Tegoroczny wyjazd w Bieszczady nie da się jednoznacznie ocenić. Można by nawet powiedzieć, że był to wyjazd dość kontrowersyjny. Wpłyneły na to głównie dwa czynniki: skład osobowy tegorocznej Grupy Mohairowej oraz pogoda.
A więc od początku...
Rozważając pierwszy czynnik, należy przyznać, że oczywiście towarzystwo było wspaniałe i nawet dość rozrywkowe (sobotnie tańce, poniedziałkowe śpiewy), jednakże brakowało starych weteranów czyli Kurczaka (do kogo miały wzdychać te wszystkie panie, ach do kogo?) oraz Tomka z Justyną (biedny aksamitek czuł się wyrażnie niedopieszczony). A i ci, którzy przybyli zawiedli wyjeżdzając na przykład w środę. Tak, tak, duch umiera w narodzie, nie mówiąc już o szacunku dla Ojca Dyrektora.
Teoretycznie powinnismy się byli trochę smucić, że tak już nas niewiele pozostało na polu walki, ale smutek ten został nam osłodzony przez czynniki naturalne (widzę, że Ojciec Dyrektor ma już układy wśród najwyższych władz) w postaci wspaniałej, pięknej, jesiennej pogody. Także ogólnie, bilans i tak wyszedł na plus. Zresztą jak już wspomniałam trudno to oceniać, bo jak tu porównywać Kurczaka do jesiennego słońca?
W każdym razie są jeszcze trzy sprawy warte odnotowania w związku z tegorocznym pobytem w Wilczej Jamie.

Na tej wyciecze nie grupy "N" nie było (przyjechaliśmy dopierow ieczorem), ale po zdjęciach widać, że by mi się podobało - szczególnie zaleganie na połoninie.
Zobacz mapkę
Monika może tylko napisać, że dotarlismy tego dnia do Mucznego o 19.00 tak jak było ustalone. Zastaliśmy sporo gości i znaną już kapelę "Na drabinie", która jak zwykle pięknie grała. Były więc oczywiście szalone tańce jak w pamiętną Niedzilę Wielkanocną 2004. Były też smażone rydze, do których wszyscy tęsknili. No i oczywiście niczym wisienka na torcie, na zwieńczenie wieczoru, przyjazd Kubika.
Na sam koniec wieczoru miał jeszcze miejsce pewien dość wstydliwy incydent, o którym jego uczestnicy pewnie woleliby zapomnieć, ale nie ujdzie im to na sucho! Mianowicie w sobotę w Wilczej Jamie odbywało się skromne wesele. Nasi wspaniali członkowie Grupy Mohairowej w składzie Romek, Leszek, Marysia, Iwona i Bożena tylko czekali aż weselnicy pozostawią bez opieki suto jeszcze zastawiony stół po skończonej wieczerzy, by rzucić się na niego niczym te sępy. Kłopot jedynie w tym, że podczas nalotu wyżej wymienieni weselnicy powrócili by zabrać resztki ze stołu i tu sytuacja się nieco skąplikowała. Chyba nikt nie wiedział co powiedzieć, wszyscy usiłowali się uśmiechać, a ci co zostali przyłapani z galaretką na widelcu twierdzili, że oni "tylko tak patrzą jakie tu państwo pyszne rzeczy mają".
Nie wiem co na to Ojciec Dyrektor, ale mniemam, że na osobności udzielił niepokornym członkom Grupy jakiejś nagany.

Wariant "klasyczny", wypróbowany w 2004 w trakcie pogoni za kurczakiem. Róznica była tylko taka, że tym razem RN nie dał d... przy zejściu przez Obnogę i poprawnie sprowadził Panie do Mucznego.
Zobacz mapkę
Jestem pewna, że wycieczka była wspaniała, ale niestety nie moge jej opisać bo mnie na niej nie było. Ja za to udałam się z trzema młodzianami na Obnogę i rzeczywiście potwierdzamy, że tata tym razem nie pomylił drogi i nawet spotkaiiśmy się na pewnej polance w słońcu z widokiem na Bukowe Berdo.
