Przyszło mi na myśl, że "nasze" towarzystwo - jak najbardziej turystyczne - potrzebuje takiego szybkiego "wejścia" do postów z opisami wyjazdów, wrażeń z wakacji itp. Tu także proponuję polecanie gdzie i co można zobaczyć oraz gdzie można coś dobrego zjeźć.
Widomość dla wtajemniczonych:
Akiko dodała na swojej stronie ciekawe filmy o sobie, Polsce i Japonii. link do filmów. Polecam.
Nie pamietam już czyim pomysłem były wajacje na bagnach, ale .... niewątpliwie były one niezwykle udane. Na Podlasiu zdziwiło mnie wiele rzeczy, ale pierwszą która przychodzi mi na myśl są ludzie.
a propos
Generalnie więc ludzi przyjezdnych tam po prostu nie ma (co tygrysy lubią najbardziej), za to "miejscowi"! Sympatyczni, przedsiębiorczy, ciekawi.
Niestety sprawozdania jeszcze nie skończyłem, więc ... cdn.

Pierwszym etapem naszej podróży było miasteczko Goniądz a właściwie miejscowość Krzecze niedaleko Goniądza. Tam, w gospodarstwie Państwa Agnieszki i Krzysztofa Dembowskich, spędziliśmy kilka pierwszych dni. Przytulnie, gościnnie, świetna kuchnia. Polecamy!
Osowiec był pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy "na bagnach" i chyba nikt nie spodziwał się, że zwiedzanie "obiektu wojskowego" może być tak ciekawe. Wszystko za sprawą ".... prawdziwych pasjonatów, doświadczonych przewodników, historyków, którzy wspaniałymi opowieściami przybliżają dawne dzieje, budzą duchy przeszłości". Rzeczywiście muszę przyznać, że Pan Worona, który był naszym przewodnikiem, doskonale odpowiada tej cytowanej charakterystyce.
Miejscowość, twierdza zaporowa o charakterze dużego, dwubrzegowego przedmościa, zamykająca kierunek Ełk – Grajewo - Białystok.
Budowę twierdzy Osowiec rozpoczęto w 1882, a zakończono w 1892 roku. Która została usytuowana na jedynej przeprawie przez tereny bagien biebrzańskich, miała dawniej duże znaczenie strategiczne gdzie część lewobrzeżna rzeki Biebrzy w przyszłych działaniach wojennych była dla obrońców terenem działania wojsk własnych a część prawobrzeżna terenem spodziewanych działań nieprzyjaciela, któremu w atakowaniu i zdobyciu Twierdzy Osowiec skutecznie przeszkadzało 195 tys. hektarów doliny rzeki Biebrzy w większości pokrytej bagnami i torfowiskami, na których zbudowano system śluz i przepustów pozwalających na zalanie terenu w razie napaści nieprzyjaciela.
Twierdza Osowiec była jednym z czternastu, tego typu ogromnych przedsięwzięć wojskowych zrealizowanych w drugiej połowie XIX wieku, na linii rzek Niemen – Wisła, i jest do dzisiaj cennym zabytkiem rosyjskiej architektury obronnej z I połowy XIX wieku. Do dnia dzisiejszego możemy podziwiać kunszt wykonania i mądrość projektantów budowli, sposobów wykorzystania warunków terenowych, oraz naturalnych systemów wodnych, które działają do dnia dzisiejszego mimo ze od chwili wybudowania tych systemów minęło przeszło sto lat to działają one nadal nie wymagając żadnej ingerencji człowieka. Podczas I wojny światowej wojska niemieckie nacierające z Prus przeprowadziły trzy szturmy na warownię. Wszystkie spełzły na niczym, pomimo użycia gazów bojowych. Obrona twierdzy przeszła do historii, i jest porównywana z działaniami wojennymi pod Verdun we Francji w 1916 roku.
We wrześniu 1939 roku nie doszło do walk w obrębie Twierdz. Niemcy po doświadczeniach z I wojny światowej nie próbowali jej zdobywać. Po zajęciu Polski przez okupantów w Osowcu na przemian stacjonowały to oddziały niemieckie i sowieckie.
W 1953 roku latach rozlokowano tu Jednostkę Wojskową. Powstało wspaniałe Muzeum Twierdzy Osowiec. Zwiedzający spotykają tu prawdziwych pasjonatów, doświadczonych przewodników, historyków, którzy wspaniałymi opowieściami przybliżają dawne dzieje, budzą duchy przeszłości.
Informacje o zwiedzaniu Twierdzy Osowiec i jej muzeum można uzyskać przy bramie wejściowej do Jednostki Wojskowej w Osowcu – Twierdzy. lub telefonicznie (085) 7162269 wew 292, 207
Prześliczne, senne miasteczko o przebogatej historii - miejsce urodzenia i życia wielu znanych ludzi (np. Włodzimierz Puchalski, Ludwik Zamenhof). Po dokładnym sprawdzeniu i weryfikacji polecamy restaurację "Tejsza" (nieopodal synagogi) ul. Kozia 2, tel. (085) 718-77-50, czynna 10.00-20.00.
Kolejnym magicznym miejsce, które odwiedziliśmy były "żywy skansen" Kiermusy (agroturystyka) oraz wioska bociania - Pentowo. Jednym, z wielu, owoców tej wycieczki była cenna informacja. Czy wiecie chłopcy, jak się określa to, kiedy z dziewczyną ... hm, hm ... wam się uda? To jest tzw.
Latem tego roku warto wybrać się na Podlasie, by na własne oczy zobaczyć życie bocianów gniazdujących na terenie Europejskiej Wioski Bocianiej w Pentowie - wsi leżącej na trasie podlaskiego szlaku bocianiego biegnącego od Białowieskiego Parku Narodowego przez Biebrzański PN do Narwiańskiego PN. Tytuł Europejskiej Wioski Bocianiej ma charakter prestiżowy i świadczy o wyjątkowych walorach ekologicznych danego miejsca. Wsi Tykocin na Podlasiu i znajdującej się nieopodal kolonii Pentowo przyznała go w 2001 roku niemiecka organizacja proekologiczna Euronatur.
Zgodnie z założeniami projektu Euronaturu w danym kraju tylko jedno miejsce może być uhonorowane dyplomem. Położone malowniczo nad rozlewiskami Narwi Pentowo wybrano, gdy w jednym z tamtejszych gospodarstw zamieszkało aż 19 bocianich par. Ptaki pobudowały gniazda we wszystkich możliwych miejscach – na dachach, słupach i okolicznych drzewach. W ubiegłym roku w Pentowie zamieszkały i rozmnożyły się 23 bocianie pary. Aby można było bezpiecznie obserwować ptaki, we wsi wybudowano specjalną 12-metrową "bocianią" wieżę.
Kolejną "przyprawą" w okolicach Goniądza była wycieczka rzeczką Biebrzą (ciekawe jakby to "wypowiedział" sturmbanfuhrer Bruner??).
A było to tak:
Przyznam, że od lat, umawiając się np. z góralami, czegoś takiego nie spotkałem. Wszystko - dobrze, nie ma problemu, jak najbardziej.
A teraz uwaga!
Reintrodukowany po ostatniej wojnie bóbr jest obecnie zwierzęciem pospolitym. O innych "pospolitych" zwierzetach Parku - ptakach - nawet nie wspomnę, bo na 2-godzinnej przejażdżce łodzią, w porze najgorszej oglądalności (wczesne popołudnie) np. łabędzi spotkaliśmy mnóstwo.
Po, bardzo udanej, przejażdżce Biebrzą zaliczyliśmy jeszcze szlak w okolicach Bagna Ławki, gdzie w ciągu kilkudziesięciu minut krajobraz zmieniał się z ukraińskiego (stepowego) na wietnamski (zarośla tropikalne).
został utworzony 09.09.1993 r. i jest największym parkiem narodowym w Polsce. Położony jest w północno - wschodniej części kraju, na terenie województwa podlaskiego.
Powierzchnia Parku wynosi 59223 ha. Obszary leśne w Parku zajmują 15547 ha, grunty rolne - 18182 ha, a nieużytki - słynne Bagna Biebrzańskie, w rzeczywistości najbardziej cenne przyrodniczo ekosystemy - 25494 ha. Biebrzański Park Narodowy chroni rozległe i prawie niezmienione dolinowe torfowiska z unikalną różnorodnością gatunków roślin, ptaków i innych zwierząt oraz naturalnych ekosystemów. Dolina Biebrzy jest bardzo ważnym miejscem gniazdowania, żerowania i odpoczynku dla ptactwa wodno-błotnego, toteż w roku 1995 została wpisana na listę siedlisk konwencji RAMSARowskiej tj. obszarów mokradłowych o międzynarodowym znaczeniu, zwłaszcza jako środowiska życia ptactwa wodno-błotnego.
Roślinność
Ponad 40% powierzchni Parku zajmują siedliska hydrogeniczne. Na ich obszarze wyróżniono ponad 70 typów zbiorowisk roślinnych naturalnych i zastępczych (w tym półnaturalnych i antropogenicznych). Wśród zbiorowisk naturalnych dominują (bezleśne): turzycowiska, mechowiska i szuwary oraz (leśne): olsy, brzeziny i bory bagienne. Ekosystemy wodne reprezentuje rzeka Biebrza wraz z dopływami oraz liczne starorzecza.
Zmiana warunków siedliskowych wywołana przede wszystkim pracami hydrotechnicznymi w połowie XIX w, oraz melioracjami w latach 60-tych spowodowała trwałe obniżenie poziomu wód gruntowych na obszarach przylegających do kanałów. Na powstałych siedliskach wykształciły się zbiorowiska zastępcze (półnaturalne), wśród nich dominują zb. łąkowe. Ekosystemy o charakterze antropogenicznym reprezentują: pastwiska, uprawy rolne i zb. terenów zurbanizowanych. Wśród nich bardzo cenne zb. o charakterze naskalnym - na zniszczonych w czasie I i II wojny światowej budowlach militarnych Twierdzy Osowiec oraz ginące zb. wydepczysk na terenach kilku osad w obrębie Parku.
Bezleśne:
Wielkie powierzchnie, ciągnące się wzdłuż koryta Biebrzy na siedliskach immersyjnych czyli zatapianych wodami wylewającej rzeki zajmuje szuwar manny mielec. Tam gdzie zalewy są płytsze, dalej od koryta rzeki, występuje szeroka strefa turzycowiska turzycy zaostrzonej. Jeszcze dalej turzycy sztywnej. W strefie immersyjno-emersyjnej (sporadycznie zalewy) dominuje turzycowisko mszyste (o strukturze kępowej) z turzycą tunikową i goryszem błotnym. Tam gdzie nie docierają wody zalewowe (strefa emersyjna) występują mechowiska.
Leśne:
Bagienne olszyny (olsy) występują głównie wzdłuż mineralnych brzegów doliny. Duże powierzchnie bagien zajmują też brzeziny bagienne powstałe z zarośli brzozowo-wierzbowych. W basenie północnym i środkowym występują bardzo rzadkie zarośla brzozy niskiej oraz bory bagienne. Stosunkowo niewielkie powierzchnie zajmują bory sosnowe, bory mieszane i lasy lipowo-grabowe.
Półnaturalne:
Należą do nich m.in. zbiorowiska trzęślicy modrej oraz zespół ziołorośli kozłkowo-wiązówkowych występujące na miejscach dawnych turzycowisk i wypalenisk, na glebach murszowo-torfowych.
Antropogeniczne:
Występują w Parku na niewielkich powierzchniach, na terenie 5 niewielkich wsi, oraz zniszczonych fortach Twierdzy Osowiec.
Park leży w geobotanicznej krainie zwanej Kotliną Biebrzańską a ta należy do Działu Północnego. Jedną z jego charakterystycznych cech florystycznych jest dominacja świerka i duży udział gatunków borealnych i reliktów glacjalnych: brzoza niska, trzcinnik prosty, turzyca strunowa, turzyca życicowa, bażyna czarna, bagno zwyczajne, żurawina błotna, gnidosz królewski, tłustosz pospolity, wielosił błękitny, wierzba lapońska, skalnica torfowiskowa, niebielistka trwała, wełnianeczka alpejska, borówka bagienna i szereg mszaków.
Flora jest tu równie bogata i porównywalna z podobnymi obszarami terenów sąsiednich. Występuje tu ponad 1000 gatunków roślin naczyniowych, w tym ponad 900 w granicach Parku. Stwierdzono 90 gatunków podlegające ochronie całkowitej i 17 pod ochroną częściową. 45 gatunków tu występujących znalazło się na "Czerwonej liście roślin naczyniowych zagrożonych w Polsce". Do najrzadzszych gatunków należą: zanokcica zielona, skrzyp pstry, widłak wroniec, rosiczka długolistna, wąkrotka zwyczajna, tłustosz zwyczajny, płesznik zwyczajny, zaraza niebieska, niebielistka trwała, szachownica kostkowata, kosaciec bezlistny oraz 20 gatunków storczykowatych z najokazalszym krajowym gatunkiem obuwikiem pospolitym (najliczniejsza w Polsce populacja !).
Do najbardziej interesujących pod względem bogactwa florystycznego siedlisk zaliczyć należy obok mechowisk turzycowych - mineralne wyniesienia "grądy".
Rozległość obszaru, jego pierwotność i odmienność sprawiają, że w dolinie Biebrzy zachowała się specyficzna fauna w dużym stopniu związana z naturalnymi ekosystemami bagiennymi i wodnymi. Stwierdzono tu obecność 48 gatunków ssaków. M. in. 10 gatunków nietoperzy - w Twierdzy Osowiec obserwowano największe w Polsce północno-wschodniej skupiska kolonii zimujących nietoperzy.
Lato to czas, kiedy ze względu na większe zacienienie dna lasu rozwijają się rośliny cieniolubne. Tylko w bezdrzewnych lukach grądu roślinność runa rozwija się bujniej. Zanurzyć się można wtedy w gąszcz ziół i traw na polanach leśnych lub brodzić po pas w paprociach. Latem dojrzewają owoce geofitów. Kwitną natomiast takie rośliny jak np. lilia złotogłów, pszeniec gajowy, marzanka wonna, orlik pospolity i perłówka zwisła.
Tego dowiedzieliśmy się na leśnej wycieczce edukacyjnej w okolicach leśniczówki Trzyrzeczki. Dlaczego edukacyjnej? Bo wyobraźcie sobie, że tam - na odludnym odludziu - znajduje się:
Centrum Edukacji Ekologicznej „TRZYRZECZKI”
Kuderewszczyzna 19
16-200 Dąbrowa Białostocka
woj. podlaskie
Fajne, nie?
Zabytek architektury technicznej klasy I. Na obszarze Biebrzańskiego Parku Narodowego przebiega w pobliżu miejscowości Polkowo i Dębowo. Śluza w Dębowie (1826 - 27) umożliwia wpłynięcie z rzeki Biebrzy do Kanału. Kanał, który połączył rzekę Biebrzę z rzeką Niemen, był częścią większego projektu - budowy drogi wodnej od Wisły do bałtyckiego portu w Windawie. Nowy szlak handlowy miał uniezależnić Królestwo Polskie od ceł dyktowanych przez Prusy. Projektantem i pierwszym wykonawcą kanału był płk Ignacy Prądzyński. W czasie budowy kanału, Karol hr. Brzostowski założył Hutę Sztabińską, by produkować odlewy do urządzeń mechanicznych śluz. W niektórych wrotach przetrwały one do dzisiaj. Na potrzeby kanału pracowały ponadto: tartaki, warsztaty stolarskie i ślusarskie, kuźnie. Ślady kuźni są ciągle widoczne w okolicznym pejzażu w postaci cmentarnych i przydrożnych kutych krzyży. Cały Kanał Augustowski został wpisany do rejestru zabytków w dniu 9.02.1979r.
My, ponieważ przemieszczaliśmy się samochodami, zwiedziliśmy jedynie jedną ze śluz.
Śluza Sosnowo:
numer śluzy: 2
położenie śluzy: 13,2 km
spadek: 2,77 m
rodzaj: metalowa
Wobec zniszczenia w 1944 roku poprzedniej oryginalnej Pluzy, została odtworzona w nowym kształcie technicznym. Stalowe wrota spiętrzają wody Kanału Nowego, tylko trochę ocienione lasem.
To jedno z najbardziej atrakcyjnych miejsc w Parku.
Bezcenna enklawa przyrodnicza, położona w Basenie Środkowym Kotliny Biebrzańskiej. Występują tu wały wydmowe zwane grzędami i grądami, które osiągają wysokość ponad 120 m. n.p.m. Obszar Czewonego Bagna zajmują rozległe turzycowiska, bagienny bór sosnowy z domieszką świerka i brzeziny oraz grąd, łęg i ols. W 1926 r. powstał tutaj rezerwat “Czerwone Bagno” powołany w celu ochrony ostoi zagrożonych wyginięciem łosi. W pobliżu istniał od 1925 r. rezerwat “Grzędy”, który miał służyć zachowaniu fragmentu naturalnego drzewostanu. W 1981 r. oba rezerwaty zostały połączone w jeden obszar chroniony o pow. 11629,75 ha.
Wśród drobnych ssaków uwagę zwraca pospolitość i wysokie zagęszczenie nornika północnego Microtus oeconomus, świadcząca o specyfice środowisk bagiennych. Z pozostałych ssaków na uwagę zasługują: wilk, wydra, łoś i bóbr. Znajduje się tu największa w kraju ostoja łosia (ok. 400 sztuk).
W tym miejscu skończyłem. Reszta po powrocie z Bieszczadów.

Jak zapewne niektórzy z was wiedzą, a inni może nie, tegoroczny tydzień ferii zimowych spędziłam w Barcelonie u mojej koleżanki Laury, którą poznałam mieszkając w Paryżu.

Było naprawdę cudownie i nie chodzi już tylko o piekną gotycką i secesyjną zabudowę miasta, ale przede wszystkim o pogodę. 20 stopni, słońce, palmy, cytryny rosnące na tarasie, a wszystko to w połowie lutego - to się nazywa wakcje.

