Właśnie otrzymałem (dwa tygodnie!) polecaną przez Bożenkę płytę Pani Agi Zaryan. Bożenka napisała, że wszystko na płycie jest świetne – ja dodałbym tylko, „prawie” świetne. Świetny jest głos Pani Agnieszki i bas Oleszkiewicza, ale drażni mnie old skool’owe gitarowe tło Pana Koonse. Ta trójka zdecydowanie nadaje brzmienie, w większości znanym i lubianym standardom.
Czegoś jednak mi w tym brakuje. Czego? Ano pomysłu. Jasne - czepiam się, ale coś mi się wydaje, że na „Day Dream”, „The Man I Love” (całkiem niezłe), „It Might As Well Be Spring” (gorzej) czy „Sophisticated Lady” (słabe) trzeba mieć jakiś muzyczny pomysł, żeby poruszyć publikę. W przeciwnym przypadku wyjdzie co najwyżej BARDZO DOBRY jazz kawiarniany. Nic w tym złego, ale jest to odpowiedź na pytanie dlaczego Pani Agnieszka nie rzuciła jeszcze świata na kolana.
Najlepsza piosenka na płycie – „Throw It Away” jest słabo jazzowa (nic nie szkodzi, ale jaki jest wobec tego „target” płyty?) a najbardziej obiecujący „cover” – „Suzanne” Leonarda Cohen’a – niestety tylko „fajny”. Szkoda, bo Pani Agnieszka ma naprawdę piękny głos, który sprawdza się nawet w kawałkach prawie „a capella” (a to bardzo trudne), ale na płycie tych jej możliwości nikt nie wspiera. Moim zdaniem trzeba zmienić muzyków i … producenta.
Mam prawdziwy zaszczyt (może jestem pierwszy?) przedstawić Państwu bardzo udaną płytę „średnio-pokoleniowego” polskiego pianisty jazzowego – Artura Dutkiewicza – z improwizacjami na temat piosenek Niemena. Płytę (w zasadzie koncert trio z utworami z płyty) usłyszałem w czwartek wieczorem w TVP Kultura i tak się podnieciłem (a nawet spociłem), że już następnego dnia kupiłem jedyny (!) egzemplarz płyty, który był obecny w rybnickim Empiku. Nie wytrzymałem, z drżeniem (naprawdę) rozpakowałem płytę jeszcze w aucie, włożyłem do odtwarzacza i …
… rewelacja.
Pewnie mam hopla, na punkcie jazzowego plimkania na fortepianie, ale dawno nie słyszałem czegoś tak „po ludzku” fajnego. Jest to ciekawy, niebanalny, ale w gruncie rzeczy łatwy do słuchania jazz, którego siła tkwi … po prostu, zwyczajnie – w świetnych melodiach. Tej części „niemenowej”. Pan Artur dodaje do tego wciągającą i – momentami – zaskakującą interpretację, w której efekcie mamy np. świetną, pozbawioną infantylnych słów – „Ciuciubabkę”, genialne, bluesowe „Jednego serca” i rewelacyjne, miłosno kołyszące „Stoję w oknie”. A co ze „Wspomnieniem”? „Wspomnienie” proszę Państwa, to utwór, który już w wykonaniu Niemena, był kompletny. Idealny. Najprawdopodobniej – jak „Yesterday” – jest nie do ugryzienia (poprawienia) i pojawia się na płycie w postaci pięknej, „sunącej” ballady z „szuuuu szuuuu” na bębnach, ale tylko (aż?) tyle.
Dla mnie odkryciem jest natomiast „Bema pamięci rapsod” (przezywaliśmy go w szkole „żałosny”), który widocznie nie był aż tak „kompletny” i w wykonaniu Trio (zwracam uwagę na fenomenalny bas Oleszkiewicza) przeobraził się w niezłą jazzową balladą. Podobnie jest (też nie lubiłem!) z „Ciuciubabką” – pierwszorzędnie przerobioną na rockabill’owy przebój – jakby żywcem wzięty z repertuaru Jerry Lee Lewis’a. Lubiłem natomiast „Stoję w oknie”, lecz nawet nie śniło mi się, że z tej raczej nudnej „lajery” da się zrobić coś tak cudownie rytmicznie kołyszącego. Brawo, super, aha!

Z niemałym zdziwieniem odnotowałem fakt, iż w ostatnim numerze miesięcznika „Audio”, jako „płytę miesiąca” zaproponowano ostatnią płytę Diany Krall.
Czemu ze zdziwieniem? „Audio”, w każdym numerze publikuje recenzje kilkudziesięciu (!) płyt z różnych obszarów muzyki, ale głównie nagrań jazzowych oraz muzyki klasycznej. Nie zawsze kupiłbym (a nawet posłuchał) „płytę miesiąca”, bo zdarza się, że są to nagrania zbyt awangardowe – jak dla mnie – lub spoza zakresu mich zainteresowań muzycznych, ale nie przypominam sobie, żeby Panowie z „Audio” się pomylili. Jeśli miałem okazję to sprawdzić, mieli rację. Są też wymagający w ocenach. Aż tak dokładnie tego nie badałem, ale 5 gwiazdek w kategorii „wykonanie” zdarza się bardzo rzadko (ostatnie wydanie „Kind of Blue” Miles’a Davisa miało 6 gwiazdek), a 5 gwiazdek w „nagraniu” chyba jeszcze nie widziałem. Jeśli więc jakaś płyta ma 5+4, to jest to świetna, wyjątkowa, doskonale nagrana płyta.
„Quiet Nights” Diany jest rzeczywiście doskonale nagrana, ale – na Boga! – jest to płyta „smut” jazzowa. Czy „smut” jazzowa” płyta (jak i Disco-Polo’wa) nie może być wyjątkowa? Pewnie może, ale – ludzie - nie na 5 gwiazdek! Pani Krall jest w świetnej formie, śpiewa rzeczywiście zmysłowo (jak bym się chciał przyczepić – przesadnie zmysłowo), prawie szeptem (a dobrze słychać), ale… to jest proszę Państwa tylko gładkie „posuwanie” przy kiczowatym akompaniamencie smyczków i flecików. Starszej młodzieży może będzie się to podobało, ale …
Przypominam sobie taką scenę z filmu „Ray”. Kiedy jedna z wokalistek zespołu, z którym grał Ray Charles po raz pierwszy usłyszała orkiestrowe nagranie „Georgia in My Mind” szczęka jej opadła i jednym słowem je podsumowała – CRAP. A to, proszę Państwa było 50 lat temu.
Trochę szkoda, bo Pani Diana ma „potencjał”, ale wydaje mi się, że ktoś jej źle doradza i popycha nie w tą stronę, w którą trzeba. Widać to wyraźnie na koncertowym DVD z występu Diany Krall w Paryżu. Na „Live In Paris” Pani Diana gra na fortepianie w kwartecie (gitara, bębny i bas) + dodatkowa gitara akustyczna. Pierwsze 20 minut jest DOSKONAŁE (np. „All or Nothing at All” – rewelacja), potem do gry i śpiewu wtrącają się wibrafon (jeszcze OK), smyczki (już gorzej), ale rzadko, nieagresywnie i - wciąż jest zupełnie nieźle, szczerze mówiąc – bardzo dobrze. Świetne jest „Devil My Care” i fenomenalnie swingujące „East of the Sun (And West of the Moon)”. Psuje się pod koniec koncertu, kiedy coraz częściej i coraz więcej przynudza orkiestra. Zbadałem sprawę i nawet wiem, kto za to odpowiada. Człowiek nazywa się Claus Ogerman i jest, pochodzącym z Raciborza, znanym orkiestratorem i aranżerem. Od lat 50-tych przynudza na płytach Franka Sinatry, Antonio Carlosa Jobim’a i to byłoby całkiem niegroźne, ale ostatnio uwziął się na Panią Krall. „Crap’owe” klimaty z płyty „The Look of Love” (lekko), z DVD „Live In Paris” (tylko fragmenty) a w szczególności z płyty „Quiet Nights” (ojoj!) są właśnie jego autorstwa.
