nie starczyło nam czasu. W końcu czekała nas jeszcze wieczorem podróż z powrotem do Pszczyny. Pogoda była wzorcowa, nastoje wspaniałe – prawie raj. „Prawie”, bo humor Marysi siadł nieco, kiedy spotkaliśmy po drodze „nosiczów” (tragarzy) wychodzących z ładunkiem do Zbójnickiej Chaty. Nieśli potworne toboły – jakiś koszmar – w których były głównie k… napoje. Marysia dokonała przyrzeczenia, że jeśli oni pod górę niosą te straszne beczki z piwem, to ona piwa w górach już pić nie będzie! Ciekaaawe. I wtedy jej się zrobiło smutno, bo – każdy to wie – że piwo najlepiej smakuje właśnie wtedy, kiedy się człowiek zgrzeje i spoci.
"Turyści z Polski przybywający po raz pierwszy w Tatry Słowackie są zaskoczeni, w jaki sposób dostarcza się zaopatrzenie do niektórych schronisk. Muskularni tragarze noszą na swoich plecach drewniany lub stalowy stelaż z umieszczonym ładunkiem 50 - 100 kg żywności, napojów, opału i środków czystości. W taki sposób zaopatrywane są schroniska, do których nie może dojechać samochód dostawczy, a więc:
Tragarze na dół znoszą wszelkiego rodzaju odpadki i śmieci. Oni sami twierdzą, że ich zawód ma 150 letnią tradycję. Wszyscy zaczynają w młodym wieku, z biegiem lat większość wykrusza się, pozostają jednak najtwardsi. Do takich ludzi należy Laco Kulanga, gospodarz Skalnej Chaty (Skalnatá chata). W 1997 r. świętował 30-lecie pracy tragarza, w tym okresie wniósł do schroniska ponad 880 t ładunków (do dziś, suma ładunków wyniesiona przez niego do schronisk wynosi ponad 1000 ton). Do niego też należą najlepsze wyniki jednorazowego wniesienia ilości ładunku do kilku schronisk:
Słowaccy tragarze pracują w różnych górach i co roku spotykają się na swoich zawodach Sherpa Rally. W 1996 r. impreza odbyła się w Tatrach na szlaku Popradzki Staw - Chata pod Rysami. Długość trasy wynosiła 5 km, przy różnicy wzniesień 750 m. Mężczyźni startowali z ładunkiem 60 kg, a zwycięzca przebył ten odcinek w ciągu 1 h 33 min. Kobiety wnosiły ciężar 20 kg, a rekordzistka przeszła trasę w czasie 1 h 10 min. Przewodnikowy czas dotarcia do Chaty pod Rysami wynosi 2 h 15 min.
Nieco późno (doprawdy - sam nie wiem dlaczego), ale wreszcie udało mi się umieścić w galerii serwis z wakacji. Bożenka już dawno napisała piękne sprawozdanie, więc teraz ja zapraszam do oglądania. Uczestnicy wyjazdu już dawno obejrzeli zdjęcia na komputerach i odtwarzaczach, ale pozostali "krewni i znajomi królika" dopiero od dzisiaj mają okazję.

