W planach miała to być strona o książkach, ale szybko się zorientowałem, że w zasadzie potrzebne jest miejsce do polecania wszystkiego i pisania o wszystkim.
Jest dopiero początek marca a zaliczyłem już w tym roku dwie ciekawe wystawy. O Pankiewiczu pisałem w połowie lutego, tym razem – przy okazji wizyty u naszego znajomego Staszaka (tego od portretów) – trafiłem na wystawę grafik Rembrandta w Muzeum w Grudziądzu.
Przyjmuje się, że Rembrandt był autorem 289 dzieł graficznych, z czego 273 można było obejrzeć na wystawie – rozumiem więc, że jest to wydarzenie „w skali światowej” – i pytanie „dlaczego i skąd w Grudziądzu ?” nie dawało mi spokoju.
Wśród prac sporo było autoportretów, ilustracji biblijnych i portretów, ale były też – świetne – krajobrazy i sceny rodzajowe (także frywolne!). Przechodziliśmy ze Staszkiem od sali do sali i coraz bardziej „opadały na szczęki”, bo biorąc pod uwagę, że są to dzieła z XVII wieku, technika, ekspresja i JAKOŚĆ grafik, były wprost niesamowite.
Jednej z lepszych – moim zdaniem – akwaforty p.t. „Czytająca kobieta”, nie było niestety w katalogu wystawy i nie mogę jej zamieścić (jest na stronie Laguna Fine Art), ale jestem pewnien, że dołączone przykłady, pozwolą się Wam zorientować czy warto „polować” na Rembrandt’a jeszcze gdzieś bliżej Śląska.

Dzieje płyt miedziorytniczych Rembrandta były niezwykłe. Sporządzone w połowie XVII wieku na przestrzeni kolejnych dwóch stuleci uległy w znacznej większości rozproszeniu lub - częściowemu lub całkowitemu - zniszczeniu. Niektóre z płyt dzięki uporowi dwóch XIX-wiecznych indywidualności francuskiego świata sztuki - rytownika i grafika Amanda Duranda oraz dyrektora Luwru Georgesa Duplessisa - zostały odrestaurowane i mogły przetrwać aż do naszych czasów.
Ówcześnie istniejące płyty miedziorytnicze Rembrandta były tak zabrudzone i podrapane, że odtworzenie grafik graniczyło z niemożliwością. Durand mozolnie opracował specjalną technikę konserwacji i odtworzenia pierwotnego stanu. Udało się to zrobić w latach 1865-1867. Odbitki zrobione przez Amanda Duranda były wykonane na niezwykle wartościowym papierze czerpanym i jest to jedna z wielu przyczyn dla których uchodzą za nieprześcignione w swojej świetności i czystości. Na świecie istnieją tylko cztery pełne komplety takich rycin, jeden z nich znajduje się w Luwrze a inny - prezentowany w Grudziądzu - pochodzi z kolekcji prywatnej.

Akwaforty Rembrandta van Rijna były źródłem inspiracji całych pokoleń grafików, łącznie z Goyą i Picassem. Niektóre egzemplarze grafik Rembrandta osiągają na aukcjach najwyższe ceny: np. 680 tys. dolarów w domu aukcyjnym Sotheby's. (za Kultura polska)
Tak więc tajemnica jakości akwafort Rembrandt’a została wyjaśniona, pozostaje do wyjaśnienia jak taka kolekcja zjawiła się w Polsce. Dowiedziałem się tylko tyle, że Grudziądz, nie był pierwszym miejscem, w którym grafiki wystawiano. W Internecie znalazłem co najmniej Wrocław i Toruń (a stamtąd Grudziądz), co znaczy, że wystawa „krąży” po kraju już jakiś czas, ale czy jeszcze gdzieś będzie ją można zobaczyć – nie wiem.
Dawno nikt nic nie pisał o książkach a wypada, więc – z duszą na ramieniu – chciałbym polecić szanownym krewnym i znajomym królika jedyne (o ile wiem) dzieło katalońskiego adwokata pana Falconesa – „Katedrę w Barcelonie”. Uwaga! Przed sięgnięciem po książkę proszę (lepiej) nie „zapoznawać się” z żadnymi opiniami i recenzjami, po prostu kupić książkę i czytać. Bo? „Katedra” jest mega-hitem hiszpańskiej prozy współczesnej a jak na hit przystało ma takie wsparcie reklamowo-marketingowe, że naprawdę nic się nie dowiecie. Tzn. dowiecie się, że jest to arcydzieło (a nie jest) oraz, że jest to kicz (też nie).
„Katedra” to grubaśny (700 stron) bestseller przygodowo-historyczny (klasyfikacja RN), którego bohaterem jest ambitny Katalończyk – Arnau Estanyol – a Falcones wplata jego historię w tło historyczne i obyczajowe średniowiecznej Hiszpanii, w szczególności Barcelony. Losów Aarnaua, nawet w skrócie nie da się przedstawić, bo „Katedra” jest rozbudowaną i „dorosłą” wersją „Historii żółtej ciżemki” i to tak rozbudowaną, że aż trudno uwierzyć, że można ją (w całości) przeczytać. Nie mam wątpliwości, że „Katedra” jest po prostu czytadłem i przyznam, że trochę mi nieswojo polecać je z takim zapałem, ale … kiedy zacząłem książkę czytać nie mogłem się od niej oderwać.
Ufam intuicji – ostatni taki przypadek, tzn. „zaczytania”, miałem przy „Obsługiwałem angielskiego króla” Hrabala – więc zakładam, że choć w „Katedrze” literatury wiele nie znalazłem, coś w tym musi być. Jest między innymi to, że „Katedra” jest po prostu świetnie napisana – wciąga, że aż miło – i rewelacyjnie wypełniona niezliczoną liczbą informacji historycznych, obyczajowych a nawet prawniczych, tak sprytnie wplecionych w fabułę, że w ogóle się tego nie zauważa. Tytułowa katedra np., to Santa Maria del Mar w Barcelonie, sama w sobie będąca ciekawostką, jest unikalnym przykładem katalońskiej architektury gotyckiej i – zachęcony książką – z uśmiechem porównywałem książkowe fragmenty wypowiedzi jej projektanta, Berenguera de Montagut z wrażeniem jakie robią fotografie katedry.
Zaznaczyłem na wstępie, że piszę o „Katedrze” z duszą na ramieniu. Bo jeśli w ogóle jest to literatura, to – wtedy niezła – literatura popularna. Natomiast, jeśli pominąć ambicje prozatorskie (bo „Imię Róży” to nie jest), samego mnie zaskoczyła łatwość narracji i lekkość języka jakim posługuje się Falcones, czy też tłumaczka, pani Magdalena Płachta. Za ten sprawny, potoczysty język oraz faktografię daję aż 4 gwiazdki i polecam „Katedrę” na długie zimowe wieczory, szczególnie po nartach, kiedy coś ambitniejszego trudno byłoby zmóc.