Może Diana Krall marzy o tym, żeby zostać drugą Celine Dion (wiem, przesadzam, Celine nie swinguje a Diana owszem i to świetnie) – nie wiem. Jeśli tak, to „żegnaj Genia”, ale … może jednak nie, bo taka np. „Girl in the Other Room” z fenomenalnym cover’em „Temptation” Toma Waits’a (jest tam taki boski fragment, kiedy Pani Diana śpiewa „ …made from dreams” mniej więcej jak „mejd fłom dzims”) świadczyłaby o tym, że nie wszystko stracone. Wielkich nadziei nie ma, bo – wiem to z jej wypowiedzi – idolem Diany jest Nat King Kole, a Nat, och Nat, proszę Państwa, to jeden z najpiękniejszych, najcieplejszych, najbardziej rozpoznawalnych i … najbardziej zmarnowanych głosów męskich w historii muzyki rozrywkowej.
“Quiet Nights” nikomu nie zaszkodzi. Rzeczywiście doskonale brzmi i jeśli komuś nie przeszkadza „festiwalowy dzwon”, będzie się podobać. Niemniej, gdyby ktoś chciał polubić Panią Dianę, zdecydowanie polecam „Live In Paris”, albo którąś ze starszych płyt: „Steppin Out”, „Love Scenes”czy „Girl in the Other Room” – nadal będzie to lekki, kawiarniany jazz, ale przynajmniej bez Pana Ogerman’a.
To kolejna płyta z Bill'em Frisell'em, na którą trafiłem przy okazji katowickiego koncertu. Podobnie jak na, sygnowanej przez Bill'a, płycie "Gone, Just Like a Train" i tutaj gra trio: gitara, perkusja, bas. Chyba mam "chopla" na tym punkcie, bo już pytałem Was czy pamiętacie zespół "Cream"? Grali w nim: Eric Clapton na gitarze, Jack Bruce na basie i .... Ginger Baker na perkusji.
"Going Back Home", blusowo-rockowe oczywiście nie jest, bo stylistycznie ton nadaje jej Bill, który na płycie gra świetnie i typowo dla siebie "szeroko" (od melodyjnego "Rambler'a" poprzez awangardowe "In The Moment" do rockowego "East Timor") a doskonale mu wtórują Ginger (genialna perkusja w "Ramblerze" i wielu innych) oraz Charie Haden (świetne partie w "Straight, No Chaser" Thelonius'a Monka). Razem mamy fajny, nietrywialny ale i niespecjalnie awangardowy jazz. Tylko słuchać!
Ojcze! Jesteś niesamowity. Zagadkowa piosenka posiada portugalski tytuł „Cançao da estrada sem fim”, czyli … jest to raczej „Piosenka z niekończącej się drogi” i śpiewa ją – jak pięknie odgadłeś – brazylijski gitarzysta Paulinho Garcia. Piosenka pochodzi z płyty „Fragile”, na której Pan Garcia gra na gitarze i śpiewa razem z … Grażyną Auguścik (oboje są teraz z Chicago). Tak więc sięgnięcie do repertuaru … „Naszej Basi Kochanej” nie było aż takie tajemnicze.
Co ciekawe, jak napisałeś, są dwie wersje tej piosenki, nie wiem jednak, która z nich jest tą „pierwszą”, przynajmniej mnie nie udało się tego wyjaśnić. Może Tomek (TWW) ustali czy z „Dźwięku” powstała „Piosenka z niekończącej się drogi” czy może odwrotnie?
A gwiazdki daję za przypomnienie o NBK, które skutkowało zamówieniem reedycji płyt zespołu. Niestety ta kultowa, „zielona” w wydaniu na CD (oryginał czarno-biały, Polskie Nagrania 1979), z „młodymi” głosami jest (wydaje się) nie do nabycia, ale i tak „Sambę sikoreczkę”, „Sen znaleziony w lesie” (Rąbkiem ciemności …) i „Za szybą” (Całkiem spokojnie …) – jakby nie – mam. Nie mogę się oprzeć: Samba sikoreczka.
8 lutego 2006 roku ukazała się (a czekała na wydanie wiele lat!) najnowsza płyta Billa Frisell’a, tym razem w duecie z innym awangardowym jazz’manem, Jack’iem DeJohnette. Słuchając jej po raz pierwszy (mam od wczoraj) kolejny raz nie mogę się nadziwić jak można „zrobić” jazz we dwójkę! Płycie – mimo, że jest Bill’a – daję tylko 4 gwiazdki, bo choć akceptuję to, że muzyka na płycie (jest niełatwa i zróżnicowana) nie musi mi się podobać "w całości", połączenia takich bzdur jak „Cat and Mouse”, „Cartune Riots” czy „One Tooth Shuffle” z kapitalnym „Ode to South Africa” czy pięknym „After the Rain” – wybaczyć nie mogę. Zawsze byłem zwolennikiem kupowania albumów a nie pojedynczych piosenek (taka teraz moda), bo wydaje mi się, że w całym zestawie utworów jest jeszcze (może być) jakaś dodatkowa myśl, refleksja, nastrój. Niestety, te krótkie 3 utwory na płycie psują mi ten nastój – zupełnie niepotrzebnie.
W lawinie z Berlina spadła na mnie – m.in. – stara bardzo (1974) płyta Jana Garbarka w kwartecie z Keith’em Jerrett’em (kompozytor, fortepian), Palle Danielsson’em i Jon’em Christensen’em. Różne miałem wyobrażenia na temat jazzu w europie w latach 70-tych (takie sobie), ale ta płyta - oraz inne tego kwartetu - spowodowała, że zrobiło mi się głupio.
Jest to muzyka prawie sprzed 30-tu lat, ale jak to brzmi! Chciałbym - dziś - usłyszeć coś takiego, np. w Hipnozie. Jest na płycie - mój ulubiony – kawałek „The Windup”. Ostre, dynamiczne, rytmiczne. Bajecznie perfekcyjnie zagrane przez wszystkich bez wyjątku. Nie mogę w to uwierzyć, ale Jarrett gra tam tak, jakby w studio było DWÓCH PIANISTÓW. Nie żartuję! Jeśli to nie jest jakiś „wielośladowy” trik (a nie jest), to … czapki z głów i szkoda, że wtedy nie było Bugsy, Hipnozy, Muzycznej Owczarni i innych takich miejsc. Ekstaza!
Jak nie przepadam za solowym fortepianem w jazzie, tak fortepian + sekcja rytmiczna, to już inna bajka. Z tej serii trafiłem ostatnio na płytę młodego szwajcarskiego pianisty Jean-Paul’a Brodbeck’a i bardzo przypadła mi ona do gustu. Niezwykle zwykła, ale nietrywialna muzyka na nocne słuchanie – bez zbędnej wirtuozerii, nowoczesnego „atakowania” i wodotrysków. Trio jazzowe z fortepianem to tak wyeksploatowany zestaw, że wydaje się niemożliwe, żeby po kilku taktach słuchanie się nie znudziło. A jednak Brodbeck’owi chyba się to udało i wkładam płytę do przegródki obok Hołowni i Możdżera. Takie wysokie loty, jak Pana Leszka to nie są, ale z czystym sumieniem polecam.
W portalu polskiego radia znalazłem następującą recenzję Pana Marcina Gokieli:
... Podstawą muzyki AlasNoAxis jest oczywiście mocno osadzona sekcja rytmiczna. Obok lidera współtworzy ją Skuli Sverisson na elektrycznym basie. Tworzą zgrany, otwarty na eksperymenty, interesujący duet. Ich gra jest na tyle luźna, by pozostawić miejsce na swobodę wypowiedzi pozostałym muzykom, a jednocześnie na tyle charakterystyczna i szczególna, by stworzyć ramy wyrazistego brzmienia grupy.