Zebrałam się wczoraj i powrzucałam zdjęcia z wielkanocnego wyjazdu. Podzieliłam je na dwa albumy
Ponieważ doszłam do wniosku, że Tomkowych zdjęć nie przebiję postanowiłam zasłużyć na uznanie zamieszczając własne nieprawdopodobnie-wręcz-szybko. Mam nadzieję, że ten zabieg pozwoli również wszystkim zapomnieć jak wyglądały moje zdjęcia kiedy (za kilka miesięcy) pojawią się Tomkowe. Wniosek nr dwa - forumowicze są zapewne znacznie bardziej zainteresowani zdjęciami samych siebie niż kwiatków więc na portalu pojawiły się praktycznie wszystkie zdjęcia portretowe jakie znalazłam. Skutek jest taki, że nie są poprzebierane, jest ich za dużo i wiele z nich jest do siebie podobnych. I to by było na tyle jeśli chodzi o usprawiedliwiania się.
Z niewielkim (doprawdy) opóźnieniem, za to w tajemnicy, Tomek opublikował swoje zdjęcia ze Świąt Wielkanocnych. Jak zwykle Zuzia miała rację - zdjęcia Tomka są świetne. Jedynie pośpiech (Zuzi i mój) nas nieco "uratował", tzn. spowodował, że i nasze zdjęcia były oglądane a nawet podziwiane. W bezpośredniej konfrontacji wyszlibyśmy blado. W związku z nowymi zdjęciami, dość stary już post nieco zmodyfikowałem i "wypromowałem", głównie po to, by można było dodać nowe komentarze. [RN]
Miłego oglądania!
Jak co roku Święta spędziliśmy w górach na „Rajdzie Po Błocie”. Jest to aktualnie nasz prywatny rajd ale ma długą historię. Został wymyślony na Wydziale Chemicznym za "naszych" studenckich czasów, a my taką formę spędzania Wielkanocy przenieśliśmy w nasze rodzinne, dorosłe życie. Wyjazdy nie mają już nic wspólnego z uczelnią, prócz absolwenckiego pochodzenia kilku uczestników, i zdecydowanie różnią się standardem od tych pionierskich. Niezmienna jest natomiast wspaniała atmosfera, bo spędzamy ten świąteczny czas w gronie najbliższych osób, rodziny i przyjaciół.
Pierwsze rajdy „błotne” były na dużą skalę, ponad 30 osobowe i zazwyczaj jeździliśmy w Bieszczady. Podróżowaliśmy nocnym pociągiem do Zagórza, potem podjeżdżaliśmy jak najdalej się dało autobusem, a potem już w góry i nie było odwrotu. Przemieszczaliśmy się w kolejne miejsca noclegowe na trasie, dźwigając na plecach ubrania i prowiant na cały pobyt. Celowo użyłam określenia „miejsce noclegowe”, a nie schronisko, czy pensjonat, bo takich po prostu nie było. Baza noclegowa była w tamtych czasach bardzo uboga, no i prymitywna. Często nocowaliśmy w klasach szkolnych, pustych na czas Świąt, a nawet w stodołach, szopach. Można sobie wyobrazić, że prócz oczywistej niewygody, niejednokrotnie mokliśmy, marzliśmy - wiadomo, o tej porze roku pogoda bywa różna.
Teraz mieszkamy w jednym miejscu, w mniej lub bardziej luksusowych warunkach, zazwyczaj z pełnym wyżywieniem (nie ma już gotowania na kocherach, brr!). Mamy samochody, możemy więc podjeżdżać w miejsca z których najkorzystniej startować, a różne roszady autami pozwalają dostosowywać długości tras górskich do naszych możliwości. Nie trzeba też dźwigać ciężkich plecaków, a w przypadku zupełnego załamania pogody nie ma przymusu aby wychodzić. Aby urozmaicić wędrówki wyjeżdżamy nie tylko w Bieszczady, chociaż mamy sentyment do tych ostatnich i co parę lat tam wracamy. Andrzej jest odpowiedzialny za wybór miejsca, ustala codzienne trasy wycieczek i, co tu dużo mówić, nieźle nas musztruje.
W tym roku byliśmy w Beskidzie Sądeckim, gdzie Andrzej zarezerwował dwa domki narciarskie obok wyciągu narciarskiego „Henryk” w Krynicy. Miejsce okazało się wspaniałe (nieznane wcześniej, wybrane z Internetu) - bardzo ładnie położone na stoku nad Krynicą drewniane domki, wyposażone komfortowo i urządzone ze smakiem. Jedzenie w pobliskim pensjonacie aż za dobre – każdy obiad składał się z przystawki, zupy, drugiego dania i deseru, a do tego różne rodzaje ciast świątecznych, to się musi odbić tu i tam. Byliśmy 15 osobową grupą, w tym nasze dzieci z przyległościami (niezmiennie cieszy nas, że chcą z nami wyjeżdżać i czują się dobrze z nami i naszymi przyjaciółmi). Humory jak zwykle dopisywały. Niektóre emocjonujące tematy dyskusji, które wywiązywały się przy wieczornych „winnych” rozmowach (absolutnie nie polityczne) rozpalały do białego i co ciekawe pokazały, że różnice poglądów mają się nijak do przedziałów wiekowych.
Wyjeżdżając mieliśmy wątpliwości, czy po tak śnieżnej i długiej zimie da się w ogóle chodzić po górach. Okazało się, że śniegu było nawet mniej niż zazwyczaj, a pogoda okazała się litościwa. Mimo, że wybraliśmy „perfekcyjnie” akurat ten region Polski gdzie zapowiadano zachmurzenie i deszcze na święta - w przeciwieństwie do reszty Polski, gdzie miała być, i była, jak się okazało, pogoda cud - nie spadła na nas ani jedna kropla deszczu (chociaż w nocy padało) i było też całkiem sporo słońca.
Wycieczek nie opiszę szczegółowo, bo jakoś nie trzymają się mnie nazwy szczytów, polan itd. Mogę je jedynie ogólnie scharakteryzować. Były bardzo przyjazne dla człowieka. Nie za długie - chodziliśmy po 4-5 godzin dziennie. Dwie trasy zaczynały się na szczycie Jaworzyny Krynickiej, na którą wjeżdżaliśmy kolejką, więc największe podejście mieliśmy z głowy. Widoki były przepiękne. Może trochę żałowaliśmy, że w punktach widokowych, gdzie powinna nam się pokazać panorama Tatr, mgły i zachmurzenie ograniczały widok. Wiosenne kwiaty oczywiście były, chociaż było jeszcze bardziej jesiennie (bo uschnięte liście pod nogami), pozimowo. Na wiosnę w pełnej krasie trzeba jeszcze trochę poczekać. Po drodze zwiedziliśmy kilka cerkwi, które występują licznie w Beskidzie Sądeckim i tak upiększają okolice. Niestety wszystko co dobre się kończy. Już po świętach.
Ponieważ zagadka została już “odgadnięta”, umieściłem w serwisie zdjęcia z 3 dniowego wyjazdu do Grudziądza. Tym razem wyjazd był głownie wypoczynkowy, ale i tak udało nam się odwiedzić całkiem ciekawe (i nieznane) miejsca.