Z Mucznego idzie się żółtym szlakiem na poczatek Bukowego Berda i dalej niebieskim - już niewielkie, za to ciekawe podjeście (nawet skałkami) - na Bukowe Berdo. Tam NIE można (ale my to robimy) zejść bez szlaku do drogi Muczne - Tarnawa. Ze szczytu należy kierować się dokładnie na północy wschód, schodząc jagodami i trawami w kierunku widocznej poniżej Obnogi. Szlaku nie ma, ale ścieżkę wśród traw łatwo znaleźć. Do dużej polany pod szczytem Obnogi (tam spotkaliśmy Monikę z chłopakami), kłopotów orientacyjnycyh - pod warukniem, że jest widno - nie ma. Prowadzi nas mniej lub bardziej widoczna ścieżka. Za Obnogą (polaną) ścieżka zamienia się w droge i prowadzi do lasu.
Schodzimy nią na przeł. pomiędzy Obnogą a Grandysową Czubą. Tu skręcamy mocno w lewo i idąc pod górę wychodzimy na polanę z ewidentnymi śladami po wiosce (drzewa owocowe). Przechodzimy polanę - jest ogromna - trzymając się lewej strony, bo wtedy na jej drugim końcu odnajdziemy łatwo drogę w las. Idąc nią - momentami jest mylna, bo rozkopana spychaczami i wijąca się w lesie kilkoma rozgałęzieniami, ale generalnie prowadzi gdzie trzeba - dojdziemy do wylotu potoku Sucha na drogę Muczne - Tarnawa. Stamtąd do Mucznego 10 min.
2 lata temu, na przeł. pod Grandysową Czubą skręciliśmy z Marysią w prawo. Można tamtedy dojść do chatki (tej, w której była Monika), ale wtedy bardzo trudno trafić na ścieżkę prowadzącą jakoś sensownie do doliny. "Znosi" bowiem w prawo do potoku, a potem do następnego potoku itd. Brzegi potoków (a właściwie stoki) stają się tak strome, że nie sposób się wycofać i prędzej czy później - potok się powiększa - brniemy w wodzie. Nic strasznego się nie dzieje, bo idziemy korytem potoku Roztoki, który nas w końcu doprowadzi do drogi, tyle tylko, że milej byłoby iść brzegiem a nie po kostki (momentami po kolana) w wodzie. Roztoki nie mają jednak brzegów - są za to błotniste strome "ściany" - i zejście staje się gdzieś od połowy sporą atrakcją. Potok kluczy, łączy się z innymi potokami, robi się ciemno, ponuro, poziom wody rośnie.
Polecam ten wariant (na prawdę, nie żartuję!) gdybyście komuś chcieli zafundować bieszczadzki "survival". Bez problemów dojdziecie bowiem potokiem do mostu na drodze, ale przez co najmniej przez pół godziny można poudawać, że się zgubiliśmy i musimy walczyć o życie.

Wariant mniej klasyczny - z zejściem do Jaworca w końcówce, tzn. z przeł. Orłowicza.
Zobacz mapkę
Na tej wycieczce też niestety mnie nie było, bo wróciliśmy z chatki na Obnodze dopiero koło południa. Wyobrażam sobie, że musiało być równie fantastycznie, chociaż jak pomyślę o wspinaniu się tym dośc stromym szlakiem na Połoninę w pełnym słońcu to chyba jednak nie żałuję, że mnie tam nie było. Chociaż z drugiej strony chyba nigdy nie schodziłam stamtąd do Jaworca, a to byłoby zawsze jakieś nowe doświadczenie.