Co do atrakcji turystycznych to odrobine zakosztowaliśmy wiele lat temu, ale był to jedynie przedsmak. Teraz już wiem, że w najpiękniejszym zabytkiem Barcelony jest La Pedrera Gaudiego i może Sagrada Familia (choć obecnie jest tam jeszcze większy plac budowy, ale prace się jednak widocznie posuwają).



Co do przysmaków, to niestety nie spróbowałam słynnej szyneczki, ale za to najadłam się truskawek i owoców morza. Stanowczo jednak odradzam sangrię, która jest chyba najtańszym stołowym winem przygotowanym a la grzaniec galicyjski tylko z lodem - ochyda!

Po tym wszystkim doszłam do wniosku, że jeżeli chodzi o planowanie wakacji to ludzie są jednak jacyś paradoksalni. Zimą jeżdzą na narty w góry gdzie jest taka sama zima, a latem nad morze gdzie jest tak samo ciepło jak w domu. Ja zdecydowanie jestem za ciepłymi krajami zimą, bo wtedy dopiero można docenić prawdziwy urok lata.
Żeby wam się zrobiło żal dołączam kilka zdjęć z mioch cudownych ferii :p)
Wiadomość dla Tomka: dziękuje za informacje o marcowym wyjeździe na narty, niestety jeden wyjazd na zimę to szczyt moich finansowych możliwości więc narty niestety odpuszczam.
Zamek Chojnik, jest dla mnie związany ze wspomnieniami podobnymi do tych, które zawiodły Romka do miejscowości na Ziemi Lubuskiej, której nazwy nie pomnę, a w której spędził on wakacje jako chłopiec. Otóż Chojnik i okolice to miejsce kilku moich kolonijnych pobytów. Był to wspaniały okres, ponieważ wówczas w okolicy była jeszcze dość pokaźna liczba opustoszałych budynków, świetnie nadających się do chłopięcych zabaw (oprócz złamanych kilku nóg i nędznych zadrapań, większych strat nie było). A sam zamek Chojnik powstał w połowie wieku XIV; wzniósł go Bolko II Mały, a wdowa po nim oddała zamek Gotsche II Schoffowi. To właśnie ród Schaffgotschów powiększał i umacniał twierdzę. Tam także ród ten zamieścił tablicę pamiątkową wymieniającą członków rodu poległych w wielu wojnach. Niestety, nadgorliwcy usunęli ja, a w tym miejscu zamieścili tablice upamiętniającą wizytę Jana Pawła II. Jestem przekonany, ze Papież nie byłby zachwycony takim uhonorowaniem swojej tam bytności i wskazałby wiele innych miejsc do tego się nadających.
Ród Schaffgotschow miał także powiązanie z Górnym Śląskiem. W XIX wieku, tak jak wielu innych magnatów śląskich, Schaffgotschowie związali się z przemysłem. Z ich dziejami łączy się historia „śląskiego Kopciuszka”, czyli Joanny Gryczik. Przyszła hrabina i dziedziczka milionowej fortuny urodziła się w Porębie (obecna dzielnica Zabrza) 29 kwietnia 1842 roku, w zwykłej chłopskiej chacie. Ta biedna, a piękna dziewczyna, córka komornika i służącej, wychowała się w domu "króla cynku i węgla" - Karola Godulli. Gdy magnat Godulla zmarł bezpotomnie jego olbrzymią fortunę odziedziczyła sześcioletnia wówczas Joanna, uzyskując później szlachectwo i nazwisko von Schomberg-Godulla i odpowiedni herb (Schomberg to niemiecka nazwa Szombierek, a Godulla to pierwotnie nazwisko, ale także aktualnie Godula, dzielnica Rudy Śląskiej). W 1858 r. wyszła za mąż za hrabiego Hansa Ulryka von Schaffgotsch. Ten jednak poza nazwiskiem nie miał wiele do zaoferowania. Cały majątek odziedziczył jego stryj Karol Gotard. Różniło ich wszystko - on niemajętny ze wspaniałym nazwiskiem i koligacjami z europejskimi dynastiami, a ona córka służącej, ale za to bajecznie bogata, z dopiero co zdobytym tytułem szlacheckim. Jednak Joanna i Hans Ulryk przeżyli razem bardzo szczęśliwie ponad 50 lat. Zamieszkali w pałacu w Kopicach (woj. opolskie). Byli również właścicielami m.in. zamku w Chudowie koło Gliwic. Joanna zmarła 21 czerwca 1910 roku w swojej ukochanej rezydencji w Kopicach. Pochowano ją w mauzoleum rodzinnym obok miejscowego kościoła. W 1945 żołnierze radzieccy wyciągnęli stamtąd jej ciało i sprofanowali. Prawdopodobnie obecnie spoczywa w nieoznaczonej mogile w pobliżu mauzoleum. Może warto wiosenną porą urządzić krajoznawczą wycieczkę do pozostałości, ponoć imponujących, pałacu w Kopicach. To przecież niedaleko nas.
Wieś Wielka Izera (Gross-Iser) istniała na Hali Izerskiej, a założyli ją w XVII wieku czescy uchodźcy religijni. Podobno pierwszy dom wybudował w 1620 roku niejaki Tomasz. W początkach XX wieku we wsi stały już 43 domy mieszkalne, schronisko młodzieżowe, trzy gospody, kawiarnia, remiza i szkoła. W 1933r. liczyła 134 mieszkańców. Po 1945 roku, przez krótki okres istnienia, wieś nazywała się Skalno. Wkrótce została zajęta przez WOP, a dotychczasowi mieszkańcy zostali przymusowo wysiedleni, głównie do Świeradowa. Ostatni mieszkaniec opuścił wieś 24.10.1945 roku. Niektórzy próbowali nielegalnie wrócić, ale kończyło się to czasami tragicznie.

Do współczesnych czasów, po starej szkole, dwóch gospodach, trzech schroniskach, dwóch budynkach celnych, kawiarni, leśniczówce Schaffgotschów, remizie straży pożarnej, domku myśliwskim i czterdziestu trzech domach mieszkalnych, pozostał jeden budynek - dawna nowa szkoła. Mieści się w nim schronisko „Chatka Górzystów”. Prowadzący "Chatkę Górzystów" nawiązali kontakt z rodzinami zamieszkujących przed wojną ludzi. Razem zbierają szczątki rozwianej na wszystkie strony świata historii. Jak choćby historię życia "dzwonniczki" z izerskiej szkoły Anny Mohwald. Kompletują zdjęcia, dokumenty, publikacje. Wspólnie nanoszą na plan Izerskiej Łąki rozmieszczenie budynków - stawiając "w pamięci" od nowa Domek Myśliwski, "Isermühle", Starą Szkołę...
Jest kilka teorii, dlaczego wieś została zniszczona. Jedna z prawdopodobnych wersji to ta, że wieś została ….rozstrzelana. Stała się po prostu miejscem ćwiczeń artylerii, a domostwa były dobrym celem. Pewne jest jednak, że całkowite zniszczenie nastąpiło w przeciągu 7 lat: istnieje zdjęcie lotnicze Skalna z 1953 roku, na którym widać niemal nienaruszone zabudowania, oraz opowieść porucznika WOP Czesława Badowskiego, który w 1960 roku na Hali Izerskiej zastał domy zrównane do fundamentów. Tyle właśnie, to jest same fundamenty, pozostały po chacie, w której mieszkał znany izerski kłusownik. Jest on o tyle wart wzmianki, że jego losy stały się kanwą znanej opery niemieckiej „Wolny strzelec”. Der Freischütz to opera w trzech aktach skomponowana przez Karola Marię Webera, który od 1804 pełnił funkcję kierownika muzycznego opery we Wrocławiu, a w latach 1807-1813 działał na dworze księcia Eugeniusza Wirtemberskiego w miejscowości Pokój (powiat namysłowski) na Opolszczyźnie. Zapewne ten pobyt na Śląsku pozwolił mu zapoznać się z losami kłusownika z Hali Izerskiej, którego dzieje zostały utrwalone w wymienionej operze. Datę premiery Wolnego strzelca (1822) uważa się niekiedy za początek niemieckiego romantyzmu w muzyce, a na pewno - w muzyce operowej. Wracając do fundamentów domu kłusownika, to zostały one oznakowane stosowną tablicą, a „prace archeologiczne” naszej ekipy pozwoliły z piwnicy wydobyć resztki zastawy stołowej niegdysiejszych gospodarzy (aktualnie te „wykopaliska” są do obejrzenia u Miśka, po wcześniejszej zapowiedzi).

Paryż, miasto świateł i słynnych filozofów XX wieku. Niestety jak się wydaje te czasy już minęły. Z tego też powodu nie należy nastawiać się na typowo francuską atmosferę, typu dekadencja, poeci w zadymionych barach popijający absynt, czy piwnice gdzie klienci degustujący francuskie wina słuchają bardów w typie Jacques’a Brela czy Serge’a Gainsbourga. Zapomnijcie o Henrym Millerze i “Przewodniku Raka”, to niestety już przeszłość. Paryż to naprawdę wybuchowa mieszanka kultur i tradycji gdzie - jeśli dobrze poszukać - można znaleźć kuchnie i klimaty z całego świata.
Nastawiając się na nocne szaleństwo będziecie srogo zdziwieni faktem, że poza weekendem większość tutejszych barów zamyka swoje podwoje o 2 w nocy, a przeciętny night club gdzie ewentualnie można zabawić się do rana to nic innego jak zwykła dyskoteka, gdzie wydekoltowane nastolatki kręcą pośladkami do utworów Jennifer Lopez i Shakiry, a spoceni samce podpierający ściany po prostu ślinią się na ich widok.
Po drugie ostrzegam, w Paryżu Francuzów tyle, co kot napłakał. W barze udającym Kubański, serwuje Hiszpańska kelnerka, a właściciel Arab stoi przed wejściem i udaje rodzonego Kubańczyka. Wszystko od Bretońskich naleśników, poprzez francuskie specjały na bazie sera jak raclette czy fondue, aż do włoskiej pizzy jest przygotowywane przez Arabów, względnie Pakistańczyków czy Greków. Oczywiście nie obniża to zazwyczaj jakości serwowanych potraw. Chodzi tylko o zaznaczenie, że Francuzi w Paryżu są raczej rzadkością, a już na pewno jako właściciele wszelkiego rodzaju klubów, restauracji i barów.
Trzeba również wiedzieć, że Francuzi wbrew panującym przekonaniom nie są wielkimi imprezowiczami. Na piwie czy drinku raczej częściej można spotkać turystów niż rodowitych mieszkańców Paryża. Francuzi natomiast uwielbiają jeść w wszelkiego rodzaju restauracjach, barach szybkiej obsługi, budkach z kebabem czy naleśnikami. W związku z tym zwolennik chyba każdej kuchni świata znajdzie tu cos dla siebie.
Po pierwsze Paryż to istny raj na ziemi dla fanów kuchni japońskiej, u nas stosunkowo mało znanej i wyjątkowo drogiej. Dla nie zorientowanych w temacie powiem, że kuchnia japońska to przede wszystkim surowe ryby. Lista najczęściej podawanych potraw nie jest specjalnie skomplikowana. Na przystawkę obowiązkowa zupa miso (zupa, ze sfermentowanej soi z dodatkiem alg, tofu lub grzybów) i sałatką z białej kapusty. Danie to zazwyczaj zestaw typowych japońskich przysmaków, na który mogą składać się: sushi, czyli plasterki surowej ryby na poduszeczce z ryżu, maki, czyli ryz zawinięty w liść algi z kawałkiem ryby bądź warzywa w środku, sashimi czyli plasterki surowych ryb, yakitori, czyli mini szaszłyki podawane oczywiście na ciepło z mięsa, grzybów, bądź warzyw. Co do deserów, to niestety nie jestem specjalistką. Mogę jedynie powiedzieć, że zdecydowanie odradzam galaretkę z fasolki. Oczywiście nie należy kojarzyć surowych ryb podawanych w japońskich restauracjach z zapachem tranu, wnętrznościami czy rybimi oczami. Ze wszystkich kuchni świata jest to nie tylko jedna z najsmaczniejszych, ale i najbardziej estetycznie serwowanych. Dla początkujących polecam restauracje Ta Sushi przy 4 rue Etienne Marcel w okolicach stacji metra Chatelet, która serwuje typowe japońskie menu: zupa miso, sałatka, zestaw kilku sushi, maki, yakitori lub sashimi do wyboru już od 10€. Przy tym odznacza się wyjątkowo gustownym, pełnym spokoju i harmonii zaciemnionym wnętrzem. Nie mniej wykwintne potrawy, aczkolwiek być może w mniej stylowym wnętrzu możemy zjeść mniej więcej w tej samej cenie w restauracji Asashi przy 36 rue de Belleville w pobliżu stacji metra Belleville. Belleville to paryskie Chinatown, wiec przy okazji zajadania się sushi będziecie mogli wstąpić do chińskiego supermarketu. Wreszcie dla prawdziwych znawców kuchni japońskiej polecam nieco droższą (cena menu od 15€ wzwyż) restauracje Naoko przy 11 rue de Biot w okolicach Place de Clichy. Tam znajdziecie samą esencję kuchni japońskiej: pyszne, naprawdę pięknie podane potrawy (aż żal zjadać), miłą i zdystansowaną obsługę, jasne, harmonijne i eleganckie wnętrze uzupełnione spokojna japońską muzyka sącząca się z głośników chyba tylko dla jeszcze lepszego trawienia. Dla tych, którzy nigdy nie jedli sushi czy maki, a są ich ciekawi oraz lubią prostą a zarazem smaczną kuchnię, Paryż jest miejscem wprost idealnym.

Jeżeli chodzi o wieczorno-nocne wypady typu alkoholowego zdecydowanie najlepszym miejscem w Paryżu są okolice placu Bastylii, szczególnie rue de la Roquette i jej przecznice. Przy samym placu możemy znaleźć kluby typu „sieć” jak piwiarnia Falstaff, oferująca około 20 rodzajów piwa lanego z prawie wszystkich krajów Europy (polskiego niestety nie ma) w cenie średnio 7 do 9 € za pół litra. Ponieważ Bastylia to Bastylia, czyli miejsce znane i lubiane, ceny nie należą do przystępnych, małe “francuskie” piwo, czyli 0,25 litra kosztuje około 5 €. Warto jednak wspomnieć o happy hour, które trwają zazwyczaj od 18 do 21, wtedy wszystkie piwa i koktajle są zazwyczaj dwa razy tańsze. Jeżeli nie pragniecie wysokiego komfortu przy jednoczesnej jednak dozie “egzotyki” polecam zadymiony, ciasny bar Le Lèche Vin przy 13 rue Daval, gdzie zwykle francuskie jasne lane można nabyć już za 4 € za pół litra! W piątkowe i sobotnie wieczory małe wnętrze bywa szczególnie zatłoczone i oczywiście odradzam to miejsce tym, którzy źle znoszą dym papierosowy. Miejsce również nierekomendowane dla zagorzałych ateistów, gdyż zewsząd spoglądają na nas święte figury i obrazki, a dla zachowania równowagi cała toaleta (czyli nic innego jak dziura w podłodze z dwoma “stopkami” po bokach) wyklejona jest pornograficznymi zdjęciami niezwykle pociągających panów prezentujących swoją wyjątkowo rozwiniętą “męskość”.

Ci, którzy jednak nie przepadają za skrajnościami mogą znaleźć niezwykle miły i wygodny kąt w Sister May przy 25 rue de Lappe. Ten przemiły bar wypełniony sofami i poduszkami z pewnością pozwoli odetchnąć i zregenerować siły każdemu umęczonemu turyście. Ceny jak na Paryż normalne, piwo ok. 5 € wzwyż, koktajle w okolicach 8 €. Do tego zawsze mila, młoda i piękna obsługa oraz relaksująca muzyka. Idealne miejsce dla tych, co lubią wygodnie posiedzieć i spokojne sączyć drinka.

Jeżeli jednak upieracie się przy czymś typowo francuskim to jedyne resztki atmosfery francuskiej bohemy macie szanse znaleźć na Saint Germain des Près i w okolicach stacji metra Odéon (szósta dzielnica). Saint Germain des Près - wiadomo: poeci, artyści, egzystencjaliści… te czasy niestety bezpowrotnie minęły. Mimo to macie szanse zasmakować odrobiny z atmosfery francuskiej dekadencji w Les Etages przy 5 rue de Buci tuż obok stacji metra Odéon. Les Etages, czyli po prostu “piętra”, nawiązują bezpośrednio do architektury kawiarni, która składa się z parteru i dwóch pięter, skąd rozciąga się przemiły widok na całą uliczkę. Jest to jednak miejsce dla prawdziwych fanów dekadencji, miniaturowe stoliki i fotele nie są zbyt komfortowe, ściany są krzywe i odrapane, a stan toalety pozostawia wiele do życzenia. Można sobie jednak wyobrazić, że właśnie w tego typu miejscach przesiadywał wieczorami Henry Miller. Ceny paryskie, ale nieprzesadzone, piwo w okolicach 5€ za 0,25 litra, koktajle 7,5 i 8,5 €. Można się też napić herbaty z prawdziwego porcelanowego czajniczka z listkiem mięty dla wzmocnienia aromatu, do każdego napoju dostajecie prażone orzeszki ziemne na zakąskę.

Również w szóstej dzielnicy, w okolicach metra Mabillon przy 11 rue des Canettes mieści się chyba najbardziej francuska knajpa, jaką udało mi się w Paryżu znaleźć – Chez Georges. Na parterze mała salka z kontuarem, przy którym typowi Francuzi w średnim wieku popijają swoje “demi” lane piwo o objętości 0,25 litra lub wino. W podziemiach tego na pozór typowego francuskiej bistro kryje się jednak piwnica, wypełniona prostymi drewnianymi stołami, gdzie serwuje się głównie wino i typowy francuski lekko alkoholizowany napój z jabłek – cidr. Z głośników można usłyszeć tylko najsłynniejszych francuskich bardów, z którymi przy odpowiedniej dozie alkoholu śpiewa cała sala, bo akurat w tym miejscu nie spotkacie wielu turystów. Jestem przekonana, że w weekendy w okolicach 4 nad ranem, klienci tańczą tam na stołach.