Grudziądz. W zagadce zaanonsowałem Grudziądz za pomocą pomnika „Ułan i dziewczyna”, który ufundowano zupełnie niedawno a wydaje się, że już jest symbolem miasta. Niemniej najciekawsze w Grudziądzu są chyba spichrze, niesamowicie malowniczo (i wysoko) usytuowane nad samym brzegiem Wisły.
Kwidzyń. Jak dotąd znany był mi wyłącznie z papieru, ale okazało się, że zupełnie niesłusznie. Rewelacyjny jest średniowieczny kompleks zamkowo-katedralny, który – szczególnie z oddali – prezentuje się niezwykle imponująco, a z ciekawostek zapamiętałem:

Ciechocinek. Z ciekawymi, zabytkowymi tężniami i senną, jak z „Syberiady” atmosferą w stylu Michałkowa. Na razie miasteczko jest jeszcze mocno zaniedbane, ale momentami widać już poprawę i, mam nadzieję, że niedługo, będzie z Ciechocinka niezłe „spa”.Na zdjęcia ze sportowych wakacji na Ziemi Lubuskiej zapraszam jak zwykle do galerii a na sprawozdanie, do działu "turystyka"
| Karkonosze, wrzesień 2009 |
Na zdjęcia z tegorocznych wyjazdów narciarskich zapraszam jak zwykle do galerii a na krótkie sprawozdanie, do działu "turystyka"
To oczywiście bardzo stare zdjęcia, niemniej za dwa tygodnie jedziemy w góry i nie zaszkodzi przypomnieć sobie jak było rok temu. Zdjęcia przeniosłem do nowej galerii (nie bolało) i zamieszczam poniżej, a na (niedokończone) sprawozdanie z bardzo udanego wyjazdu, zapraszam do działu turystyka.
| Muczne 2010 |
Oto najnowsze rozwiązanie "Albumowe". Zdjęcia powiększa się pstrykając, a pstryknięcie w symbol po prawej na dole umożliwia "przejście" do trybu pełnoekranowego. Potencjometr na dole służy do przesuwania się w albumie (strzałki na klawiaturze też działają).
Proszę o komentarze, bo jeśli się spodoba, oprogramujemy to cudo i w szczegółach napiszę "jak to zrobić".
| Igor, kwiecień 2010 |
Ostatni weekend, choć zapowiadał się na pochmurny i deszczowy, spędziliśmy w doborowym towarzystwie w naszej ulubionej Małej Fatrze. Turystycznie było, hm ... mocno relaksowo, za to detale kawiarniano-barowe na bardzo wysokim poziomie. Na Słowacji pogoda była znacznie lepsza niż na Śląsku i w efekcie kilkunastominutowych przebłysków słońca udało nam się nawet lekko opalić. Poniżej kilkadziesiąt (moich, Andrzeja i Staszka) zdjęć z wyjazdu.
| Mała Fatra 2010 |