Głównym solistą jest klarnecista i saksofonista tenorowy Chris Speed. Jest to muzyk mocno zainspirowany Coltrane’em. Jego zadbane i różnorodne brzmienie, bogate umiejętności melodyczne oraz wyczucie na pomysły partnerów, nadają muzyce AlasNoAxis odcień jazzowego wyrafinowania. Skład grupy uzupełnia islandzki gitarzysta Hilmar Jensson, który z kolei wprowadza element rockowej zadziorności, i skłonność do eksperymentów brzmieniowych a la Hendrix. Jego partie znakomicie współbrzmią ze zdecydowanymi frazami Speeda, dając w efekcie naturalne i interesujące połączenie.
Kompozycje nie są formalnie przesadnie wyrafinowane. To proste melodie, nierzadko po prostu dwa czy trzy akordy czy pomysłowy riff. Punkt ciężkości spoczywa na znakomitym wykonaniu oraz bezpretensjonalności. Słychać znakomite porozumienie muzyków i świadomość celu, do jakiego dążą. Jazz to zasadniczo prosta muzyka, i Black akcentuje jej rozrywkowy, ludowy aspekt...
Wszystko się zgadza, za wyjątkiem „Black akcentuje jej rozrywkowy, ludowy aspekt”. Przesada. Z pewnością nie była to muzyka rozrywkowa, choć rzeczywiście kompozycje nie były przesadnie wyrafinowane. Zabawa dźwiękami i nastrojami kojarzy mi się ze współczesną muzyką poważną – w jej wydaniu minimalistycznym (np. Philips Glass). Jakby coś się zaczynało…. nadal się zaczyna … teraz się zacznie … i koniec. „Hot” – mimo, że głośny - ten jazz zdecydowanie nie był.
Niemniej, NIEPRAWDOPODOBNIE WYSOKI poziom wszystkich bez wyjątku muzyków wprost emanował ze sceny. A perfekcyjne zgranie oraz odczuwalna łatwość grania i oszczędnego operowania elektroniką bardzo wciągały. Koncert dość długo się rozkręcał, ale końcówka to był obłęd! Podziw i ukłony – głównie dla Pana Jim’a, który zza perkusji rzeczywiście potrafił być liderem, a kapitalne nagłośnienie w Hipnozie (nic nie brzęczało, mimo, że zespół gra głośno, perkusja niczego nie „zabiła”) sprostało doskonałości muzyków. Super.
Płyty zespołu niestety nie kupiłem bo:
Płyta od kilku miesięcy towarzyszy mi niemal codziennie. Ma w sobie uniwersalny urok przyciągający zarówno dziadka jak i wnuczka. Młody Pizzarelli wydobywa z gitary ciepłe i tkliwe dźwięki, od czasu do czasu uzupełniając je ujmującym wokalnym unisono. Kwintet akompaniuje artyście trochę staroświeckim, leniwym swingiem - co w żadnym wypadku nie może być poczytane jako wada. Brzmienie gitary i zespołu jest doskonale zharmonizowane. Wyeksponowane zostały tylko partie wokalne. Wyeksponowane nie tylko przez realizację nagrania, ale i przez nienaganną dykcję Pizzarelli’ego. Świetna okazja, żeby w końcu zrozumieć całe teksty amerykańskich evergreenów.
Repertuar płyty stanowią na przemian: rytmiczne, swingujące, beztroskie pioseneczki i sentymentalne ballady (żaden zatem koncept album). Większość to standardy sprzed półwiecza, uzupełnione o dwa jedynie utwory autorskie – utrzymane zresztą w jednakowym eleganckim, staromodnym stylu. Wszystkie bez wyjątku to muzyczne perełki. W kategorii błahych największe wrażenie zrobił na mnie Lemon Twist. Piosenkę w 1955 roku napisał Bobby Troup (ten od Route 66). Tekst jest po prostu doskonale nieistotny i błahy. Wysławia zalety zdrowotne i smakowe cytryny. Połączenie struktury rytmicznej utworu z rozkosznymi rymami, a nawet zaakcentowaną przerzutnią (rymem łamanym?) - rozbawi największego ponuraka.
even a skeptic replies that here's a suggestion you can't resist, a cool drink with ice is improved with some sli- ces of lemon twist1 If Dreams Come True - Goodman, Mills, Sampson 3:50 2 The Lady's in Love With You - Lane, Loesser 2:43 3 Everything Happens to Me - Adair, Dennis 3:46 4 Lulu's Back in Town - Dubin, Warren 2:56 5 Something to Remember You By - Dietz, Schwartz 4:53 6 Lemon Twist - Troup 3:54 7 Lost April - DeLange, Newman, Spencer 4:11 8 Problem - Leonhart 5:45 9 The Rare Delight of You - Molaskey, Pizzarelli 4:03 10 A Shine on Your Shoes - Dietz, Schwartz 3:33 11 Indian Summer - Dubin, Herbert 4:06 12 Be Careful, It's My Heart - Berlin 2:39 13 September in the Rain - Dubin, Warren 4:01 14 I Predict (2001) - Molaskey, Pizzarelli, Shearing 2:42 15 Lucky to Be Me - Bernstein, Comden, Green 3:38
Recording Date: Jan 24, 1975
1 Part I - Jarrett, 26:01
2 Part II A - Jarrett, 14:54
3 Part II B - Jarrett, 18:14
4 Part II C - Jarrett, 6:56
--------------------------------------
Manfred Eicher - Producer
Keith Jarrett - Piano, Composer
Martin Wieland - Engineer
Barbara Wojirsch – Design
Release Date: Sep 26, 2006
Recording Date: Sep 26, 2005
1 Part I - Jarrett, 9:56
2 Part II - Jarrett, 3:32
3 Part III - Jarrett, 4:44
4 Part IV - Jarrett, 5:19
5 Part V - Jarrett, 9:54
6 Part VI - Jarrett, 6:50
7 Part VII - Jarrett, 8:35
8 Part VIII - Jarrett, 5:19
9 Part IX - Jarrett, 8:25
10 Part X - Jarrett, 9:46
11 The Good America - Jarrett, 6:47
12 Paint My Heart Red - Jarrett, 8:30
13 My Song - Jarrett, 8:04
14 True Blues - Jarrett, 7:00 (... posłuchaj)
15 Time on My Hands - Adamson, Gordon, Youmans, 7:30
--------------------------------------------------------------------------------
Manfred Eicher - Executive Producer
Keith Jarrett - Piano, Producer, Photography
Sascha Kleis - Design
Martin Pearson - Engineer
Richard Termini - Photography
George Wein - Producer
Gdzieś od początku lat 90- tych, oprócz występów solowych, Keith Jarret udziela się często jako członek tria Keith Jarrett (fortepian), Gary Peacock (bas) i Jack DeJohnette (perkusja). Wszyscy członkowie tria to najwyższa półka z tych wyższych półek jazzowych a ich częste indywidualne „wycieczki” w różne inne obszary jazzu jakoś nie zaszkodziły wieloletniej współpracy.
Oba polecane tytuły to płyty płyt, jazz jazzu. Nie mam wprost słów żeby opisać jakie zrobiły na mnie wrażenie. Muzyka równocześnie lekka i łatwa a równocześnie wartościowa, bo słuchamy „piosenek, które ja już znam” w bardzo, bardzo niebanalnych interpretacjach. Dla każdego i na każdą okazję.
