Film
Na razie umieściłem spis posiadanych filmów (DVD) a następnie dodałem (na forum recenzje) to, co ostatnio widziałem i co, moim zdaniem, nadaje się do obejrzenia. Obiecuję, że nie tylko będę aktualizował stronę, ale zachęcam znajomych do dodawania swoich.
Across the Universe ****


Główny bohater filmu (Jim Sturgess), anglik z Livepoolu, nazywa się Jude a jego amerykańska dziewczyna (Evan Rachel Wood) Lucy. Z tego (oraz tytułu) łatwo się domyśleć, że film jest „Beatlesowy”. W tym przypadku pani reżyser (Julie Taymor – ta od „Fridy”) zdecydowała się na dość kontrowersyjny (krytykom się nie podobał) zabieg stylistyczny. Użyła (czy też scenarzyści) tekstów Lennona i McCartneya do zbudowania fabuły a nawet dialogów, ale piosenki pochodzące z wielu lat (1963-1969) mocno osadziła w hipisowskich realiach końca lat 60-tych w USA (co aż tak bardzo Beatlesowe nie jest), dodając Wietnam, zamieszki, policję oraz … Jimmi Hendrixa i Janis Joplin. Brzmi groźnie, zapowiada bowiem bałagan, ale wyszło … PIERWSZORZĘDNIE.
„Across the Universe” jest w tradycyjnym musicalem. Z naiwną i prostą jak drut fabułą typu „komedia romantyczna”, gdzie jest nieco strasznie, ale wszystko się dobrze kończy, śpiewaniem i tańczeniem. Niemniej – co chyba najbardziej zaskakuje i wciąga – w przypadku „Across the Universe” muzyka nie jest ilustracją fabuły a po prostu JEST FABUŁĄ. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest – i to do tego stopnia, że bohaterowie w zasadzie „rozmawiają” piosenkami. Film trwa 133min. Są w nim 33 piosenki (plus LSD na końcowych napisach), z czego wynika, że na jedną przypadają ok. 4 minuty. Nawet biorąc pod uwagę, że (przynajmniej niektóre) piosenki są skrócone, miejsca na rozmowy w ogóle nie ma.
Nie mogę się powstrzymać. Max z NY „pisze” list do Juda (zdołowanego po rozstaniu z Lucy) w Liverpool namawiając go do przyjazdu. Przepraszam za amatorskie tłumaczenie (tylko takie mam), za to perkusyjne solo na skrzynkach w wykonaniu ulicznego menela – fantastyczne:
Ponieważ w filmie na nic innego nie ma miejsca, piosenki stają się jego punktem centralnym, osią filmu, wokół której wszystko się kręci i wszystko od piosenek zależy. NIEMOŻLIWE, żeby jakiś tam – nieznany mi – aktor Joe Anderson (Max, brat Lucy) czy – równie mi nieznana – Pani Wood (Lucy) wykonali interesujący „cover” Beatlesów. Otóż możliwe. Nie wiem, na czym to polega, ale podejrzewam, że zasadniczą rolę odgrywa w tym obraz, świetnie zintegrowany z piosenkiami („Strawberry Fields Forever”, „Hey Jude”), choreografia (genialne „Happiness Is a Warm Gun” z … - o Matko Boska! - Salmą Hayek) i … mistrzowie (fenomenalne, gospel’owe „Let It Be” w wykonaniu Carol Woods, doskonały Joe Cocker w „Come Together” i brawurowy Bono w „I Am the Walrus”).
Poza tym, smaczku całej tej zabawie dodaje całe mnóstwo kapitalnych skojarzeń (odwołujących się nie tylko do Beatlesów, ale i do tych czasów w ogóle). Np.:
- Portret Brigitte Bardot (na ścianie) w scenie „With a Little Help From My Friends” – fanem BB, ponoć obsesyjnym, był John Lennon.
- Postacie Jojo i Sadie – to ewidentnie Jimmi Henrdix (choć aktor Martin Luther jest praworęczny) i Janis Joplin (choć Sadie – podobnie jak Joplin – pije „z gwinta”, ale „Jacka Danielsa” a jak wiadomo Janis piła „Southern Comfort”).
- Scena, w której Jude coś projektuje i kroi sobie jabłko – … „przypadkiem” wychodzi mu logo wytwórni „Apple Records”.
- Podwodna scena Juda z Lucy („Because”) – nawiązuje do słynnego zdjęcia Lennona i Yoko w magazynie „Rolling Stone”, autorstwa Annie Leibovitz.
- Koncert na dachu („Don't Let Me Down”) – nawiązuje do „dachowych” koncertów Beatlesów, z których co najmniej jeden przerwała policja.
- Taksówkarz wiozący Lucy na koncert Jojo i Sadie („Don't Let Me Down”) parkuje tuż przy niesamowicie pomalowanym samochodzie – to nawiązanie do słynnego (jest w muzeum) „psychodelicznego” Porsche 356C Janis Joplin.
- Siostry „Bang Bang Shoot Shoot” w scenie z „Happiness Is a Warm Gun” – to sklonowana Salma Hayek (montaż a nie sobowtóry) i choć nie wiem do czego nawiązuje, pomysł mi się podoba.
Na zakończenie ciekawostka raczej mroczna. Ok. 10 mln dolarów (słownie dziesięć milionów!) kosztowało wykupienie praw do piosenek. Pod warunkiem jednak, że … ani „Beatles”, ani „Lennon” ani „McCartney” NIE POJAWIĄ się w żadnych materiałach reklamowych i publikacjach dotyczących filmu czyli poster, okładka DVD (choć na polskiej Beatlesi są) itp. W efekcie Lennon i McCartney widnieją tylko w końcowej „liście płac”, bo tego właściciel praw autorskich nie mógł już oprotestować (Kto? Oczywiście – „Sony Music”). Polecam kuriozalny oficjalny trailer w którym nie ma słowa o Beatlesach.
Moim zdaniem „Across the Universe” jest bardziej „piosenkowy” niż filmy z samymi Beatlesami i równie „stylowy” jak „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band” z Bee Gees. Natomiast świetny dźwięk i niebanalne interpretacje są trudne do pokonania. Film mi się podobał, zapewne przez sentyment do Beatlesów, i za piosenki daję mu cztery gwiazdki, bo fabuła jest zbyt infantylna. Z drugiej strony rozumiem, że zbudowanie akcji i dialogów z samych tylko (już istniejących) piosenek, to zadanie trudne.
Jedynym, choć dla mnie nieistotnym, problemem filmu jest … target. Niby kto ma się podniecać psychodelicznym samochodem Janis Joplin czy tym, że „All You Need Is Love”? Ja i z pewnością jeszcze wielu innych, ale ilu nas jest? Dlatego nie dziwi mnie wcale, że film był wielką finansową klapą i zwrócił jedynie połowę swego (niemałego) budżetu.
Oczywiście starszym nastolatkom, im w szczególności, film serdecznie polecam i obiecuję, że przy „Let It Be” poczujecie dreszcze, „Hey Jude” Was z pewnością porwie a przy końcowym „All You Need Is Love” oczy Wam się spocą.
Across the Universe [2007, USA]
Reżyseria: Julie Taymor.
Scenariusz: Dick Clement, Ian La Frenais.
Zdjęcia: Bruno Delbonnel.
Grają:
- Evan Rachel Wood – Lucy (In the Sky with Diamonds) Carrigan.
- Jim Sturgess – (Hey) Jude.
- Joe Anderson – Max (Maxwell’s Silver Hammer) Carrigan.
- Dana Fuchs – Sadie.