Tuż obok Saint Germain de Près znajduje się dzielnica Saint Michel, niezbyt droga i nie ma co ukrywać, też niezbyt wykwintna. W wąskich uliczkach można zakosztować głównie francuskich, włoskich i greckich specjałów, po niezbyt wygórowanych cenach, za menu: przystawka, danie i deser zapłacicie od 10 do 15€. Jeżeli więc macie ochotę, choć raz podczas waszych wakacji pozwolić sobie na obiad w paryskiej restauracji, Saint Michel jest odpowiednim miejscem dla niezbyt zamożnego turysty. Również na Saint Michel przy 7 rue de Petit Pont znajduje się jeden z najprzyjemniejszych barów serwujących piwo i drinki - Shywawa, który otwarty jest cały tydzień do 5 nad ranem, nawet w zimowe mroźne dni. Jest to niezaprzeczalnie jedna z głównych jego zalet, gdyż trzeba wiedzieć, że poza weekendem wszystkie paryskie bary zamykane są o 2 w nocy, co szczególnie w zimowe noce stanowić może problem dla zagubionych i spragnionych zabawy turystów. Piwa i koktajle w paryskich, ale nie wygórowanych cenach, poczynając od 3,5 € za “demi”, i od 7 do 10 € za dobry koktajl. Poszukiwaczom wyjątkowych doznań estetycznych polecam szczególnie wizytę w toalecie.

Spragnionym prawdziwej egzotyki polecam małą afrykańską knajpkę o nazwie La Jungle przy 56 rue d’Argout w okolicach Chatelet. Na naprawdę malej przestrzeni mieści się może około sześć stolików i miniaturowy bar. W związku z czym będziecie wbrew sobie zmuszeni do zażyłości z najbliższymi sąsiadami. Oczywiście trochę w tym wszystkim kolonialnego klimatu w postaci różnego rodzaju masek, obrazków i afrykańskich talizmanów pozawieszanych na ścianach, które po prostu każdemu przeciętnemu Europejczykowi kojarzą się z kultura Afryki. W weekendowe noce można tu jednak doświadczyć prawdziwego porozumienia kultur przy dźwiękach reagge i jazzu. Oprócz klasycznego piwa (3 € za demi), La Jungle oferuje różnego rodzaju egzotyczne drinki o nazwach “Czarna dama” czy “Pajęczy sok” w niezwykle przystępnych cenach (juz od 4 €). Możecie tu też spróbować kuchni afrykańskiej w postaci, kurczaka z ryżem z dziesiątką różnych tradycyjnych afrykańskich sosów do wyboru w cenie 10 €.
W Paryżu każda dzielnica jest inna i każda posiada swój klimat. Oczywiście przeciętnemu turyście najbardziej szykowne wydadzą się okolice Champs Elysées ze sklepami Louis Vittona, Diora i Chanelle. Champs Elysées to tylko prostacka burżuazja, naprawdę szykowna jest le Marais, trzecia dzielnica Paryża, enklawa homoseksualistów i Żydów. Tak, tak wyobraźcie sobie, że jakoś zupełnie przypadkowo te dwie marginalizowane grupy społeczne znalazły sobie wspólne schronienie. Le Marais jest szykowna i elegancka dokładnie tak jak paryscy geje. Jeżeli jednak jesteście heteroseksualni i w takim towarzystwie tez lubicie się bawić radzę najpierw rzucić okiem na płeć klienteli.

Marais to oczywiście również bary biseksualne. Przy 7 rue Sainte Croix de la Bretonnerie znajduje się uroczy klub o nazwie Panfouli. Przestrzenne wnętrze oferuje nam iście królewskie fotele i nie mniej wykwintna atmosferę. W karcie znajdziemy jak zwykle lane piwa takie jak Kronenbourg, 1664 czy Desperados, kilka win po niezbyt wygórowanych cenach (13 do 18 € za butelkę) i smaczne klasyczne paryskie dania jak sałatka nicejska (tuńczyk, kukurydza, fasolka szparagowa) czy sałatka zapiekanym na tostach kozim serem (polecam szczególnie) w cenie ok. 9€. Są również makarony i typowe w Paryżu dania jak jagnięcina, rostbef czy smażony łosoś, każde w okolicach 11 €.
Z klimatów żydowskich absolutnie nie możecie ominąć podczas waszej wycieczki po Paryżu rue des Rosiers, pełnej żydowskich ciastkarni oferujących niespotykane nigdzie indziej w Paryżu drożdżówki i makowce. Nie znajdziecie tu szykownych Żydowskich restauracji jak na Krakowskim Kazimierzu, są za to koszerne fast foody i pizzeria (11 rue des Rosiers) czy restauracja Goldenberg (9 rue des Rosiers) oferująca poza typowymi szybkimi żydowskimi daniami polska Pieprzówkę lub ogórki kiszone. Nade wszystko liczy się klimat tej przepięknej wąskiej, malowniczej uliczki, gdzie Chasydzi stoją w kolejkach po koszerny falafell. Ważna uwaga: nie zapomnijcie, że w sobotę wszystko jest tam zamknięte.
Paryż to oczywiście również miejsca znane i szykowne, które co tu dużo mówić po pierwsze drogo sobie liczą. Ale wiadomo za elegancję, przy jednoczesnej nutce snobizmu w dzisiejszym świecie płaci się słono. Dwa kroki od placu de la Concorde (Plac Zgody) przy 8 rue Boissy d’Anglais mieści się jedna z najbardziej znanych i snobistycznych restauracji w Paryżu - Buddha Bar. Tu za koktajl zapłacicie co najmniej od 12 do 20 €, a kolacja będzie was kosztować co najmniej 40 € od osoby. Jeżeli jednak stać was na to musicie koniecznie odwiedzić to miejsce. Wnętrze składa się z antresoli, która otacza dolna sale restauracyjna, nad którą dominuje gigantyczny posąg Buddy.
Antresola zatopiona jest w mroku, a dookoła otaczają nas nie nachalne, świetnie dobrane azjatyckie gadżety. Jednak atmosferę tego niezwykłego miejsca tworzy przede wszystkim muzyka, fantastyczne chill out’y z domieszka azjatyckiej nuty, aż proszą się o to żeby wstać i tańczyć. Niestety nikt tu nie tańczy. Jedną z wad Buddha Baru jest fakt, że bogaci Amerykanie i Arabowie przychodzą tam, żeby się najeść, bo to jest po prostu trendy miejsce. Tak na prawdę połowie z nich wystrój wnętrza i muzyka są zupełnie obojętne, a szkoda. Buddha Bar to na prawdę lokal z klasą, który jednocześnie pozwoli wam się zrelaksować i odetchnąć atmosfera dalekiego wschodu, jeżeli tylko 15 € wydane na koktajl nie jest dla was a priori zbyt stresujące.
Niedaleko Buddha Baru, tuż przy samych Polach Elizejskich (102 avenue des Champs Elysées) mieści się jedna z najbardziej znanych paryskich dyskotek - Queen Club. W weekendy (od czwartku do niedzieli) z założenia klub gejowski, w tygodniu otwiera swoje podwoje również dla heteroseksualistów. Klub proponuje głównie wieczory house, disco lub dance, no i co tu dużo mówić raczej bliżej mu do przeciętnej dyskoteki niż to prawdziwego Club’u.
Ostrzegam również przed Hard Rock Café przy 14 boulevard Montmartre. Ostrzegam tych, którzy przyszliby tam na nocna zabawę z nastawieniem na hard rock. Oferta jest co prawda kusząca, Hard Rock Café organizuje imprezy “open bar”, czyli płacisz 15 € za wstęp, a potem już możesz pić do woli, wódki z sokiem lub whisky z cola. Jeżeli jednak ochroniarz przyłapie cię na rzyganiu w kiblu lub zasypianiu pod stołem, momentalnie lądujesz na zewnątrz. Generalnie więc atmosfera jest stresująca, najbardziej ambitny kawałek jak usłyszycie to U2 (przy dużej dozie szczęścia), a reszta to jak zwykle kawałki w klimacie Jane Lo itd. Niby możesz pić do woli, ale jednocześnie musisz się kontrolować. Brzmi to średnio, jak na perspektywę dobrej zabawy.
Z paryskich miejsc kultowych warto jeszcze wspomnieć La Coupole przy 102 boulevard de Montparnasse. Założona w 1927 była miejscem spotkań międzynarodowej śmietanki towarzyskiej, bywali tu Hemingway, Picasso czy Aragorn. Dziś restauracja cieszy się zasłużoną sławą i nadal podaje swoim wiernym klientom typowe wykwintne francuskie dania takie jak gęsie wątróbki, jagnięcina czy tarta cytrynowa. Cena menu express (czyli przystawka i danie lub danie i deser) wynosi 24,5 €, menu normalne czyli przystawka, danie i deser 34,5 €. Dania z karty od 34 do 43 €. Jak mówi legenda w podziemnej sali tanecznej La Coupole, wykonywała swoje pierwsze numery Josephine Baker. Dziś podążając za duchem czasu restauracja proponuje wieczory z salsą, electro – soul lub house w cenie odpowiednio 10 € za wstęp w tygodniu i 20 € w weekendy w tym jeden koktajl gratis.
Z pewnością jedno zjawisko pozostało w Paryżu z tej dekadencko, egzystencjalistycznej atmosfery lat 30-tych i 50-tych: w tym mieście naprawdę dobrze bawić się można tylko w atmosferze kameralnej. Jak się wydaje clubbing jest raczej specjalnością wyspiarska, a Francuzi na kontynencie najlepiej potrafią urządzić czy to zadymione bistro, czy wykwintną restaurację. Niewiadomo dlaczego, każda próba masowej zabawy w Paryżu wychodzi jakoś blado, żeby po prostu nie powiedzieć beznadziejnie. Tymczasem nieważne czy francuska, czy kubańska, czy indyjska czy włoska każda kameralna, zadymiona, ale jednocześnie odrobinę snobistyczna knajpka w Paryżu jest po prostu wymarzonym miejscem na spędzenie udanego wieczoru.

Choć w tym roku zima na Słowacji była aż nieprzyzwoicie modelowa, dało się odczuć (tu się uśmiecham) „oznaki kryzysu”. W pensjonacie Kuria pustawo, na wyciągach całkiem pusto. Wszystkiego chyba to nie wyjaśnia, ale wyjątkowo słaba złotówka na pewno przyczyniła się do spadku zainteresowania nartami na Słowacji. Dla ciekawych i żądnych "mocnych" wrażeń podaję, że:
Razem – uwaga! – 120 euro / 2 osoby / dzień. 4 dni = 500 euro = 2300 zł. Nieźle nie?
Miałem okazję wypróbować swój nowy aparat (zapraszam do galerii), ale nie podniecajcie się – zdjęć mam niewiele i to nie najlepszych. Brakowało trochę słońca, ale okazało się też, że nie umiem zrobić (nowym aparatem) sensownych zdjęć lampą błyskową. Mimo iż zwiększyłem czułość do 400 ISO i robiłem zdjęcia w dość dobrze oświetlonych pomieszczeniach i tak wyszły jak „wyrwane z ciemności”. Może jakaś podpowiedź?