Starsi panowie bawią się tematami po mistrzowsku z fantazją i z humorem (podśpiewują a raczej pojękują nawet) co bardziej może widać na „lżejszej”, „Tokyo’96”, za to 2 płytowy album „Tribute” ma dodatkowy podtekst – jest hołdem złożonym wybitnym wykonawcom jazzowym. Nie będę przynudzał, ale zapewniam, że warto posłuchać oryginałów, żeby móc ocenić z jaką kategorią „coverów” mamy do czynienia. „Cover” to zresztą bezsensowne określenie dla jazzu, bo tam prawie wszystko jest „coverem”, niemniej interpretacje – niemal kultowych wykonań - np. „Smoke Gets in Your Eyes” (Hawkins) czy „It's Easy to Remember” (Coltrane) naprawdę robią wrażenie. Wrażenie robi także poziom na jaki wszyscy trzej panowie wznoszą się – bez wysiłku i wręcz w zabawie – w tym wspólnym graniu. Mistrzostwo świata … z przymrużeniem oka.
Release Date: Sep 15, 1998
Recording Date: Mar 30, 1996
1 It Could Happen to You - Burke, VanHeusen, 11:38
2 Never Let Me Go - Evans, Livingston, 7:02
3 Billie's Bounce - Parker, 8:07
4 Summer Night - Dubin, Warren, 7:37
5 I'll Remember April - DePaul, Johnston, Raye, 10:20
6 Mona Lisa - Evans, Livingston, 3:16
7 Autumn Leaves - Kosma, Mercer, Prevert, 7:58 (... zobacz)
8 Last Night When We Were Young/Caribbean Sky - Arlen, Harburg, Jarrett, 9:55
9 John's Abbey - Powell, 5:50
10 My Funny Valentine/Song - Hart, Jarrett, Rodgers, 7:16
----------------------------------
Jack DeJohnette - Drums, Drums (Snare), Performer
Manfred Eicher - Producer
Michael Hofstetter - Cover Design
Keith Jarrett - Piano
Gary Peacock - Bass, Performer
Kuni Shinohara - Photography
Toshio Yamanaka - Engineer
Recording Date: Oct 15, 1989
1 Lover Man [Lee Konitz] - Davis, Ramirez, Sherman - 13:14
2 I Hear a Rhapsody [Jim Hall] - Baker, Fragos, Gasparre - 11:19
3 Little Girl Blue [Nancy Wilson] - Hart, Rodgers - 6:05
4 Solar [Bill Evans] - Davis - 9:32
5 Sun Prayer [Keith Jarrett] - Jarrett - 14:15
6 Just in Time [Charlie Parker] - Comden, Green, Styne - 10:07
7 Smoke Gets in Your Eyes [Coleman Hawkins] - Harbach, Kern - 8:26
8 All of You [Miles Davis] - Porter - 8:08
9 Ballad of the Sad Young Men [Anita O'Day] - Landesman, Wolf - 7:02
10 All the Things You Are [Sonny Rollins] - Hammerstein, Kern - 8:57
11 It's Easy to Remember [John Coltrane] - Hart, Rodgers - 7:08
12 U Dance [Keith Jarrett] - Jarrett - 10:46
--------------------------------
John Coltrane - Performer
Miles Davis - Performer
Jack DeJohnette - Drums, Performer
Manfred Eicher - Producer
O. Fries - Engineer
Coleman Hawkins - Performer
Keith Jarrett - Piano, Performer
Jan Erik Kongshaug - Engineer
Lee Konitz - Performer
Anita O'Day - Performer
Charlie Parker - Performer
Gary Peacock - Bass, Performer
Sonny Rollins - Performer
Nancy Wilson - Performer
Barbara Wojirsch - Cover Design
Zachwycałem się już wcześniej płytą koncertową tria Keith’a Jarrett’a (Tokio ’96) więc o „Whisper Not” (zapis z koncertu w Paryżu, w 1999 roku) w zasadzie nic nowego powiedzieć się nie da, oprócz och-ów i ach-ów, ale jest ona dość ważna w dorobku artysty. Jest pierwszą płytą koncertową wydaną po długiej (ze 3lata) chorobie na … niemoc twórczą. I to taką, że 50-letni już wtedy Jarrett nawet nie podchodził do fortepianu.
Z zaciekawieniem posłuchałem płyty i muszę powiedzieć, że każdemu życzyłbym – choć wiem, że to nieprzyjemne bardzo - takiej „niemocy”, po której można osiągnąć aż taki poziom świeżości, napięcia i perfekcji. Płyta zawiera 13 NOWYCH (tzn. są to standardy, ale dotąd nie nagrywane przez Trio) i 1 stary, „When I Fall In Love”, kawałek. Oczywiście – to wynikało z okoliczności – recenzenci zwrócili uwagę na te „energetyczne” numery, a ja – bo pierwszy raz słuchając płyty jeszcze o niczym nie wiedziałem – na zupełnie nieprawdopodobne wykonanie utworu „Poinciana” (spopularyzowanego przez innego wybitnego pianistę, Ahmada Jamala). Nie mam słów. „Poinciana” to sam w sobie piękny kawałek, z „jungle’owym” rytmem modnym w latach 40-tych, ale Peacock i DeJonette nadają mu taki nowoczesny beat a Jarrett przygrywa tak śpiewnie i soczyście zarazem, że … ach - łzy miałem w oczach. No i nie da się tego słuchać bez kołysania … jakąś częścią ciała. Wprost super!
Mam wprawdzie kilka płyt duetu Jarrett (65, fortepian) i Haden (73, bas), więc nie jest on jakąś osobliwością, ale … po pierwsze poprzednie płyty pochodzą sprzed 30-tu lat, po drugie dopiero na „Jasmine” muzycy grają naprawdę tylko we dwójkę. Zestawienie fortepian + bas egzystuje w jazzie, ale w charakterze czegoś osobliwego (w znaczeniu „ambitnego”) toteż z nastawieniem na „koncept album” i bez zastanawiania nabyłem ostatnią płytę „króla” fortepianu.
Bardzo się zdziwiłem. Otrzymałem bowiem najlepszą płytę do kawy, jaką znam. Z niebanalnymi improwizacjami Jarreta z lekka swingującego w towarzystwie powłóczystego basu Hadena. „Niebanalnie” powoduje, że nie wstyd tego słuchać a „swingująco”, że w trakcie przechodzenia do kuchni po następną porcję tiramisu (np.) nachodzi człowieka chęć by zakołysać biodrami.
To dobry wstęp nie jest, więc wypada moje kawowe wrażenie uzasadnić. Ja wiem, że panowie mają razem prawie 140 lat i trudno, żeby coś jeszcze zaatakowali. Mimo wszystko budzi mój lekki niepokój (przesadna?) MELODYCZNOŚĆ, z jaką muzyka wręcz spływa, delikatnie i oszczędnie, z głośników. Nie ma w tym nic złego, ale tak chłodno, „po skandynawsku”, Jarrett nigdy nie gra i tylko solowa płyta „The Melody at Night, with You” [1990] nieco taki styl przypomina.
Klasa obu muzyków powoduje, że cokolwiek by nie nagrali, będzie niezłe. Tak więc i „Jasmine” jest niezłą płytą, ale nagromadzenie „z lekka”, „powłóczyście”, „delikatnie” i „oszczędnie” (sam napisałem!) na jednym krążku jest, przynajmniej dla mnie, przesadą. Płytę spokojnie polecam i jestem pewien, że się spodoba. Szczególnie OD, któremu w niczym nie przeszkodzi (nawet w pisaniu jakiejś recenzji). Mnie też w niczym nie przeszkodziła i mimo iż uważam, że muzyka powinna jednak przeszkadzać (pochłaniać, frapować) daję aż 4 gwiazdki, bo … to jest nieludzko dobry, zupełnie nieprzeszkadzający jazz. No i … kocham Jarreta.
Debiutuję. To moja pierwsza recenzja na tym portalu, proszę więc o wyrozumiałość. A czego ma dotyczyć? Koncertu. Wspomniany odbył się już troszkę temu i szczerze powiedziawszy miałem nadzieję że Romkowi uda się zapomnieć, iż się podjąłem (w chwili słabości) recenzji, ale niestety nie zapomniało Mu się, przysłał maila przypominacza, no więc nic mi nie pozostaje jak usiąść i napisać małe conieco.