- Martin Luther – Jo-Jo.
- T.V. Carpio – (Dear) Prudence.
oraz:
- Joe Cocker – Bum / Pimp / Mad Hippie.
- Bono – Dr. Robert.
- Eddie Izzard – Mr. Kite.
- Daniel Ezralow – Mother Superior (ksiądz w szpitalu).
- Salma Hayek – Śpiewające siostry (ze strzykawkami).
- Jeff Beck – spoza ekranu wykonuje instrumentalną wersję „A Day in the Life”.
Australia ****
Jest to 3-ci film Baz’a Luhrman’a, który widziałem i zapamiętałem. „Romeo i Julia” (1996) był post-modernistyczną ekranizacją dramatu Szekspira w scenerii gangów z lat 50-tych a „Moulin Rouge” (2001), dość „zakręconym” musicalem. Oba zdobyły wiele nagród i wprawdzie mogły się podobać lub nie, ale … nie dało się o nich zapomnieć.
Australia, 2008, Australia/USA
Reż:
Baz Luhrman
Grają:
Nicole Kidman - Lady Sarah Ashley
Hugh Jackman - Drover
David Wenham - Neil Fletcher
Bryan Brown - King Carney
Jack Thompson - Kipling Flynn
David Gulpilil - King George
Brandon Walters - Nullah
„Australia”, ach Australia … jest proszę Państwa współczesną wersją „Przeminęło z wiatrem”, czyli epicką, romantyczną opowieścią o losach arystokratki w krainie nigdy-nigdy. Opowieścią, której nie da się zapomnieć.
Uwaga! Mega-epicką, czyli do oglądania proszę się zabrać dość wcześnie, przygotować termos z herbatą i kanapki oraz mega-romantyczną, czyli do oglądania proszę przygotować chusteczki.
Niemniej jest to – jak inne filmy Luhrman’a – wystarczająco nowoczesna i „zakręcona” wersja epicko-romantycznej produkcji, żeby przyciągnąć uwagę. Świetne tempo, kapitalne dialogi (znający angielski ubawią się jego „australijską” wersją), doskonałe zdjęcia (ach te krajobrazy…) i fenomenalna gra Nicole Kidman w roli Lady Ashley. Jest i zabawnie i dramatycznie i heroicznie a – momentami – nawet subtelnie. Są też w „Australii” polonica. Rolę Iwana, właściciela baru w Darwin gra Jacek Koman, aktor z Bielska, który w latach 80-tych wyemigrował do Australii.
Historii, nawet w skrócie, opowiedzieć nie mogę, bo zepsułbym zabawę, ale moją ulubioną scenę z kangurem opiszę. … Lady Ashley jedzie na farmę męża w australijskim interiorze. Ostatni etap to podróż przez pustynię zapakowaną „powyżej brzegów” ciężarówką z tubylcami na dachu kabiny. Jadą sobie jadą aż tu nagle obok ciężarówki pojawia się stado skaczących kangurów. Lady zauważa je:
O! Kangur!
Cudowny.
Piękny.
Nigdy wcześniej nie widziałam kangura.
Patrz, skaczą.
- Tak, skaczą, mruczy Drover (kierowca).
To takie piękne.
Spójrz tylko na nie...
… nagle… trzask-prask i kangur pada. Zastrzelił go jeden z tubylców siedzących na „dachu”. Już po wszystkim położył go obok siebie, ale tak, że zgrabne nogi kangura dyndały (jak wycieraczki) przed oczyma przerażonej Pani Ashley.
Przyznaję, że film jakimś arcydziełem nie jest, ale mnie się podobał, wątpię by mógł się komuś nie podobać, więc z czystym sumieniem go polecam.
„Radio na fali” (The Boat That Rocked) ****

Uwaga! W czwartek, 29.07 o godz. 20:00 w CANAL+ wyświetlany będzie film „Radio na fali”. Jest to pierwszy film wyreżyserowany przez Richarda Curtisa, znanego angielskiego scenarzystę („Cztery wesela i pogrzeb” [1994], „Notting Hill” [1999], „Pamiętnik Bridget Jones” [2001], ”„To właśnie miłość” [2003]), film zrealizowany w doborowej obsadzie i z REWELACYJNĄ muzyką w tle.

„Radio na fali” to mocno sfabularyzowana historia pirackiej radiostacji (ponoć „Radio Caroline”), która w drugiej połowie lat 60-tych działała na statku pływającym po Morzu Północnym i nadawała … co tylko się dało odbierać (a chciało słuchać) za pomocą tranzystorowych radioodbiorników w Anglii. Jest to komedia, więc nie tylko „mocno sfabularyzowana”, ale i mocno przesadzona, więc nie należy zbyt serio traktować przytoczonych w filmie faktów, niemniej świetnie oddaje on atmosferę tamtych lat. Fascynacji muzyką, modą i wolnością, czyli seksem i rock and rollem (dragów nie zauważyłem).
Pana Hoffmana dawno nie widziałem w tak dobrej roli – tu – „Księcia”, brawurowo zagranego zakręconego prezentera radiowego. Prawie równie dobry jest Bill Nighy w roli właściciela wariackiego statku oraz – ucharakteryzowany na Hitlera – Kenneth Branagh w roli ministra, zapiekłego wroga radiowego piractwa.
Bardzo silną stroną filmu jest ścieżka dźwiękowa a piosenki (z tłumaczeniami) często tak sprytnie dobrane, że w wielu momentach stanowią jakby dodatkowy (i przezabawny) komentarz do scen. Akcji nie będę streszczał, bo film możecie jeszcze obejrzeć, zapewniam jednak, że mimo (silnie) dramatycznych wydarzeń wszystko – jak przystoi w komedii – skończy się dobrze. Kiedy oglądałem film miałem łzy w oczach, przypomniały mi się bowiem „modowe” urodzinki Marysi i z zachwytem usłyszałem Beatlesów, Rolling Stonesów, „The Kinks” i wiele, wiele innych bo muzyka ze statku nie była wyłącznie odbiciem „brytyjskiej inwazji”. Serdecznie polecam, bo choć przyznaję, że jakieś arcydzieło to nie jest, niewymyślna zabawa – gwarantowana a jak się skupić, to i dowcipy okażą się mniej rubaszne niż się na pierwszy rzut oka wydaje.
„Radio na fali”
Scenariusz i reżyseria: Richard Curtis
Obsada:
Philip Seymour Hoffman - The Count („Capote”, „Wojna Charliego Wilsona”, „Wątpliwość”)
Bill Nighy - Quentin (szalony rockman z “To właśnie miłość”)
Rhys Ifans - Gavin (“Notting Hill”, “Kroniki portowe”)
Nick Frost - Dave
Kenneth Branagh - minister Dormandy
January Jones - Elenore
Tom Sturridge - Carl
Jack Davenport - Twatt
Ralph Brown - Bob
Chris O'Dowd - Simon
Tom Brooke - Thick Kevin
Rhys Darby - Angus
Will Adamsdale - John
Katherine Parkinson - Felicity
Emma Thompson - Charlotte
Babel ****
"Babel" to trzeci z kolei film Alejandro Gonzaleza Inarritu. Zgodnie z zamierzeniem reżysera i scenarzysty ma on być dopełnieniem trylogii rozpoczętej przez "Amorres perros" i kontynuowanej w "21 gramach". Stąd Inarritu trzyma się konsekwentnie swojej dotychczasowej estetyki. Opowiada trzy, a właściwie cztery powiazane ze sobą historie rozgrywające się rownocześnie na trzech kontynentach. Dwie historie: amerykańskiego małżeństwa na wakacjach i pasterskiej rodziny rozgrywają się w Maroku, trzecia ma mejsce częściowo w USA, częściowo w Meksyku, a tłem czwartego opowiadania jest Tokyo.