"JÓZEF PANKIEWICZ. ŻYCIE I DZIEŁO"
Warszawa, Muzeum Narodowe, 9 stycznia - 26 marca 2006
Jest to pierwsza zakrojona na tak szeroką skalę wystawa monograficzna Józefa Pankiewicza od czasu wystaw urządzonych po śmierci artysty, w Krakowie (1946), Warszawie (1947) i Olsztynie (1948/49). Celem wystawy jest wszechstronna prezentacja dorobku twórczego artysty, na który składają się obrazy olejne, rysunki oraz grafiki.
O wystawie i samym Pankiewiczu przeczytać można np. w portalu Kultura polska a od siebie dodam, że wystawa była dla mnie sporym zaskoczeniem - (in PLUS). Choć "Portret dziewczynki w czerwonej sukience" kojarzę, w zasadzie nie znałem - jak dotąd - takiego polskiego malarza. A szkoda.


Najcelniej charakteryzuje go chyba Pani Elżbieta Charazińska (komisarz wystawy):
Józef Pankiewicz ... jest przedstawicielem tej grupy twórców, którzy wprawdzie zostali wychowani w tradycyjnej szkole Wojciecha Gersona lub Jana Matejki, ale zdołali się wyzwolić z zaczarowanego kręgu polskości. Mimo głoszonych i realizowanych przez mistrzów haseł o posłannictwie artysty i obowiązku dzierżenia „rządu dusz" w zniewolonym narodzie, zainteresowania uczniów skierowały się ku innym, uniwersalnym wartościom sztuki...

Uniwersalne wartości oraz "-izmy", którym Pankiewicz hołdował, powodują, że jego malarstwo odkrywcze może nie jest, za to jakie to fajne chodzić po wystawie i szeptać: O! Cezanne! O! Van Gogh!
Swoją drogą największe wrażenie wywarły na nas - bardzo oryginalne - obrazy z serii "czarne na czarnym" (a z nich doskonała "Dorożka w nocy") oraz grafiki Pankiewicza.
Czuję się nieswojo, bo pisanie o „Znaczy Kapitanie” zakrawa na bezczelność, prawie taką, jakbym chciał napisać coś (nowego) o „Potopie”, albo – co gorsza – sugeruje zdziecinnienie, bo „Znaczy Kapitan” jest w końcu książką …. dla młodzieży.
Nie wiem, czy „Znaczy Kapitan”, najpopularniejszy zbór opowiadań o morzu, jest lekturą szkolną (wątpię), ale nawet, jeśli jest, to z pewnością nie czytał jej Pan Prezes. A powinien, bo jest bardzo prawdopodobne, że pod wpływem lektury zmieniłby się mu pogląd na patriotyzm.
Tak, bo „Znaczy Kapitan” – poza tym, że jest opowieścią o narodzinach, rozwoju i dniach chwały przedwojennej polskiej marynarki, opowieścią arcyciekawą i arcydowcipną – jest też niezwykle interesującym obrazem przedwojennego polskiego patriotyzmu. Być może z powodów środowiskowych, w końcu marynarze, na co dzień mieli do czynienia z innymi językami, obyczajami i kulturami, ten wizerunek Polaków – często z trudem mówiących po Polsku – jest aż tak urzekający.
Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły, jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był na przykład taki fragment przemówienia: „Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jednu wzięli Germańcy, drugu - Awstryjcy, a trzeciu - my!”. Fragment innego brzmiał: „Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowi, a tereny jej zachwycone wojną”.
To nie jest jakiś specjalnie odosobniony fragment książki, bowiem w wielu miejscach przejawia się jej „teatralny” a nawet „kabaretowy” charakter. Narracja Borchardta, mimo, że prowadzona w pierwszej osobie jest bogato urozmaicona dialogami, w których całe rzesze przewijających się postaci nabierają życia i kolorów. Jest to cecha, która zdecydowanie predestynuje „Znaczy Kapitana” nie tyle do czytania, co OPOWIADANIA.
Właśnie to zrobiono ostatnio, wydając książkę na płycie, czyli zamieniając ją na materiał do słuchania. Spodziewałem się, że książka Borchardta jest jak śląskie czy żydowskie kawały – trzeba je ZAGRAĆ, żeby wydobyć zawartą w nich atmosferę, dowcip czy też „głębszą” treść. Nie spodziewałem się jednak, że można to zrobić aż tak dobrze, jak – nieznany mi dotąd aktor – Pan Adam Szyszkowski, który fenomenalnie oddaje klimat tych historii, charakter i temperament występujących w nich postaci i w zasadzie zamienił „Znaczy Kapitana” w pasjonujące, wzruszające a momentami rozśmieszające do łez słuchowisko.
Wiem, nie wierzycie mi. Sam jestem zdziwiony, ale mój ulubiony cykl opowiadań o rejsach transatlantykiem „Polonia” do norweskich fiordów, kiedy Borchardt był jeszcze porucznikiem, oficerem pokładowym u „Znaczy Kapitana” (czyli Mamerta Stankiewicza) słuchałem po kilka razy. „Oceania” (na więcej nie miałem śmiałości) porwała nawet Marysię, troszkę nieufną wobec takich „rewelacji” jak książka przez głośniki i oboje, ja po raz któryś, jak dzieci śmialiśmy się z premiera patrzącego przez lornetkę i czytającego O-C-E-A-N-I-A.
(… posłuchaj)
„Znaczy Kapitana” ledwo co pamiętam z młodości, ale jestem pewien, że słuchając jej teraz widzę (słyszę) co innego. Na tym polega magia tej książki. Ciekawy przygód młodzian znajdzie wątki przygodowe, dla zainteresowanych marynistyką znajdą się motywy „handszpakowe”, dla ciekawskich popularno-naukowe, a wszystko tak sprytnie wplecione w treści historyczne i obyczajowe, że aż miło. Co więcej, jak w życiu, większość epizodów ma swoje „drugie dno”, nienarzucające się i zawoalowane.
Np. młodzieńcem będąc, opowiadane „Ortodroma” odczytałem pewnie, jako źródło wiedzy o „prostobieżnych” i „skośnobieżnych” czyli nawigacji a z pewnością nie zauważyłem tam wątków erotycznych. A są.
…
Po kwadransie, gdy kapitan zdołał dojść do głosu i powiedział, że nie będziemy już więcej zabierali jej czasu, pani wybrała jedną z najpiękniejszych szkarłatnych róż i przypięła ją kapitanowi. Następnie wybrała różę herbacianą i przypięła ją do mojego munduru.
Obaj z kapitanem byliśmy zaskoczeni doborem kolorów ofiarowanych nam róż. Spostrzegłem to natychmiast w wyrazie twarzy kapitana. Podobnie jak i ja chciał wiedzieć, co miały oznaczać ich barwy. Byłem przekonany, że o to zapyta. W tej samej chwili, gdy o tym pomyślałem, kapitan zadał pytanie:
- Znaczy, proszę pani, u nas w Polsce kwiaty i ich barwy mają swe specjalne znaczenie. Czy w Ameryce jest tak samo?