Zdarzenie miało miejsce 27 kwietnia 2009 w niewielkiej salce Klubu Pracowników naszej szacownej Alma Mater. Na tyle niewielkiej, iż jakoś do końca nie wierzyłem, że koncert dojdzie do skutku. Ale doszedł. Punktualnie o 18 na salę wszedł Leszek Możdżer, skłonił się i usiadł przy fortepianie.
Może zanim przystąpię do rzeczy to jeszcze słów kilka o układzie sali. Pierwszy raz spotkałem tam takie rozstawienie krzeseł:

To właśnie Komeda! Tak mogłaby brzmieć najkrótsza recenzja ostatniej płyty Pana Leszka. Bo? Bo mnie Komeda kojarzy się jednak z romantyzmem. Nie tyle muzycznie, choć też, ale przede wszystkim, przez czasy, w jakich Komeda w Polsce żył i tworzył. Film „Niewinni czarodzieje”, jeden z niewielu „niepolitycznych” filmów Wajdy, jest romantycznym obrazem pokolenia, czy też środowiska Komedy – przyznaję moim ulubionym obrazem. Natomiast płyta Możdżera – obrazem (widzianym po wielu latach) spuścizny jednego z tych „niewinnych czarodziei”. Także romantycznym i także ulubionym.
Prócz oryginałów, mam kilka płyt „z Komedą” i w tym towarzystwie płyta Możdżera mocno mnie zaskoczyła. Komeda Możdżera jest bowiem nad wyraz liryczny. To jeszcze nie powód (do zaskoczenia), bo Możdżer jako taki jest liryczny (Komeda zresztą też), ale utwory Komedy Pan Leszek zinterpretował jak „piosenki”, tzn. uwypuklił ich „melodyczność”. Wiem, gmatwam, motyw z „Noża w wodzie” ma w końcu kilka taktów, ale może on być tematem do mniej czy bardziej nowoczesnych, rytmicznych interpretacji, albo i nie …
No i jest jeszcze sprawa wyboru. Pan Leszek wybrał te nastrojowe, melodyjne utwory Komedy i znakomicie je wykonując (przy czym - uwaga! - nie "wytwarzając" żadnych dziwnych dźwięków i w ogóle zbyt wielu dźwięków - gra po prostu na fortepianie), mocno zaakcentował ich poetyczność. Piękna płyta, serdecznie polecam.
Ciekawostki.
Po amatorsku, ale śledzę – tak mi się przynajmniej wydawało – co się dzieje na rynku płytowym, szczególnie jazzowym i zwłaszcza polskim. Widocznie jestem jakiś pokrak, bo jak mi ta płyta mogła umknąć – doprawdy nie wiem.
„Lost Keys” to album nie tylko nominowany do Fryderyka 2011 (Jazz/Debiut roku), ale – i to najważniejsze – album znakomity. Jak Pan Maciek, który dopiero w 2010 roku dostał dyplom (trąbka) Akademii Muzycznej we Wrocławiu był w stanie zrealizować aż tak przemyślany projekt, nie wiem, ale „Lost Keys” zwraca uwagę dojrzałością, żywiołowością i … brzmieniem. Dojrzałością, bo to jest jazz nieomal „mainstreamowy”, ale też pełen inwencji, mocno improwizowany (czytaj „melodii nie ma”), z perfekcyjnie dozowanym emocjami (czytaj „nie nudzi się”). No i jest w tej muzyce jakaś tajemnicza energia, żywiołowość właśnie, która wciąga i powoduje, że po wysłuchaniu płyty ma się pewien niedosyt, chęć dalszego słuchania.
Nie mam powodu nie wierzyć donosom, że nagranie realizowano ‘ad hoc’, (prawie) bez użycia przygotowanych kompozycji, co tylko świadczy o profesjonalizmie wykonawców. No i o ich kreatywności, bo jak na „nieprzygotowane” wszystko zrealizowane jest akurat bardzo dobrze. Trąbka jazzowa jest (może być) dość nużąca i naprawdę trzeba mieć wyczucie, żeby słuchacza nie zmęczyć. W kwartecie służy do tego sekcja rytmiczna (fortepian, bas i bębny) a ta na płycie Macieja Fortuny … jest doprawdy rewelacyjna. Przemysław Raminiak (fortepian, lider RGG), Andrzej Święs (basista) i Frank Parker, który gra na perkusji … wręcz niewiarygodnie.
Co ciekawe, to wcale nie są jakieś popisy czy szalone solówki a i tak (może „dlatego”) mocno zaznaczonym rytmem muzycy potrafią zbudować w utworach niezwykłe napięcie. Potrafią też stworzyć samą „atmosferę”, nastrojową i odprężającą, pomiędzy tymi intensywniejszymi fragmentami. A któryby to fragment nie był – brzmi spójnie i doskonale.
Kawiarniany jazz to nie jest, choć „do kawy” też słuchałem, i niekoniecznie jest „do zakochania” od pierwszego razu, za to, czym więcej się go słucha, tym bardziej intryguje. I tym więcej fascynuje ten wyborny przykład iście zespołowego grania. Serdecznie polecam.
A było to tak ...
W komentarzu do Jose Gonzalesa Zuzia napisała, że "Płytę Jose Gonzalesa usłyszeliśmy parę tygodni temu podczas kolacji w knajpie, bardzo mi się spodobała". Pochwalę się, że też byłem w knajpie i też usłyszałem płytę, która bardzo mi się spodobała. Wykonawczynię rozpoznałem - była to Madeleine Peyroux - ale płyty z takimi fajnymi kawałkami (szczególną mą uwagę zwróciła piosenka "Looking for (The Heart of Saturday Night)" Toma Waits'a) jeszcze nie słyszałem. Oho! Pewnie jakaś nowa (myślę sobie).
Po powrocie do domu sprawdzam w allmusic.com ... jest. Hurra! "Half the Perfect World" z 2006 roku. Z "Everybody's Talking", "Looking for (The Heart of Saturday Night)", wszystko się zgadza. Gdzie kupić? Zaraz, zaraz, chyba ... widziałem już taką okładkę (widzialem?). Puszczam więc Media Monkey (to taka moja baza danych płyt), sprawdzam - Artysta | Madel.. Ja p.. własnym oczom nie wierzę - mam tę płytę od 16 września!
Do rzeczy. "Half the Perfect World" to 3-cia płyta Pani Madeleine, młodej Amerykanki o niezwykle charakterystycznym głosie. Charakterystycznym tym, że do złudzenia przypomina głos Billie Holiday. Taki bonus MUSI zadziałać, przynajmniej za pierwszym razem, więc i pierwsza płyta "Dreamland" była dość popularna w Stanach, ale dopiero dwie następne wykazały, że Madeleine Peyroux ma także talent i wcale nie nadużywa bonusu w postaci niezwykłego głosu.
Najnowsza płyta zawiera kilka kompozycji Pani Peyroux, ale jest tam też kilka boskich cover'ów (choćby tytułowy "Half the Perfect World" Cohen'a) z moim ulubionym Tomem Waits'em. Wszystko bardzo blusowe, jazzujące i stonowane, bardzo nastrojowe. Sporo akustycznej gitary, czasami smyczki i archaiczny hammond, który powoduje, że słyszę ... cholera, no Billie.
Niezależnie od wszystkiego jest to typowy "After Hour", czyli badzo dobra płyta na letnie wieczory i romantyczne nastroje. A ponieważ nic nie jest przesadzone, ani przesłodzone, serdecznie polecam.