Zdecydowanie na pierwszy plan wybija się historia marokańska. Pewnie dlatego, że jest najbardziej dramatyczna, grają w niej hollywoodzkie gwiazdy (Brad Pitt, Cate Blanchet) i porusza wążki obecnie temat spotkania kultury Zachodniej i muzułmańskiej.
Wątek meksykański wydaje się mało wyrazisty i właściwie trudno określić, co autor miał na celu w nim pokazać. Wniosek, że chodzi o uprzedzenia Amerykanów wobec Meksykańczykow wydaje mi się, jak na Inarritu dość płytki.
O dziwo najbardziej poruszająca wydaje się nowela japońska. Być może dlatego, że z punktu widzenia Europejczyka jest najbardziej egzotyczna i przesiąknięta duchem Japonii. Z jednej strony opowiada historię dylematów człowieka współczesnego, z drugiej pełna jest tego co kojarzy nam się z Japonią tradycyjną: spokoju, dystansu, minimalizmu.
Sam reżyser twierdzi, że "Babel" to film o braku komunikacji międzyludzkiej i problemach jakie z tego wynikają. Myślę, że nie chodzi tu tyle o komunikację, ale wogóle o bycie "ludzkim". W tym świetle zachodni turyści nie różnią się zbyt wiele o marokańskich pasterzy. Z drugiej strony, może nawet niejako wbrew zamierzeniom reżysera, film ukazuje ogromne różnice istniejące między poszczególnymi kulturami. Wniosek to dość zaskakujący, szczególnie w czasch myślenia w kategoriach globalnych. Nasuwa się więc myśl, skąd inąd głoszona przez niektórych badaczy współczesnego świata, że globalna jest być może gospodarka, ale nie kultura.
Z tej konfrontacji kultur można jeszcze wysunąc jedno stwierdzenie: problem polega po prostu na tym, że niektórzy ludzie myślą, a inni po prostu nie. Ci zazwyczaj, którzy są bardziej cywilizowani myślą więcej i jakoś bardziej budzą naszą sympatię.
Zdaje sobie sprawę, że byc może zabrzmi to rasistowsko (Jacek twierdzi, że jestem wykapaną Orianą Fallaci), ale czy sami nie przyłapaliście się na tym, że więcej sympatii budzi w was głuchoniema japońska dziewczynka niż brudni marokańscy chłopcy strzelający dla zabawy do autobusu?
Wydaje się więc, że największą siłą filmu "Babel" jest to, że zmusza nas on do refleksji nad otaczającym nas światem, ale właśnie w sensie globalnym. I choć może niektóre pytania wydadzą się nam odrobine pretensjonalne, myślę, że i tak warto choćby na dwie godzinny trwania filmu poddać się pewnej zadumie i jeszcze raz kilka problemów przemyśleć.
Bikiniarze (Стиляги) ****

Młody aktywista Mels, podczas „akcji prewencyjnej” (obcinanie włosów, niszczenie spodni, sukienek i nylonów) w letnim klubie moskiewskich dandysów poznaje Polzę, niezwykłej urody i delikatności dziewczynę, w której – łatwo się domyślić – zakochuje się bez pamięci. Miłość pcha go nie tylko w ramiona dziewczyny (spokojnie, wcale nie idzie niełatwo), lecz także w krąg jej towarzystwa – lekkoduchów, spędzających czas w klubach i na ulicach Moskwy lat 50-tych. Z czasem okazuje się, że ci kolorowi trefnisie i utracjusze to w rzeczywistości studenci prawa czy medycyny a łączy ich wspólna niechęć do codziennej szarzyzny, fascynacja modą i uwielbienie dla muzyki. „Pod wpływem” Mels nabywa saksofon, zaczyna grać i szybko staje się ulubieńcem zakręconego towarzystwa … oraz Polzy. Happy end?
Nie. Bo życie, wchłania jednego po drugim z grona rozchichotanych przyjaciół, rozmywa gdzieś radość i beztroskę. Tak, bo jak śpiewa Mels w końcowej, patetycznej scenie filmu:
„A wiesz, to nie było takie złe. Bo ten styl wyzwala od strachu.
Ta dziwna, zła i śmieszna epoka nie starła nas jednak na pył.
Zawsze pamiętać będziemy twarze i winylowych krążków czar… ”
Mels śpiewa? Tak, bo proszę Państwa „Bikiniarze” to … musical komediowy. Bez przesady, ale ze sporą liczbą świetnych piosenek genialnie wplecionych w fabułę i to nawet w jej części obyczajowej (a te są bodaj najlepsze).
Niezła muzyka (stylizowana, nie ma przebojów z „tamtych lat”), znakomita choreografia, genialne role Oksany Akinshiny (to jest taka 100% Miss Russia, ach…) i Sergeya Garmasha (ojciec Melsa) a nawet sam Mels, z plerezą i w żółto zielonej marynarce, przerysowany w swej naiwności i ufności jak ulał pasuje do tego sentymentalnego świata. Zresztą, cały film jest jak Mels. Naiwny i słodki, za to z całkiem inteligentnym przesłaniem – apoteozą „inności”.
Pod koniec filmu Mels – od przystojnego jak diabli Freda, który wrócił ze stażu w USA – dowiaduje się ze zgrozą, że bikiniarzy w Nowym Yorku … wcale nie ma a moskiewscy chłopcy byliby tam po prostu ŚMIESZNI. Mels to czuje (rozumie), ale złości się i samotnie stąpając opustoszałymi ulicami Moskwy intonuje tęskną, „pożegnalną” piosenkę. Aż tu nagle … przyłączają się do niego (kolejności nie pamiętam): irokezi, glany, dredy, rasta, rock, deski, kaptury, kriszna, hip-hop, moro, skóry, rowery, eko, lesbijki – cały tłum różnokolorowych mega dziwaków, przy których Mels (tym razem w niebieskiej koszuli i brązowo-żółtej marynarce) staje się … doprawdy pożałowania godny w swej „normalności”. Sam się zdziwiłem, że my – tu i teraz – aż tak jesteśmy fantazyjni … a nikogo to nie dziwi. Nikogo?
Jeśli zaś dziwi, to niech sobie zobaczy ten film z kapitalnymi scenami pogoni komsomolców za „bananową” młodzieżą i łapanek wśród sprzedawców płyt Charlie Parkera a może wtedy – na widok „irokeza” najdzie go jakaś pozytywna refleksja. Serdecznie polecam.

Bikiniarze (Стиляги) [2008, Rosja]
Reżyseria: Valeriy Todorovskiy
Grają:
- Anton Shagin - Mels
- Oksana Akinshina - Polza
- Maksim Matveev - Fred
- Sergey Garmash - ojciec Melsa
Cadillac Records ****
Z dużym niepokojem, za to z czystym sumieniem polecam ubiegłoroczny przebój amerykańskiego „kina muzycznego”, czyli film „Cadillac Records”. Został on – rozumiem i przyznaję, że słusznie – bezlitośnie schłostany przez krytykę i pewnie z związku z tym, pominięty przez polskich dystrybutorów. Tego akurat już nie rozumiem, bowiem jednym tchem wymienię kilka filmów, które ukazały się na naszych ekranach a były – określę to nieco pokrętnie – znacznie bardziej bezwartościowe.