- Ależ naturalnie - odpowiedziała wyraźnie zadowolona z pytania i rozbawiona pani.
- Znaczy, proszę pani, co w Ameryce znaczy czerwona róża?
- Kocham ciebie! — odrzekła zalotnie.
Kapitan wyprostował się na krześle i uśmiechnął się, zadowolony z usłyszanej odpowiedzi.
- Znaczy, a herbaciana, znaczy żółta róża, co w Ameryce znaczy?
Pani uśmiechnęła się uwodzicielsko i powiedziała gorącym szeptem:
- Przyjdź do mnie jak najszybciej!
Kapitan nie zmienił miłego wyrazu twarzy, tylko powiedział jakby do siebie głośno:
- Znaczy, herbaciana róża w Ameryce znaczy to samo, co w nawigacji ORTODROMA.
Książka jest sympatyczna, ciepła, pogodna i tak przedstawiani są w niej ludzie – nawet upierdliwi pasażerowie, szaleni piloci w egzotycznych portach, ba, także beznadziejni urzędnicy kompanii okrętowych. Jest tak świetnie czytana, iż mamy wrażenie uczestnictwa w jakimś wieczorze gawędziarskim z lekkimi opowiadaniami wilków morskich w programie i doskonale się nadaje do słuchania podczas dłuższych jazd samochodem. A nawet krótszych, bo pojedyncze opowiadania mają 15-20 min. Serdecznie polecam.
Jako zdeklarowani Ślązacy ucieszyliśmy się z Bożenką, przeczytawszy że w kanale Kultura TVP nadawany będzie blok programów o Śląsku (w domyśle Górnym). Początek zapowiadał się ciekawie: film dokumentalny o Janie Skrzeku (Kyjksie). Lubię Skrzeka jako osobę i muzyka, łączącego rzeczy zdać się może niemożliwe, bluesa i Śląsk. To prawdziwy naturszyczk, obdarzony humorem charakterystycznym dla ludzi stąd. Z wykształcenia górnik dołowy, grający na fortepianie, harmoijce i gitarze.
Niestety, film o nim był klasycznym pseudoartystycznym gniotem. Ni to biografia, ni to wykładnia jego filozofii życiowej. Skrzek gadał jakieś nieswoje teksty, których z trudem nauczył się na pamięć. Chyba największą pozycją budżetu była wódka dla narratora. Przez trzeźwe usta Kyjksa taki piramidalny stek bzdur nie mógłby się wydostać na świat.
Zdjęcia bez pomysłu, jakieś obrazy w mniemaniu autora niezwykle poetyckie bo najczęściej czarno-białe. Miałem wrażenie, że film realizował jakiś niedouczony student szkoły filmowej, który uważał na wykładzie kiedy mowa była o tym, że film ma być artystyczny. Grał natomiast w okręty w momencie kiedy tłumaczono, jakimi środkami można ten efekt uzyskać.
Morał
1. nie oglądajcie przypadkiem tego filmu (niestety nie pamiętam dokładnie tytułu - chyba Ballada Śląska lub coś równie pretensjonalnego)
2. Ktoś tu wyrzuca nasze pieniądze
Potemy był drugi film o Śląsku: jak to załogi 4 kopalni przeznaczonych do likwidacji strakowały. Nie chodziło tu o heroiczne boje w okresie pierwszej Solidarności ale o likwidację nierentownych kopalń. Scenariusz oczywiście "artystyczny". Pani dojeżdżając z Lublińca rozklekotanym i brudnym pociągiem żaląc się, że teraz zamykają wszystkie zakłady przemysłowe. Przebitki (czarno-białe) na zrujnowane mijane instalacje przemysłowe. No i wiele zdjęć z manifestacji górników wspartych przez mądrych związkowców i zlekceważonch przez wielkich tego świata np Prezydenta Bytomia. Pogłębiony portret psychologiczny robotnicy "wszystkie kopalnie są zamykane", " ja tak ciężko pracuję w zimie i w lecie" i do tego zdjęcia ilustrujące znój zbierania do wiaderka próbek miału węglowego, co wymagało nieraz chodzenia po wodzie i błocie. Jednym słowem, chała czyli knot. Znów wyrzucone pieniądze. Chętnie dowiedziałby się o czym film miał przekonywać i kogo.
Na szczęście potem nadano film Bobrek Dance. O rozpadającej się dzielnicy Bytomia związanej z zamkniętą hutą i kopalnią. Problemach socjalnych (czytaj pijaństwo i kradzieże) ale i trudnej młodzieży, której udało się zaszczepić entuzjazm do break dance. Film poruszał autentyczne problemy, wolny był od taniego dydaktyzmu (nic z Makarenki). Dodatkowo pięknie filmowany. Niestety, sądzę że niewielu dotrwało do tego momentu przed ekranem.
Cieszyłem się, jak większość uczestników tego forum, na uruchomienie kanału kultura. Miała to być przeciwaga do napędzanych straszakiem oglądalności innych programów TV. Wiele razy, "skanując" ręcznie kanały(tak zwykle oglądam telewizję) zatrzymywałem się na Kanale Kultura. Prawie bez wyjątku pokazywano tam dzieła których wspólnym mianownikiem było udziwnianie rzeczy oczywistych. Mam wrażenie, że do tego programu zsyła się beztalencia i nawiedzonych. Ci którzy coś potrafią zostają w innych kanałach żeby napędzać pieniądze reklamodawców. A kierownictwo TVP ma alibi: "o co wam chodzi? Przecież mamy niekomercyjny, artystyczny kanał dla intelektualistów".
Proponuję uzupełnić to stwierdzenie przez dodanie przed "intelektualistów" dwu słów " niezbyt inteligentnych".
18.06.2005 zmarł Majster Bieda
miast komentarza cytat z gazety Nowiny Gazeta Codzienna:
Majster Bieda
Władek Nadopta, samotnik, który w poszukiwaniu wolności poznał wszystkie ścieżki w Bieszczadach... To o nim jest ta pieśń
Autobus zatrzymał się gdzieś między Ustrzykami Górnymi a Wetliną. Mężczyzna w wiatrówce wysiadł, rozejrzał się, przerzucił podręczną torbę przez ramię i ruszył przed siebie szukać przeznaczenia. Bez pieniędzy, przyjaciół, samotny wśród gór. Kilka dni później na jego drodze stanął człowiek, który okazał się wyznacznikiem dalszych losów tajemniczego wędrowca. Połączył ich wspólny posiłek pod gołym niebem - dwie pajdy razowego chleba ze słoniną.