Manu Katché to jeden z tych muzyków, których prawie wszyscy słyszeli, ale mało kto zna jego nazwisko. Taka sytuacja dotyczy wielu, często znakomitych instrumentalistów, którzy jako mistrzowie drugiego planu wspomagają wielkie gwiazdy rocka i popu. Perkusję naszego bohatera możemy usłyszeć w przebojach Petera Gabriela, Dire Straits, Robbie'ego Robertsona z The Band, Stinga czy Tori Amos.
Również fanom jazzu jego nazwisko nie powinno być obce. Katché jest bowiem stałym współpracownikiem Jana Garbarka - nagrali oni wspólnie już pięć albumów w barwach monachijskiej firmy ECM. Kilka lat temu szef tej oficyny Manfred Eicher zaproponował mu nagranie pierwszej płyty autorskiej dla tej wytwórni (nie pierwszej w ogóle - bo taką była wydana w 1992 "It's About Time"). Po długich poszukiwaniach wybrano skład zespołu towarzyszącego perkusiście. Wybór padł na wspomnianego Garbarka i... trzy czwarte Kwartetu Tomasza Stańki (Tomasz Stańko, Marcin Wasilewski, Sławomir Kurkiewicz).
To cud, że trafiłem na tę płytę – zawdzięczam to ostatnio „zaliczonemu” koncertowi perkusisty Jim’a Black’a i wywołanemu nim zainteresowaniu perkusistami. A byłaby to wielka szkoda, bo już bardzo dawno nie słyszałem tak dobrej muzyki, tak idealnie pasującej do mojego jazzowego gustu. Piękna, liryczna, niebanalna – nawet Stańko i Garbarek, znani z ostrego brzmienia, pokazują na niej inną „twarz”. Obaj „suną” takie cudne frazy, że aż łza się w oku kręci. Szczególnie w wypadku Garbarka jest to ewenement, bo jak dotąd kojarzyłem go z grą bardzo agresywną i bardzo wysoko. Mimo, że są z najwyższej półki, obaj soliści nie dominują w nagraniach i charakterystycznego, „zrelaksowanego” brzmienia nadaje im świetna sekcja rytmiczna (fortepian, bas i bardzo, bardzo dobry Katche – ach!), jednym słowem CUD. Po prostu nie mam słów.
Nie chcę być bezczelny (a jednak jestem), ale „w moim skarbczyku” umieszczę tę płytę wraz z nagraniami kwintetu Miles’a Davis’a (taki sam skład - m.in. z Johnn’em Colrtane’m na saksofonie).
Najnowsza płyta Michael Bublé jest na tyle agresywnie reklamowana, że podszedłem do niej (z góry) z niechęcią (no… nieufnością) i odłożyłem na półkę „nie słucham”. Na szczęście coś mnie podkusiło i jednak posłuchałem a jeszcze większym szczęściem było to, że (przypadkiem) zacząłem od „Jingle Bells”. Ho, ho? Czyżbym się aż tak pomylił?
Nie, aż tak się nie pomyliłem, aż tak dowcipnie i z ikrą we wszystkich pozostałych przypadkach nie jest. Ale jest wystarczająco dowcipnie jak na „christmasowy” miks, a dodatkowo jest – co mnie mile zaskoczyło – inteligentnie. Bowiem Pan Bublé zgrabnie uciekł przed świąteczną nudą błyskotliwie manewrując cytatami i stylami.
Tak więc „Jingle Bells” to Siostry Andrews (łatwe do uzyskania przy pomocy Puppini Sisters, które pięknie pomagają), „All I Want for Christmas Is You” to melancholijna Mariah Carey z kolei „Baby Please Come Home” to rockowa (!) wersja tejże, polka „Holly Jolly Christmas” to Burl Ives a szalony, nowoorleański „Blue Christmas” to udana parodia Elvisa. Panu Bublé udało się nawet, co niezwykłe, nie przynudzić w „parowozowych” (tu, tu, tuturu) „White Christmas” i swingujących „Winter Wonderland” a lekko „jungle’owy” „Frosty the Snowman” z siostrami Puppini czy hałaśliwy, meksykański „Feliz Navidad” … doprawdy przezabawne.
Skrzypki są, ale nie przeszkadzają, Pan Michael doskonale „sprzedaje” swój (świetny) głos zarówno w tych nostalgicznych jak i temperamentnych kawałkach, nic – tylko słuchać. Mogą być – widocznie – także intrygujące „christmasy”. Sam jestem zaskoczony, że czym więcej słucham, tym bardziej mi się podoba a ponieważ dawno tak się nie bawiłem, więc bez wahania daję 4 gwiazdki i serdecznie polecam.
Mam kilka płyt tego włoskiego trębacza jazzowego, aranżera i kompozytora [rocznik 1961], ale jakoś nie było okazji do ich recenzowania. Natomiast ostatnia jego płyta – jak wskazywałby tytuł – rzeczywiście doskonale nadaje się na melancholijne wieczory i w związku z tym do „polecania” w naszym towarzystwie. (?)
Mam bowiem wrażenie, że o ile na koncercie prawie każdy z chęcią zaakceptuje to, że go jazz „zaatakuje”, po płytach – nieco przesadnie – spodziewamy się, że nas utulą. Sam przyznaję, że słucham jazzu głównie (ale bez przesady) jako tła i wtedy nieagresywność decyduje o przydatności płyty do użytku, niemniej mam i taką potrzebę, żeby – jeśli się jednak wsłucham – muzyka mnie nie zanudziła. Czyli równocześnie chcę być „tulony” i „zaciekawiany”. To trudne zadanie, bo najlepiej tuli kawiarniany kicz (który równocześnie najbardziej złości) a najłatwiej zaciekawiają intensywne improwizacje, przy których czytać Polityki się nie da.
Jest też taki jazz, niestety rzadko, który tuli ogólnie a zaciekawia szczegółami. Czyli coś sobie tam melodyjnie „leci” a kiedy się wsłucham, pięknie mnie coś zaskakuje – bas, perkusja, oryginalne przejścia, skojarzenia itp. To jest właśnie „Songlines, Night & Blue” na której trąbka Fresu tuli, saksofon Tracanny subtelnie przyciąga uwagę a sekcja rytmiczna ładnie „obejmuje w ramy”. Świetna muzyka na wszystkie okazje, serdecznie polecam.
Release Date: Feb 8, 2005
Recording Date: Apr 2004
1 Osmosis, Pt. III - Motian, 5:58
2 Sketches - Motian, 2:35
3 Odd Man - Motian, 4:16
4 Shadows - Motian, 3:30
5 I Have the Room Above Her - Hammerstein, Kern, 5:34 (... posłuchaj)
6 Osmosis, Pt. I - Motian, 3:30
7 Dance - Motian, 4:05
8 Harmony - Motian, 7:08
9 The Riot Act - Motian, 4:41
10 The Bag Man - Motian, 5:33
11 One in Three - Motian, 7:09
12 Dreamland - Monk, 5:50
------------------------------------------------------
Manfred Eicher - Producer
James Farber - Engineer
Bill Frisell - Guitar
Sascha Kleis - Design
Robert Lewis - Photography
Joe Lovano - Sax (Tenor)
Paul Motian - Drums
Aya Takemura - Assistant
Thomas Wunsch - Cover Photo
Release Date: Sep 13, 2005
Recording Date: Jan 2004-Feb 2004
1 Ton Sur Ton - Elias, Johnson, 5:55
2 Apareceu - Elias, 6:04 (... posłuchaj)
3 Shades of Jade - Elias, Johnson, 7:40
4 In 30 Hours - Elias, 6:10
5 Blue Nefertiti - Johnson, 7:14
6 Snow - Elias, 8:24
7 Since You Asked - Johnson, 3:18
8 Raise - Johnson, 6:35
9 All Yours - Elias, 4:11
10 Don't Ask of Me (Intz Mi Khntir) - Mailyan, 5:13
------------------------------------------------------
Joey Baron - Drums
Manfred Eicher - Producer
Eliane Elias - Piano, Producer
Joe Ferla - Engineer
Marc Johnson - Double Bass
Sascha Kleis - Cover Design
Robert "RX Lord" Lewis - Photography
Joe Lovano - Sax (Tenor)
Alain Mallet - Organ
Brian Montgomery - Assistant
John Scofield - Guitar
Podobnie jak Pana Dutkiewicza, „siostry” Puppini usłyszałem w TVP Kultura (czerwcowy koncert w ramach tegorocznej edycji Plus Grand Prix Jazz Melomani w Łodzi), tyle, że dość dawno (jeszcze w sierpniu). O „zwykłej” porze na ciekawe programy, czyli 23:45. Nie gniewam się (że tak późno), bo apetyczne panie Marcella Puppini, Stephanie O'Brien i Kate Mullins stylizujące się na „ryczące 40-tki” (co by to nie znaczyło), bardzo efektownie przyciągają repertuarem przedwojennym (siostry Andrews), oraz nowszym – wykonywanym w przedwojennym stylu. Jak można przyciągnąć repertuarem przedwojennym? Ano można, czego najlepszym przykładem jest Rod Stewart z całym zestawem „songbooków” wydanych ostatnimi laty. Bo? Bo to były – po prostu, zwyczajnie – świetne melodie.