Cadillac Records,USA 2008
Reżyseria: Darnell Martin
Grają:
Adrien Brody - Leonard Chess
Jeffrey Wright - Muddy Waters
Gabrielle Union - Geneva Wade
Beyoncé Knowles - Etta James
Columbus Short - Little Walter
Mos Def - Chuck Berry
Cedric the Entertainer - Willie Dixon
Eamonn Walker - Howlin' Wolf
Co więcej będę się upierał, że „Cadillac Records” bezwartościowym filmem wcale nie jest. Przedstawia, lepiej czy gorzej, historię wytwórni „Chess Records” założonej przed dwóch braci – Żydów polskiego pochodzenia – Leonarda i Philipa Chess’ów, urodzonych w Częstochowie pod nazwiskiem Czyż. Ich wytwórnia, mieszcząca się w Chicago, była na przełomie lat 50-tych i 60-tych ośrodkiem kreowania i rozpowszechniania czarnej muzyki, najpierw bluesa a potem rock and roll’a. W tej dziedzinie nie była to ani jedyna ani pewnie największa wytwórnia, niemniej muzycy z „Chess Records” byli WYŁĄCZNIE czarni a wielu z nich, z nimi także sama z wytwórnia, przeszło do historii muzyki rozrywkowej. Dość powiedzieć, że bracia Chess sprzedali, pod koniec lat 60-tych, „Chess Records”, założoną przez nich od zera, za 6.5 mln dolarów, co w tych czasach było liczbą wprost ASTRONOMICZNĄ.
Ale, ale. Na czym właściwie polega „wartość” filmu. Na muzyce, której w filmie jest sporo i to doskonale zrealizowanej (nie przesadzam, brzmi świetnie). Na idealnie dobranych aktorach (Jeffrey Wright – w roli Muddy Waters’a, Mos Def – w roli Chuck’a Berry’ego czy Cedric the Entertainer – w roli Willie Dixon’a) i nieźle dobranych bohaterach. Tej zgrai z epoki „sex, drugs i rock & roll”, jeżdżącej wyłącznie Cadillacami (stąd tytuł), której zdjęcia (z filmu) umieściłem już w zagadce. Po lewej: Willie Dixon, Lenny Chess i Muddy Waters, po prawej: Chuck Berry. Najbardziej ujęło mnie to, że z filmu dowiedziałem się (no proszę!), iż uwielbiany przez nas album „Red Blues” Pani Mary Coughlan … to są m.in. piosenki Etty James nagrane w „Chess Records”.
Jednej rzeczy tylko szkoda. Film wyraźnie sterował w kierunku Oscara dla głównej odtwórczyni roli żeńskiej – Beyonce Knowles, która zagrała w filmie „późną” gwiazdę „Chess Records”, Ettę James. (Chyba) z powodu tego „Oscara” film jest po prostu zdziecinniały i powierzchowny (inaczej Akademia by nie zrozumiała?) a rola Beyonce wyraźnie za duża jak dla niej. Niemniej ... Pani Beyonce śpiewa w filmie takie piosenki, że miałem łzy w oczach, kiedy film oglądałem i nie jestem w stanie się gniewać.
Film – dla młodzieży w celach edukacyjnych (będą nawet, w zabawnym epizodzie, „The Rolling Stones”) a dla starszych nastolatków w celach edukacyjnych i sentymentalnych – serdecznie polecam a cztery gwiazdki daję za niezłą muzykę oraz dobry pomysł jej przypomnienia i odświeżenia.
Closer (Bliżej) *****
„Closer” - film Mike’a Nicholsa (tego od Absolwenta), jest tym, co tygrysy lubią bardzo, być może dlatego, że tygrysy lubią teatr. Jest to typowy film bez bajerów ale za to o czymś - fascynuje mnie w nim budowanie akcji i dramatyzmu właściwie z niczego.W filmie grają świetni aktorzy (Oskar za rolę drugoplanową) "wyposażeni" w równie dobre dialogi (ze sztuki o tej samej nazwie) a niebanalny temat - "Jak się zadręczyć bez powodu, ale za to skutecznie" - poruszony jest nie tylko ciekawie ale i dogłębnie. Do tego doskonała muzyka ... a Julia Roberts robi zdjęcia. Co więcej trzeba?
Closer (Bliżej)
2004 - USA - 101 min. - Feature, Color
Director: Mike Nichols
Cast
Julia Roberts - Anna
Jude Law - Dan
Natalie Portman - Alice
Clive Owen - Larry
Nick Hobbs - Taxi Driver
Colin Stinton - Customs Officer
Production Credits
Mike Nichols - Director / Producer
Cary Brokaw - Producer
John Calley - Producer
Patrick Marber - Play Author / Screenwriter
Stephen Goldblatt - Cinematographer
John Bloom - Editor
Antonia Van Drimmelen - Editor
Tim Hatley - Production Designer
Hanah Moseley - Art Director
Mark Raggett - Supervising Art Director
Michael Haley - Co-producer / First Assistant Director
Mary Bailey - Associate Producer
Paul A. Levin - Associate Producer
Celia Costas - Executive Producer
Robert Fox - Executive Producer
Scott Rudin - Executive Producer
John Bush - Set Decorator
Ann Roth - Costume Designer
Ivan Sharrock - Sound/Sound Designer
Ron Bochar - Supervising Sound Editor
James Clayton - Co-Executive Producer
Paula Jalfon - Co-Executive Producer
Duncan Reid - Co-Executive Producer
Awards
--------------------------------------------------------------------------------
Best Supporting Actor (nom) Clive Owen 2004 Academy
Best Supporting Actress (nom) Natalie Portman 2004 Academy
Best Supporting Actor [Runner-up] (win) Clive Owen 2004 Boston Society of Film Critics
Best Adapted Screenplay (nom) Patrick Marber 2004 British Academy Awards
Best Supporting Actor (win) Clive Owen 2004 British Academy Awards
Best Supporting Actress (nom) Natalie Portman 2004 British Academy Awards
Best Ensemble Acting (nom) 2004 Broadcast Film Critics Association
Best Supporting Actor (nom) Clive Owen 2004 Broadcast Film Critics Association
Best Supporting Actress (nom) Natalie Portman 2004 Broadcast Film Critics Association
Best Director (nom) Mike Nichols 2004 Golden Globe
Best Picture - Drama (nom) 2004 Golden Globe
Best Screenplay (nom) Patrick Marber 2004 Golden Globe
Best Supporting Actor (win) Clive Owen 2004 Golden Globe
Best Supporting Actress (win) Natalie Portman 2004 Golden Globe
Best Ensemble Acting (win) 2004 National Board of Review
Best Picture (nom) 2004 National Board of Review
Best Supporting Actor (win) Clive Owen 2004 New York Film Critics Circle
Best Supporting Actor (win) Clive Owen 2004 Toronto Film Critics Association
Czarny łabędź (Black Swan) *****

Nie można bez końca słodzić, więc w przeciwieństwie do dwóch ostatnio recenzowanych filmów „Czarny łabędź”, także niezły, jest filmem raczej mocnym. Użyłem „raczej”, żeby niepotrzebnie nie straszyć, niemniej filmu Darrena Aronofskiego do rozrywkowych nie zaliczyłbym.
Nina (Natalie Portman) jest młodą baletmistrzynią w zespole przygotowującym się do premiery „Jeziora łabędziego”. Role są jeszcze nieobsadzone – wiadomo tylko tyle, że nie weźmie w nim udziału dotychczasowa primabalerina (Winona Rider), która – mówiąc kolokwialnie – poszła w odstawkę. Reżyser spektaklu (Vincent Cassel) wykorzystując sytuację rynkową – popyt, czyli liczba dziewcząt marzących o TEJ roli, znacznie przewyższa podaż (jest jedna TAKA rola) – cynicznie steruje dziewczętami, tak skutecznie i do tego stopnia, że z niewinnych nastolatek stają się drapieżnymi, gotowymi na wszystko zdzirami.