Był początek lat 60 i żaden z nich wtedy nawet nie śnił, że obaj staną się legendą za życia. O Lutku Pińczuku, gospodarzu schroniska na Połoninie Wetlińskiej napisano już wszystko. O Władku Nadopcie przeciwnie - zawsze żył na uboczu i chadzał ścieżkami, o których wiedziały tylko wilki i rysie. Ale to właśnie on stał się symbolem bieszczadzkiej wolności, i to jego wybrał na bohatera swojej piosenki Wojciech Bellon, lider i założyciel Wolnej Grupy Bukowina.
"Skąd przychodził, kto go znał,
kto mu rękę podał,
kiedy nad rowem siadał,
wyjmował chleb,
serem przekładał
i dzielił się z psem"
Życie nie pieściło Władka od kołyski. Wcześnie poznał smak sieroctwa, głód i nędzę. Żeby przetrwać, musiał opuścić rodzinny Lwów i wyruszyć na wędrówkę. Miał 13 lat, jedno ubranie i gitarę. - To ona uratowała mnie od śmierci, bo dzięki niej miałem co jeść - wspomina Nadopta. - Gdzie ja ludziom nie przygrywałem, i w Przemyślu, i na Podhalu, i nawet nad morzem. A kiedy stęskniony wróciłem wreszcie do Lwowa, niedługo po mnie weszli Niemcy.
Na przymusowych robotach w Rzeszy spędził całą wojnę. Harował na roli, przy kopaniu grobów, przy sadzeniu drzew. Polskę zobaczył na nowo w 1946 r., trafił do Łodzi, później na Śląsk - wprost do kopalni. Ale do fedrowania nie był stworzony. Zostawił więc kilof, wsiadł do pierwszego autobusu i pojechał w Bieszczady. - Żeby być bliżej ojcowizny - mówi.
Z kilofa przerzucił się na motorową piłę - poszedł wycinać las. Na początku lat 60. w ślad za Nadoptą przybyło w Bieszczady setki ludzi szukających dobrego zarobku. Wytrzymywali tylko ci, co nie dali się wódce. Władek też się nie dał. Może dlatego, że nienawidził hoteli robotniczych, gdzie gorzałka lała się strumieniami.
- Żeby mieć spokój od natrętnych pijaków, wynajmowałem kąt u miejscowych gospodarzy - opowiada. - Czasem w Cisnej, czasem w Wetlinie, innym razem w Kalnicy lub Strzebowiskach. Dużo nie potrzebowałem, byle było na czym głowę położyć i gdzie zgotować strawę.
Kiedy w lesie nastawał martwy sezon na cięcia, Władek brał plecak, kilka konserw i przemierzał bieszczadzką puszczę szukając zrzuconych przez jelenie poroży. A w tym był mistrzem nad mistrzami, znajdował wieńce tak ogromne, że nie był w stanie ich sam udźwignąć.
Bywało, że przez tydzień nie wracał do wsi na nocleg. W zimne noce budował naprędce szałas z gałęzi albo zakopywał się w pełnym siana paśniku. Gdy było cieplej, kładł się spać wprost na ziemi a bladym świtem mył się w lodowatym strumieniu. Nie szukał wygód - wolał obcować z naturą, bo ta dawała mu poczucie wolności. - Ciągle gdzieś go nosiło - wspominają znajomi. - Jakby się dusza w nim trzepotała i kazała wciąż szukać nowych wrażeń.
Góry i las karmiły Władka, odkąd tu przyjechał. Ale sam nie wpadł na to, że ze zbierania jagód i grzybów można nieźle żyć. Miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Lutka Pińczuka, bo kiedy siedząc na rowie jedli chleb ze słoniną, to właśnie Lutek namówił go, by zaczął handlować leśnym runem. - Robota była od świtu do zmierzchu - opowiada Nadopta. - Wtedy zrywało się jagody gołymi rękami, dopiero po jakimś czasie dorobiłem się zbieraczki. Potrafiłem zebrać w ciągu dnia kilkadziesiąt kilogramów borówek i wieczorem wszystko sprzedać.
"Śmiał się do słońca,
śpiewał do gwiazd,
drogę bez końca, co przed nim szła
znał jak pięć palców, jak szeląg zły".
Rzeczywiście, nie było i nie ma w Bieszczadach miejsca, gdzie nie stanęłaby stopa Władka Nadopty. Wiedział o każdym kamieniu, wąwozie, leśnym wykrocie. Na pamięć potrafił wskazać, gdzie niedźwiedzie mają gawry, gdzie wilczyce rodzą młode i gdzie jelenie przychodzą na rykowisko bić się o łanie. Nawet dziś, kiedy już po górach za często nie chodzi, bo wiek słuszny i sił mało, mógłby egzaminować młodych przewodników ze znajomości terenu.
- Nieprzypadkowo goprowcy korzystali z jego wiedzy - opowiadają przyjaciele. - Ilekroć pomagał im szukać zaginionych turystów, nigdy ich nie zawiódł. Miał "nosa", jak nikt.
Ratownicy odwdzięczyli się Władkowi - w 1999 roku uhonorowali go odznaką "Zasłużony dla ratownictwa górskiego". Kiedy przypinali mu ten order, popłakał się jak dziecko, a razem z nim ci, którzy to widzieli.
- On z nami był od początku, w chwilach dobrych i złych, tego się nie zapomina - mówi Leszek Berezka, zastępca naczelnika GOPR.
W 82-letnim życiu Nadopty to pierwsza pochwała. Ale zasłużył na nią znacznie wcześniej - kiedy przecierał innym dzikie szlaki, wypalał węgiel drzewny w mielerzach. I kiedy podczas roboty w Lesku nie dał się zmusić do rozbiórki greckokatolickiej cerkwi. - Chyba by mi ręka uschła - zarzeka się. - Byli jednak tacy, którym powieka nie drgnęła, gdy niszczyli święty przybytek.
Po tym zdarzeniu jeszcze głębiej schował się w górach - zamieszkał w szałasie na Przełęczy Wyżnej. Już był uznanym zbieraczem runa, więc kiedy dowiedział się o nim pułkownik Kazimierz Doskoczyński, w latach 70. wielki łowczy PRL i szef rządowych ośrodków wypoczynkowych w Bieszczadach, zawarł z Nadoptą umowę na dostawy grzybów. Nie dla siebie ich potrzebował, lecz dla swoich gości - Gierka, Jaroszewicza, Kiszczaka. Targał więc Władek całe kosze maślaków, rydzów, kozaków, a pułkownik grosza nie żałował. - Nic do niego nie miałem, dopóki nie zabił mi z dubeltówki psa - opowiada Nadopta. - Niby za płoszenie zwierzyny. A przecież to był zwykły kundelek, ledwo odstawał od ziemi. Tak się wkurzyłem, że przeszedłem na handel z turystami. Płacili mniej, ale na pieniądzach mi nie zależało.