Szlak przez Połonine Wetlińską jest bez wątpienia jednym z njapiękniejszych w Bieszczadach, ale dobrego zejścia z przeł. Orłowicza niestety nie ma. Idąc - zarówno do Wetliny, jak i Zatwarnicy - zaraz zanurzamy się w lesie, jest stromo i nieciekawie. Przy złej pogodzie - horror z błotem w roli głównej. Najładniejsze, choć nieco długie, jest zejście do Jaworca - przynajmniej na początku sporo odkrytych miejsc - a sympatyczna Bacówka i piwo na zakończenie wiele wynagrodzą.(RN)
Ale wycieczka na Połoninę Wetlińską to po prostu nic a nic, w porównaniu z tym co spotkało mnie, Jacka i Tomka ok 18.00 wieczorem na drodze z Mucznego do Tarnawy. Jechałam sobie zadowolona i uśmiechnięta, łapiąc komary między zęby, na wózku ciągniętym przez dwa malamuty. Przed nami biegł aksamitek Aleks, a obok mnie jechał na rowerze Jacek i Tomek. Wyjeżdzamy zza zakrętu na prostą, a tu nagle stoi jakieś sto metrów przed nami, o k... niedzwiedź!!! Na szczęście misiek obrzucił nas tylko znudzonym wzrokiem i wszedł do lasu. Przyznaję, że adrenalina skoczyła mi jak chyba nigdy w życiu i już bardzo szybko chciałam wracać do domu. Nie wiem jakim cudem, te głupie psy nie zauważyły tego niedzwiedzia, ale z drugiej strony to nas zapewne uratowało.
Wieczór był za to bardzo mily, bo chyba pierwszy raz, na tegorocznym wyjeździe były śpiewy. I oczywiście żeby tradycji stało się zadość na ostatni ogień, około 1.00 w nocy, poszli Beatlesi.

Aż boję się napisać co profesorowie załatwili na wtorek. Z przelęczy Bukowskiej (9.30, słupek 164) przeszliśmy cały szlak graniczny do źródeł Sanu (słupek 224). W Mucznem byliśmy już po ciemku, o 20.30. O Matko Boska!
Zobacz mapkę


Ta... to była zdecydowanie najlepsza wycieczka tego wyjazdu! Dzięki wspaniałemu Ojcowi Dyrektorowi i innym profesorom Politechniki Śląskiej udało nam się dostać pozwolenie na wstęp na zakazany szlak. Na dodatek mieli oni na tyle tupetu ażeby poprosić Straż Parku o podwiezienie nas na przełęcz Bukowską. Tak więc udaliśmy sie na uroczy spacer po połoninie, wzdłuż granicy Polsko-Ukraińskiej, przez Kińczyk Bukowski, Rozsypaniec i Opołonek, czyli najbardziej na południe wysunięty punkt Polski.
Niestety w okolicy przełęczy Beskidu Żydowskiego szanowny członek grupy Roman Nahlik zaliczył mały kryzys i oświadczył, że on idzie już dalej sam na skróty, bo my na niego nie czekamy i w takim razie to on ogólnie ma to wszystko w d... (To oszczerstwo! Nic o d... nie mówiłem! (RN). Nastąpiła więc akcja "Przekonajmy Romeczka żeby jednak szedł z nami". Mimo pewnego uporu zmęczony i zasapany Romeczek dał się ugłaskać i jakoś wolnym krokiem ruszył za nami.
Po drodze, ku ich i naszemu zdziwieniu, spotaliśmy prawdopodnobnie młodych żołnierzy Ukainskich, którzy zajmowali się renowacją ukraińskich słupków granicznych. Chłopcy byli na tyle kulturalni, że zaproponowali nam nawet obiad, z której to propozycji jednak się wycofali dowiedziawszy się, że jest nas 12 osób. Ale za to jeden z nich stanął na wysokości zadania ubierając koszulę do zdjecia z uradowaną Bożeną i Marysią.