Uwaga! Tu najgorsze. Reżyser, teatr jako instytucja a w końcu i widzowie (płacę, więc oczekuję!) mają gdzieś, jakim (niematerialnym) kosztem spektakl się zrealizuje. Liczy się efekt, nic w tym złego, ale proszę szanownych Państwa czy myślicie, że jeśli inscenizacja odbywa się w sztafażu sceny jakiegoś Wielkiego Teatru, to różni się aż tak bardzo od jatek gladiatorów w Koloseum? Aronofski sugeruje, że wcale nie, i może jest to ta myśl, która mnie najbardziej zaintrygowała.
Nie lubię i to patologiczne, filmów o szaleństwie, nawet jeśli to jest szaleństwo „w dobrej sprawie”. Rywalizację w sztuce, balet czy samego Czajkowskiego trudno w końcu uznać za coś złego, chyba że … rywalizacja jest chorobliwa. Niemniej zamiar, by – wszak dość infantylną – intrygę „Jeziora” (Biały łabędź zakochuje się w księciu, Czarny łabędź księcia uwodzi a Biały, z rozpaczy, rzuca się w przepaść) zaprezentować w świeżej i współczesnej formie (oraz w dwóch planach - na scenie i poza nią) tak mnie wciągnął, że wytrzymałem wszystko. I pękające paznokcie w palcach stóp i „śniadanka” z (połowy) grejpfruta oraz kupki białego sera i odstawianie pluszowych misiów (poszły do zsypu) na rzecz amfetaminy.
Świetna rola Natalie Portman, bardzo dobre zdjęcia i montaż (aktorka nie jest przecież baleriną a nie widać). Scena w garderobie w antrakcie spektaklu jest wprost genialna – na naszych oczach roztrzęsiona, spanikowana panienka (ten Biały) przeistacza się w okrutnego, bezwzględnego wampa (ten Czarny). Smutno tylko, że akurat góruje „czarne” i samoniszcząca ambicja i to w świetle reflektorów oraz wiwatów publiczności. Pocieszam się myślą, że reżyser – dla wzmocnienia plastyczności przekazu – trochę przesadził i naprawdę w tym balecie aż tak źle nie jest. Serdecznie polecam, to na prawdę dobry, ostry film, choć zanadto pesymistyczny.
Czarny łabędź (Black Swan) – USA 2010
Reżyseria – Darren Arnofsky
Grają:
Nina Sayers/ The Swan Queen – Natalie Portman.
Lily/The Black Swan – Mila Kunis.
Thomas Leroy/ The Gentleman – Vincent Cassel.
Erica Sayers/The Queen – Barbara Hershey.
Beth MacIntyre/ The Dying Swan – Winona Ryder.
Czeski błąd (Kawasakiho růže) ****

Zemsta odkładana na później przeobraża się w coś fałszywego, w prywatną religię, w mit z każdym dniem bardziej oderwany od występujących w nim osób, które w micie zemsty pozostają ciągle takie same, chociaż w rzeczywistości (chodnik bez przerwy się porusza) są już dawno kim innym. [„Żart” – Milan Kundera]
To jedno ważne zdanie z powodzeniem mogłoby posłużyć za streszczenie filmu, którego wyjątkowo idiotyczny polski tytuł sugeruje komedię i to z jakąś trywialną pomyłką. Nic z tego. „Czeski błąd” jest czeską wersją naszej „Rysy”. „Czeską”, czyli nie-aż-tak-tragiczną, prawdziwszą i bardziej ludzką. A żadnej pomyłki nie ma.
Nie mogę zdradzać treści, więc powiem tylko, że w życiu znanego dysydenta, profesora Pavla Joska – za sprawą „życzliwego” mu, pracującego w telewizji zięcia – następuje nagłe trzęsienie ziemi. W postaci … dokumentów świadczących nie tylko o jego współpracy z UB, ale też o „prywatnym” (a nawet „rodzinnym”) świństwie. Rękami UB Pavel „wysłał na emigrację” swego rywala z czasów młodości i do dziś, udało mu się to jakoś utrzymać w tajemnicy. Trzęsienie ziemi przekształca się powoli w cyklon („czeski”, czyli nie-aż-tak-tragiczny i bardziej ludzki), który gromadzi (prawie) wszystkie osoby dramatu na smutnym spotkaniu w domu profesora, gdzie w kasandrycznym nastroju dochodzi nie tyle do jakiegoś cudownego „wybaczenia”, lecz – po prostu – do pogodzenia się z losem. Kata i ofiary. Na szczęście „czeskiego”, czyli ze śladem filozoficznego uśmiechu gdzieś w tle i z taką liczbą mocno niecenzuralnych słów, że gdybym tylko kilka z nich chciał zacytować, z pewnością zamknięto by nasz portal.
Jest to jedna z ostatnich scen w filmie, która wprost genialnie zestawiona zosała przez reżysera z kolejną. Sceną urodzin w domu byłego funkcjonariusza Kafki – przed laty „prowadzącego” Joska. Rodzinne szczęście, świeczki w torcie, wnuczęta na kolanach. Jedna wielka, p… idylla.
...
- Mieliśmy w tym udział, aby szkołę przerwał.
- Załatwiliśmy kilka nocnych rewizji u nich w domu, również u ich rodziców...
- I co drugi dzień wezwania na przesłuchanie.
- Interesuje nas każdy szczegół, jeszcze nie wiemy do czego, ale wszystko może się
jakoś... no wiecie, przydać.
- Dowiedzieliśmy się o chałturach, które go miały trzymać przy życiu. To go od nich odcięliśmy.
- Miał skłonności do rozwiązywania spraw piciem, to go rozpiliśmy.
- Wahał się co do ślubu, wspieraliśmy go w tych wahaniach.
- Był zazdrosny, daliśmy mu powód. [fragment wywiadu z przemiłym (dr Sova nie potrafi być niemiły) UB’kiem Kafką, który zaklina się, że papierosów na szyi przesłuchiwanym nie gasił, więc nie widzi powodu by miał się CZEGOKOLWEK wstydzić]
Czeski błąd (Kawasakiho růže)
Reżyseria: Jan Hřebejk
Scenariusz: Petr Jarchovský
Obsada:
Lenka Vlasáková – Lucie
Daniela Kolářová – Jana
Martin Huba – Pavel („Obsługiwałem angielskiego króla”)
Ladislav Chudík – Kafka (dr Sova ze „Szpitala na peryferiach”)
Das Leben der Anderen - Życie na podsłuchu ***
Jestem co najmniej „nieco” zawiedziony po obejrzeniu tego dość głośnego i nagradzanego filmu. Z jednej strony, jak się dobrze zastanowię, to przyczepię się do paru szczegółów – czyli nie mam się czego czepiać. Z drugiej jednak strony, gdyby nie szum wokół filmu chyba nie zwróciłby mojej uwagi. Jedni dobrzy – prości, szczerzy i naiwni do bólu, drudzy – także do bólu źli, prymitywni i bezmyślni.