Pies miał na imię Pikolo i nigdy nie odstępował swojego pana. Kiedy ktoś obcy zbliżał się do samotni Władka, Pikolo siedział cicho jak mysz pod miotłą. A potem nagle wyskakiwał zza węgła i darł przybyszowi spodnie na strzępy. - Ubaw był po pachy - śmieje się Nadopta.
Na Przełęczy Wyżnej spotkał Władek człowieka, dzięki któremu został legendą. Długowłosy chłopak z gitarą był dużo młodszy, ale od razu przypadli sobie do gustu. Niejedno piwo razem wypili, niejedną noc przegadali. Chłopak pochodził z Buska Zdroju i nazywał się Wojtek Bellon.
- Przyjeżdżał w Bieszczady szukać twórczej weny, zawsze "goły i wesoły" - mówi Władek. - Chciał, by jego ballady pachniały górami, więc w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej przesiadywał całymi tygodniami. Nawet się tam na parę miesięcy zatrudnił, a potem został kandydatem na ratownika GOPR.
To właśnie w schronisku, przy naftowej lampie, napisał większość swoich piosenek. Wśród nich tą, którą aż do przedwczesnej śmierci w 1985 roku uważał za ulubioną i najważniejszą - Majstra Biedę. Nadopta długo nie wiedział, że to o nim. Dopiero, gdy przypadkiem w radiu usłyszał dedykację, zrozumiał, że odtąd nie będzie już Władkiem, lecz właśnie Majstrem Biedą.
- Zawsze był szanowany, ale od tej chwili także nietykalny - wspominają w Bieszczadach. - Nawet w knajpie w Ustrzykach Górnych, gdzie w owym czasie mordobicie było rozrywką na porządku dziennym i gdzie gęsto "ścielił się trup".
Władek nie lubił takich scen. Bo chociaż był z lasu, twardy jak buk, to brzydził się przemocą i opilstwem. Pewnie dlatego wolał samotność, ale nie taką, by zupełnie stronić od ludzi, lecz taką, która dawała poczucie wolności i pozwalała oprzeć się pokusom.
"Nikt nie pytał, skąd się wziął,
gdy do ognia się przysiadał.
Wtulał się w krąg ciepła jak w kożuch,
znużony drogą wędrowiec boży.
Zasypiał długo gapiąc się w noc".
Tak mijał Władkowi rok za rokiem. Włosy mu posiwiały, a zmarszczki poorały twarz. Siedział raz nad potokiem, moczył obolałe nogi i ni stąd, ni zowąd naszła go refleksja, że przez te ćwierć wieku w Bieszczadach niczego się nie dorobił. Wciąż nie miał własnego dachu nad głową, żadnych oszczędności i tylko tę wolność wyśnioną jeszcze w dzieciństwie. - Ona była dla mnie wszystkim, nie myślałem o dobrach materialnych. Gdybym chciał, dziś miałbym na własność piętrowy dom, samochód i jeszcze by mi zostało. Ale pieniądze nie trzymały się mojej kieszeni.
Na starość postanowił, że chociaż trochę sobie odłoży - na czarną godzinę. Bo niby ma tę rentę za robotę w lesie i przy wąskotorowej kolei, ale to raptem 420 złotych. Za mało, by przeżyć, za dużo, by umrzeć.
Więc wrócił Władek do zbieractwa, osiadł w sezonowej chałupce pod Małą Rawką i jaśniej zobaczył swoją przyszłość. - Oczy błyszczały mu z radości, gdy widział, jak turyści zajadali jego borówki - wspomina Ryszard Denisiuk z Cisnej. - Lecz te same oczy zachodziły smutkiem, kiedy połoniny pokrywał śnieg.
- Tu zima trwa pół roku, a każdy dzień wydaje się wiecznością - mówi Nadopta. - Kiedyś bywało inaczej, weselej, ale i czas biegł innym rytmem, według praw młodości.
Żeby nie oszaleć z bezczynności, umyślił sobie, że odwiedzi syna na Śląsku. Już pierwszego dnia pobytu poczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego, po trzech był z powrotem w górach. - Ja chyba nie umiem żyć gdzie indziej, tęsknota mnie zjada.
Poszedł mieszkać do przyjaciół, ale i tam był niejako z musu. - Zawsze powtarzał, że nie chce być dla nikogo ciężarem - wspomina Maria Oskarbska z Wetliny, która wraz z mężem przygarniała Nadoptę w zimowe miesiące. Przygarniali go wszyscy, bo Władkowi nikt nie odmówił.
(...)
Choroba dopadła go nagle - we śnie. Karetka, szpital, kroplówka. Lekarz zawyrokował - zapalenie płuc. Dodatkowo przyplątała się astma. Leżał Władek w białej pościeli i widział już nad sobą śmierć, lecz chyba wyprosił łaski u Boga, bo po dwóch miesiącach wstał o własnych siłach. Nie był sam - najbardziej mu oddani zachęcali, by zamieszkał u nich na stałe. Odmówił. - Ze starym człowiekiem same kłopoty, po co ktoś ma się mną zamartwiać - tłumaczy.
Ze szpitala pojechał w góry już tylko po rzeczy. Zmieściły się w jednej torbie. W domu dla samotnych dostał pokój z telewizorem, fachową opiekę i jedzenie. I zamknął się w sobie jak nigdy. W Bieszczadach prorokują, że jeśli wiosną nie wróci pod połoniny, zgaśnie tak szybko, jak świeca na wietrze.
.... i zgasł rok później 18.06.2005, i nastąpił taki rok, smutny rok tak widać trzeba.. nie przyszedł Bieda zieloną wiosną miejsce gdzie siadał zielskiem zarosło.....
Jest to barwnie pokazana historia wielonarodowościowego śląskiego miasta. Śledząc losy tytułowego bohatera książki obserwujemy jak przedwojenny spokój żyjących po sąsiedzku, w symbiozie Czechów, Polaków, Niemców i Żydów stopniowo ulega niszczeniu. Autor pokazuje nam, na tle wielkich wydarzeń historycznych (II wojna światowa, rządy komunistów, praska wiosna), jak zmieniają się ludzie, ich wzajemne relacje, jak rodzi się nietolerancja i uprzedzenia polityczne. Opowieść jest pełna ironii i czarnego humoru.
W powieści przedstawiona jest wspaniała galeria postaci pełnokrwistych, pogłębionych psychologicznie. Przedstawiono w niej omal nieskończoną liczbę charakterów i zachowań ludzkich.
Niby wszyscy wiemy, że świat nie jest tylko czarno-biały, a ludzie tylko dobrzy albo źli. Uznajemy, że nie powinno się dokonywać pochopnych ocen bez kontekstu i oceny sytuacji. Ale warto prześledzić na przedstawionych w powieści przykładach jak wiele jest odcieni każdej z barw, jak zagrożenie, ekstremalne zdarzenia wpływają na nasze wybory, zachowania, jak często zwykły przypadek decyduje za nas. Niby truizmy, oklepane, a jak aktualne (lustracja).
