Tolkien ***** i jego ekranizacja **

Middle-earth.jpgPonieważ dyskusja na forum dotycząca filmu "Infiltracja" przerodziła się mimo woli w dyskusję na temat "Władcy pierścieni", zdecydowaliśmy się z dzińdziorami dodać taki temat z nadzieją, że ktoś jeszcze powie - co wydaje się trudne - coś dotąd niepowiedzianego. Świadomie umieściłem recenzję w dziale "Książki ...", bo książkę, w odróżnieniu od filmu, warto polecić. Zapraszam.

J. R. R. Tolkien - Władca pierścieni

Władca pierścieni jest najbardziej znaną powieścią - trylogią Tolkiena. Po wydaniu, w latach 1953-1955, odniosła ona zaskakujący (dla autora) sukces i stała się, do dziś zresztą jest, najbardziej cenioną, klasyczną powieścią z gatunku fantasy. Z „Władcą Pierścieni” spotkałem się w tatach 80-tych. Książka (ki) była wtedy nie do nabycia i znałem ją jedynie z opowiadań o niej - głównie z recenzji i listów w czasopiśmie „Fantastyka”, które prenumerowałem. Nie dotyczyły one Tolkiena, przynajmniej nie bezpośrednio, ale Tolkien występował w nich często w porównaniach. „…hm, hm jest bardzo doba, ale do Tolkiena ma się tak jak mysz do lwa”. Była „Wojna Jaruzelska” i rozwijający się wtedy burzliwie gatunek „fantasy”, był u nas czymś w rodzaju soft-undergroundu. Tzn. bohaterowie nie walczyli z nikim namacalnym (bo walczyli ze smokami oraz „złymi” siłami), ale walczyli i to W IMĘ DOBRA, W OBRONIE SŁABSZYCH, SKUTECZNIE. Świetnie się więc nadawali do symbolicznego cytowania, porównywania i sugerowania. Internetu wtedy nie było, czytałem więc sporo, ale – mówiąc szczerze – fantasy zaliczyłbym, podobnie jak kryminał, nie do literatury lecz do pierduł na „Niedzielny wieczorek” jak by to zakwalifikował Michał. W takim stanie (sporo wiedziałem o książce, byłem już nieco oczytany w gatunku, który oceniałem krytycznie) trafiłem wreszcie na „Władcę Pierścieni”. Noooo! Trylogia jest epickim opisem nieistniejącego świata. Opisuje tylko fragment – przełomowy, ale tylko fragment – jego historii, ale przewijające się na jej kartkach fakty, mity i legendy, dziesiątki „żyjących” (tzn. tych, którzy pojawiają się w książce), „historycznych” czy wręcz legendarnych postaci (legenda w legendzie!), powodują, że ten wyimaginowany świat staje się kompletny. Nic nie bierze się z niczego, nie odbywa się przypadkiem i nie zmierza do nikąd. Wszystko jest świetnie ponazywane (Tolkien był językoznawcą), a postacie, ich losy, miejsca w których przebywają i żyją, ba! nawet cała ich „geografia” – są spójne i logiczne. „Władca Pierścieni” nie jest książką przygodową. To raczej poetycka, symboliczna wizja świata, który zmienia się - niekoniecznie na lepsze - pod naporem wydarzeń i jakoś sobie, nie bez trudności i ofiar, z tym naporem radzi. W tej warstwie – obszernej i konsekwentnej wizji świata – ksiązka jest nie mniej doskonała niż „Imię Róży”, choć Eco opisuje świat historyczny i to opisuje go wyrywkowo (łatwiej) a Tolkien zmierzył się z fikcją totalną i też opisuje ją totalnie. Niestety dużo słabszą stroną „Władcy” są przygody, którymi tak zafascynował się Pan Peter. Raczej płaskie (szli, szli, doszli) a ich bohaterowie „wato-cukrowo” dobrzy lub źli. W ogóle warstwa walki dobra ze złem – podstawa fantasy – u Tolkiena to chyba najsłabszy element. Ja wiem, że Tolkien pisał trylogię podczas II Wojny Światowej i nie mogło to nie mieć wpływu na jej charakter „ku pokrzepieniu serc” (nawet jeśli to było tylko serce autora). Niemniej aż tak słabiąco czarno – białe wszystko nie musiało być. Co ciekawe w „historii” i legendach Śródziemia nie brakuje postaci dyskusyjnych, ale Ci, którzy po Śródziemiu „chodzą” – są, niestety - jak z Potopu albo Czterech Pancernych. Szkoda. Jak by jednak Tolkiena nie naprawiać, jest to powieść niezwykła, piękna i wciągająca. Polecam serdecznie wszystkim tym, którzy nie czytali – nawet Paniom, których nie podnieca czy Las Fangorn był na południe, czy na północ od Gondoru. (RN)

Peter Jacson - Władca pierścieni, Ekranizacja

W latach 2001-2003, reżyser Peter Jackson zrealizował "megaprodukcyjną" ekranizację trylogi Tolkiena a trzy kolejne filmy nagrodzone zostały oskarami i biły rekordy oglądalności na całym świecie. Ponieważ „Władca Pierścieni” książką przygodową nie jest, nic więc dziwnego, że „przygodowa” wersja trylogii Tolkiena musiała polec. Fani Tolkiena zgrzytają zębami widząc jak się ich ukochany „obraz” wykrzywia i spłyca a nie-fani w ogóle nie rozumieją o co chodzi z tym Rohanem (np.)? Mnie osobiście takie „kwiatki” jak Legolas na desce (Faktycznie! Na zjazd w bitwie pod Helmowym Jarem zwróciłem uwagę, ale na olifanta nie - jestem gapa) nie irytują najbardziej. Najsłabsze natomiast są: (SS)