Szczegółów nie zdradzam, bo bez nich film nie ma sensu, krótko tylko opowiem, że STASI postanawia wziąć pod obserwację pewnego znanego NRD’owskiego dramaturga Georga Dreyman’a. Wyznacza do wykonania zadania wybitnego specjalistę od inwigilacji, prawdziwego cyborga („bez serc, bez ducha ...” - niezła rola Ulrich'a Muhe), tak „stalowego”, że aż szczypie. Cyborg nie śpi, nie je, nie pije (nic nie czyta, nie ogląda a bzyka tylko prostytutki) za to … słucha. Słucha, pisze raporty i .. (najprawdopodobniej) myśli, bowiem w trakcie inwigilacji zachodzi w nim przemiana. Cyborg przeprowadza sprytną akcję, w wyniku której Dreyman zostaje uwolniony od podejrzeń.
To nieco za mało – w moim rozumieniu - na „rozliczenie z przeszłością”. W filmie brakuje mi bowiem pytań: skąd, po co i dlaczego? Nie ma pytań, więc nic dziwnego, że nie ma też odpowiedzi. Rozumiem, że film przedstawia epizod, maleńki fragment z całego morza paranoi i bezsensu, ale nawet taki epizod może być materiałem do zastanawiania i przemyśleń. No … powinien być.
„Życie na podsłuchu” nie tylko takim materiałem do przemyśleń nie jest, ale – co gorsza - jest w nim prawdziwie romantyczne (znaczy XIX wieczne) podsumowanie typu „kawa na ławę”, które trwa z 10minut i dowiadujemy się w nim, że dobrzy odnoszą sukces a źli pogrążają się w cieniu zapomnienia. Jakby tego było mało, na deser – już po latach – główny bohater wykrywa w końcu, na podstawie teczek (!), że jego zbawcą był agent HGW XX/7 i temu to cyborgowi dedykuje swoją najnowszą książkę pod znamiennym tytułem „Sonata o dobrych ludziach”.
Ja Cię przepraszam! O dobrych ludziach?
Dobry rok (A Good Year) ***
Wczoraj byliśmy na filmie „Dobry Rok”. Bardzo dobrym filmie na niedzielne, deszczowe przedpołudnie. Młody, pławiący się w sukcesach yuppie z londyńskiego City dziedziczy (niespodzianie) po ukochanym kiedyś (ale już zapominanym) wujku, dom z winnicami na południu Francji. Jedyne co przychodzi mu na myśl, to szybko i z zyskiem go sprzedać, więc udaje się do Prowansji gdzie … zaczynają się kłopoty. Maksa dopadają wspomnienia, silną wolę osłabiają zwalające z nóg pejzaże a racjonalizm ulatnia się w powietrzu gęstym od seksu. Traci głowę, zakochuje się, rzuca to durne miejskie życie w diabły - brawo, super aha!
To warto zobaczyć, tym bardziej, że Russell Crowe w bardzo dobrym stylu gra tę rolę. Podobał się on nawet Marysi, co jest wprost niesamowite i można zaliczyć do najwybitniejszych osiągnięć aktora. Już dawno bowiem Russell Crowe został zaliczony przez Marysię do kategorii bezmyślnych atletów – ale nie pytajcie mnie na podstawie jakiego filmu, bo tego to nie wiem.
Mam wrażenie, że „zwalające z nóg pejzaże i powietrze gęste od seksu” podziałały nie tylko na Maksa z londyńskiego City, lecz także – a to już szkoda – na Pana reżysera. W wyniku czego:
- Świetna rola Russell’a jest niestety jedyną rolą w tym filmie, no … może jeszcze oprócz wujka Henry’ego, którego także nieźle (a nawet lepiej) gra Albert Finney. Pozostałe to wyłącznie role – choć całkiem dobre - nawet nie drugoplanowe. Czyli. „Dobry Rok” komedią romantyczną nie jest mimo, że zabawnych scen nie brakuje, jak choćby ta z francuskojęzycznym nawigatorem w samochodzie „Smart”. Wyraźnie brakuje jakiejś „Pani”, bo przemiła Fanny Chenal (grana przez Marion Cotillard) - jest bardziej ze wspomnień niż z rzeczywistości.
- Niezły, wręcz sensacyjny pomysł z tajemniczym winem wujka Henry’ego, jakoś sam „zanikł” w trakcie trwania filmu, czyli „Dobry Rok” filmem sensacyjnym nie jest. Zagadki nie tylko nikt nie rozwiązuje, za to wszyscy o niej zapominają.
- W Londynie wszystko jest „plastikowe” i „niebieskie”. Zimne i industrialne. W Prowansji wszystko jest „złote” i „zielone”, skąpane w ciepłym jesiennym słońcu, ewentualnie zasnute mgiełką poranka. Sielsko - anielskie. Na taki „chłyt”, nawet żelazny wilk, minister M. dałby się nabrać i stwierdziłby z pewnością, że nastoje prowansalskie są PORAŻAJĄCO SŁODKIE.
Wiem – czepiam się – ale tylko dlatego, że mi żal. Film naprawdę warto zobaczyć, bo na pewno lekko i przyjemnie spędzicie 2 godziny w kinie, ale … do głupkowatej zabawności „Francuskiego pocałunku” czy tajemniczej nastrojowości „Ukrytych pragnień” sporo mu brakuje.
Dobry rok (A Good Year)
USA 2006, 118 min.
Reżyseria: Ridley Scott
Grają:
Freddie Highmore - Young Max
Albert Finney - Uncle Henry
Russell Crowe - Max Skinner
Rafe Spall - Kenny
Archie Panjabi - Gemma
Richard Coyle - Amis
Didier Bourdon - Francis Duflot
Isabelle Candelier - Ludivine Duflot
Marion Cotillard - Fanny Chenal
Duma i uprzedzenie ***
W sobotę odwiedziliśmy z Marysią kinoplex w Bielsku Białej gdzie mieliśmy zaszczyt obejrzeć kolejną ekranizację (poprzednie 1940, 1980, 1995) powieści Jane Austen. Film, moim zdaniem wyraźnie dla Pań, i to dojrzałych, zrealizowany został w konwencji teatralnej. Niepotrzebnie, bo w ten sposób główny nacisk położono na dialogi i zbliżenia, a taka realizacja stanowi trudne wyzwanie dla aktórów. Niestety jedynie Keira Knightley (Elizabeth Bennet) uniosła ten ciężar, jej świetna gra jest zresztą ozdobą filmu i to chyba na niej cały film się "oparł". To niestety za mało, bo Matthew MacFadyen (Mr. Darcy) jest beznadziejnym "ślimokiem" a nie prawdziwym Panem Darcy a reszta - z wyjątkiem może Donald'a Sutherland'a - tylko poprawna.
Za beznadziejnie nieostrą kopię kinoplex'sowi daję podwójną dwóję (2) - zdjęć więc nie jestem w stanie ocenić. Choć pannie Bennet należy się (5) z doskonałą rolę, reszta była na tyle zwykła, że w sumie oceniam film na (3). Zupełnie nie rozumiem fascynacji AMG - 4 gwiazdki to doskonała ocena i nie wiem skąd by się miała wziąć. Inna sprawa, że film ma na koncie masę nagród, więc to raczej ja się na nim nie poznałem a świat filmowy się zachwyca. Dumny, i to bez powodu, to może i jestem ale tego, że jestem uprzedzony, nie przypuszczałem.
Jeśli ktoś już lubi Jane Austen, ę-ą, czasy, które dawno minęły, lepiej poszukać w wypożyczalni serialu z 1995 roku z Colin'em Firth'em w roli Pana Darcy.