Książka ma wątek poetycko-fantastyczny. To zwykle mnie drażni. Tutaj ten trick polegający na pojawianiu się bohaterów z zaświatów, pozwala na oryginalną i ciekawą retrospekcję
Książka nie jest pisana gwarą, jak kultowa na Górnym Śląsku powieść o życiu mieszkańców Zaborza – „Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny”. Literacki język stosowany w powieści jest wartością samą w sobie. Poszczególne zdania to perełki języka. Mądrości zawarte w wielu z nich mają wymiar ogólnoludzkich prawd wartych zapamiętania jako złote myśli. (Ukłony dla tłumacza Jana Stachowskiego).
Dla mnie to szczególna pozycja. Jestem Ślązaczką z dziada –pradziada, identyfikuję się z tym regionem, jest mi bliski. Jestem fanką wspomnianego już ”Cholonka”, filmu „Angelus”. Książka Filipa przeniosła mnie też w te klimaty. W tamte czasy, o których tak niewiele mówiło się, a raczej nie chciało się słuchać w domu rodzinnym. Dała mi możliwość poszerzenia wiedzy na temat skomplikowanej historii tego wielokulturowego obszaru, może pozwoliła zrozumieć coś więcej.
Książka jest godna polecenia wszystkim. Bardzo mądra ale też o dużym znaczeniu poznawczym. Poruszane problemy mają charakter ponadczasowy i ogólnoludzki. Książka świetnie się czyta, fabuła wciąga, nie jest prowadzona chronologicznie co uatrakcyjnia śledzenie akcji, jest wartka, ciekawa, opowiadane historie zwariowane. Książka wzrusza, śmieszy, przeraża. Wspomniany wyżej język książki zachwyca.
To pierwsza wydana w Polsce powieść czeskiego pisarza. Ota Filip urodził się w 1930r, pracował jako dziennikarz, górnik, robotnik, redaktor ostrawskiego wydawnictwa „Profil” i kierowca. W 1970r. został aresztowany i skazany na półtora roku więzienia za działalność antypaństwową. W 1974r. wyjechał do RFN, gdzie współpracował z niemiecką prasą. Zadebiutował 1968r, a wiele jego powieści ukazało się dopiero na emigracji. Od lat 80’tych pisze po niemiecku.
Mała odmiana. Do beczki miodu z recenzjami ulubionych płyt i filmów dokładam łyżkę dziegciu. Zamiast na zachętę, będzie dla odstraszenia.
Przez wiele lat zwlekałem z czytaniem Coelho. Właściwie nie wiem czemu. Miałem świadomość jego poczytności. Słyszałem też opinie osób znajomych o wybitnym wpływie dzieł tegoż autora na ich życie, myślenie i sposób postrzegania świata. Szczególną, niemal biblijną czcią zdaje się być otoczony Alchemik.
Alchemika jakoś nie udało mi się dotąd zdobyć. Zamiast tego, przypadkowo, podczas kompletowania zestawu lektur na jedną z dłuższych podróży, spostrzegłem na półce księgarni (i natychmiast nabyłem) inną książkę Coelho: Pielgrzyma. Z wypiekami na twarzy zabrałem się do czytania.
Jako, że pan Coelho niezmiennie znajduje się na czele listy najbardziej poczytnych autorów w Polsce (oddając z rzadka palmę pierwszeństwa panu Whartonowi lub pani Rowling), spodziewałem się wybitnego tłumaczenia i formy szczególnie miłej polskiemu czytelnikowi (czyli na przykład mnie). Zawiodłem się srodze. Zawiodłem pod każdym względem.
Fabuła wykorzystuje motyw podróży. Opisuje pieszą pielgrzymkę głównego bohatera do sanktuarium Santiago Compostella. Fabuła jest jednak tylko pretekstem dla bombardowania czytelnika stekiem pseudo-filozoficznych uogólnień i banałów. Dodatkowo, w treść wplecione są niedorzeczne ćwiczenia religijno – mistyczno – gimnastyczne. Coelho w tandetny sposób łączy w swojej książce tradycję religii katolickiej z praktykami voodoo. Tworzy nowy katechizm opierający się na ślepej wierze w intuicję, przeczucia i sny.
Autor posługuje się (typową dla dzieci przedszkolnych) metodą narracji - zdradzając już w pierwszym zdaniu każdego akapitu całą jego treść. Podobnie wszystkie teoretycznie atrakcyjne wątki fabuły: walki, ucieczki i próby charakteru; nim się rozpoczną – z góry wiadomo jak się skończą. Dzięki doskonałemu odwróceniu zasad budowania napięcia – akcja jest tak mdła i przewidywalna, że więcej emocji dostarczyłoby prawdopodobnie czytanie fińskiej książki telefonicznej.
I to wszystko byłoby jeszcze do zaakceptowania, gdyby nie forma. Forma literacka wyrosła bezpośrednio ze stylu wypracowań szkolnych lizusa-gimnazjalisty. Nie wiem komu bardziej to zawdzięczamy – samemu autorowi, czy może tłumaczowi. Prawdopodobnie oboje włożyli sporo pracy, aby osiągnąć mistrzostwo niedołęstwa w posługiwaniu się językiem. Zdania są bełkotliwe. Ilość natrętnych powtórzeń tego samego wyrazu, woła o pomstę do nieba. Nieporadność i prymitywizm formułowania myśli sięga poziomu oficjalnych pism z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Obrzydliwość.
Jest też kilka elementów tragicznego komizmu (zawartych głównie w serii praktycznych porad Coelho). Poznajemy np. niezawodną metodę na oszukanie szatana. Jest instruktaż krok po kroku, jak zabijając bezpańskiego psa zasłużyć na życie wieczne; oraz cała masa bezcennych wskazówek bezładnie mieszających świat rzeczywisty z duchowym, umysł z ciałem, skutki z przyczynami.
Jedno czego się obawiam, to konsekwencje jakie może wywołać lektura tej książki u skrajnie naiwnych czytelników. Zafascynowani wygodną prostotą zasad zaproponowanych przez jarmarcznego pseudo-teologa, mogą zacząć mordować niewinne psy na ulicach i planować życie na podstawie snów czy ułożenia chmur na niebie.
Skopiowałam artykuł z "Gazety Wyborczej". Bardzo mnie ucieszył konkurs o którym niżej i myślę, że warto śledzić losy wyróżnionych prac.
"Czy zięć z Wietnamu to powód do wstydu dla śląskiej rodziny? A jak przyjąć wujka, który walczył w wojnie po niemieckiej stronie? Z takimi tematami zmierzyli się autorzy sztuk po śląsku. W sobotni wieczór w teatrze Korez ogłoszono wyniki konkursu.