W końcu o 16.00 dotarlismy do źródeł Sanu, gdzie czekali na nas Zuzia z Kubikiem. Nastąpiła też ceremonia udekorowania dzielnych pań przez zastępce dyrektora wycieczki Kornela (pewnie chciał nadrobic nieobecność Kurczaka). Na miejscu z przerażeniem odkryliśmy, że do parkingu na Bukowcu pozostało nam jeszcze 3 godziny i 25 minut marszu. W związku z czym utworzyła się grupa kierowcowo - szturmowa i grupa maruderów idących wolnym krokiem w postaci Romka, Marysi, Bożeny i Iwony. Ja na początku miałam pewnien dylemat, do której z nich dołączyć, co w rezultacie skończyło się tym, że goniłam przez jakieś 15 minut grupę szturmową, ale dogoniłam.
W sumie to najlepiej na tym wszystkim wyszłam ja z Joanną, bo na drodze do Bukowca jeszcze przed Schronem PTTK złapałyśmy stopa do samego parkingu. Tuż za nami przybiegł Leszek, a następnie ukazali się Kubik z Zuzą. Następnie pojawiła się reszta kierowców, także koło 18 wszyscy wyjechaliśmy z parkingu. Kubik miał za zadanie wrócić jeszcze po grupę maruderów, którym zresztą też się upiekło, bo zostali podwiezieni od Schronu do Bukowca przez jakiegoś pana, który się zapewne nad nimi zlitował zobaczywszy w jakim są stanie. Już (sic!) ok 20.00 wszyscy byliśmy z powrotem w Wilczej Jamie głodni i zmęczeni, ale jakże szczęśliwi, że podołaliśmy temu wyzwaniu.
Jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze tego wieczoru miała miejsce "akcja kotek". Otóż okazuje się, że rano Zuza z Kubikiem znaleźli dwa małe czarne kotki, ale to był dopiero początek, bo kolejnego było słychać w pokoju Leszka i Iwony za ścianą. Na moją prośbę bohaterski Wojtek rozkręciwszy ścianę wyciągnął małego biało-czarnego kotka, który własnie słodko chrapie obok piszącej niniejsze słowa.

W środę grupa słabeuszy "N" leczyła rany po wtorkowej wycieczce oraz zajmowała się kotkami, natomiast grupa szturmowa "B" ponownie "szutrmowała" dolinę Sanu (byliśmy tam jesienią 2004) - przez Hulskie i Tworylne.
Zobacz mapkę
Tego dnia rano pożegnaliśmy prawie połowę składu gdyż wyjechali Kornel z Joanną, Leszek z Iwoną oraz Szlenkowie. Marysia z Romkiem lizali rany po wczorajszej wyprawie, a ja trochę z lenistwa postanowiłam im towarzyszyć. Na dodatek jeszcze przed wyjściem na wycieczkę Kubik znalazł kolejnego, czwartego już małego kotka w kolorze czarno- białego tygrysa. Także ja się nie nudziłam i zostałam "kocią mamą".
Za to grupa szturmowa w postaci Ojca Dyrektora, Bożenki, Zuzy i Kubika udali się na wycieczkę w dolinę Sanu przez Hulskie i Tworylne, która podobno udała się o wiele bardziej niż nasza nieco nieudana w 2004 roku. Tu zwracam się z prośbą do uczestników o małe sprawozdanie.
Ja za to mogę dorzucić kilka ciekawostek: w Tworylem w 1958 roku nakręcono film "Rancho Teksas", który przyczynił sie do powstania legendy tzw. "kowbojów bieszczadzkich". Opuszczony przez filmowców barak adaptowano na stanice PTTK Szept, którą przez jakis czas prowadził Henryk Victorini, jeden z pionierów bieszczadzkich.
18 stycznia 1945 maił miejsce "Mord w Tworylnem" podczas, którego banderowcy z UPA uprowadzili Kucharz Marię i jej dwoje dzieci do lasu, gdzie zostali zamordowani. Podobny los spotkał ukraińską rodzinę Gałuszków (4 osoby) zamordowanych „za ukrywanie Polaków”.