Colin Firth grał, m.in, w "Pamietniku Bridget Jones" i może przez zupełny przypadek (ale miło pomysleć, że to przemyślany żart) grał w nim zupełnie podobną rolę - "dumnego Pana Darcy". Oznaczałoby to, że czasy, które minęły wcale nie minęły a zastępując ę-ą wyrażeniami typu "cool" i "trendy" otrzymalibyśmy z "Dumy i uprzedzenia" całkiem współczesny dramat obyczajowy. To dobrze świadczy o Pani Jane Austen, ale Panu reżyserowi Joe Wright'owi (a) nie przyszło to na myśl, (b) wybrał nie tych aktorów. Wyszło coś w rodzaju ekranowej lektury, jak np. "Zemsta" Wajdy, tyle że brakuje w nim Polańskiego, Gajosa, Seweryna i Figury.
Ha! Dopiero teraz zrozumiałem fascynację AMG filmem "Duma i uprzedzenie"! Oni, w ameryce, nie mają Polańskiego, Gajosa, Seweryna i Figury, więc jeśli jakiś aktor wzruszy się na ekranie nieco bardziej przekonywująco niż Arnold Schwarzenegger - to są już w zachwycie.
Pride & Prejudice
2005 - USA / UK - 126 min. - Feature, Color
AMG Rating: ****
Director: Joe Wright
Elitarni (Tropa de Elite)
Opis, zapozyczony z "filmweb":
Jest rok 1997, do Rio de Janeiro ma przylecieć papież Jan Paweł II. Przełożeni wyznaczają kapitanowi Nascimento (należącego do oddziałów specjalnych policji) eliminację dilerów ze slumsów. Kapitan bardzo angażuje się w zadanie, jednocześnie pragnąc odejść ze służby, gdyż żona spodziewa się dziecka i naciska na niego, żeby ten odszedł z policji. Nascimento jest zmuszony znaleźć godnego sobie następcę. Potencjalnymi kandydatami zostają dwaj przyjaciele z dzieciństwa: skrupulatny, ale też lekko wybuchowy Neto, oraz spokojny Matias. Obydwaj dopiero co wstąpili do służby.
Elitarni (Tropa de Elite)
Polecam rowniez:
Elitarni 2 - ktory pokazuje, ze wrog jest po obu stronach barykady
Factotum - *
Factotum - w tym filmie też ręce maczali Norwegowie. To kanadyjsko - norweska koprodukcja. Odnoszę wrażenie, że koprodukcja to jedno z najgroźniejszych słów w filmowej terminologii i prawie zawsze oznacza zmarnowane pieniądze na bilet.
Factotum nie jest wyjątkiem. Autorzy porwali się na rzecz niezmiernie ryzykowną - próbę ekranizacji prozy Charlesa Bukowskiego. Epatowanie obrzydliwością, wynaturzona pornografia i swoista mroczna poetyka jego książek nie wydają mi się w ogóle przekładalne na język filmowy. W każdym razie na pewno nie w głównym nurcie kina. To co powstało, to mdła i bezsensowna selekcja epizodów z różnych opowiadań, dopchana kilkoma poetyckimi sentencjami wyrwanymi z kontekstu. Na dodatek usunięcie brudu, krwi, rzygowin (i kilku jeszcze substancji pochodzenia organicznego), z całego klimatu Bukowskiego uczyniło banalną historyjkę o facecie szukającym pracy. Na jawną prowokacje zakrawa ilość słonecznego światła i ładnych nasyconych kolorów w poszczególnych kadrach filmu. werdykt brzmi: totalne nieporozumienie.
Fados ****
… Powiedział Bóg czarownicy, że urodziłam się by śpiewać.
Bardzo lubię, kiedy mnie – już mocno starszego nastolatka – nagle coś zaskoczy. Nie mam na myśli zaskoczenia jakimś nowym odkryciem czy wyjaśnieniem natury ciemnej energii, ale ujawnieniem czegoś zwykłego i dla wielu zupełnie „normalnego”, o czym po prostu nie wiedziałem.
A nie wiedziałem, w ogóle, nic o fado, któremu poświęcony jest jeden z ostatnich filmów Carlosa Saury. Nadal o fado wiem niewiele, ale wiem już, że jest to „miejska” muzyka z Portugalii (głównie Lizbony), nostalgiczna i kołysząca, wykonywana przez śpiewaków i śpiewaczki o wysokich, dramatycznych głosach z charakterystycznym zaśpiewem. Specjalnie napisałem „śpiewaczki”, bo „fadistki” z pewnością nie są piosenkarkami.

Film Saury – piękny, dźwięczny i taneczny – nie jest dokumentem o fado, lecz zręcznym i sympatycznym zobrazowaniem jak to się śpiewa i gra. Występuje w nim plejada współczesnych wykonawców fado, śpiewająca w otoczeniu kolorowej scenografii, wsparta tancerzami, gitarzystami oraz krystalicznym obrazem i dźwiękiem. Muzyka wciąga, mimo (a może dlatego) iż jest lekka i przyjemna, ale – co nie zmienia faktu, że film bardzo mi się podobał i serdecznie wszystkim polecam – Saura przedstawił w filmie chyba nieco zbyt „artystyczną” wizję fado.
Bo fado jest to w zasadzie muzyka kawiarniana. Specjalnie nie napisałem „folklorystyczna” (a mogłem), bo folklor kojarzy się ze wsią a to jest zdecydowanie muzyka „miejska”, co więcej (nie jak w wielu innych przypadkach – np. „Felka Zdankiewicza”) szykowna i tchnie, co chyba najbardziej mnie ujęło, elegancją … przedwojenną.

Fadistki (śpiewaczki fado), proszę państwa, przynajmniej te z wyższej półki, to są – bez wyjątku – panie „wizytowe”, w stylu Lauren Bacall, a panowie – bez wyjątku – w stylu Humphrey’a Bogarta. Uwaga! Teraz, dzisiaj, w świecie rocka, hip-hopu czy rapu są takie dziewczyny (bez przesady, Mariza ma 37 a Dulce Pontes 41 lat), które występując w kawiarni noszą długie (takie naprawdę długie, które „suną” po ziemi) suknie jak z jakiegoś filmu.
Wszystko to byłoby w zasadzie ciekawostką lub jakimś lokalnym, portugalskim fenomenem a każdy muzyczny purysta (taki np. Marcin) z łatwością zauważyłby, ze fado „trąci” nie tylko myszką, ale i naszą Eleni. To prawda … gdyby nie gitarzyści fado, którzy znacznie podnoszą poziom (muzyczny) tego gatunku oraz … niezliczone kluby (piwnice) fado, w których niezliczona liczba sprawnych śpiewaków i śpiewaczek śpiewa niezliczone pieśni fado w towarzystwie niezliczonej liczby bardzo sprawnych gitarzystów. A te kluby – jak śpiewające w nich (bez mikrofonów !) panie i panowie – zaskakujące niespotykaną, romantyczną (a nawet sentymentalną) atmosferą, są czymś, co chętnie bym odwiedził zatapiając się w tym współczesnym niedzisiejszym świecie. Zobaczcie sami – prawdziwe fado z Lizbony.
Dla porównania przedstawiam też artystyczną wizję fado, we fragmencie filmu Saury. Śpiewa Mariza (to ona urodziła się, by śpiewać) i … nie da się przy tym nie kołysać.