Konkurs na jednoaktówkę po śląsku wymyślił dramaturg i reżyser Ingmar Villqist. Chciał sprawdzić, czy język świetnie sprawdzający się w formach kabaretowych nadaje się do napisania dramatu. Nikt wcześniej tego nie próbował. Villqistowi w jego eksperymencie postanowiły pomóc agencja Imago PR, teatr Korez i katowicka "Gazeta Wyborcza". Wspólnie ogłosiliśmy konkurs.
Przez pierwsze dwa tygodnie nie zgłosił się do niego nikt. W kolejnych do naszej redakcji dotarło zaledwie kilka prac. Kiedy już zaczęliśmy tracić nadzieję, nagle, tuż przed zamknięciem konkursu, jednoaktówki sypnęły jak z rogu obfitości. Ostatecznie przysłano 37 sztuk. Ich autorzy i wielbiciele śląskiej godki szczelnie wypełnili w sobotni wieczór salę teatru Korez.
Dramat to bardzo trudna forma. Jestem pozytywnie zaskoczony ilością i poziomem nadesłanych jednoaktówek. Nie ma wśród nich prac grafomańskich, są za to bardzo precyzyjne ilustracje stanu tożsamości współczesnych Ślązaków - mówił Villqist. Sztuki pomagali mu oceniać: Mirosław Neinert, szef Korezu, Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, Rafał Czechowski z Imago PR i Waldemar Szymczyk z "Gazety".
Tego wieczoru w Korezie aż roiło się od znakomitych artystów. Zwycięskie prace prócz samych jurorów z podziałem na role czytali ze sceny m.in. Bernard Krawczyk, Tadeusz Madeja i Grażyna Bułka.
Czytali tak wspaniale, że Lidię Michalską, laureatkę trzeciej nagrody za sztukę "Kościołowe dźwiyrze", doprowadzili do łez. - To ze wzruszenia! - mówiła pani Lidia. Mieszka w Wodzisławiu Śląskim i jest nauczycielką języka polskiego. Do tej pory pisała tylko scenariusze dla dzieci. "Kościołowe dźwiyrze" to jej pierwsza sztuka dla dorosłych i pierwsza napisana po śląsku. Z wymyśleniem historii nie miała kłopotu. Trochę trudności sprawiło jej tylko oddanie śląskich brzmień za pomocą liter polskiego alfabetu. - Strasznie mnie boli ten kabaretowy wizerunek Ślązaka, który mówi tylko gwarą i żywi się wyłącznie roladą z modrą kapustą. Myślę, że ten konkurs jest okazją, żebyśmy pokazali się z innej strony. Śląski to nie jest język ludzi ograniczonych, niewykształconych i prostackich. To nie gorsze od innych narzędzie wyrażania myśli i emocji - mówiła Michalska.
Drugą nagrodę przyznano Leszkowi Sobierajowi, który rozbawił publiczność sztuką "Karlus niy z tyi ziymi", opowieścią o tradycyjnej śląskiej rodzinie, do której być może dołączy zięć z Wietnamu. Pierwsze miejsce zajął Roman Gatys z Nakła Śląskiego, autor jednoaktówki "Bysuch s Reichu". On również postawił śląską rodzinę przed dylematem, jak przyjąć gościa. W tym przypadku to wujek Jorg z Frankfurtu, który nie dość, że w czasie wojny walczył po stronie Niemców, to jeszcze dostał od nich medal za zasługi. - Ta sztuka to wypadkowa rozmaitych opowieści, które opowiadali mi znajomi Ślązacy, podszyta też historią mojej własnej rodziny. Brat mojego ojca zginął na froncie wschodnim. Śląskie losy to skomplikowana sprawa - mówił pan Roman, który pisaniem zajmuje się zawodowo. Do tej pory wspólnie z żoną opisywał śląską porcelanę. Mało brakowało, a w konkursie na jednoaktówkę nie wziąłby udziału. - Znajomy powiedział mi o nim tuż przed ostatecznym terminem. Pobiegłem do biblioteki i wypożyczyłem "Dwa teatry" Szaniawskiego, żeby zobaczyć jak w ogóle zbudowana jest taka jednoaktówka. W południe usiadłem do pisania i pracowałem do 23.30. Wysłałem tekst w ostatniej chwili - opowiada Gatys.
Rezultaty tego wyścigu czytelnicy "Gazety" będą mogli poznać w najbliższy piątek. Opublikujemy w "Gazecie" zwycięską jednoaktówkę. Pozostałe dwie nagrodzone i siedem wyróżnionych sztuk będzie można czytać na naszej stronie internetowej. Ale na tym najpewniej ich historia się nie skończy. Za bardzo spodobały się jurorom. - Zrobimy wszystko, żeby z najlepszych jednoaktówek stworzyć spektakl - ogłosił ze sceny w imieniu swoim, Villqista i Neinerta Talarczyk. W planach są też warsztaty dramaturgiczne i być może przygotowanie słuchowisk na podstawie przysłanych sztuk. Już teraz wiadomo, że za rok konkurs zostanie powtórzony."
Więcej...
Ponieważ dyskusja na forum dotycząca filmu "Infiltracja" przerodziła się mimo woli w dyskusję na temat "Władcy pierścieni", zdecydowaliśmy się z dzińdziorami dodać taki temat z nadzieją, że ktoś jeszcze powie - co wydaje się trudne - coś dotąd niepowiedzianego. Świadomie umieściłem recenzję w dziale "Książki ...", bo książkę, w odróżnieniu od filmu, warto polecić. Zapraszam.
Glenn Gould zasłynął jako artysta, który dokonał przełomu w interpretowaniu muzyki Jana Sebastiana Bacha. Jego wykonania muzyki klasycznej budziły wielki zachwyt, ale też kontrowersje. W pewnym momencie wycofał się z życia koncertowego i skupił się na nagraniach w studiu. Do dziś jest niedoścignionym wzorem dla wielu młodych pianistów.
Wieczorem zaprezentujemy dwa filmy dokumentalne z 1984 roku w reżyserii Romana Kroltori i Wolfa Koeniga. Pierwszy z nich przybliża pracę pianisty w nowojorskim studiu nagrań, gdzie rejestrowane jest wykonanie „Koncertu włoskiego” (godz. 21.00), drugi ukazuje artystę prywatnie, w jego domu nad jeziorem Simcoe, w stanie Ontario (godz. 21.40).
Oba filmy były całkiem, całkiem, ale prawdziwy rodzynek pojawił się w tym drugim. Było to w rozmowie z jakimś innym muzykiem (nazwiska nie pamiętam), która dotyczyła muzyki współczesnej. Glenn zapytał retorycznie co by było, gdyby – tak zupełnie przypadkiem – jakieś dziecko wychowywało by się w świecie wyłącznie takich dźwięków … i tu plimknął coś „kosmicznego” na fortepianie (tu wypada dodać, że Glenn Gould jest nie tylko bardzo znanym wykonawcą Bacha, ale także niemniej znanym wykonawcą muzyki współczesnej).