Wyjazd był, w zamyśle i w realizacji, ściśle rodzinny i chyba się udał, bo dziewczynom (Monika + Gosia) udało się „wyjeździć” pełne 3 dni, babcia całkiem nieźle sprawdziła się, jako opiekunka do dziecka (uzyskała dodatkową sprawność) a leniwe wieczory wypełnialiśmy intelektualnymi rozmowami (jak zwykle) i grami (to nowość), a dokładnie grą w scrabble.
Tego nie wiedziałem, ale już wiem, że Marcin jest fanatykiem gry w scrabble i – aż miło patrzeć – dosłownie drży, kiedy znajdzie jakiegoś nowego „prawiczka”, któremu może łupnąć. Z przyjemnością daliśmy się kilka razy pokonać.
A propos. Słownik języka polskiego podaje, że:
dopuszczalne w grach
forma podstawowa: czynel
instrument muzyczny; żel; talerz. (wł. cinelle) muz. perkusyjny instrument muzyczny z dwóch metalowych talerzy
Wycieczka samochodowa na obiad do Czarnego Łabędzia. Planowanie dalszej trasy podróży. Obchodzimy urodziny Tomeczka. Do poźnego wieczora Kuba nie posprzątał koi dziobowej. Wraz z nową załogą przybyła piękna pogoda. Straty: nowy załogant Maciej zerwał troczek u prawej nogi.
Miejscami nieźle wiało. Udało nam się nieco przechylić naszą balię. Po drodze postój na kąpiel w Sztynorcie i na pobranie wody w Pięknej Górze (z kranu w Sztynorcie płynęło błoto). Biwak piękny i z pięknym braniem płoci. Maćka zaczęła boleć dusza.
Na Niegocinie wiało tak, że nawet stary wilk jeziorny – kapitan Kubuś dwukrotnie, w obawie przed wywrotką, luzował talię grota. Na drugi kraniec jeziora halsowaliśmy przez jakieś dwie godziny. Potem, rozrywaliśmy się wędkując, zażywając kąpieli w jeziorze i opalając się. W zasadzie wszyscy, w mniejszym (Maciek) lub większym (Justynka) stopniu doznali słonecznych poparzeń. W drodze powrotnej za sterami TITY usiadł Maciuś. Przeprowadził łódkę do Pięknej Góry w rekordowym czasie nie wiele przekraczającym 15 minut. Zdaje się, że ma instynktowny talent żeglarski. Rośnie nam nowy Kusznierewicz. Na obiad udaliśmy się do Giżycka. Trzcinowy bar nad kanałem jest ze wszech miar godny polecenia. Rozmowy o prowadzeniu interesów z Nigeryjczykami doprowadziły nas wszystkich do łez. Firma „Mobutu Nigeria Unlimited” będzie długo wspominanym sloganem.
Pakowanie i rozpacz nad zagubioną czapką Kubusia. Justyna została pąklem balastowym.
Było super. Będziemy tu znów w przyszłym roku.
Tak, trochę dla draki, nazwałem nasz wakacyjny wyjazd na Ziemię lubuską, która jest rajem dla turystów „skołowanych”. Z mnóstwem oznakowanych szlaków rowerowych, tyle tylko, że oznakowanych głównie (prawie wyłącznie) na mapach – nie w terenie. GPS, kompas, mapa – tam! Nie! Raczej tam!
Ziemia lubuska (łac. Terra Lebus, Lubusz, niem. Land Lebus albo Lebuser Land) – kraina historyczna w Polsce i Niemczech, położona nad środkową Odrą, na zachód od Wielkopolski, na północ od Dolnego Śląska i Łużyc, na południe od Pomorza Zachodniego.
Stolicą całej ziemi lubuskiej jest Lubusz (dziś Lebus w Brandenburgii). Obecnie największym miastem regionu jest Kostrzyn nad Odrą. Ciekawostką jest, że żadna ze stolic obecnego województwa lubuskiego nie wchodziła w skład Ziemi Lubuskiej. Gorzów Wielkopolski leży na terenie historycznej Ziemi santockiej, która początkowo należała do Wielkopolski przechodząc we władanie brandenburskie w XIII wieku. Zielona Góra od początku swojego istnienia wchodziła w skład Dolnego Śląska.[Wiki]
Mówiąc nieco ściślej, „objeżdżaliśmy” wschodnie tereny tej krainy, leżące na styku z Wielkopolską - za to „objeżdżaliśmy” je skutecznie, głównie na rowerach. Stąd dokładnie wiemy, że kraina to piękna, LESISTA i PIASZCZYSTA. Z mnóstwem jezior malowniczo położonych wśród łagodnych (lesistych i piaszczystych) WZGÓRZ i PAGÓRKÓW, poprzecinanych kilometrami urokliwych lokalnych dróżek, pieczołowicie wybrukowanych KOCIMI ŁBAMI.
W związku z tym jest to prawdziwe eldorado dla serwisów rowerowych („wypuczone” dętki, pokrzywione obręcze) oraz dla gabinetów odnowy (opuchnięte dupy i bolące ramiona). Już wiecie dlaczego MTB?
Dla ułatwienia dodałem 2 podstrony dla Bożenki, która (jedyna!) lubi coś napisać i liczę, że mi pomoże w napisaniu sprawozdania.
Aby ułatwić sobie zadanie, spisałem zaliczone trasy a obok umieściłem obraz satelitarny okolic obozu (1). Boruja jest mniej więcej w centrum [N52.233333 - E16.066667].
Z zestawienia powyżej widzę (ale na miejscu nie narzekałem, ani mru mru – OD potwierdzi), że Boruja to był bardziej obóz kondycyjny niż wczasy. Pierwszy tydzień udało mi się jakoś przetrwać, co więcej potwierdzam, że już od trzeciego dnia zabawa była doskonała. Prócz tego, mimo że nieco „mylne” (szczególnie te leśne) trasy rowerowe były nietrudne a – porównując je z okolicami Łagowa – nawet łatwe.
Godne polecenia:
Obóz (1) był to pensjonat Pella & Wacek w Borui, o niezłym standardzie, ale – jak dla mnie – mało przytulny. Wszystko było „w zasadzie” OK, ale z dystansem i legendarną wielkopolską oszczędnością. Żadnych lokalnych map, sugestii, co i gdzie można odwiedzić, Internetu brak. Na „pobyt” nie polecam, ale jako baza wypadowa – bardzo dobry.
Aby ułatwić Bożence zadanie, spisałem zaliczone trasy a obok umieściłem obraz satelitarny okolic obozu (2). Wysoka jest mniej więcej w centrum, nieco na zachód od drogi nr 3 [N52.376111 - E15.458667].
Na drugą część wakacji przenieśliśmy się na półwysep na jeziorze Paklicko Małe, do małej wioski o nazwie Wysoka. Pensjonat w którym zamieszkaliśmy, reklamowany w internecie jako jeden z najpiękniejszych na ziemi lubuskiej, nie rozczarował. Stare gospodarstwo zostało bardzo gustownie urządzone – więcej niż przyzwoity standard z zachowaniem klimatu starego domostwa. Budynki są położone na skarpie, z której, poprzez ze smakiem zaaranżowane nasadzenia roślinne, rozciąga się widok na jezioro. Siedząc w sali jadalnianej, w oranżerii czy na tarasie, czuliśmy się jak w śródziemnomorskim kurorcie. Niewątpliwie nadal utrzymująca się ciepła, słoneczna pogoda, która nie opuściła nas do końca wakacji, potęgowała te odczucia.
Gospodarze obiektu, pani Jola i pan Waldek, okazali się przemili, starając się stwarzać atmosferę swobody, z delikatną, nie nachalną zachętą do pewnej integracji. Ich dość naturalny, na luzie, sposób bycia miał pozytywny wpływ na nas. Szybko przekonaliśmy się, że uzgadniane pory posiłków należy traktować niezbyt dosłownie. Nie było więc nerwowo, nie musieliśmy się spieszyć. Zazwyczaj czekaliśmy przy zimnym piwie, w pięknym otoczeniu, obserwując okołoobiadowe poczynania gospodarzy przy wędzarni, grillu, piecu chlebowym, a dochodzące do nas zapachy zaostrzały nasze apetyty. Zresztą i bez tego zjadaliśmy przeogromne porcje, bo jedzenie było wyśmienite, a brak ograniczeń i propozycje dokładek obnażały nasze słabe strony: łakomstwo i słabą wolę. Wieczorne popijanie nalewek tłumaczyliśmy sobie wcześniejszym obżarstwem. Oj dogadzaliśmy sobie nieźle.
„Gościniec” zamieszkiwały też psy. Jeden staruszek 19 letni, malutki i zabawny – typ „buduarowy”, tym śmieszniejszy w tym wiejskim otoczeniu. Dwa dorosłe Tola i Tosia (podobno rasowe, choć nie wyglądały) i cztery malutkie, przecudne, jak to szczeniaczki mają w zwyczaju. Był jeszcze ogromny owczarek alzacki ale rasa „niewidoczny”. Współistnienie z czworonogami przebiegało harmonijnie i bezproblemowo.
Każdy dzień spędzaliśmy wyjazdowo. Nie zdążyliśmy nawet skorzystać z tego co oferowano nam na miejscu – własny pomost i kąpielisko, łódki, rower wodny, konie (to nie dla nas). Nawet nie zwiedziliśmy barokowego kościółka w Wysokiej obok naszego domu – a to już trochę wstyd. Ten trochę bardziej aktywny styl spędzania dnia powodował, że wieczorami zasypialiśmy nad książkami i dość wcześnie znikaliśmy w łóżkach. Trochę mi szkoda tego straconego czasu.
Pierwszego dnia zaplanowaliśmy wycieczkę do Łagowa. Zwiedziliśmy zamek joannitów, w którym obecnie znajduje się hotel, restauracja i kawiarnia i wspięliśmy się na wieżę widokową. Za namową gospodarza postanowiliśmy objechać rowerami jezioro Łagowskie. Pan Waldek przecenił nasze możliwości lub chciał nas „podpuścić”, dość, że trasa okazała się zdecydowanie poza możliwościami co niektórych. Wąska ścieżka o nawierzchni „korzennej” biegła przez las, to w górę to w dół, często na stromej skarpie. Chwilami czuliśmy się jak na etapie górskim w Beskidach. My z Marysią przez większą część drogi przeprowadzałyśmy bezpiecznie nasze rowery ale taki Kornel, po wjechaniu w jedną z pułapek ziemnych na trasie, zrobił „prawie ósemkę ” z koła w swoim „kole”.
Drugi dzień to spływ po Paklicy. Na początku rzeczka płynie leniwie wśród szuwarów, potem wpływa na nieduże jezioro Paklicko. Za jeziorem jest bardziej urozmaicona część spływu –płynie się przez las, gdzie niegdzie omijając zwalone drzewa. Ładnie i bezpiecznie. Na pochwałę zasługuje bardzo sprawna i profesjonalna organizacja spływu oraz kajaki wygodne i w bardzo dobrym stanie.
Ponieważ trzeci dzień przywitał nas lekkim zachmurzeniem, zmobilizowaliśmy się do zwiedzenia największej atrakcji Ziemi Lubuskiej (powiedzmy), jednego z najciekawszych i największych obiektów pomilitarnych w Europie, Międzyrzeckiego Rejonu Umocnień. Wybraliśmy najkrótszą, półtoragodzinną trasę zwiedzania zaczynającą się w Pniewie nieopodal Wysokiej. MRU to potężny system poniemieckich fortyfikacji, wybudowany w latach 30 tych XX w. na pograniczu niemiecko – polskim, stanowiący element tzw. Ostwall – wału wschodniego. Zwiedzanie obejmowało spacer naziemną ścieżką dydaktyczną, na której zobaczyliśmy m. in. „zęby smoka”, mały schron bojowy, kopuły będące naziemne częścią panzerwerka. Po zejściu 30 m pod ziemię poznaliśmy zaplecze magazynowo-koszarowe oraz podziemną część panzerwerka. Rejon ten słynie z największego w Europie rezerwatu nietoperzy – natknęliśmy się na jednego nie zemdlonego nietoperka (zwisał prawidłowo głową w dół).
Nie obyło się bez zakupu pamiątkowych militariów: bardzo profesjonalna proca trafiła w ręce Kornela, a zapalniczka w kształcie pocisku – wiadomo, bo tylko jedna osoba, no półtorej, w naszej grupie pali.
Tego dnia zwiedziliśmy również pocysterski zespół klasztorny, będący aktualnie siedzibą Zielonogórsko-Gorzowskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Zakonników z Brandenburgii sprowadził do Gościkowa, wojewoda poznański Bronisz w 1230 r. Cystersi, związani silnie z kultem maryjnym, zgodnie ze zwyczajem, zmienili nazwę wsi na Paradisus Sanctae Mariae – Raj Matki Bożej, co wkrótce spolszczono na Paradyż.
Trafił nam się przewodnik-pasjonat – młody kleryk, który, jak zdradził, lubi mówić, a że wyraźnie nie narzekał na brak czasu, można powiedzieć, że kościół i ogrody byłego opactwa zwiedziliśmy dość gruntownie.
Zjedliśmy zachwalany przez panią Jolę sernik, w kawiarence przyklasztornej – no może być.
Czwartego dnia znowu rowery. Po długich konsultacjach nad mapą nasi przewodnicy wybrali trasę „tym razem na nasze możliwości”. W praktyce okazało się, że to co na mapie zupełnie nie odpowiada rzeczywistości. W efekcie do Lubniewic dotarliśmy po wyczerpującej terenowej przeprawie, w większości prowadząc rowery po piachu i przenosząc je przez chaszcze i koleiny. Nie zostało więc zbyt wiele czasu na pobiwakowanie nad jeziorem Lubiąż (chyba?) i tylko w przelocie zerknęliśmy na zamki Stary i Nowy, w których pani Eris szykuje nowe SPA.
Na ostatni dzień był zaplanowany spływ kajakowy - „najpiękniejszą trasą w tym rejonie” jak zachwalała nasza współwczasowiczka - po połączonych kanałami jeziorach w okolicach Lubniewic. Potoczyło się jednak inaczej. Po kolejnej nieudanej próbie odnalezienia trasy rowerowej z mapy w „realu”, zrezygnowani, podjechaliśmy samochodami nad jezioro Chycina. Tutaj udaliśmy się kajakami na poszukiwanie „zakopanego skarbu”. Akcja zakończyła się powodzeniem. Kornel bezbłędnie odnalazł odpowiedni brzeg, pokopał we właściwym miejscu i do pensjonatu wróciliśmy z odnalezioną butelką „Carmenere”.
To moja relacja z drugiego miejsca naszych wakacji. „Moja”, bo przecież każdy jakoś inaczej odbiera otoczenie, co innego czuje, inaczej mu pachnie, no i co innego pamięta. Niestety z tym ostatnim u mnie nie najlepiej. Z góry więc dopuszczam pomyłki w nazwach miejscowości, jezior, zawirowania w chronologii i proszę o ewentualną korektę dotyczącą merytorycznej strony zapisu.
W dziale "Turystyka" nędza i sitowie.
... są bardzo proszeni o opracowanie sprawozdania z Mucznego.
Tegoroczny wyjazd w Bieszczady nie da się jednoznacznie ocenić. Można by nawet powiedzieć, że był to wyjazd dość kontrowersyjny. Wpłyneły na to głównie dwa czynniki: skład osobowy tegorocznej Grupy Mohairowej oraz pogoda.
A więc od początku...
Rozważając pierwszy czynnik, należy przyznać, że oczywiście towarzystwo było wspaniałe i nawet dość rozrywkowe (sobotnie tańce, poniedziałkowe śpiewy), jednakże brakowało starych weteranów czyli Kurczaka (do kogo miały wzdychać te wszystkie panie, ach do kogo?) oraz Tomka z Justyną (biedny aksamitek czuł się wyrażnie niedopieszczony). A i ci, którzy przybyli zawiedli wyjeżdzając na przykład w środę. Tak, tak, duch umiera w narodzie, nie mówiąc już o szacunku dla Ojca Dyrektora.
Teoretycznie powinnismy się byli trochę smucić, że tak już nas niewiele pozostało na polu walki, ale smutek ten został nam osłodzony przez czynniki naturalne (widzę, że Ojciec Dyrektor ma już układy wśród najwyższych władz) w postaci wspaniałej, pięknej, jesiennej pogody. Także ogólnie, bilans i tak wyszedł na plus. Zresztą jak już wspomniałam trudno to oceniać, bo jak tu porównywać Kurczaka do jesiennego słońca?
W każdym razie są jeszcze trzy sprawy warte odnotowania w związku z tegorocznym pobytem w Wilczej Jamie.

Na tej wyciecze nie grupy "N" nie było (przyjechaliśmy dopierow ieczorem), ale po zdjęciach widać, że by mi się podobało - szczególnie zaleganie na połoninie.
Zobacz mapkę
Monika może tylko napisać, że dotarlismy tego dnia do Mucznego o 19.00 tak jak było ustalone. Zastaliśmy sporo gości i znaną już kapelę "Na drabinie", która jak zwykle pięknie grała. Były więc oczywiście szalone tańce jak w pamiętną Niedzilę Wielkanocną 2004. Były też smażone rydze, do których wszyscy tęsknili. No i oczywiście niczym wisienka na torcie, na zwieńczenie wieczoru, przyjazd Kubika.
Na sam koniec wieczoru miał jeszcze miejsce pewien dość wstydliwy incydent, o którym jego uczestnicy pewnie woleliby zapomnieć, ale nie ujdzie im to na sucho! Mianowicie w sobotę w Wilczej Jamie odbywało się skromne wesele. Nasi wspaniali członkowie Grupy Mohairowej w składzie Romek, Leszek, Marysia, Iwona i Bożena tylko czekali aż weselnicy pozostawią bez opieki suto jeszcze zastawiony stół po skończonej wieczerzy, by rzucić się na niego niczym te sępy. Kłopot jedynie w tym, że podczas nalotu wyżej wymienieni weselnicy powrócili by zabrać resztki ze stołu i tu sytuacja się nieco skąplikowała. Chyba nikt nie wiedział co powiedzieć, wszyscy usiłowali się uśmiechać, a ci co zostali przyłapani z galaretką na widelcu twierdzili, że oni "tylko tak patrzą jakie tu państwo pyszne rzeczy mają".
Nie wiem co na to Ojciec Dyrektor, ale mniemam, że na osobności udzielił niepokornym członkom Grupy jakiejś nagany.

Wariant "klasyczny", wypróbowany w 2004 w trakcie pogoni za kurczakiem. Róznica była tylko taka, że tym razem RN nie dał d... przy zejściu przez Obnogę i poprawnie sprowadził Panie do Mucznego.
Zobacz mapkę
Jestem pewna, że wycieczka była wspaniała, ale niestety nie moge jej opisać bo mnie na niej nie było. Ja za to udałam się z trzema młodzianami na Obnogę i rzeczywiście potwierdzamy, że tata tym razem nie pomylił drogi i nawet spotkaiiśmy się na pewnej polance w słońcu z widokiem na Bukowe Berdo.
Z Mucznego idzie się żółtym szlakiem na poczatek Bukowego Berda i dalej niebieskim - już niewielkie, za to ciekawe podjeście (nawet skałkami) - na Bukowe Berdo. Tam NIE można (ale my to robimy) zejść bez szlaku do drogi Muczne - Tarnawa. Ze szczytu należy kierować się dokładnie na północy wschód, schodząc jagodami i trawami w kierunku widocznej poniżej Obnogi. Szlaku nie ma, ale ścieżkę wśród traw łatwo znaleźć. Do dużej polany pod szczytem Obnogi (tam spotkaliśmy Monikę z chłopakami), kłopotów orientacyjnycyh - pod warukniem, że jest widno - nie ma. Prowadzi nas mniej lub bardziej widoczna ścieżka. Za Obnogą (polaną) ścieżka zamienia się w droge i prowadzi do lasu.
Schodzimy nią na przeł. pomiędzy Obnogą a Grandysową Czubą. Tu skręcamy mocno w lewo i idąc pod górę wychodzimy na polanę z ewidentnymi śladami po wiosce (drzewa owocowe). Przechodzimy polanę - jest ogromna - trzymając się lewej strony, bo wtedy na jej drugim końcu odnajdziemy łatwo drogę w las. Idąc nią - momentami jest mylna, bo rozkopana spychaczami i wijąca się w lesie kilkoma rozgałęzieniami, ale generalnie prowadzi gdzie trzeba - dojdziemy do wylotu potoku Sucha na drogę Muczne - Tarnawa. Stamtąd do Mucznego 10 min.
2 lata temu, na przeł. pod Grandysową Czubą skręciliśmy z Marysią w prawo. Można tamtedy dojść do chatki (tej, w której była Monika), ale wtedy bardzo trudno trafić na ścieżkę prowadzącą jakoś sensownie do doliny. "Znosi" bowiem w prawo do potoku, a potem do następnego potoku itd. Brzegi potoków (a właściwie stoki) stają się tak strome, że nie sposób się wycofać i prędzej czy później - potok się powiększa - brniemy w wodzie. Nic strasznego się nie dzieje, bo idziemy korytem potoku Roztoki, który nas w końcu doprowadzi do drogi, tyle tylko, że milej byłoby iść brzegiem a nie po kostki (momentami po kolana) w wodzie. Roztoki nie mają jednak brzegów - są za to błotniste strome "ściany" - i zejście staje się gdzieś od połowy sporą atrakcją. Potok kluczy, łączy się z innymi potokami, robi się ciemno, ponuro, poziom wody rośnie.
Polecam ten wariant (na prawdę, nie żartuję!) gdybyście komuś chcieli zafundować bieszczadzki "survival". Bez problemów dojdziecie bowiem potokiem do mostu na drodze, ale przez co najmniej przez pół godziny można poudawać, że się zgubiliśmy i musimy walczyć o życie.

Wariant mniej klasyczny - z zejściem do Jaworca w końcówce, tzn. z przeł. Orłowicza.
Zobacz mapkę
Na tej wycieczce też niestety mnie nie było, bo wróciliśmy z chatki na Obnodze dopiero koło południa. Wyobrażam sobie, że musiało być równie fantastycznie, chociaż jak pomyślę o wspinaniu się tym dośc stromym szlakiem na Połoninę w pełnym słońcu to chyba jednak nie żałuję, że mnie tam nie było. Chociaż z drugiej strony chyba nigdy nie schodziłam stamtąd do Jaworca, a to byłoby zawsze jakieś nowe doświadczenie.
Szlak przez Połonine Wetlińską jest bez wątpienia jednym z njapiękniejszych w Bieszczadach, ale dobrego zejścia z przeł. Orłowicza niestety nie ma. Idąc - zarówno do Wetliny, jak i Zatwarnicy - zaraz zanurzamy się w lesie, jest stromo i nieciekawie. Przy złej pogodzie - horror z błotem w roli głównej. Najładniejsze, choć nieco długie, jest zejście do Jaworca - przynajmniej na początku sporo odkrytych miejsc - a sympatyczna Bacówka i piwo na zakończenie wiele wynagrodzą.(RN)
Ale wycieczka na Połoninę Wetlińską to po prostu nic a nic, w porównaniu z tym co spotkało mnie, Jacka i Tomka ok 18.00 wieczorem na drodze z Mucznego do Tarnawy. Jechałam sobie zadowolona i uśmiechnięta, łapiąc komary między zęby, na wózku ciągniętym przez dwa malamuty. Przed nami biegł aksamitek Aleks, a obok mnie jechał na rowerze Jacek i Tomek. Wyjeżdzamy zza zakrętu na prostą, a tu nagle stoi jakieś sto metrów przed nami, o k... niedzwiedź!!! Na szczęście misiek obrzucił nas tylko znudzonym wzrokiem i wszedł do lasu. Przyznaję, że adrenalina skoczyła mi jak chyba nigdy w życiu i już bardzo szybko chciałam wracać do domu. Nie wiem jakim cudem, te głupie psy nie zauważyły tego niedzwiedzia, ale z drugiej strony to nas zapewne uratowało.
Wieczór był za to bardzo mily, bo chyba pierwszy raz, na tegorocznym wyjeździe były śpiewy. I oczywiście żeby tradycji stało się zadość na ostatni ogień, około 1.00 w nocy, poszli Beatlesi.