Niesamowicie się ostatnio „rozfotografowałem” i w ciągu siedmiu dni na przełomie maja oraz czerwca zwiększyłem liczbę zdjęć zrobionych na godzinę do poziomu profesjonalisty z National Geographic.

Najaktywniejszy był ostatni „długi” weekend, kiedy odwiedzili nas:
Zaowocowało to (szaleństwo odwiedzin) dwoma albumami fotograficznymi, które poniżej prezentuję (pstryknij ...wiecej).
| Igor, czerwiec 2010 |
| Pszczyna, czerwiec 2010 |

Są dwie możliwości. Albo specjalizujemy się w wypatrywaniu odpowiednich miejsc w Internecie a nasza intuicja graniczy z jasnowidztwem (nigdy nie widzieliśmy „na żywo” miejsc, gdzie wyjeżdżamy), albo – co bardziej prawdopodobne – po prostu rośnie poziom naszej polskiej agroturystyki a miasta, miasteczka i wsie … najzwyczajniej w świecie ładnieją. Mają chodniki, rynki i deptaki, sklepiki i kawiarnie a drogi, wbrew powszechnemu mniemaniu, mają mniej dziur i pułapek.

Tegoroczny wyjazd był mocno rowerowy i choć takich leśnych paści, jak w ubiegłym roku nie było i tak nazwałem go MTB, bo wspinaliśmy się sporo.
Poniżej - albumy z wakacji:
Skrajne odludzie w pobliżu Zakola Dolnej Wisły. Gospodarstwo agroturystyczne Państwa Tomkiewiczów skromne, ale urocze, z prostą za to doskonałą kuchnią. Świetne położenie – wokół sporo leśnych i polnych ścieżek rowerowych oraz „asfaltów” także doskonale nadających się do pedałowania. Niedaleko jest do Torunia, Bydgoszczy, Grudziądza czy Chełmna, więc nawet gorsza pogoda wakacji zupełnie nie popsuje.
| MTB 2010 - Gzin |

O Grudziądzu już pisałem („Nietoperki w Cytadeli” oraz „Majówka w Grudziądzu”), tym razem jednak obejrzeliśmy nie tylko nietoperki (czyli Cytadelę), „Ułana z dziewczyną” i spichrze, ale mieliśmy zaszczyt (Staszek się wykazał) zwiedzić zabytkowy refektarz oraz podziwiać panoramę miasta z wieży budynku UM.
Dla mnie całkowite zaskoczenie. Nie miałem Bydgoszczy na liście „do zaliczenia” a to piękne, położone nad Brdą miasto okazało się zupełną rewelacją. Wymalowane i wychuchane, ze świetnymi knajpkami, ciekawymi zabytkami i interesującą historią.
| MTB 2010 - Grudziądz, Bydgoszcz |
Małe, urocze, podobnie jak Bydgoszcz ciekawe, ale inaczej. Może z powodu niezliczonych kościołów, klasztorów i ciągnących się dookoła murów obronnych atmosfera jest tam raczej historyczna a nawet „rycerska”. Bez wątpienia z powodu nieodległej rocznicy bitwy pod Grunwaldem trafiliśmy na zbroje, rycerzy i białogłowy (jakieś dni turniejowe) i mimo iż pachniało to wyraźnie wakacyjno – turystycznym „chłytem reklamowym” nam, w końcu turystom, całkiem się podobało.
Oj! W porównaniu z Grucznem, największy odpust, jaki znam (czy znałem) jest doprawdy śmieszną igraszką. Jak na byłym Święcie Trybuny w chorzowskim parku, nieprzebrane tłumy ludzi odwiedzają nieprzebrane liczby straganów z miodami, serami, wypiekami, nalewkami, wędlinami itp. W towarzystwie głośnej muzyki, zapachu wędzonych ryb, dymie z grilli i pokrzykiwań sprzedawców. Niezłe, ale gdzieś na godzinę. Po szybkich, drobnych zakupach i wypróbowaniu wędzonego pstrąga z „Fishquelle” (tak, tak – byli też Niemcy) z rozkoszą oddaliliśmy się do naszego „gzinowego” zacisza.
| MTB 2010 - Chełmno, Gruczno |
Także odludzie, może nieco bardziej (odrobinę) cywilizowane niż Gzin, za to Dworek Amaltea, gdzie stacjonowaliśmy w drugim tygodniu wakacji – na wysokim poziomie. Logistyczno – bytowym. Dla nas był to trochę przerost formy nad treścią, bo przyjechaliśmy na rowery, ale np. na wczasy z kochanką – wszystko jest na miejscu: basen, sauna, grill, muzyka, czytelnia, Internet, sklep niedaleko – nadaje się idealnie.