Moje niezawodne ucho poinformowało mnie, że skądś to znam. Tu mnie już mieli! Natychmiast skojarzyłem skąd znam ten motyw muzyczny, ale nadal nie miałem pojęcia co to jest? Na tyle nie dało mi to spokoju, że sprowokowało mnie do wielodniowych poszukiwań w Internecie. Informuję, że poszukiwania zakończyły się sukcesem.

W rozmowie Glenn Guld zagrał fragment „Variations for Piano Op. 27 II - Sehr shnell”(..posłuchaj), Antona Weberna. Okazuje się, że muzyka Antona Weberna - jak na muzykę typu Warszawska Jesień - jest zupełnie do rzeczy, o czym nie miałem pojęcia. Moim zdaniem to genialna muzyka ilustracyjna np. do filmów SF, a ten utwór tragicznie zmarłego (został przypadkiem zastrzelony przez amerykańskiego żołnierza w 1945r w Wiedniu) kompozytora austriackiego znamy skąd? Z Pegaza!
A Pegaz? Ach, Pegaz! "Pegaz" jest najstarszym programem publicystycznym w telewizji polskiej. Po raz pierwszy ukazał się na antenie w pierwszą sobotę września 1959 roku. Program wymyślił i przez długie lata tworzył Grzegorz Lasota.
Od początku do dziś symbolem "Pegaza" jest skrzydlaty konik zaprojektowany przez Wojciecha Zamecznika. Charakterystyczny - również wykorzystywany do dzisiaj - sygnał dźwiękowy, będący fragmentem utworu Antona Weberna, opracował Stefan Zawarski.
Po odejściu Grzegorza Lasoty, w lutym 1968 roku, program w następnych latach tworzyli m.in. Maciej Wierzyński, Janusz Rolicki, Krzysztof T. Toeplitz, Andrzej Urbański, Tadeusz Pikulski, Tomasz Jastrun, Marcin Król, Rafał Grupiński i Mirosław Spychalski.
Podsumowując.
TVP Kultura -> Glen Gould -> Anton Webern -> Pegaz. Fajne nie?
Na zakończenie dodam tylko, że gdyby ktoś miał – przypadkiem – plakat Wojciecha Zamecznika (to ten od konika) z filmu „Pociąg”, niech go nie sprzedaje! Na razie jest wart ok. 3000 $ (a to tylko plakat!) a przypuszczam, że wkrótce będzie wart znacznie więcej.
Zupełnie niespodziewany zbieg okoliczności spowodował, że przedwczoraj 9-tego maja uczestniczyłem w tym spotkaniu a co jeszcze dziwniejsze, udało mi się na nie namówić MUC Monikę z Marcinem. Spotkanie rozpoczęło się o kosmicznej nieomal porze -15.00 i .. nie będę owijał w bawełnę, było jedną z lepszych imprez, na jakie ostatnio trafiłem w Zamku.
Po krótkich przemowach dziękczynnych, Pan Koch opowiedział po polsku (było to bardzo miłe, ale nieco męczące – wyobraźcie tylko sobie „…szczęśliwe życie księżniczki w Pszczynie”) historię powstania książki (angielskiego oryginału: „Daisy Princess of Pless 1873-1943: A Discovery”, W. John Koch Publishing, 2003) wraz z dramatycznymi opisami prób dotarcia do pszczyńskiego archiwum w latach stanu wojennego!
Następnie prof. Żygulski (tłumacz) pięknie i ciekawie streścił książkę przybliżając historię i losy (romantyczne i zarazem tragiczne) Księżnej. Opowiadanie wciągnęło nawet Monikę i Marcina, którzy zgodnie stwierdzili, że jest to świetny materiał na „polskiego Lamparta”. Po krótkim koncercie (pieśni i trio fortepianowe Hansa Heinricha XIV, jednego z pszczyńskich Bolków) impreza zakończyła się eleganckim przyjęciem polowym na tarasach Zamku.
Okazało się bowiem, że spotkanie z Panem Kochem zbiegło się (bestia Maciek tak to zaplanował) z uroczystą fetą z okazji zakończenia remontu Zamku. Przyznaję, że na wszystkich bez wyjątku Zamek zrobił wrażenie i zaręczam, że nie poznacie Zamku i jego otoczenia, jeśli go odwiedzicie za dnia. Serdecznie zresztą zapraszam.
Wagę uroczystości podkreślały oczywiście zaproszone VIP’y, których większości niestety nie pamiętam. Był na pewno książę Bolko VI von Hochberg, przedstawiciele konsulatów (USA i Kanady), władze Pszczyny i województwa oraz arcyksiążę, któryś pra… Franciszka Józefa i Sisi. Powiało wielkim światem, pogoda dopisała, autografy Pana Kocha zdobyliśmy (książki kupiłem wcześniej) i ani się nie obejrzeliśmy - minęły 3 godziny od rozpoczęcia spotkania! - kiedy musieliśmy opuścić tarasy zamkowe udając się na umówiony (z Marysią) obiad w Starej Piekarni.
To dziwne, że w telewizji, jeszcze dziwniejsze, że w TVN ale... naprawdę serdecznie polecam:
Magazyn: Wydanie drugie poprawione
emisja: poniedziałek, ok.00:00
prowadząca: Kazimiera Szczuka (Kazimiera - matko Boska!)
Jak pisze TVN:
„Wydanie drugie poprawione” to program o książkach, który prowadzą: Kazimiera Szczuka - historyk i krytyk literatury, pracownik Instytutu Badań Literackich PAN oraz Krzysztof Kłosiński – historyk literatury i tłumacz, profesor Uniwersytetu Śląskiego. W każdym odcinku tych dwoje omawia dostępne na rynku książki: intrygujące, ciekawe albo po prostu... ważne! Otwarcie mówią o publikacjach, które skłaniają do refleksji i budzą emocje, nie szczędzą tych, których czytanie może być stratą czasu.
Być może program stanie się podpowiedzią, jak spośród całej masy nowości książkowych wybrać coś naprawdę wartościowego, jakich ważnych książek nie przegapić i którą z nich wybrać dla siebie. Tu książki nie są sztuką dla sztuki, ale tak one, jak i poruszane w nich zagadnienia stają się polem do szerokiej dyskusji. Dyskusji o życiu, różnych wobec niego postawach i wreszcie o ciekawych relacjach społecznych.
Od siebie dodam, że rzeczywiście jest to jeden z programów, który chętnie oglądam i nie tylko! Nie wiem, pewnie to zasługa prowadzących, ale już wiele razy zdarzyło się, że coś się z niego dowiedziałem! Sensowne książki, sensowne rozmowy, miła atmosfera. Bez nudy, czołobitności i wazeliny (jak np. w programie "Multikino" - też TVN - gdzie w zasadzie aż kapie), ale też bez agresywnego krytykanctwa charakterystycznego dla dziennikarzy zajmujących się recenzowaniem. Dla mnie super, ciekawe tylko jak długo.