Aż boję się napisać co profesorowie załatwili na wtorek. Z przelęczy Bukowskiej (9.30, słupek 164) przeszliśmy cały szlak graniczny do źródeł Sanu (słupek 224). W Mucznem byliśmy już po ciemku, o 20.30. O Matko Boska!
Zobacz mapkę


Ta... to była zdecydowanie najlepsza wycieczka tego wyjazdu! Dzięki wspaniałemu Ojcowi Dyrektorowi i innym profesorom Politechniki Śląskiej udało nam się dostać pozwolenie na wstęp na zakazany szlak. Na dodatek mieli oni na tyle tupetu ażeby poprosić Straż Parku o podwiezienie nas na przełęcz Bukowską. Tak więc udaliśmy sie na uroczy spacer po połoninie, wzdłuż granicy Polsko-Ukraińskiej, przez Kińczyk Bukowski, Rozsypaniec i Opołonek, czyli najbardziej na południe wysunięty punkt Polski.
Niestety w okolicy przełęczy Beskidu Żydowskiego szanowny członek grupy Roman Nahlik zaliczył mały kryzys i oświadczył, że on idzie już dalej sam na skróty, bo my na niego nie czekamy i w takim razie to on ogólnie ma to wszystko w d... (To oszczerstwo! Nic o d... nie mówiłem! (RN). Nastąpiła więc akcja "Przekonajmy Romeczka żeby jednak szedł z nami". Mimo pewnego uporu zmęczony i zasapany Romeczek dał się ugłaskać i jakoś wolnym krokiem ruszył za nami.
Po drodze, ku ich i naszemu zdziwieniu, spotaliśmy prawdopodnobnie młodych żołnierzy Ukainskich, którzy zajmowali się renowacją ukraińskich słupków granicznych. Chłopcy byli na tyle kulturalni, że zaproponowali nam nawet obiad, z której to propozycji jednak się wycofali dowiedziawszy się, że jest nas 12 osób. Ale za to jeden z nich stanął na wysokości zadania ubierając koszulę do zdjecia z uradowaną Bożeną i Marysią.
W końcu o 16.00 dotarlismy do źródeł Sanu, gdzie czekali na nas Zuzia z Kubikiem. Nastąpiła też ceremonia udekorowania dzielnych pań przez zastępce dyrektora wycieczki Kornela (pewnie chciał nadrobic nieobecność Kurczaka). Na miejscu z przerażeniem odkryliśmy, że do parkingu na Bukowcu pozostało nam jeszcze 3 godziny i 25 minut marszu. W związku z czym utworzyła się grupa kierowcowo - szturmowa i grupa maruderów idących wolnym krokiem w postaci Romka, Marysi, Bożeny i Iwony. Ja na początku miałam pewnien dylemat, do której z nich dołączyć, co w rezultacie skończyło się tym, że goniłam przez jakieś 15 minut grupę szturmową, ale dogoniłam.
W sumie to najlepiej na tym wszystkim wyszłam ja z Joanną, bo na drodze do Bukowca jeszcze przed Schronem PTTK złapałyśmy stopa do samego parkingu. Tuż za nami przybiegł Leszek, a następnie ukazali się Kubik z Zuzą. Następnie pojawiła się reszta kierowców, także koło 18 wszyscy wyjechaliśmy z parkingu. Kubik miał za zadanie wrócić jeszcze po grupę maruderów, którym zresztą też się upiekło, bo zostali podwiezieni od Schronu do Bukowca przez jakiegoś pana, który się zapewne nad nimi zlitował zobaczywszy w jakim są stanie. Już (sic!) ok 20.00 wszyscy byliśmy z powrotem w Wilczej Jamie głodni i zmęczeni, ale jakże szczęśliwi, że podołaliśmy temu wyzwaniu.
Jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze tego wieczoru miała miejsce "akcja kotek". Otóż okazuje się, że rano Zuza z Kubikiem znaleźli dwa małe czarne kotki, ale to był dopiero początek, bo kolejnego było słychać w pokoju Leszka i Iwony za ścianą. Na moją prośbę bohaterski Wojtek rozkręciwszy ścianę wyciągnął małego biało-czarnego kotka, który własnie słodko chrapie obok piszącej niniejsze słowa.

W środę grupa słabeuszy "N" leczyła rany po wtorkowej wycieczce oraz zajmowała się kotkami, natomiast grupa szturmowa "B" ponownie "szutrmowała" dolinę Sanu (byliśmy tam jesienią 2004) - przez Hulskie i Tworylne.
Zobacz mapkę
Tego dnia rano pożegnaliśmy prawie połowę składu gdyż wyjechali Kornel z Joanną, Leszek z Iwoną oraz Szlenkowie. Marysia z Romkiem lizali rany po wczorajszej wyprawie, a ja trochę z lenistwa postanowiłam im towarzyszyć. Na dodatek jeszcze przed wyjściem na wycieczkę Kubik znalazł kolejnego, czwartego już małego kotka w kolorze czarno- białego tygrysa. Także ja się nie nudziłam i zostałam "kocią mamą".
Za to grupa szturmowa w postaci Ojca Dyrektora, Bożenki, Zuzy i Kubika udali się na wycieczkę w dolinę Sanu przez Hulskie i Tworylne, która podobno udała się o wiele bardziej niż nasza nieco nieudana w 2004 roku. Tu zwracam się z prośbą do uczestników o małe sprawozdanie.
Ja za to mogę dorzucić kilka ciekawostek: w Tworylem w 1958 roku nakręcono film "Rancho Teksas", który przyczynił sie do powstania legendy tzw. "kowbojów bieszczadzkich". Opuszczony przez filmowców barak adaptowano na stanice PTTK Szept, którą przez jakis czas prowadził Henryk Victorini, jeden z pionierów bieszczadzkich.
18 stycznia 1945 maił miejsce "Mord w Tworylnem" podczas, którego banderowcy z UPA uprowadzili Kucharz Marię i jej dwoje dzieci do lasu, gdzie zostali zamordowani. Podobny los spotkał ukraińską rodzinę Gałuszków (4 osoby) zamordowanych „za ukrywanie Polaków”.
W 1921 r. Hulskie liczyło 52 domy i 332 mieszkańców. W latach 1939-41 nad Sanem stała niemiecka strażnica graniczna. Po wojnie wieś całkowicie wysiedlono. Opuszczone zabudowania spaliła sotnia UPA "Bira".
Nad potokiem, w pobliżu nowej, asfaltowej drogi leśnej z Zatwarnicy, zachowały się ruiny murowanej cerkwi greckokatolickiej pod wezwaniem św. Paraskewy, zbudowanej w 1820 r. Obok murowana parawanowa dzwonnica, również w ruinie. Na stokach Otrytu po przeciwnej stronie Sanu znajduje się rezerwat leśny "Hulskie" im. Stefana Myczkowskiego.

Z powodów technicznych light'owa wycieczka na Małą Rawkę miała charakter wyjątkowy, gdyż dotarliśmy na szczyt prawie o zachodzie słońca. Za to oświetlenie było takie, że ... uuuch.
Zobacz mapkę
Tego dnia postanowiliśmy wybrać się na lightową wycieczkę na Małą Rawkę. Grupa była znowu okrojona: był tylko Ojciec Dyrektor, Romek, Kubik z Zuzą i ja. Niestety szyki pomieszał nam kapeć w Skodzie (a pomyślałby człowiek, że niby to niemiecki już samochód). Tak więc Romek z Kubikiem i Zuzą udali się do wulkanizatora, a ja z Ojcem Dyrektorem udaliśmy się do Ustrzyk Górnych wręczyć "podziękowanie" dyrektorowi parku. Potem czekaliśmy w Wetlinie. Ostatecznie więc wyruszyliśmy (bez szlaku oczywiście) z przełęczy Wyżnej około 14.
Po drodze obowiązkowo trochę się pogubiliśy, zresztą jakoś specjalnie nam się nie spieszyło, więc ostatecznie na Małą Rawkę dotarliśmy około 17 i rzeczywiście trzeba przyznać, że takie wieczorne słońce w połączeniu czerwieną jarzębiny robiło niesamowite wrażenie. Zejście tym okropnym stromym szlakiem to już był pikuś, tak że o 18.00 byliśmy już z powrotem przy samochodach na przełęczy Wyżniańskiej.
Generalnie wieczorem nastawienie jest dość mało imprezowe, panie idą wcześniej spać, a cała reszta chyba zmywa się około 23.00. Tak, tak... umarł duch w narodzie. Ja poszedłem spać o 23.00??? (RN) - jakiś horror!
Znowu nastąpił podział na dwie grupy, tym razem 2 osobowe. Grupa silniejsza (ojciec dyrektor i Bożenka) wyruszyła na Otryt - patrz mapka. Grupa głodomorów wybrała się na rydze.
Zobacz mapkę
Wycieczkę rozpoczęliśmy w Mucznem. Wymaszerowaliśmy dosyć późno, zabierając brykającą ze szczęścia Mikę. Zanim doszliśmy na miejsce zbiorów, udało jej się wyruszyć na polowanie na niewiadomoco. Po pół godzinie nawoływania pojawiła się wielce zadowolona, więc kontynuowaliśmy marsz do pola rydzowego. Weszliśmy w dosyć ciasny zagajnik świerkowy i w szybkim czasie nazbieraliśmy pół siatki samych młodych i zdrowych rydzów. Zapełnilibyśmy zapewne całą reklamówkę, gdybym nie weszła prosto na gniazdo os. Zanim się zorientowałam osy otoczyły mnie bzycząc niemiłosiernie głośno i wplątując się we włosy. Jednej udało się użądlić mnie w brzuch, zanim na kolanach wydostałam się spod drzewa, gdzie wcześniej znalazłam rydzową rodzinę, na polankę. Nie wiem czy było mnie słychać w Mucznem, ale wydaje mi się to całkiem prawdopodobne, jeśli gdzieś w pobliżu znajdowały się jakieś niedźwiedzie, to pewnie prędko tam nie wrócą. To nie było miłe doświadczenie...ale rydze były tego warte.
... tu pisze OD.


Łatwo się było domyśleć, że "smażące" się sprawozdanie to była pokrętna obietnica przedwyborcza i nic z niej nie wyszło. Ale za to .... obudziła się nasza ukochana ZUZUA i w galerii umieściła swoje zdjęcia z Mucznego. Sporo ich i to ładne, więc proszę zrobić sobie herbatkę i spokojnie zasiąść do oglądania.

Proszę się nie fascynować, bo na razie to tylko zapowiedź smażącego się sprawozdania. Post jest tak przygotowany, że każdy krewny i znajomy królika może go edytować czy uzupełniać. Mam nadzieję, że w ten sposób wkrótce powstanie wspólne sprawozdanie.
Obok klika "klimatycznych" fotografii a na wszystkie zdjęcia, jak zwykle, zapraszam do galerii. Lada dzień powinny pojawić się tam zdjęcia Zuzi a gdzieś pod koniec lata - Tomka.
Tegoroczny wyjazd w Bieszczady przejdzie najprawdopodobniej do historii i to z kilku powodów.

Tegoroczny sezon narciarski miał dwie odsłony. Kilkudniowy wyjazd na Słowację oraz długi weekend w Brennej. Oba wielce udane – narciarsko, wycieczkowo i … towarzysko.
Kto w Biliku jeszcze nie był, koniecznie powinien odwiedzić to nieomal alpejskie – jeśli wziąć po uwagę atmosferę i lokalizację – schronisko. Świetnie położone, w górnej części doliny Zimnej Wody (z wodospadami o tej samej nazwie) u zbiegu dwóch pięknych tatrzańskich dolin – Staroleśnej i Małej Zimnej Wody, stanowi doskonały punkt wypadowy na górskie wycieczki letnie (również rekreacyjne), a jak się okazuje, także i zimowe.
Schronisko znajduje się nieopodal górnej stacji kolejki zębatej ze Smokowca na Hrebienok i dolnej stacji wyciągu narciarskiego. Niestety mój szatański plan, że będziemy co rano, na piechotę (200m), wychodzić na narty nie całkiem wypalił … z powodu zimy. Okazuje się, że o ile w miastach w tym roku śniegu nie brakowało, w górach było go znacznie mniej niż zwykle i trasy na Hrebienku były po prostu nieczynne. Na nartach jeździliśmy więc w Tatrzańskiej Łomnicy (też nieźle – jestem bardzo pozytywnie zaskoczony), a ponieważ śniegu nie było za wiele, dało się poszerzyć „program” wyjazdu o dwie niezłe wycieczki piesze. Teraz będę reklamował. Bilik ma proszę Państwa nieprawdopodobną saunę. Sauna ta – na pozór zwykła – ma ogromne okno (ze 3 x 2m). Siedzi się na ławeczkach, polewa wodą piecyk a na wprost – patrząc z ławeczek – … Łomnica. Dla mnie bomba.
Po powrocie ze Słowacji, zupełnie niespodziewanie zaliczyliśmy kolejny wyjazd na narty. Były to tylko 3 dni, za to bardzo udane i w sensie narciarskim i w każdym innym. Przetestowałem nowy (jak dla mnie) wyciąg na Czantorię, w towarzystwie Pana Tadeusza „odebraliśmy” 2 medale olimpijskie i z zachwytem podziwialiśmy nowe wyciągi w Brennej – całkiem udane połączenie starej „Boryni” (gdzie jeździliśmy) z Gronikiem (który tylko obserwowaliśmy z łezką w oku).
Było tak miło, że nawet wypadek, który miałem w piątek na Czantorii jakoś nie zepsuł mi humoru i nie zniechęcił do jeżdżenia jeszcze w niedzielę.
Nie mogę pisać tego za każdym razem, kiedy wyjeżdżamy na wakacje czy w góry, ale pierwszy odruch jest prawie zawsze taki sam – „Tym razem Ojciec Dyrektor przeszedł samego siebie”.
I nie chodzi o to „gdzie” jedziemy, choć nie jest to bez znaczenia ale, „jak” spędzamy tam czas. Sam najchętniej spędziłbym wakacje w miejscowości Leniuszki na czytaniu, słuchaniu muzyki i oczywiście … bezsensownym i bezmyślnym nicnierobieniu. Przynajmniej tak mi się wydaje. Oczywiście nie jestem w stanie tego sprawdzić, od wielu bowiem lat tak skutecznie zostałem wdrożony do realizowania modelu aktywnego wypoczynku, że inaczej już nie .. umiem. A wakacje w miejscowości Leniuszki traktuję z kpiącym uśmiechem jak wirtualne marzenie … „gdybym był piękny i bogaty”. Kiedy więc w czwartek wieczorem (ok. 22) zjawiliśmy się z Marysią w Sochach niedaleko Zwierzyńca i dowiedzieliśmy się, że jutro wybieramy się na 50-cio kilometrową wycieczkę rowerową, nawet mi oko nie drygło. Rowery? OK, Mary.
Sprawozdanie zawiera głównie teksty „merytoryczne”, będące cytatami ze stron internetowych (np. pl.wikipedia.org oraz pilot.pl) i moje komentarze, które – mam nadzieję - nieco ożywiają i subiektywizują „encyklopedyczne” teksty.
Wyprawa rowerowa. Zwierzyniec – Obrocz – Guciów – Bondyrz – Kaczórki – Namule - Malewszczyzna – w prawo na Hucisko – Stara Huta – i w lewo przez las do drogi Józefów-Zwierzyniec – Zwierzyniec.