Nie tylko. Na przykładzie „sióstr” widać także, że wcale nie przeżyła się (czy też odżyła) i sama maniera „subtelnie i miękko”, co by oznaczało, że lud zmęczony jest już nieco dość powszechnie występującą drapieżnością. Oczywiście „lud” starszych nastolatków.
Tak więc siostry Puppini „subtelnie i miękko” wykonują wszystko – prócz ”Piaskowego ludka” czy boogie-woogie także zupełnie współczesne kawałki: „Wuthering Heights” (Kate Bush), „I will Survive (Gloria Gaynor) czy „Heart of Glass” (Blondie), a ponieważ w śpiewaniu pomaga im całkiem niezłe kombo, w którym nic nie atakuje tylko akompaniuje po prostu (nawet na pile!), wychodzi świetnie, kulturalnie i sympatycznie. Żadna „wielka” muzyka to nie jest i oczywiście Panie „pozują”. Wziąwszy jednak pod uwagę, że pozują profesjonalnie (stroje, plakaty itp. – wszystko „w stylu”), śpiewają bezpretensjonalnie i brzmią oryginalnie, bez wahania daję 4 gwiazdki za pomysł i realizację.


Krótko przed Świętami, w „Tygodniku Kulturalnym” (TVP Kultura) usłyszałem o nowej płycie Tria Marcina Wasilewskiego. Co więcej z niemałym zdziwieniem dowiedziałem się, że ten znany już w świecie zespół ma równie dobrego, choć nie tak sławnego, „konkurenta” i to w Polsce!
RGG (Raminiak, Garbowski, Gradziuk) też stanowią klasyczne trio fortepianowe, podobne jak Trio Wasilewskiego i też, krok po kroku wspinają się na szczyty jazzowej instrumentalistyki. To nieprawdopodobny zbieg okoliczności, że oba zespoły wydały bardzo dobre, nowoczesne, nastrojowe płyty … w tym samym czasie. Z jednej strony szkoda, z drugiej możliwość tak ewidentnego porównania, tak dobrych polskich muzyków jest naprawdę wielką przyjemnością.
Płyty przyszły w środę, słucham i podziwiam, ale – doprawdy – nie da się (bardziej) wyróżnić którejś z nich. „Faithfull” jest nieco bardziej miękka, z wyeksponowanym, „tulącym” fortepianem, na „One” imponuje różnorodność i trochę intensywniejsze brzmienie zarówno fortepianu jak i (może przede wszystkim) basu i perkusji. Na razie Wasilewski bardziej koi (a z nim perkusja „cicho mnię szura”), ale podejrzewam, że też szybciej mi się znudzi a Raminiak rozgrzewa i podejrzewam, że rozgrzewać będzie długo. Już jestem zakochany w boskich bębnach Gradziuka. Obie płyty serdecznie polecam a przy okazji informuję, że chyba coś drgnęło na rynku płytowym. Płyty są do kupienia poniżej 40 zł, co w przypadku Wasilewskiego („ECM” – jedna z przodujących wytwórni jazzowych) było (sporym) miłym zaskoczeniem.
Stan Getz, jeden z moich ulubionych instrumentalistów jazzowych, zmarł w 1991 roku i o ile łatwo znaleźć jego płyty, dużo trudniej znaleźć Getz’a „na wizji” moda na kasety video (DVD jeszcze nie było) przyszła bowiem wtedy, gdy Pan Stan najlepsze lata miał już za sobą.
Łatwo domyślić się, że mimo wszystko upolowałem jakiś film, ale jakież było moje zdziwienie, kiedy po obejrzeniu okazało się, że to film nie tyle ze Stanem Getz’em a …. Nagranie – marnawe – pochodzi z koncertu w Sztokholmie w 1983 gdzie Getz (saksofon tenorowy), podtatusiały Pan z brzuszkiem, grał razem z innym gigantem West Coast’u – Chet’em Bakerem (śpiew, trąbka). Co więcej, to Baker wydaje się liderem i wyraźnie „gasi” Stana Getz’a na scenie, więc przyszło mi na myśl, że warto poświęcić parę słów właśnie jemu.
W jednej z recenzji napisałem, że Keith Jarrett „… jest, moim zdaniem, jednym z najładniej się starzejących się Panów. Zazdroszczę”. Chet wręcz przeciwnie. W Sztokholmie ma tyle lat, co ja teraz i … w ciemnej ulicy raczej spotkać nikt by go nie chciał. Po prostu – margines. Tym bardziej szokujące jest to w zestawieniu z ciepłym, lirycznym głosem i pięknym, nastrojowym brzmieniem jego trąbki.
Baker to bardzo ciekawa, ale kontrowersyjna postać w jazzie. Był jak Riedel – „nienaprawialnym” narkomanem i trudnym, nieprzewidywalnym partnerem. Do grania, ale także dla wytwórni płytowych. Czy z tego wynika, że wydał mało płyt – ależ nie! Miał spore wydatki, więc wydał ich nieprawdopodobne ilości (ok. 500 – z czego połowa za życia), ale prawie wyłącznie w niszowych, mało znanych wytwórniach. Sporo koncertował, miał niewątpliwie talent do podobania się i „romantycznego” brzmienia, a ponieważ (niepotrzebnie) nie „poszerzał horyzontów” stąd nie znam nikogo, komu nie podobałaby się jego gra na trąbce. Koncert w Sztokholmie też się wszystkim spodoba i nikomu się nie znudzi, bo jest … krótki (54min). Dla zainteresowanych – publikuję pierwszy „kawałek” – Just Friends.
Przyznam, że (trochę szkoda) odkrywcą tego albumu nie jestem. „Mostly Coltrane” jest bowiem płytą miesiąca w ostatnim numerze „Audio”. Co więcej, spośród wielu płyt, które ostatnio spotkałem, przynajmniej jazzowych i tych „nowych” jest płytą zdecydowanie się wyróżniającą, może nawet najlepszą, jaką słyszałem. Jest to jazz bezlitośnie wysokich lotów, pełen napięcia, emocji i wigoru, co jest tym bardziej ciekawe, że Steve Kuhn jest pianistą naprawdę bardzo „dorosłego” pokolenia (rocznik 1938) i o aż taką energię nie podejrzewałbym go. Może dlatego, że dobrał do nagrania muzyków prawie o pokolenie młodszych, a może dlatego, że „dziadek” Kuhn ma po prostu aż taką ikrę i nerw, wyzwaniu jakim jest nagranie muzyki Coltrane’a – przynajmniej jakoś niebanalnie, pomysłowo i świeżo – nadspodziewanie dobrze sprostał.