Miasto sympatyczne, ale bez przesady, za to świetna Restauracja i Klub – „Jaś Kowalski”. Do kawy można się było przyczepić (nie to co w „Sowie” w Bydgoszczy), ale reszta – a próbowaliśmy wiele różnych smakołyków - doskonała. Także wystój i obsługa.
Przesympatyczna, ładnie położona „posiadłość” Państwa Witrambowskich, w której działa szlifiernia bursztynów z warsztatem, produkującym bursztynowe ozdoby, biżuterię i inne gadżety. Warsztat można zwiedzać (sam właściciel oprowadza) a dowolnej ilości pieniędzy można się pozbyć w sklepiku na miejscu.
| MTB 2010 - Wałdowo, Bytów |

No, tośmy się nawspinali. Każdy niby wie, że Kaszuby są „polodowcowo” pagórkowate, ale kiedy w tym polodowcowym terenie przyjdzie jeździć na rowerach – robi się trochę słabo. Niemniej bezpośrednie (i nieco tylko dalsze) okolice Wałdowa są tak urokliwe, tak NIEPRAWDOPODOBNIE zielone, z porozrzucanymi w lasach jeziorami, prawdziwie wiejskimi krajobrazami i całkiem dobrymi (prawie bez samochodów!) „asfaltami”, że trudno się było oprzeć. Z codziennym przewyższeniem ok. 250-300m i tak „wykręciliśmy”
na Kaszubach dobrze ponad 100km.
Uwaga! Jeżdżąc po okolicy byliśmy (m.in.) w wiosce Ciemno, tej słynnej wiosce Ciemno, w której Pan Kobuszewski (ps. Jakubiec) prowadzi podziemną wytwórnię wódki czystej. Samej wytwórni nie zwiedzaliśmy, bo jest podziemna i nie było jej widać.
| MTB 2010 - Bieszczady Kaszubskie |
Wprawdzie tegoroczny jesienny wyjazd w góry zaliczyłem "rzutem na taśmę" - byłem tylko jeden dzień w górach - i zdjęć zrobiłem niewiele, publikuję album z soboty w Bilikowej Chacie i wycieczki do dol. Staroleśnej.
| Sobota w Tatrach |

Ostatnie Święta miałem niezwykle wprost pracowite, jeśli jeżdżenie samochodem tam i z powrotem uznać za pracę. Zaliczyłem aż 2 Wigilie (Leszczyny i Kraków) oraz obiad Świąteczny w Pszczynie a mimo iż trochę się przy tym spociłem, uważam te kilka dni za bardzo udane – (podobno) nikogo nie obraziłem i nawet byłem miły. Najprawdopodobniej ze zmęczenia.
W nagrodę zakończenie roku było prawdziwie odprężające. Na prywatce w Gliwicach odprężyłem się do tego stopnia, że w ogóle nie pamiętam wielu zdjęć, które własnoręcznie zrobiłem. Zabijcie, ale zupełnie nie przypominam sobie, w jakich np. okolicznościach złapałem – w pięknej serii – energicznie gestykulującego Henryczka.
| Święta i Sylwester |