Jak łatwo dostrzec na zdjęciu satelitarnym, aż 50 km to nie było, ale .. OD zgodził się nieco „osłabić” plany, dzięki czemu moja dupa jakoś to wytrzymała. Mimo to, następnego dnia na rower NA PEWNO już nie wsiadłbym, choć przyznaję, że wycieczka była FANTASTYCZNA. Najmilej wspominam:
Miasto nad Wieprzem, na terenie Roztoczańskiego Parku Narodowego (znajduje się tutaj siedziba Parku). Według danych z 31 grudnia 2004, miasto miało 3324 mieszkańców. Na zachód od Zwierzyńca w odległości 3 km przebiega granica pomiędzy wapienno - piaskowym Roztoczem Środkowym, a lessowym Roztoczem Zachodnim. Zwierzyniec uchodzi za "stolicę" Roztocza Środkowego. Miasto ze wszystkich stron otoczone jest lasami, które zajmują aż 66% powierzchni gminy.
Najbardziej reprezentatywną budowlą miasteczka jest kościół na wysepce pod wezwaniem św. Jana Nepomucena z barokową fasadą. W skromnym wnętrzu znajdują się polichromie Łukasza Smuglewicza. Warto też zobaczyć browar założony przez Zamoyskich w 1806 r. (obecnie jest filią Browaru Lublin). W przyległym do browaru parku wystawiono kamienny obelisk upamiętniający nalot szarańczy w 1711 r.
Historia:
Odwiedź:
Przeprowadzka i wycieczka do Zamościa.
W sobotę rano przeprowadziliśmy się z domku w Sochach, gdzie nie za bardzo nam się podobało, do przesympatycznego i wygodnego domku w Obroczy, na który trafiliśmy w trakcie wycieczki rowerowej. W pakowaniu i rozpakowywaniu jesteśmy sprawni, przeprowadzka odbyła się więc błyskawicznie. Już gdzieś koło południa wyjechaliśmy do Zamościa.
Zamość zrobił na mnie trochę dziwne wrażenie - pewnie się narażę. Jest … piękny, majestatyczny, niby nic mu nie brakuje, ale jakiś dziwnie „bezludny”. Jak Moskwa za czasów Breżniewa (choć żyło tam ok. 7mln ludzi) lub Stadion Śląski podczas meczu GKS’u z Arką Gdynia (gdyby się taki tam odbył) – jakby za duży. Oczywiście przesadzam, ale coś mnie w Zamościu zaniepokoiło i sam próbuję dociec co.
Na pewno świetnym pomysłem jest wpuszczenie tam, na ulice miasta - kultury, na czego ślad trafiliśmy właśnie w sobotni wieczór. Na rynku odbył się koncert w ramach Festiwalu New Cooperation. Całkiem ciekawy, ze świetny finałem z udziałem „dziadka” Ptaszyna Wróblewskiego.
Nieco przydługi film można znaleźć na stronach portalu roztocze.com
Organizowany przez Stowarzyszenie Zamojski Klub Jazzowy im. Mieczysława Kosza, z roku na rok zyskuje coraz większy prestiż.
Ostatnia edycja, która odbyła się w ubiegły weekend w Zamościu i Łucku, wzbudziła olbrzymie zainteresowanie miłośników jazzu. Na plenerowej scenie zagrał między innymi zespół RGG, liderem którego jest utalentowany perkusista Krzysztof Gradziuk z Zamościa. Z zespołem RGG wystąpił ojciec chrzest- ny jazzowych wydarzeń w Zamościu Jan Ptaszyn Wróblewski. On też poprowadził koncert. Znakomicie powitana została Karolina Mirowska, laureatka ostatnich Międzynarodowych Spotkań Wokalistów Jazzowych, która stała się gwiazdą New Cooperation. Wspaniale zagrał także Ukrainiec Oleg Pakowski ze swoim trio oraz angielski muzyk Julian Thomas. Bardzo dobrze zaprezentował się Big Band pod kierunkiem Romana Malinowskiego z Tomaszowa Lubelskiego.
Janusz Kawałko
(łac. Zamoscia) nazywany "Perłą Renesansu", "Miastem Arkad" i "Padwą Północy" jest miastem powiatowym położonym na Wyżynie Lubelskiej. Liczy 66.675 mieszkańców (2004 r.).
Został założony i prawa miejskie uzyskał w 1580 roku na mocy przywileju lokacyjnego wystawionego przez kanclerza i hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego. W I Rzeczypospolitej należał do powiatu krasnostawskiego ziemi chełmskiej województwa ruskiego.
Koniec XVII i początek XVIII wieku charakteryzował się szybkim rozwojem miasta i osiedlaniem się ludności nie tylko polskiej ale również Ormian, Żydów, Greków czy Ukraińców. Pociągało to za sobą rozbudowę miasta ze szczególnym uwzględnieniem świątyń różnych wyznań: katolickiego (obrządki: rzymski, greckokatolicki i ormiański), prawosławnego, judaizmu. Pomyślny trend wzrostowy został jednak zahamowany przez okres niepokojów wewnętrznych i zewnętrznych nękających Rzeczpospolitą w XVII wieku.
Historia:
Odwiedź:
Spacer po wzgórzach w okolicach Obroczy – Zagroda Guciów.
Niedzielny leniwy poranek gładko przeszedł w lekką wycieczkę wzgórzami nad Obroczą. Piaszczyste ścieżki, kwiatki, zarośla, drzewa i potoki – Roztocze jak malowane. Wycieczka miała jasno określony cel - Zagroda Guciów.
„Muzeum” czy „skansen” to nieco zbyt grube słowa na określenie tego przytulnego i uroczego miejsca – tak to zrozumiałem – powstałego wynikiem starań bardzo pozytywnie zakręconych miłośników historii i lokalnego folkloru. Co by nie było w Zagrodzie Guciów, my myśleliśmy głównie o … jedzeniu. Bowiem karczma w Zagrodzie a raczej to, co w niej podawano – oj! Wszystko było dobre, ale w szczególności polecamy:
Na szczęście Unia jeszcze o tym nie wie, bo akcje wszystkich koncernów śmietanowo – mleczno - serowych trzasnęłyby o parkiet z hukiem. Konkurencja nie ma wielkich szans i może:
Guciów – wieś w Polsce położona w województwie lubelskim, w powiecie zamojskim, w gminie Zwierzyniec. We wsi znajduje się muzeum etnograficzno-przyrodnicze "Zagroda Guciów" Anny i Stanisława Jachymków, wpisane do rejestru zabytków. Składa się z chałupy, stodoły (wybudowane w XIXw.) i obory z pod dachem (początek XX wieku).
Na pobliskim wzgórzu zwanym Monastyr lub Starzyzna znajdują się pozostałości grodziska typu wyżynnego (widoczne zarysy wałów) funkcjonującego od IX do XI wieku. Przyjmuje się, że był to jeden z grodów wchodzących w skład większej grupy osad otwartych. W okolicy znajdują się również cmentarzyska kurhanowe.
Wycieczka w okolicach Zwierzyńca. Zwierzyniec - Góra Bukowa – Staw Echo – Zwierzyniec.
W poniedziałek OD wyraźnie przesadził. Najprawdopodobniej zestresował go spływ kajakowy planowany na wtorek i w obawie przed czekającym nas horrorem (bo jak nam wychodzą spływy kajakowe – wszyscy wiemy) po prostu dał nam odpocząć. Tzn. nie tak całkiem – co to, to nie – ale poniedziałkowa wycieczka była naprawdę spacerkiem, który – jak łatwo się domyśleć – skończył się w browarze w Zwierzyńcu (Zwierzyniec = Browar).
Bukowa Góra - wzniesienie na Roztoczu o wysokości 310 m n.p.m., znajdujące się w rezerwacie przyrody o tej samej nazwie (Rezerwat przyrody Bukowa Góra), na obszarze ochrony ścisłej Roztoczańskiego Parku Narodowego. Znakomity punkt widokowy na pobliskie tereny Roztocza Środkowego oraz na położoną w malowniczym wąwozie wieś Sochy.
Rezerwat Bukowa Góra był pierwszym chronionym obiektem na terenie dzisiejszego Parku. Powstał on w 1934 r. w dobrach Ordynacji Zamojskiej koło Zwierzyńca i objął ok. 117 ha najładniejszych buczyn i jedlin.
Na Bukową Górę prowadzi ścieżka przyrodnicza, która ma swój początek w Zwierzyńcu. Jest to jedna z najciekawszych tras poznawczych Roztoczańskiego Parku Narodowego, umożliwiająca zapoznanie się z jego cennymi walorami przyrodniczymi.
Spływ kajakowy rzeką Wieprz (mniej więcej od miejsca pomiędzy Kaczórkami a Bondyrzem – do miejsca pomiędzy Bondyrzem a Zagrodą Guciów). Wieczorem wilgoć wąwozu.

Kajaki są naprawdę cudne! W porównaniu z rowerami – szczególnie jeśli się spływa Wieprzem i to przez 2 godziny – jest to po prostu luksus, a ponieważ w noszeniu kajaków i taplaniu się w wodzie mamy już spore doświadczenia, z nowych doświadczeń mieliśmy te najlepsze. Że się płynie, że się kołysze, że się obija o brzegi i obraca. Super, brawo, aha!
To rzeka we wschodniej Polsce, prawy dopływ Wisły. Długość rzeki wynosi 303 km, a powierzchnia jej dorzecza 10,4 tys. km2. Swoje źródła bierze z okolic Tomaszowa Lubelskiego na Roztoczu, a uchodzi do Wisły w Dęblinie. Połączona z Krzną za pomocą Kanału Wieprz-Krzna.
Tak naprawdę, „Wilgoć wąwozu” to nazwa trunku, który podawano w Zagrodzie Guciów. Nie był specjalnie dobry w przeciwieństwie do naszej „wilgoci” – z Obroczy.
Ponieważ z kajaków wróciliśmy dość wcześnie i kręciliśmy się trochę bezmyślnie na ganku, Pan gospodarz skorzystał z okazji i przyszedł do nas – zaprzyjaźniać się - z butelką bimbru własnej roboty. OD i Kurczak pojechali po pstrągi, w pierwszej chwili atak odpieraliśmy więc dzielnie ja z Miśkiem. Nie za szybko, więc reszta Panów zdążyła wrócić i przyłączyć się. Wszyscy bez wyjątku stwierdzili, że bimber jest najwyższej jakości i zgodnie ustaliliśmy, że potrzebna jest jeszcze jedna butelka. Kupiliśmy, OK.
Na obiad były pstrągi z grilla, sałatki i … piwo, bo po bimbrze został tylko zachwyt. Tymczasem nastał wczesny wieczór i do zachwytów nad bimbrem, który tym czasem ochrzciliśmy „wilgocią wąwozu”, przyłączył się nasz sąsiad. W poniedziałek bowiem, do naszego domku wprowadziła się przesympatyczna rodzina z … no skąd? Z Monachium! Wiadomo, że Ci z Monachium lubią się zaprzyjaźniać, więc w ramach zaprzyjaźniania pękła 3-cia butelka „wilgoci”. Ale Kurczak nie byłby Kurczakiem, gdyby pozwolił się komuś zaprzyjaźniać jako ostatniemu. Wobec tego, z przepastnego bagażnika swego BMW X3D-GTX-Sensor.Dot.Com wydobył jeszcze … litrową butelkę Metaxy.
No.. po prostu piękny był ten wieczór. I ta „wilgoć wąwozu”, po której rano nikt nie miał ani śladu kaca.
Na szczęście Unia jeszcze o tym nie wie …. itd., itp. Nie będę się powtarzał.
Wycieczka wąwozami na zachód od Szczebrzeszyna.
Roztoczańskie wąwozy kusiły nas od początku, bo w końcu to „jakby góry”. Pamiętam nawet, że kiedy - już po ciemku - dojeżdżaliśmy w poprzedni czwartek do Szczebrzeszyna, ze zdziwieniem zauważyłem … że pniemy się w górę serpentynami! Trzeba to było sprawdzić.
Wybraliśmy na mapie jeden na chybił-trafił i rzeczywiście. Przynajmniej na początku ma się wrażenie – choć zupełnie nie ma skał – że jesteśmy gdzieś … w małych Pieninach. Nawet pogoda nam „dopisała”. Zachmurzyło się bowiem prawdziwie po „beskidzku” i zaczął lać deszcz , który powoli przeszedł w grad. Złudzenie trwało jednak krótko. Wypogodziło się nieco i kiedy wyszliśmy z wąwozu … na pola … czar prysł. Płasko i ni cholery nie wiadomo, gdzie właściwie jesteśmy i gdzie właściwie mielibyśmy iść. Przy braku wyraźnych punktów orientacyjnych, nawet z kompasem mieliśmy kłopoty z odnalezieniem innej „doliny”, w której rano zostawiliśmy samochód. Kluczyliśmy więc trochę desperacko, ale nie takie ćwiczenia (na orientację) już przerabialiśmy i na auto trafiliśmy wzorowo.
Pylasta skała osadowa, zwięzła składająca głównie się z drobnych okruchów kwarcu, nawianych przez wiatry wiejące od strony lądolodu. Less to osady powstałe podczas plejstoceńskich zlodowaceń. Less ma barwę żółto-brązową.
Pokrywa lessowa - powstała w wyniku działalności wiatru - wiatr osadza drobne cząsteczki pyłów. Na pokrywach lessowych tworzą się czarnoziemy. Największe pokrywy lessowe występują w Chinach, gdzie ich grubość dochodzi do kilkuset metrów.
W Polsce występuje najczęściej na Lubelszczyżnie i na Śląsku. Miąższość pokładów w Polsce waha się od kilku do kilkunastu metrów. Akumulacja lessu zakończyła się około 15.000 lat temu, a więc od tego czasu postępuje degradacja tego osadu.
Formy lessowe:
Miasto w województwie lubelskim, nad rzeką Wieprz, około 5357 mieszkańców (stan na rok 2004). Niegdyś gród obronny na trakcie kijowskim. W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do woj. zamojskiego.
Szczebrzeszyn posiada prawa miejskie od 1352 roku (nadane przez Kazimierza Wielkiego); w czasie reformacji miasto było ośrodkiem kalwińskim. Ścierały się tutaj różne kultury i religie: katolicy, żydzi, kalwini, arianie. O przeszłości świadczą pozostałe budowle: barokowy przyklasztorny kościół św Katarzyny, cerkiew o obronnym charakterze z XV wieku, synagoga. Obrazu dopełnia jeden z najstarszych żydowskich cmentarz - kirkut ze swoimi macewami.
Miasto to znane jest głównie z wiersza Jana Brzechwy, dlatego umieszczono tu drewniany pomnik chrząszcza grającego na skrzypcach przy malowniczym źródełku.
Nie będę się czepiał, więc powiem tylko, że Szczebrzeszyn można sobie darować, razem z pomnikiem chrząszcza, który – jak się okazuje – jest po prostu picem i fotomontażem. Zacznijmy jednak od znanego wiersza.
Wół go pyta: "Panie chrząszczu,
Po co pan tak brzęczy w gąszczu?"
"Jak to - po co? To jest praca,
Każda praca się opłaca."
"A cóż za to pan dostaje?"
"Też pytanie! Wszystkie gaje,
Wszystkie trzciny po wsze czasy,
Łąki, pola oraz lasy,
Nawet rzeczki, nawet zdroje,
Wszystko to jest właśnie moje!"
Wół pomyślał: "Znakomicie,
Też rozpocznę takie życie."
Wrócił do dom i wesoło
Zaczął brzęczeć pod stodołą
Po wolemu, tęgim basem.
A tu Maciek szedł tymczasem.
Jak nie wrzaśnie: "Cóż to znaczy?
Czemu to się wół prożniaczy?!"
"Jak to? Czyż ja nic nie robię?
Przecież właśnie brzęczę sobie!"
"Ja ci tu pobrzęczę, wole,
Dosyć tego! Jazda w pole!"
I dał taką mu robotę,
Że się wół oblewał potem.
Po robocie pobiegł w gąszcze.
"Już ja to na chrząszczu pomszczę!"
Lecz nie zastał chrząszcza w trzcinie,
Bo chrząszcz właśnie brzęczał w Pszczynie.
Mam 2 podchwytliwe pytania:
Bąk, Botaurus stellaris, ptak z rodziny czapli. Duży, masywny o grubej szyi - długość ciała osiąga 76 cm, waga - 1200 g. Zarówno samica jak i samiec nie różnią się wyglądem. Upierzenie ich jest żółtobrązowe (o barwie trzciny) z podłużnymi pręgami, wierzch głowy czarny, gardło białe. Po trzcinach wspina się charakterystycznym pełzającym ruchem. W niebezpieczeństwie potrafi całymi minutami stać nieruchomo w pozycji słupka. W locie można zobaczyć charakterystyczne szerokie, okrągłe skrzydła oraz wyciągniętą szyję. Zamieszkuje rozległe trzcinowiska, gdzie buduje płaskie gniazdo. Jego pokarm stanowią ryby, płazy, pijawki, owady wodne. Występuje Europie; w Polsce przylatuje w III-IV, odlatuje w IX-XI.
Wycieczka do rezerwatu „Szumy nad Tanwią”.

Pomijając doskonałe wycieczki „przyrządowe” – rowery i kajaki – najbardziej udana a z pewnością najciekawsza była wycieczka do rezerwatu nad Tanwią. Długich odcinków szlaku wzdłuż wyraźnie szumiącej rzeki płynącej wśród pięknego, starego lasu z niczym nie da się porównać – wierzcie mi, nic takiego nie widzieliście. A las? Nie wiem jak to opisać, bo równocześnie nie jest to piaszczysty „suchciel” jak na Pomorzu i nie jest to też typowy, ciemny, „krzaczasty” las z Beskidów. Sucho, zielono, raczej widno – a „na dole” jagody, wrzos, grzyby (!) - cudnie. Grzybów było tyle, że zupełnie „od niechcenia”, nazbieraliśmy ich całkiem sporo i były jak znalazł jako dodatek do kiełbasek na kolację.