W 1921 r. Hulskie liczyło 52 domy i 332 mieszkańców. W latach 1939-41 nad Sanem stała niemiecka strażnica graniczna. Po wojnie wieś całkowicie wysiedlono. Opuszczone zabudowania spaliła sotnia UPA "Bira".
Nad potokiem, w pobliżu nowej, asfaltowej drogi leśnej z Zatwarnicy, zachowały się ruiny murowanej cerkwi greckokatolickiej pod wezwaniem św. Paraskewy, zbudowanej w 1820 r. Obok murowana parawanowa dzwonnica, również w ruinie. Na stokach Otrytu po przeciwnej stronie Sanu znajduje się rezerwat leśny "Hulskie" im. Stefana Myczkowskiego.

Z powodów technicznych light'owa wycieczka na Małą Rawkę miała charakter wyjątkowy, gdyż dotarliśmy na szczyt prawie o zachodzie słońca. Za to oświetlenie było takie, że ... uuuch.
Zobacz mapkę
Tego dnia postanowiliśmy wybrać się na lightową wycieczkę na Małą Rawkę. Grupa była znowu okrojona: był tylko Ojciec Dyrektor, Romek, Kubik z Zuzą i ja. Niestety szyki pomieszał nam kapeć w Skodzie (a pomyślałby człowiek, że niby to niemiecki już samochód). Tak więc Romek z Kubikiem i Zuzą udali się do wulkanizatora, a ja z Ojcem Dyrektorem udaliśmy się do Ustrzyk Górnych wręczyć "podziękowanie" dyrektorowi parku. Potem czekaliśmy w Wetlinie. Ostatecznie więc wyruszyliśmy (bez szlaku oczywiście) z przełęczy Wyżnej około 14.
Po drodze obowiązkowo trochę się pogubiliśy, zresztą jakoś specjalnie nam się nie spieszyło, więc ostatecznie na Małą Rawkę dotarliśmy około 17 i rzeczywiście trzeba przyznać, że takie wieczorne słońce w połączeniu czerwieną jarzębiny robiło niesamowite wrażenie. Zejście tym okropnym stromym szlakiem to już był pikuś, tak że o 18.00 byliśmy już z powrotem przy samochodach na przełęczy Wyżniańskiej.
Generalnie wieczorem nastawienie jest dość mało imprezowe, panie idą wcześniej spać, a cała reszta chyba zmywa się około 23.00. Tak, tak... umarł duch w narodzie. Ja poszedłem spać o 23.00??? (RN) - jakiś horror!
Znowu nastąpił podział na dwie grupy, tym razem 2 osobowe. Grupa silniejsza (ojciec dyrektor i Bożenka) wyruszyła na Otryt - patrz mapka. Grupa głodomorów wybrała się na rydze.
Zobacz mapkę
Wycieczkę rozpoczęliśmy w Mucznem. Wymaszerowaliśmy dosyć późno, zabierając brykającą ze szczęścia Mikę. Zanim doszliśmy na miejsce zbiorów, udało jej się wyruszyć na polowanie na niewiadomoco. Po pół godzinie nawoływania pojawiła się wielce zadowolona, więc kontynuowaliśmy marsz do pola rydzowego. Weszliśmy w dosyć ciasny zagajnik świerkowy i w szybkim czasie nazbieraliśmy pół siatki samych młodych i zdrowych rydzów. Zapełnilibyśmy zapewne całą reklamówkę, gdybym nie weszła prosto na gniazdo os. Zanim się zorientowałam osy otoczyły mnie bzycząc niemiłosiernie głośno i wplątując się we włosy. Jednej udało się użądlić mnie w brzuch, zanim na kolanach wydostałam się spod drzewa, gdzie wcześniej znalazłam rydzową rodzinę, na polankę. Nie wiem czy było mnie słychać w Mucznem, ale wydaje mi się to całkiem prawdopodobne, jeśli gdzieś w pobliżu znajdowały się jakieś niedźwiedzie, to pewnie prędko tam nie wrócą. To nie było miłe doświadczenie...ale rydze były tego warte.
... tu pisze OD.