Płyta wydana została w 2000 roku. Zespół nagrał od tego czasu już dwa nowe, dobre studyjne albumy. Ten jednak był pierwszym, tworzącym całkiem nową estetykę.
W latach dziewięćdziesiątych muzyka Radiohead konstrukcyjnie przypominała melodyjne piosenki Blur i Oasis, ubierając je w nieco mniej brytyjskie aranże (wpływ stylu grunge). W tamtych czasach, kilka ich singli wywalczyło nawet całkiem wysokie pozycje na listach przebojów, a ponura ballada Creep stała się międzynarodowym hymnem ludzi zakompleksionych.
Kid A zrywa z rockowym kanonem. Gitary elektryczne wędrują gdzieś w tło, a w wielu utworach w ogóle znikają. Płaczliwy głos Thoma Yorke raz chowa się w cieniu syntetycznych dźwięków i trzasków a raz atakuje rozpaczliwym krzykiem - wypełniając całe spektrum brzmienia. Niektóre utwory wsparła regularna, jazzowa sekcja dęta, inne ciążą w kierunku psychodelicznym, jeszcze inne zaaranżowano zupełnie minimalistycznie.
Mimo tak dużego zróżnicowania, następujące po sobie utwory składają się w spójną całość. Mroczne, depresyjne i przejmujące teksty współgrają z dramaturgią muzyki. Dla mnie Kid A to album wizjonerski – coś niemal na miarę Dark Side of the Moon. Podobnie jak w przypadku innych genialnych płyt, kolejne słuchania nie przynoszą znużenia. Wręcz przeciwnie, odkrywają nowe warstwy znaczeń i skojarzeń. Z każdym odtworzeniem, wyjaśniają się kolejne, nieczytelne wcześniej struktury dźwięków.