Tegoroczny, narciarski wyjazd do Brennej należałoby uznać za wyjątkowo udany, gdyby nie … piesek Moniki i Marcina Azor (? Nie, Anton). Rzeczony Anton już w pierwszym dniu „narciarskim”, zostawiony sam w dużym pokoju u Jurka „zeżarł” bezczelnie drzwi do ogrodu, te największe, jakie były do zjedzenia. A ponieważ piesek zeżarł drzwi we wtorek, do przyjazdu Jurka w sobotę każdego wieczora zadręczaliśmy się (z dnia na dzień bardziej) wyobrażaniem sobie, co biedny Jurek powie (zrobi) kiedy te drzwi zobaczy.
Poza tym, choć trudno w to uwierzyć, całkiem sporo jeździliśmy na nartach. Śniegu nie było prawie nigdzie … prócz tras narciarskich na Borynii (także na Czantorii). Wszyscy byliśmy zaskoczeni i wprost zachwyceni skutecznością naśnieżania i jakością przygotowania tras, mimo skrajnie trudnych warunków śniegowych. Brawo!
| Brenna 2011 |

Zupełnie niedawno, nasz najulubieńszy (międzynarodowy już) „ściemniacz” i łamacz serc niewieścich Wojtuś odwiedził nas w Pszczynie. Podobnie jak niecały rok temu, w towarzystwie – znowu mocno opalonej – Mariany. Dlaczego oni tam w Brazylii są wciąż tak opaleni, nie wiem – przecież słońce (podobno) szkodzi. Nie da się jakoś schować, czy co?
Co ciekawe, dzieci rozmyślnie wybrały termin przyjazdu do Polski tak, by uciec z Rio de Janeiro w czasie karnawału. Fajne, nie? Cały świat jedzie na karnawał do Rio a Brazylijczycy wtedy uciekają. My nie tylko nie uciekaliśmy (przed Wojtkiem i Marianą) lecz wręcz przeciwnie, udało nam nawet się zorganizować zjazd rodzinny. Trochę przesadzam, ale z niedowierzaniem stwierdziłem, że te kilka osób, które były w Pszczynie w piątek, to … nieomal cała moja najbliższa rodzina mieszkająca w Polsce.
| Brazylia w Pszczynie |

Byliśmy u Igora w Warszawie nieco ponad dobę, ale co to była za doba! Niedziela 13 marca – imieniny Bożeny i Krystyny – okazała się najładniejszym i najcieplejszym dniem całego wiosennego tygodnia, więc nie obyło się bez standardowego spaceru w Wilanowie z równie standardową (jak wcześniej wyjaśniliśmy, patriotyczną) wizytą w kawiarni E. Wedel. Czekolada Chilli (to ja), babeczki z bitą śmietaną i z owocami, lody, kawa. Bardzo patriotycznie.
Informuję, że na razie Zamek jest słabo przygotowany do sezonu, ponieważ Park jest (najprawdopodobniej z powodu wiosennych porządków) nieczynny. Jakoś się nie zmartwiliśmy, bo wiewiórek, zielonej trawy i zawilców … jeszcze nie było. W przyrodzie też zaskoczenie?
| Wiosna Panie sierżancie! |

Chatkę w Jaworkach, która wystawiona jest na sprzedaż, odwiedziliśmy najprawdopodobniej już ostatni raz. Stąd, mimo iż pogoda wcale taka rewelacyjna, jak zapowiadano nie była, a liczba chorych i nie całkiem sprawnych w niedzielę osiągnęła 50% składu, wyjazd uważam za niezwykle udany. Sprawozdania turystycznego raczej nie będzie, bo wycieczki były standardowo standardowe, za to … chyba odkryliśmy nowy kwiatek. Coś, co – jak mniemaliśmy – miało być zawilcem narcyzowym, okazało się zdrojówką rutewkowatą [Isopyrum thalictroides]. Zawsze jakiś sukces.
Poniżej zdjęcia:
| Wielkanoc 2011 (Jaworki) Zuzowe |
| Wielkanoc 2011 (Jaworki) |