Co ciekawe, zawsze to powtarzam, wena się „udziela” i o ile w przypadku Joey Barona to mnie nie dziwi, bo jest on jednym z czołowych współczesnych perkusistów (i to słychać, oj jak dobrze), zaskoczył mnie – bardzo pozytywnie – Joe Lovano. To dość znany i niezły saksofonista (pisałem zresztą o nim), ale kojarzył mi się nieco bardziej „rozrywkowo”. To nic złego (granie jazzu i lekkiego i ambitnego), ale żeby angażować się do jakiegoś projektu po to, by na saksofonie grać Coltrane’a trzeba mieć nie lada odwagę. No i jakiś pomysł.
Tu dygresja. John Coltrane jest legendą jazzu i to tak znaczącą, rozpoznawalną i osłuchaną, że z jednej strony łatwo coś zagrać „Coltranowato” – Wesoły Romek (jak każdy dyletant) się ucieszy, bo rozpozna, a z drugiej trudno – bo każdy jazzman też rozpozna, ale przewróci oczyma i westchnie. Pojawia się dylemat – jeśli to nie ma być jakiś komercyjny „songbook” typu „Coltrane for Lovers”, to jak to zrobić? I drugi – gdzie to nagrać?
Płytę wydała wytwórnia ECM, w której rządzi niejaki Manfred Eicher. Jak Aleksander, szef wielki, mądry, ale straszny. Sam słyszałem (w wywiadach), że artyści nagrywający w ECM … po prostu się go boją, bo na jazzie zna się jak nikt, i nie tylko kiczu, ale nawet jakieś drobnej słabości nie przepuści. By więc nagrać Coltrane’a w ECM trzeba: bardzo chcieć i naprawdę mieć pomysł.
Dziadka Kuhna dobrze rozumiem. Grał w kwartecie Johna Coltrtane’a … ale tylko przez 2 tygodnie (zastąpił go McCoy Tyner). To trochę plama (w życiorysie) i sam bym się czuł w nastroju „a ja ci pokażę”. Niemniej Kuhn ma łatwiej, jest pianistą i – nieco automatycznie – mistrzowi w drogę nie wchodzi. Zatem pomysł był taki, by zagrać Coltrane’a w zespole, któremu brzmienie nadaje fortepian. Ale Cotrane bez saksofonu (nawet, jeśli nie dominuje w brzmieniu), to jakby Wielka Pardubicka bez koni, a dla saksofonisty taka konfrontacja z mistrzem to dramat. Na szczęście artyści mają takie dusze, że ze strachu (najczęściej) lub z miłości (często) potrafią wznieść się na wyżyny. Tak jest też na płycie „Mostly Coltrane”, gdzie i Kuhn i Baron i Lovano są w najwyższej formie a Finck wtóruje im całkiem nieźle.
„Mostly Coltrane” to nie jest jakiś lekki jazz. Nie jest to też (na szczęście) jazz ekscentryczny, ale trzeba mieć nastrój, żeby się wsłuchać i posmakować. Mimo to serdecznie ją wszystkim polecam, nawet tym, którzy się jazzu trochę boją. Albowiem jest to jazz „referencyjny” – bez udziwnień, eksperymentów, elektryczności i fuzji, za to współczesny i na bardzo wysokim poziomie.
Release Date: Feb 11, 2003
Recording Date: Sep 30, 2002-Oct 5, 2002
1 Big Eater, Anderson 3:53
2 Keep the Bugs Off Your Glass and the Bears Off Your Ass, King 5:49
3 Smells Like Teen Spirit Cobain, Grohl, Novoselic 5:57
4 Everywhere You Turn, Anderson 4:56 (...posłuchaj)
5 1972 Bronze Medalist, King 5:20
6 Guilty, Iverson, 5:35
7 Boo-Wah, Iverson 3:55
8 Flim, James 4:05
9 Heart of Glass, Harry, Stein 4:47 (...posłuchaj)
10 Silence Is the Question, Anderson 8:11
----------------------------------------------------------------------
Reid Anderson Bass
The Bad Plus Producer
Yves Beauvais A&R
Tchad Blake Producer, Engineer, Mixing, Photography
Josh Cheuse Art Direction, Design
Steve Collier Cover Painting
Chris Floyd Photography
Ethan Iverson Piano
David King Drums
Bob Ludwig Mastering
O zespole pisałem już przy okazji płyty „These Are the Vistas” a ponieważ po koncercie w Hipnozie wrażenie - zasadniczo - nie zmieniło się, więc tam odsyłam zainteresowanych.
Specjalnie napisałem „zasadniczo”, bo jakieś nowe odczucia jednak mam. Czy wszystkie pozytywne (?) - nie wiem, nie mniej jeszcze bardziej wpływają one na ocenę „NIEZWYKŁY, REWELACYJNY”. Ci, którzy nie byli niech żałują (żałuj Kaziu!), a żeby choć trochę mogli się "wczuć" polecam klip z utworem, który był w Katowicach i o którego tytule szeroko rozpowiadał się Pan Iverson. Wziął się ponoć od wiceprezydenta Dick'a Cheney'a - miłośnika paskudnego napoju Pinata.
| The Bad Plus - Cheney Pinata |
Czołową postacią w zespole wydaje się perkusista David King. Już płytom „The Bad Plus” nadaje on – w ogromnym stopniu - brzmienie i niepowtarzalny charakter, ale na koncercie ! Legendy o sprzedawaniu duszy „diabłu” są stare jak świat i często tłumaczono tym niezwykłe możliwości muzyków (Paganini, List, Robert Johnson) - a i oni jakoś specjalnie nie protestowali. Jeśli w ogóle jest coś na rzeczy, to David King jest najlepszym przykładem DIABOLICZNIE SPRAWNEGO perkusisty. I nie tylko o to chodzi, że „bije” szybko i mocno – robi to nieprawdopodobnie POMYSŁOWO.
Drugim muzykiem, który definiuje brzmienie „The Bad Plus” jest pianista Ethan Iverson – kolejna niebanalna indywidualność. Najdziwniejsze jest to, na co zwrócił uwagę Ojciec Dyrektor, że on właściwie NIE GRA na fortepianie. „Podaje” akordy (awangarda – więc także nie w tonacji), zaznacza linie melodyczne (lewą i prawą ręką), generuje atmosferę. Gra niezbyt „gęsto”, lirycznie – rzadko, monumentalnie – częściej, dynamicznie i rytmicznie – często. Zawsze natomiast – oryginalnie. Podobieństwa do niczego i nikogo nie znalazłem.
Żeby taka dwójka – wyjątkowych oryginałów i indywidualistów – mogła jakoś razem zgrać potrzebny jest jakiś element łączący i – tak mniemam – jest nim trzeci członek „The Bad Plus”, „cichy wspólnik” Reid Anderson. Jak on w potoku dźwięków z prawej (Iverson) i z lewej (King) daje sobie radę z tymi wszystkimi łamańcami rytmicznymi kolegów – nie wiem, ale nie tylko daje. „Zejścia” do wspólnego grania są tak fantastyczne, że ręce aż same podrywają się do oklasków.
Ależ piekny pomysł! Płytę odnalazłem oczywiście przy okazji poszukiwań źródeł zainteresowania Billa Frisell'a Betles'ami. Tu okazało się, że uczestniczył on w realizacji podobnego projektu, ale dotyczącego The Rolling Stones. Płyta bardzo dobra, nastrojowo zróźnicowana i doskonała do słuchania ale nie dam jej 5 gwiazdek - za saksofon. Tim Ries otrzymuje (5) za pomysł i realizację (jak udało mu się zgromadzić w jednym miejscu tyle gwiazd!) ale tylko (3) za przynudzanie saksofonem, czasami jak z kawiarni - razem (4). Za najlepszy kawałek na płycie uważam "Paint It Black", ale jest nieco za długi na słuchanie w sieci, natomiast gorąco polecam "Wild Horses" - w którym jestem zakochany.