Małe, malownicze wodospady zwane są lokalnie szumami, szypotami, sopotami lub porohami. Ich historia sięga trzeciorzędu. Wtedy to nastąpiło wydźwigniecie wyżynnego obszaru Roztocza, przy jednoczesnym opadnięciu Kotliny Sandomierskiej. Na granicy obu krain powstała linia spękań tektonicznych w postaci skalnych uskoków. To są właśnie dzisiejsze szumy, ubarwiające dna Jelenia, Tanwi, Sopotu i Szumu w krawędziowej części Roztocza. Krawędź Roztocza jest wyraźnie zaznaczającym się w rzeźbie terenu fragmentem biegnącej tędy granicy geologicznej pomiędzy fałdową Europą Zachodnią i płytową Europą Wschodnią. Jest to zarazem jedna z najwyraźniej zaznaczonych granic fizjograficznych w Polsce.
Za jeden z najpiękniejszych szlaków na Roztoczu jest uznawany szlak szumów. Szlak robi największe wrażenie, gdy pokonuje się go od strony potoku Jeleń. Mijamy najpierw samotny, największy szum, potem kilka mniejszych i wreszcie składającą się z 24 progów serię wodospadów w Rebizantach. Najpiękniejsze fragmenty dolin potoku Jeleń i rzeki Tanew chronione są w rezerwacie "Nad Tanwią".
Przenosimy się z Obroczy do Przemyśla.
Na przeprowadzkę z Obroczy do Przemyśla mieliśmy cały dzień a ponieważ nie jest to aż tak daleko, po drodze odwiedziliśmy wiele atrakcyjnych miejsc.
Miasto w woj. podkarpackim, w powiecie lubaczowskim, siedziba gminy miejsko-wiejskiej Narol. Położone na Roztoczu Wschodnim, nad rzeką Tanwią.
Główną, o ile nie jedyną atrakcją Narola jest zespół parkowo-pałacowy, który – łagodnie mówiąc – czasy świetności ma już za sobą, niemniej jest szansa, że zostanie ożywiony za sprawą fundacji prof. Kłosiewicza. Prace konserwatorskie i budowlane trwają, co nawet widać, a w ruinach odbywają się wcale ciekawe koncerty muzyki poważnej. Brawo!
Organizacja pozarządowa utworzona w roku 1999 przez prof. Władysława Kłosiewicza odbudowuje XVIII-wieczny zespół pałacowo - parkowy w Narolu w celu utworzenia w nim artystycznego centrum naukowo-szkoleniowego, nawiązującego do tradycji szkoły artystycznej założonej przez Feliksa Antoniego hr. Łosia - budowniczego i pierwszego właściciela pałacu.
Fundacja prowadzi działalność w zakresie edukacji kulturalnej i promocji twórczości, inicjuje i wspiera przedsięwzięcia służące integracji i edukacji artystycznej uzdolnionej młodzieży, działa na rzecz ochrony dziedzictwa przeszłości i zabytków kultury, organizuje liczne spotkania i międzynarodowe imprezy kulturalne.
Lecznicze właściwości tutejszych źródeł siarczkowych znane były od dawna. Miała tu bywać w celach zdrowotnych Marysieńka Sobieska, a nawet sam król Sobieski. Udokumentowane początki uzdrowiska to jednak dopiero koniec XIX w., kiedy to Aleksander Poniński urządził pierwszy, prymitywny zakład kąpielowy. Wykorzystywana była woda z dwóch źródeł: z jednego do kapieli, z drugiego do picia. Kąpiele odbywały się w szopie, w której urządzono trzy kabiny z trzema wannami każda. Kuracjusze (w sezonie nawet 300 osób) mieszkali w karczmie, w klasztorze, w oficynie dworskiej lub u okolicznych gospodarzy. W 1919 r. Mieczysław Orłowicz pisał w "Ilustrowanym Przewodniku po Galicyi": Mały, prymitywnie urządzony, prawie wyłącznie przez Żydów frekwentowany zakład kąpielowy siarczany o kilku łazienkach. Wspominał natomiast o dużym zakładzie kapielowym w pobliskim Niemirowie. W 1923 r. nowy właściciel, Stanisław Karłowski ponownie uruchomił uzdrowisko. Nowy zakład kąpielowy powstał w kompleksie posiadłości dworskiej. W miejscu, gdzie biły lecznicze źródła, powstał park zdrojowy. W latach 30. XX w. było tu już 16 pensjonatów oferujących 500 miejsc.
Wszystkie urzadzenia kąpielowe i większość pensjonatów zostało zniszczonych w czasie II wojny światowej. Od 1948 r. rozpoczęły się niezorganizowane zabiegi w prymitywnych warunkach. Próby odtworzenia uzdrowiska natąpiły w 1957 r. W 1962 r. wybodowano z inicjatywy Centrali Rolniczych Spółdzielni mały zakład przyrodoleczniczy. W 1969 r. powstało w adaptowanym pałacu Ponińskich sanatorium "Metalowiec". W 1973 r. zakład przyrodoleczniczy został przejety przez P.P. "Uzdrowiska Polskie". Od 1973 r. Horyniec ma status uzdrowiska.
Wieś w Polsce położona w województwie podkarpackim, w powiecie lubaczowskim, w gminie Horyniec-Zdrój.
Tu się muszę wtrącić, bo cerkiew w Radrużu pamiętam jeszcze z czasów młodości, kiedy się cerkwiami interesowałem nieco dogłębniej. Była to jedyna w Polsce cerkiew, zaliczana do zabytków klasy „0” (dziś już ta klasyfikacja nie jest stosowana), tzn. była „obiektem lub zespołem zabytkowym o najwyższej wartości artystycznej, naukowej i historycznej, które mogą być uznane za pomniki historii o znaczeniu światowym”. Wtedy była na mapie tak daleko od czegokolwiek, że nawet nie umiałem sobie wyobrazić, że będę miał okazję ją kiedyś zobaczyć ... a jednak. Sama cerkiew nie jest „z tych pięknych” (cerkwi bań np. nie ma), ale ma niezwykle urocze otoczenie i wyjątkowo ciekawe wnętrze. Świat na tyle zmalał, że przy jakiejś okazji, np. plątania się na wschodnich rubieżach, warto Radruż odwiedzić.
Wieś w Polsce położona w województwie podkarpackim, w powiecie jarosławskim, w gminie Radymno. Miejscowość znajduje się na podkarpackim Szlaku Architektury Drewnianej.
Przed II wojną światową Chotyniec był dużą wsią zamieszkaną głównie przez Ukraińców. W czasie akcji "Wisła" wysiedlono 740 osób. Po 1956 roku do wsi powróciło kilkanaście ukraińskich rodzin. W Chotyńcu działa od 1992 r. Zespół Taneczny "Dibrowa", kierowany przez choreografa Andrzeja Putko.
W Chotyńcu znajduje się parafia greckokatolicka oraz piękna cerkiew drewniana pw. Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy wzniesiona prawdopodobnie w 1617 roku. Jest jedną z nielicznych czynnych świątyń greckokatolickich w Polsce, które szczęśliwie przetrwały niszczycielską wojnę i powojenne akcje deportacyjne. Pierwotnie mogła to być budowla trójdzielna, z dwiema lub trzema kopułami na tamburach. Nad babińcem znajdowała się kaplica pw. Zwiastowania, z zewnętrznymi galeriami. Cerkiew wielokrotnie poddawana była remontom i istotnym przekształceniom m.in. w 1733, 1858 i 1925 r. Po wysiedleniach 1947 roku została zamknięta, a następnie przekazana kościołowi rzymskokatolickiemu. W latach 80. XX wieku zamknięto ją ponownie, ze względu na zły stan techniczny. W 1990 roku świątynia przejęta została przez miejscowych Ukraińców. Wtedy stała się świątynią odrodzonej parafii greckokatolickiej. W latach 1991-1994 dokonano kompleksowej renowacji obiektu, głównie siłami miejscowych parafian.
Cerkiew wyróżnia się oryginalną, bardzo harmonijną bryłą. Jest to budowla jednonawowa, czwórdzielna, wykonana całkowicie z drewna, o konstrukcji zrębowej. W podziale wewnętrznym wyróżnia się prezbiterium, nawę, babiniec i przedsionek. Prezbiterium, nawa i babiniec nakryte są kopułami na ośmiobocznych bębnach, a przedsionek dwuspadowym dachem. Babiniec ma trzy kondygnacje, zaś prezbiterium dwie. Boczne ściany drugiej kondygnacji babińca tworzą galeryjki arkadowe. Pod okapem dolnej kondygnacji znajdują się soboty. Drewniana dzwonnika z XVII wieku została przeniesiona w 1993 roku ze wsi Torki koło Medyki. Oryginalna dzwonnica zniszczona została podczas I wojny światowej.
We wnętrzu zachowała się polichromia figuralno-ornamentalna z 1735 i 1772 roku ze szczególnie interesującym malowidłem Sąd Ostateczny na południowej ścianie nawy. Po latach zaniedbania wyposażenie jest niekompletne, ale zachował się odnowiony ostatnio ikonostas, zapewne z 1671 roku, w którym umieszono cudowną ikonę Matki Boskiej. Na uwagę zasługuje również ikona świętego Mikołaja.
Chotyniec warto odwiedzić jeszcze bardziej niż Radruż (cerkiew jak malowanie, ma prawdziwie piękne „banie”) i .. łatwiej, bo znajduje się dosłownie kilka kilometrów od trasy A4 prowadzącej do przejścia granicznego w Korczowej.
Zwiedzamy Krasiczyn i Przemyśl.
Krasiczyn – jaki jest - każdy widzi, bo trudno w nim coś ukryć. Ostatnio (bo Krasiczyn nie miał szczęścia do gospodarzy) pieniądze się znalazły, co widać na razie na zewnątrz (i robi wrażenie!), ale jeśli równie dobrze pójdzie remont wnętrz – nawet jeśli w końcu będzie to tylko hotel lub centrum konferencyjne – stanie się atrakcją trudną do pobicia.
W Zamku niezła restauracja (sprawdzona - polecam) i winiarnia (niestety niesprawdzona). Z ciekawostek podsuwam oświadczenie kardynała A. S. Sapiehy przygotowane na wypadek aresztowania, na którego fotokopię trafiliśmy w Zamku.
W razie gdybym był aresztowany stanowczo niniejszym ogłaszam, że wszelkie moje tam wypowiedzi, prośby i przyznania się są nie prawdziwe. Nawet, gdyby one byłyby wygłaszane wobec świadków podpisane nie są one wolne i nie przyjmuję je za swoje. Kraków, 6 marca 1950.
Nie chcę być złośliwy, ale stanowczo doradzam, żeby każdy już dziś napisał takie oświadczenie i złożył je u notariusza na wypadek … gdyby byłby wezwany przed oblicze komisarza M.

Przemyśl zaś … jest największym zaskoczeniem jakie zaliczyłem w ostatnich latach. To „prawie” moje rodzinne strony, bo babcia (Oops! Sorry) Irenka, czyli moja mama, chodziła tam do liceum, ale ja sam byłem w Przemyślu tak dawno temu, że nie mam (nie miałem) o nim zbyt dobrego zdania – „zadupie” określiłbym je jednym słowem.
O dziwo wcale nie! Jeśli tylko ominiecie okolice dworca kolejowego, odkryjecie ciekawe, pełne atrakcyjnych zabytków i wręcz urocze miasto. Polecamy (zdecydowanie!) restaurację M. Tomaszewska oraz (oj!) wyroby z przyległej cukierni.
Już od pewnego czasu zastanawiam się nad tym „wschodnim” (bo na zachodzie Polski takich efektów nie zauważyłem) fenomenem, bo podobnie zmieniony po latach odnajduję np. Rzeszów. Są trzy możliwości: (a) Ameryka, (b) Przemyt, (c) A4. Który z tych czynników miał większy wpływ na rozwój tych miast (który zauważyłem już w latach 90-tych) nie wiem, ale to warte przemyślenia, bo mogłoby dać wskazówkę co zrobić w takich miejscach, w których do dzisiaj zauważa się tylko dno i sitowie.
Obecnie wieś (dawniej miasteczko) położona 10 km na zachód od Przemyśla w województwie podkarpackim, w powiecie przemyskim, w gminie Krasiczyn.
Historia
W XV w. wioska nosiła nazwę Śliwnicy. W 1525 r. właścicielem wsi został Jakub z Siecina, który istniejący dwór obronny zaczął przekształcać w zamek. W tym czasie zabudowania składały się z budynku bramnego, dworu i zabudowań gospodarczych. Całość otaczały wał i fosa.
Nazwisko Krasicki zostało przyjęto przez potomków Jakuba (prawdopodobnie przez jego syna Stanisława) od pobliskiej wsi Krasice. W dalszym etapie, zamek i pobliską wieś nazwano od nazwiska właściciela – Krasiczyn (ok. 1602 r.). Stanisław, pod koniec XVI w. przystąpił do rozbudowy warownej siedziby. Powstał obronny zespół pałacowy na planie prostokąta otoczonego murem obronnym z czterema narożnych basztami. Wzdłuż muru, po wschodniej stronie pobudowano nowe skrzydło mieszkalne. Od północy i zachodu pałac otaczały rozlewiska podnosząc możliwości obrony mieszkańców zamku. Stanisław jest także założycielem pobliskiego miasteczka, które powstawało w latach 1615-1620.
Kolejnym właścicielem był Marcin Krasicki, senator i starosta przemyski. Rozbudował on skrzydła północne i wschodnie, a od strony dziedzińca pobudował krużganki oraz nadbudował baszty dając im nazwy: Boska, Papieska, Królewska i Szlachecka. Zamek zyskał bogaty wystrój, dekoracje wykonane techniką sgraffito, płaskorzeźby, attyki na ścianach kurtynowych. Dawny zamek obronny został przekształcony w rezydencję obronną.
W latach 30 XIX w. Krasiczyn został zakupiony przez Leona Sapiehę. W rękach Sapiehów Krasiczyn przetrwał do 1939. Urodził się tu m.in. kardynał Adam Stefan Sapieha. Sapiehowie wprowadzili zwyczaj sadzenia drzew w pałacowym parku po narodzinach każdego dziecka: syna- dębu, córki - lipy. Drzewa te rosną do tej pory.
Późniejsze lata to czas zniszczeń i prób odbudowy:
* 1726 r. – zniszczenia podczas najazdu wojsk rosyjskich i kozackich
* 1852 r. – pożar zamku
* zniszczenia podczas I i II wojny światowej
Obecnie trwa rozpoczęta w latach 70. XX w. konserwacja zabytku.
(ukr. Перемишль, łac. Praemislia), – miasto w województwie podkarpackim nad Sanem. 68 tys. mieszkańców (2005). Przemysł drzewny (Zakłady Płyt Pilśniowych), wytwórnia farb Pollena Astra. Brama Bieszczad z ważnymi zabytkami w mieście jak i poza nim – pałacem w Krasiczynie i arboretum w Bolestraszycach. Ważny węzeł komunikacyjny – trasa międzynarodowa E-40, przejście graniczne z Ukrainą w Medyce.
Miasto wielokulturowe, gdzie obok siebie mieszkają przedstawiciele wielu narodów (Polacy, Ukraińcy, Cyganie) i religii (obok dominujących katolików, mających tu swoją metropolię z arcybiskupem Józefem Michalikiem na czele także grekokatolicy, mający tu arcybiskupa swego obrządku, Jana Martyniaka, prawosławni (diecezja przemysko-nowosądecka z arcybiskupem Adamem, rezydującym w Sanoku) oraz przedstawiciele nurtów protestanckich: metodyści, adwentyści, baptyści, a także Świadkowie Jehowy).
Do czasu II wojny światowej był także ważnym siedliskiem ludności żydowskiej, która stanowiła według spisu z 1931 roku 29,5% ludności miasta i posiadała 2 synagogi (jedna, na Rybim Placu, nie istnieje, druga, na ul. Słowackiego, zmieniona została w bibliotekę)- było to pierwsze udokumentowane osadnictwo Żydów na ziemiach polskich, datowane według Jehudy ha Kohena, żydowskiego uczonego, na 1085.
Zabytki
Piesza wycieczka po pogórzu Przemyskim: Rybotycze – Kopystna – Brylińce. Wieczorem arboretum w Bolestraszycach pod Przemyślem.

Trudno to sobie wyobrazić patrząc na mapę Pogórza Przemyskiego, ale może wyjątkowo dopisała nam pogoda, może nastroje a może kilkuset metrowe „szczyty” akurat nam pasowały, jakby nie było wyszła Ojcu Dyrektorowi bardzo udana i ciekawa wycieczka. Szczególnie polecamy cerkiew w Posadzie Rybotyckiej – której wprawdzie w środku nie zobaczyliśmy, ale i tak była to bomba!
Wieś w Polsce położona w województwie podkarpackim, w powiecie przemyskim, w gminie Fredropol, położona w dolinie Wiaru, w Parku Krajobrazowym Pogórza Przemyskiego.
W czasach przynależności tych okolic do Rusi, prawdopodobnie w połowie XIV w. powstał w Posadzie Rybotyckiej prawosławny klasztor bazylianów pw. św. Onufrego a przy klasztorze założono osadę, wzmiankowaną w dokumentach z 1367 jako Honoffry. Nazwa "Posada" pojawia się po raz pierwszy w 1494. Wieś wchodziła w skład klucza rybotyckiego. W 1921 liczyła 98 domów i 602 mieszkańców, z tego 75 deklarowało narodowość polską. W 1945 r. ludność wysiedlono na Ukrainę. Obecnie w Posadzie Rybotyckiej pozostało kilkanaście zabudowań.