Ostatni weekend mile spędziliśmy w Grudziądzu, skąd pochodzą zamieszczone zdjęcia. Wyjazd był krótki, bardziej towarzyski niż turystyczny stąd zdjęcia są głównie z ogrodu, spaceru po Grudziądzu i krótkiej wycieczki nad jez. Starogrodzkie, gdzie znajduje się park z miniaturami kilku krzyżackich zamków (w skali 1:30).
Należy podziwiać (bo możecie się nie zorientować):
| Grudziądz 2011 |
Na szczęście, mimo pewnych trudności, długi weekend spędziliśmy z Igorem i Gosią. W Pszczynie, ale też w Beskidach.
Powiem szczerze, że w młodości dziesiątki razy (w drodze z Kubalonki na Pietraszonkę) mijałem Stecówkę, ale NIGDY tam nie wstępowałem. W ubiegły piątek byłem więc „u Legierskiego” pierwszy raz. Trasę z przeł. Szarcula Igor, a my z nim, przeszedł w 2.5 godziny (normalnie 45 minut) „badając” po drodze kamienie, trawy i patyki. Zwróciłem uwagę na:
Uwaga! Sobota, długi weekend, pierwsze dni wakacji. Na parkingu pod Dębowcem i w kolejce na Szyndzielnię – PUSTO. Oznacza to, że Beskidy odwiedza tylko Śląsk, który na wakacje wybiera się gdzieś indziej. Na trasie Szyndzielnia – Klimczok – Szyndzielnia 3 razy (słownie trzy) złapał nas deszcz, ale 2 razy udało nam się przed nim schować. Wystarczył raz, żebyśmy przemokli, za to po deszczu … takiego lasu chyba w życiu nie widziałem. Ziemia i poszycie „parowało” a mocno świecące słońce malowało takie światłocienie w koronach buków, że natychmiast skojarzyło mi się to z gotycką katedrą.
Pomocy! Nie umiem sobie przypomnieć, w jakiej piosence występują (i czy mi się to przypadkiem nie śni) „katedra”, „bukowa”, „buki”?
Zwróciłem uwagę na:
| Igor, czerwiec 2011 (Beskidy) |


Nasze wyjazdy wakacyjne tradycyjnie już nazywam MTB, choć z kolarstwem górskim mają niewiele wspólnego, ale do (jakże stosownego) określenia WLD („Wyprawy leśnych dziadków”) jeszcze nie przywykłem.
Albo „górzystość” Suwalszczyzny jest przereklamowana, albo coraz lepiej poruszamy się na rowerach (o tak!), bo – tak je oceniam – tegoroczne wyprawy były znacznie mniej męczące niż w poprzednich latach.
Nie byłem, ale ze zdjęć i opowiadań wynika, że do eksploracji narwiańskich (rzeka NAREW nie NOTEĆ. Skąd Noteć?) bagien i rozlewisk przydałyby się bardziej rowery wodne niż górskie. Zielono, szuwary, łodzie i wooooda. Dużo wody.
Przepiękne „nigdzie”, kilka kilometrów od przejścia granicznego w Ogrodnikach. Jeśli powiem, że w okolicy (dosłownie) była miejscowość Berżniki czy też Krejwińce a przejeżdżaliśmy obok jezior o pięknych nazwach: Piłwie, Iłgiełk, Kunis czy Ryngis, to sami się domyślacie, gdzie to mogło być – „prawie na Litwie”.
Deszczową sobotę wybraliśmy na samochodową wycieczkę do znanego litewskiego kurortu, w którym mą uwagę zwróciły:
Bardzo udana wycieczka do dworku z końca XVII w., w którym często przebywał Czesław Miłosz. Dziś, pięknie odnowiony dwór nad jeziorem Hołny, w nieźle utrzymanym parku stanowi zaczątek (otwarty ponoć tego lata) – cokolwiek ma to oznaczać - Międzynarodowego Centrum Dialogu. Na zakończenie pyszne placki ziemniaczane na przejściu granicznym w Ogrodnikach.
| Wakacje 2001, Noteć |
| Wakacje 2001, Druskienniki i Miłosz |
W deszczowy (znowu!) poniedziałek lenistwo i krótka wycieczka po okolicy.
Pogoda się poprawiła, i we wtorek udało nam się przeprowadzić kolejny „zwiad” po okolicy. Wtedy właśnie odwiedziliśmy jeziora o tajemniczych nazwach Piłwie, Iłgiełk i Kunis a nad jez. Piłwie miał nawet miejsce „odpoczynek dłuższy” i … sfotografowałem czaplę.
Tu się pochwalę. Na zakończenie wycieczki zaryzykowaliśmy i postanowiliśmy wracać „na skróty”. Cóż to dla nas (przewodników) z mapą i kompasem (czytaj GPS’em). Wiadomo (choć jest to wielką przewodnicką tajemnicą), że takie próby zazwyczaj źle się kończą, tzn. kończą się wielogodzinnym błądzeniem po lesie. A tym razem … Nie powiem – był też odcinek typu cross-country, ale za to po wyjściu z lasu – ależ się zdziwiłem! – ujrzeliśmy nasz domek w odległości … 300m. Dla mnie bomba!
…
Ty przechowasz tę muszelkę
Znalezioną nad Wigrami,
Długo szumieć będzie jeszcze
Ożywiona wspomnieniami. [„Augustowskie noce”]
Przechowam. Piękna wycieczka wokół jez. Wigry długo zostanie mi w pamięci. W szczególności zaś:
| Wakacje 2001, Hołny i Wigry |