Na zachodnim skraju, na pagórku stoi murowana cerkiew obronna pw. św. Onufrego, najstarsza zachowana cerkiew w Polsce (do 1692 prawosławna, później greckokatolicka). Cerkiew składa się z trzech połączonych wież, z czterospadowymi dachami. W grubych, kamiennych murach umieszczono otwory strzelnicze. Najstarszą częścią z przełomu XIV i XV w. jest prezbiterium z gotyckimi szczytami. Kwadratowa nawa, sklepiona kolebkowo z obronną wieżą pochodzi z XV w. Najmłodszą częścią, pochodząca z pocz. XVI w. jest część zachodnia, również zbudowana w formie obronnej wieży, mieszcząca kruchtę i babiniec a na piętrze kaplicę dla mnichów. Na ścianach tej części zachowały się wyryte w tynku ostrym narzędziem napisy w języku łacińskim i ruskim z datami 1506 i 1514. Nie są one elementem planowego wystroju, dzisiaj można by je zaklasyfikować jako akty wandalizmu. Średniowieczna, murowana ściana ikonostasu ma dwoje wrót (późniejsze miały troje).
Cerkiew należała do klasztoru bazylianów do XVIII wieku, później była cerkwią patafialną . Według tradycji w podziemiach cerkwi pochowano ostatniego prawosławnego władykę przemyskiego, Michała Kopystyńskiego, który zmarł w 1642 w Kopyśnie. Po wysiedleniu mieszkańców w 1945 r. cerkiew została zdewastowana i pozbawiona wyposażenia. Była remontowana w latach 60. i 80. XX w. Podczas remontu w 1966 r. odkryto pod wieloma warstwami farby szesnastowieczną polichromię w typie bizantyjskim. Obecnie cerkiew stanowi Filię Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej.
Rybotycze były lokalnym ośrodkiem malowania ikon, zapoczątkowanym przez mnichów z monasteru w Posadzie Rybotyckiej, którzy przywieźli ze sobą podlinniki (zbiory zasad malowania ikon) i wzorniki do odrysowania konturów postaci (grafije). Pierwsza pisana wzmianka o Prokopie Popowiczu z Dubrawki, który malował w Rybotyczach ilustracje do ewangelii pochodzi z 1589.
Ikony polskie zaliczane są przez historyków sztuki do tzw. szkoły halickiej. Dzieła tej szkoły można podzielić na trzy grupy:
Do tej trzeciej grupy zaliczyć można ikony malowane w Rybotyczach. Historycy sztuki mówią o tych pracach jako o "szkole rybotyckiej". Charakterystyczną jej cechą jest wtrącenie do surowych kanonów sztuki bizantyjskiej elementów miejscowej sztuki ludowej. Masowo produkowane, tanie ikony sprzedawane były na jarmarkach na potrzeby miejscowej ludności. Najwięcej prac pochodzi z okresu od połowy XVII w. do początków XVIII w. Ikony tutejszych majstrów odnaleźć można w cerkwiach na terenie całych niemal Karpat, oprócz Polski i Ukrainy także na Słowacja i w Rumunii. Wiele z nich znajduje się dziś muzeach w Sanoku, Przemyślu, Krakowie, Łańcucie i Lwowie. Nieliczne pozostały "na swoim miejscu", czyli we wnętrzach zabytkowych cerkiewek.
Arboretum i Zakład Fizjografii w Bolestraszycach położone jest w odległości 7 km na północny-wschód od Przemyśla. Należy do cennych zabytków przyrody i kultury Polski, spełniającym różnorodne zadania jako: obiekt przyrodniczy, kulturowy, dydaktyczny i naukowy. Pierwotnie utworzone na terenie historycznego założenia dworsko - ogrodowego, w którym w połowie XIX wieku mieszkał i tworzył malarz Piotr Michałowski.
Arboretum powstało w 1975 roku. Organizatorem i konsekwentnym wykonawcą w latach 1975 - 2002 był dr hab. Jerzy Piórecki. W pierwszym okresie powierzchnia Arboretum wynosiła 9,23 ha, obecnie 308,13 ha; w tym i w oddziale w Cisowej – 283,13 ha, fort XIIIb – 2,8 ha. W Bolestraszycach zrujnowane budynki dworskie z końca XVIII stulecia wyremontowano i zaadaptowano na pracownie, sale muzealne, pomieszczenia socjalne i gospodarcze. Przed nowymi nasadzeniami wykonano szczegółową inwentaryzację układu przestrzennego w oparciu o pomiar sytuacyjno - wysokościowy, inwentaryzację dendrologiczną oraz dokumentację architektoniczną dotyczącą rekonstrukcji i renowacji historycznych budowli.
W Arboretum w Bolestraszycach zgromadzono kilka tysięcy gatunków, odmian, form roślin w kolekcjach m.in. dendrologicznej, pomologicznej, roślin wodnych, bagiennych; rzadkich, zagrożonych, ginących i chronionych we florze polskiej; roślin z rodziny wrzosowatych oraz szklarniowych, użytkowych i biblijnych.
Choć we Lwowie nie byłem, ale w Galerii publikuję kilka zdjęć (za zgodą autora - MUC Moniki). Natomiast sprawozdanie z tej części wakacji sporządzi … kto?
Już "któryś" raz zwrócono mi uwagę, że - mimo iż zaktualizowałem galerie zdjęć - w portalu cisza i spokój. Informuję więc, że opublikowałem już zdjęcia z ostatnich wakacji.
Szczegóły opiszę wkrótce uzupełniając sprawozdanie, na razie przekażę jedno bardzo pozytywne wrażenie. Rok temu napisałem, że ... sam najchętniej spędziłbym wakacje w miejscowości Leniuszki na czytaniu, słuchaniu muzyki i oczywiście … bezsensownym i bezmyślnym nicnierobieniu. Wyobraźcie sobie (OD przeczytał czy co?) - tym razem prawie tak było.
Poniżej dodałem już "podstrony" sprawozdania - na razie ledwo wypełnione - w ten sposób, że każdy znajomy może je edytować, np. napisać swoje spostrzeżenia i wrażenia. Ciekawe co z tego wyniknie.
Wakacje były dość leniwe. Trochę zwiedzaliśmy ale też dużo czasu spędzaliśmy na powolnych rozmowach, które czasami przeradzały się w rozpalone do białości dyskusje, gdy w sposób niekontrolowany temat schodził na zabroniony – politykę (przecież wakacje nie są po to aby się denerwować). Wyjątkowo też podczas tego wyjazdu panował nastrój bardzo czytelniczy i parę wieczorów spędziliśmy każdy pochylony nad swoją książką czy gazetą. Trochę mi teraz żal tych chwil, bo wyjazdy grupowe szkoda marnować na czynności, które z powodzeniem można robić w domu, czy w samotności. Ale widać taki czas relaksu był potrzebny. Oczywiście były też wieczory ze śpiewami przy gitarze, z grillem, śmiechem, żartami.

Cóż, jak zwykle wakacje rozpoczęliśmy od mocnego uderzenia - całodniowej wycieczki (głównie samochodowej) do Fromborka. Ostatnio byłem tam jakieś 30 lat temu i potwierdzam, że wszytko zmieniło się we Fromborku na lepsze. "Wszystko" to oczywiście przesada, bo mieliśmy siły tylko na zwiedzenie:
Na deser wypiliśmy kawę wróciliśmy do Dąg'a przez Braniewo (Bazylika mniejsza pw. św. Katarzyny) i Ornetę (Ratusz z XIV wieku oraz gotycki Kościół parafialny św. Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty).
Dość szczegółowo zwiedziliśmy Frombork, bo wynajęty dla naszej ósemki przewodnik tak przejął się naszym zainteresowaniem, że poświęcił nam wiele godzin. Przegonił nas przez wszystkie możliwe do zwiedzania miejsca atakując mnóstwem niepotrzebnych informacji, datami, imionami, a nawet poradami paramedycznymi.

W sobotę nawet podkręciliśmy tempo:
Bardzo lubię skanseny, zwiedziłam ich już kilka i z dużą przyjemnością obejrzałam ten w Olsztynku. Niektóre obiekty i parę rzeczy z wyposażenia wnętrz chat spotkałam po raz pierwszy. Zaciekawił mnie wóz cygański - takie pamiętam z dzieciństwa, gdy biegaliśmy podglądać tabory, które zatrzymywały się w okolicach Katowic.
W Ostródzie trafiliśmy na festiwal Reggae. Nie mieliśmy biletów na koncerty ale poobserwowaliśmy zabawny, kolorowy, wielonarodowościowy tłum młodzieży, ich koczowiska i mogliśmy poczuć trochę atmosferę tej imprezy.

Piękny dzień, "prawie" leniuszki - jedynie z krótką, popołudniową wyprawą rowerową nad jezioro Szeląg.
Jezioro, malowniczo położone wśród leśnych ostępów charakteryzuje się tym, że w zasadzie nie posiada dostępu do wody (jest duże, więc "gdzieś" posiada, ale nie tam, gdzie byliśmy w stanie dojechać).
Dom w którym spędziliśmy pierwsze dni wakacji znajdował się na bardzo dużej, ogrodzonej działce bardzo ciekawie zagospodarowanej. Wokoło były rabaty z mnóstwem kwiatów. Przez działkę przepływała rzeczka poprzecinana mostkami, był stawek z wysepką na której było miejsce dumania z ławeczka pod wiatą. Miejsce na grilla z drewutnią i zadaszonymi ławkami i stołami zorganizowano daleko od domu aby nocne śpiewy przy ognisku nikomu nie przeszkadzały.
Gospodarze byli bardzo mili i wkładali dużo pracy i serca w to abyśmy czuli się dobrze, smacznie jedli i zobaczyli ciekawe miejsca w okolicy.

W poniedziałek wkradł się w nasze szeregi pewien niepokój, najprawdopodobniej spowodowany zbliżającym się końcem pobytu w Dągu. Rzutem na taśmę postanowiliśmy więc zaliczyć co się da, organizując rajd samochodowy na trasie: Św. Lipka - Reszel - Olsztyn.
Z miejsc, które odwiedziliśmy z pierwszego miejsca pobytowego duże wrażenie wywarła na mnie Święta Lipka. Przecudnej urody wnętrze Bazyliki. Udało nam się posłuchać, szkoda, że tylko niedużej części, koncertu na organach o pięknym brzmienie.
W Olsztynie wart obejrzenia okazał się kampus uniwersytecki. Studiowanie w takim miejscu to musi być coś! Wszystkie budynki znajdują się poza miastem (dzielnica Kortowo) nad jeziorem wśród drzew i stanowią oddzielny kompleks. Są tam sklepy, zakłady usługowe, kawiarnie, bary, oczywiście akademiki, domy mieszkalne nauczycieli akademickich, a także nad jeziorem przystań i plaża.

Rejs, już od kilku dni zaplanowany był na wtorek (Uwaga! W sezonie trudno o bilety). Kanał zbudowany był w poł. XIX wieku w celu usprawnienia i przyspieszenia transportu z terenów położonych nad jeziorami, w głębi lądu, do Bałtyku. Przyznaję, że jest to interesujący cud XIX wiecznej techniki, trasa malownicza a przeprawy pochylniami bardzo ciekawe. Ale ... gdyby to nie odbywało się tak szyyyyyybko. Po prostu trudno wytrzymać 6-7 godzin na ciasnym stateczku.
Dość nudny okazał się rejs Kanałem Elbląskim - zdecydowanie za długi, mimo, że, ostrzeżeni przez życzliwych znajomych, wybraliśmy krótszą wersję okrętując się w połowie trasy.
Środa była dniem przeprowadzki z Dągu do Wilna (bagatela, 450km!), gdzie - przynajmniej moim osobistym - największym zaskoczeniem była temperatura: 34°C + wilgotność w granicach 90%. Zawsze marzyłem, żeby poczuć jak to jest na Florydzie - więc miałem.

To była ostatni wyczynowy dzień podczas wakacji. Sądzę, że fakt iż całkiem dobrze znieśliśmy prawie całodniową pieszą wycieczkę po Wilnie możemy zawdzięczać głównie przewodniczce. Fertycznej, przesympatycznej i niezwykle ciekawie oraz kompetentnie opowiadającej o mieście, jego historii i zabytkach. Moje największe zaskoczenia?
Bardzo atrakcyjny był pobyt na Litwie. To rzeczywiście europejski kraj. Dróg możemy im pozazdrościć. Wilno jest bardzo pięknym, „kameralnym” jak na stolicę miastem. Zabytki w większości są odrestaurowane. Na starym mieście mnóstwo kawiarenek, restauracji, gwarno, turystycznie. Bardzo dobrym pomysłem okazało się wynajęcie noclegów w Hotelu Polski „Panas Tadas” (po naszemu „Pan Tadeusz”). Lokalizacja w centrum miasta pozwoliła nam na wieczorne wyprawy do miasta na nogach. Tutaj także w profesjonalnym zwiedzaniu pomogła nam wynajęta przewodniczka.

Piątek, ach!, był już wyraźnie leniuszkowy. Niespiesznie, bo koło południa, wzięliśmy ... "dupy w Troki", gdzie oczywiście zwiedziliśmy nieco disneyland'owy zamek na wyspie, ale też odwiedziliśmy restaurację ... (Misiek ma zapisane) ze świetnym litewskim jedzeniem, w której po raz pierwszy spróbowaliśmy słynnych Trejos Devynerios (trzy dziewiątki).
Byliśmy w Trokach, z malowniczym zamkiem na wyspie, gdzie zjedliśmy tradycyjne dania kuchni litewskiej w poleconej przez przewodniczkę restauracji i zrobiliśmy zakupy prezentowe (głównie bursztyny z których słynie Litwa).
W drodze powrotnej odwiedziliśmy Kowno - „miasto tysiąca ślubów”. Może ich aż tyle nie było ale trafiliśmy na moment gdy przed ratuszem stała kolejka ślubów. Poszczególne grupy były charakterystycznie ubrane, z orszakami druhen ubranych w takie same kreacje.
Ostatni etap był krajoznawczo-wypoczynkowy. Niewątpliwie największym atutem ziemi gołdapskiej jest środowisko geograficzne i przyrodnicze. Zaś okolice Gołdapi, z Parkiem Krajobrazowym Puszcza Romincka ze ścieżkami edukacyjnymi, należą do najczystszych w kraju. My mieszkaliśmy w samym środku puszczy, daleko od jakichkolwiek domostw. Panowie robili wyprawy rowerowe, były wspólne wycieczki piesze. Podjechaliśmy do wiaduktów w Stańczykach, które robią wrażenie swą wysokością.
Gospodarstwo agroturystyczne okazało się bardzo... dziwne. Takiego „nieporządku” (napisałam w cudzysłowie, aby podkreślić, że to co zwykle rozumiemy pod tym słowem jest daleko niewystarczające) wokoło domu dawno nie widziałam. Pierwsze więc wrażenie nie było zbyt miłe. W środku warunki były przyzwoite (każdy pokój czysty, z łazienką), dobre jedzenie i świetny sprzęt nagłaśniający (mogliśmy więc odsłuchać i w pełni ocenić prawie wszystkie płyty przygotowane na wyjazd przez Romka). Gospodarze (młodzi ludzie po Uniwersytecie Warszawskim) starali się stworzyć miłą atmosferę zachęcając abyśmy czuli się jak u siebie, swobodnie i na luzie. Sądząc po tym co mogły wyprawiać zwierzęta domowe nam uszłoby nawet urządzanie orgii czy porąbanie jakiegoś mebla. Gospodarze uznaliby, że wszystko to jest OK, za to niepomiernie dziwił ich nasz spokój i zaczytanie.
Spodziewaliśmy się, że przebywając na Mazurach i Warmii nasze menu będzie bardziej bogate w „owoce jezior”. Niestety tylko raz, na pierwszym miejscu, podano nam coś z ryb, pysznie przyrządzonego pstrąga. Pod koniec naszego wyjazdu, gdy było prawie pewne, że nie należy się spodziewać zmian w tej materii w stołowaniu agroturystycznym, Zbyszek się zniecierpliwił. Zaczaił na ryby w sklepie w Gołdapi, no i na koniec mieliśmy niezłą ucztę, na wolnym powietrzu, złożoną z pysznych, świeżo uwędzonych rybek kilku gatunków.
No i to by było na tyle. Czegoś żal. Zasmuca czekanie na następne lato.
Tego, to mi, błagam, nie róbcie! Główna (tytułowa) strona "książki" Turystyka stała się aż tak "hot", że komentarze znacznie przekroczyły jej treść (której w zasadzie nie było). Jeśli macie plany rozwijania postów turystycznych, po prostu dodawajcie "podstrony". Do rzeczy jednak.
Andrzejek, w komentarzu, załączył fajny "bazgroł" z dojazdem na miejsce - bardzo słusznie, ale jakoś sobie nie wyobrażam, że ktoś wie gdzie ten plan umieścić na mapie świata.


Wygląda to tak:

A jeszcze dokładniej, czyli jesienią i zimą (zadanie na dziś - "Znajdź chatkę") :
Już mi się podoba!
Ta jesienna panorama - prawie jak z Jaworek, nie?
Góry Czerchowskie (dla Słowaków prościej: Čergov) nie przyciągają turystów. Brak im wyniosłości Tatr, rozległości Małej Fatry, nie urodził się tu Andy Warchol, zaś w pobliżu nie ma właściwie niczego interesującego. Na mapie prezentują się jako niepozorny ciąg wzniesień w północno-wschodniej części Słowacji, przy granicy z Polską. Takie miejsca inspirują tych, którzy wiedzą, że „kartograficzne” spojrzenie na świat nie zawsze dobrze oddaje rzeczywistość. Wtedy najlepiej zdać się na intuicję i dla siebie samego odkryć takie miejsca jak Čergov!
Ten piękny cytat wybrałem z artykułu "Po tamtej stronie popradu", który dość dobrze oddaje ogólne wrażenie jakie miałem ze "spotkania" z tymi tajemniczymi górami.
Wracając z pracy z Rybnika, w zasadzie już w wyjazdowym nastroju (5° w skali Beauforta – „Świeży wiatr/Fresh breeze”. Szum morza przypomina pomruk, fale dłuższe (1.2 m), gęste białe grzebienie. Małe gałęzie kołyszą się), zdążyłem jeszcze zaliczyć stłuczkę na skrzyżowaniu w Paruszowcu typu „… bociek na żabkę, żabka na kawkę …” - BMW trafił w Seicento a Seicento we mnie.
Straty były niewielkie, ale zagrożony był precyzyjnie ustalony plan (Rybnik – Katowice – Leszczyny – Pszczyna) czwartkowego popołudnia. Na szczęście wizyta u blacharza była wyjątkowo krótka, więcej (nieprzewidzianych) wydarzeń nie było i koło 22 byłem z Moniką w Pszczynie. Nastój wyjazdowy 7° – „Prawie wichura/Near gale” (Morze burzy się i piana zaczyna układać się w pasma. Całe drzewa w ruchu. Pod wiatr idzie się z wysiłkiem).
Ustalamy, że wyruszamy z Pszczyny. Wojtek dojeżdża z Warszawy a Justyna, w południe, z Gliwic.
Ja z Moniką robimy zakupy, Wojtek łapie „gumę” gdzieś w okolicach Częstochowy. Justyna dzwoni, że się spóźni.
Wojtek dojeżdża do Pszczyny i zmienia opony z zimowych na letnie, Justyna wyjeżdża z Gliwic.
Wszyscy są. Nastój wyjazdowy 9° – „Silna wichura/Strong gale” (Wielkie fale (2.75 m) z gęstą pianą. Grzbiety fal zaczynają się zawijać. Znaczne bryzgi. Lekkie konstrukcje ulegają zniszczeniu). Jedziemy – bez przygód i bez korków, ale za to przerwą na pyszny obiad w Chłopskim Jadle – przez Kraków, Stary Sącz, Piwniczną.
Jesteśmy na miejscu.
O dziwo – bo prognozy były nieciekawe - piękna pogoda. Wojtek w lewym przednim kole nie ma powietrza (napompowaliśmy pożyczoną pompką), ja nie mam prawego przedniego światła.
Po śniadaniu jedziemy do Majdanu, gdzie zostawiamy 2 samochody a cała grupa jedzie z Drienicy do Hotelu Górskiego (to się tylko nazywa hotel) pod Łysą. Da się tam dojechać samochodem, ale podjazd, szczególnie w samej końcówce, jest na tyle stromy, że może być potrzebne popychanie Stąd rozpoczynamy piękną wycieczkę głównym grzbietem Cergowa. Łysa – Ambrusovce – Cergov (1050) – Javorina (1099) – Majdan. Niby niedaleko i niezbyt wysoko, ale zajęło nam to prawie cały dzień - być może z powodu pięknej pogody, niewydolności organizmów oraz śniegu, którego w lesie było jeszcze sporo i który też nie pomagał. W efekcie prawie w ostatniej chwili zdążyliśmy do Drienicy na kolację (kuchnia „wydaje” do 21.00).
…cdn.