Bardzo możliwe, że ulegam złudzeniom, prawie pewne, że z wiekiem staję się nadmiernie sentymentalny (nawet ckliwy), ale muszę się Wam do czegoś przyznać.
W Wielkiej Fatrze, jesienią i to w jej „najlepszej” części (Ostredok – Ploska – Rakytov) byłem po raz pierwszy i – czegokolwiek bym sobie nie przypominał oraz biorąc różne czynniki pod uwagę – są to NJAŁADNIEJSZE GÓRY, jakie w życiu widziałem. Mają one, jak Bieszczady obniżoną, w wyniku pasterstwa, górną granicę lasu, ale w odróżnieniu od Bieszczadów, powyżej lasu pokrywają je nie połoniny, (czy jak w innych górach kamienie albo kosodrzewina) a …. TRAWNIKI. Mega-Wimbledon, nie żartuję.
Rozumiem, że wrzesień był w tym roku wyjątkowo ciepły. Że Wielka Fatra położona jest nieco (niewiele, ale zawsze) na południe od Karpatów – czyli było tam jeszcze trochę cieplej. Niemniej aż TAK ZIELONYCH (zielono - rudawych), ogromnych połaci stoków, przełęczy i szczytów – dotąd nie widziałem.
| Mała i Wielka Fatra 2011 (zdjęcia Zuzi) |
Wiem, że określenie „najładniejsze” (oraz inne mocno emocjonalne „NAJ”) jest na tyle subiektywne, że na dobrą sprawę nie powinno się go używać. Mnie się podoba a komuś innemu nie. Kropka. Mimo wszystko, nawet jeśli (odrobinę) przesadzam, Wielka Fatra tak mnie zaskoczyła, że warto zwrócić na te góry uwagę. Są blisko, w porównaniu z Małą Fatrą czy Tatrami to wręcz pustkowie (mnie pasuje) a oczyma wyobraźni widzę, co na tych zielonych łąkach, teraz upstrzonych zimowitami, dzieje się późną wiosną!
Co ciekawe, nie tylko ja straciłem rozum na punkcie tych zielonych łąk. W wikipedi znajdziecie takie oto zdjęcie zatytułowane: „Typical terrain of the Great Fatra”
Trochę to śmieszne, żeby teraz mówić „jesień idzie”, ale …
Jak zwykle pod koniec października byliśmy w Warszawie na urodzinach Igora. Patriotycznie podążyliśmy do kawiarni „E. Wedel” (dawniej 22 Lipca) na babeczki z bitą śmietaną, czekoladę chili i inne a przedtem sprawdziliśmy jak daleko zaawansowane są prace remontowe w Zamku i wilanowskim i parku.
Otóż są zaawansowane bardzo. Wszystko czynne, ładnie i schludnie. Park jesienią, piękniejszy jest niż kiedykolwiek, ale (cóż to?) wciąż mocno zielony, jakby to był początek a nie koniec października. Widocznie – choć głupio mi to przyznać – globalne ocieplenie ociepla także Warszawę niedbale ograniczającą emisję dwutlenku węgla (jeszcze raz: DWUTLENKU) a może … ociepliły ją nieco wyniki wyborów? Oby.
Było tak ładnie, że tym razem w serwisie sporo zdjęć liści i drzew ze szczególnym uwzględnieniem gigantycznego dębu, któremu liście nie tylko nie pospadały – zaledwie lekko zmieniły kolor.
| Igor, urodzinki 2011 |