Generał Nil
Dawno już nie zamieszczałam na portalu żadnych recenzji, choć kilka dobrych polskich filmów weszło w zeszłym roku na ekrany (Boisko bezdomnych, Rysa, 33 sceny z życia). Tym razem jednak chodzi o film, którego nie mogę pominąć milczeniem i nawet wobec panującego powszechnie w moim życiu braku czasu pragnę go zareklamować. Przede wszystkim dlatego, że w obecnie panujących nastrojach związanych z tak zwaną polityką historyczną, którą niestety zapoczątkował PIS, film o główno dowodzącym Kedywem (Kierownictwo Dywersji- zbrojne ramię AK organizujące głównie działania dywersyjne) generale Auguście Emilu "Nilu" Fieldorfie może się wydawać kolejnym nudnym gniotem, na który zostaną zapędzeni uczniowie szkół średnich. I może szkoda, że tak się nie stało, ponieważ film ten mówi o wiele więcej o skomplikowanych wojennych i powojennych losach narodu polskiego niż wszędzie reklamowany "Katyń".
Po pierwsze warto zaznaczyć, że "Generał Nil" jest po prostu filmem dobrym, to znaczy są w nim świetne zdjęcia, odpowiednia muzyka, zrytmizowany montaż, odpowiednio dobrany dzwięk i słychać co mówią aktorzy, a to już jak na polskie warunki oznacza prawie arcydzieło, a przynajmniej jest to dobry punkt wyjścia, żeby za pomocą tej ze znawstwem opanowanej techniki filmowej opowiedzieć ciekawą historię. I tak się też dzieje. Choć historia jest dość nieskomplikowana, opowiada życie generała Fieldorfa od 1944, poprzez aresztowanie pod fałszywym nazwiskiem i powrót do Polski w 1947 roku, aż do aresztowania w 1950 roku i skazania na karę śmierci (wyrok wykonano), to na jej tle udaje się reżyserowi poruszyć wiele istotnych problemów związanych z powojenną historią Polski: w jaki sposób formowała się władza ludowa, czy byli to Rosjanie, Żydzi, a może jednak Polacy, na co wobec tego byli narażeni AK'owcy i ich rodziny, jak w ogóle żyło się w tamtych czasach nawet najzwyklejszym ludziom. Do tego dochodzi sfera ideałów i honoru, poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które prawie każdy sobie wtedy zadawał, czy chodzi o (prze)życie czy o lojalność wobec tego o co się walczyło, czy zostać czy wyjechać z Polski? Wszystkie te problemy w jakiś sposób zostają w filmie unaocznione, ale dzieje się to bez martyrologicznego patosu i to chyba jest główną zaletą filmu. Jak zwykle w takich przypadkach histoira choć opowiada o konkretnym człowieku, zyskuje pewien wymiar uniwersalny, a do tego jest doskonałą lekcją współczesnej historii Polski.
Poza tym na film składa się kilka genalnych scen, w miniaturze pokazujących na czym polegał "tamten"- totalitarny świat, jak chociażby scena posiedzenia sądu najwyższego. Przede wszystkim jest to jednak doskonała rola Olgierda Łukaszewicza, który ostatnio już trochę zapomniany cierpiał samotność w domu aktora, a który udowodnił, że nadal potrafi stworzyć żywą postać, której losy angażują nas emocjonalnie. Warto też wspomnieć o samym reżyserze Ryszardzie Bugajskim, który brawurowo rozpoczął karierę filmem, wszystkim nam chyba znanym "Przesłuchanie", potem zajmował się głównie teatrem telewizji, ale film "Generał Nil" świadczy tylko i wyłącznie o tym, że nadal jest wytrawnym reżyserem filowym, który w swojej twówczości postanowił zgłębiać skomplikowane losy Polski i Polaków w XX wieku.
P.S. Gwiazdek nie daję, to by jendak było jakoś tak niehonorowo.
Good Night, and Good Luck ***
Szkoda, bo niewiele brakowało a mógłby to być bardzo dobry film. Świetna rola David‘a Strathairn’a, który choć gra nieprawdopodobnie sztywno (celowo - odtwarzając autentyczną postać dziennikarza Edwarda Murrow’a), w drobnych gestach i prawie niezauważalnej mimice twarzy zawiera takie emocje, że aż dech zapiera - majstersztyk aktorski. Ciekawy jest też pomysł z paradokumentalnymi zdjęciami. Film jest czarno-biały (czego nie znoszę, bo uważam za tani chwyt pseudoartystyczny) co akurat do filmu Clooney’a niezwykle pasuje i niemal „teatralny” w formie. Żadnych ulic, pejzaży – samo studio i kilka pokoi.
Film opisuje ważny epizod z historii amerykańskiej telewizji (CBS) - heroicznej walki z bezsensem i paranoją komisji McCarthy’ego. Bohaterami są dziennikarze programu informacyjnego „See It Now” i jego główna postać - Edward Murrow, który po dramatycznych ale bardzo stonowanych komentarzach (jak by się to dziś przydało!) żegna się z widzami słowami „Good night, and good luck - stąd tytuł filmu.
Wszystko bardzo mi się podobało i przez 90min z zaciekawieniem patrzyłem jak McCarthy jest „be” a chłopcy są „OK”. Jak niezwykle odważnie mówią prawdę, mimo, że - uwaga! - ich program może stracić reklamodawców (cóż za stres!) a w efekcie mogą ich przenieść - o matko! - w porę niższej oglądalności (to już horror!). Do 90-tej minuty czekałem na jakiś dramat. Nawet był taki - samobójstwo kolegi z innego programu – ale konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy jaki to miało związek z programem Murrow’a. W ostatnich minutach jednak się doczekałem, dramatem nieco powiało. Program – choć był super, brawo, aha! – zdjęto z wizji, bo … ludzie pragną rozrywki.
A więc tak:
Opowiem Wam pasjonującą historię o alfabecie. Pierwsza litera, to „A”. Potem, choć to się może wydawać dziwne, występuje w alfabecie litera „B”. Teraz uwaga! Wyobraźcie sobie – to wprost nieprawdopodobne – zaraz za „B”, dosłownie natychmiast po nim, występuje w alfabecie litra … jaka? Tak! „C”.
Moim zdaniem to są przejaja! Albo coś przeoczyłem, albo Clooney myśli, że wszyscy jesteśmy cymbałami. W efekcie - zupełnie niepotrzebnie - film świetnie nadaje się na lekcje wychowania obywatelskiego w gimnazjum, bo dla normalnego, dorosłego widza wszystko jest tak oczywiste, że aż szczypie i … jest po prostu nudne.
Nie mogę tego Clooney’owi wybaczyć, bo temat zimnowojennej histerii w USA w latach 50-ty jest mi dziwnie bliski – pewnie przez tragiczne postaci fizyków, którzy brali udział w realizacji projektu Manhattan. Wcale nie uważam tego za nudne oraz mało dramatyczne.
Za łopatologię i smrodek dydaktyczny daję tylko 3 gwiazdki, ale film obejrzyjcie, bo David Strathairn jest boski. Natomiast Panu Clooney’owi (wiem, znęcam się) poleciłbym polską sztukę p.t. „W sprawie fizyka Roberta Oppenheimera” (na motywach powieści Jarosława Putika) z 1971 roku z Markiem Walczewskim w roli głównej.
Good Night, and Good Luck
Feature, B&W, USA 2005, 93 min.
Director: George Clooney
Grają:
David Strathairn - Edward R. Murrow
George Clooney - Fred Friendly
Robert Downey, Jr. - Joe Wershba
Patricia Clarkson - Shirley Wershba
Frank Langella - William S. Paley
Jeff Daniels - Sig Michelson
Imię róży - wywiad z reżyserem *****
Na DVD z „Imieniem róży” zaciekawił mnie - chyba jeszcze bardziej niż sam film - wywiad z reżyserem. „Wywiad” to zresztą złe słowo i „zaciekawił” także, bo dokument z Jeane-Jacques’em Annaud trwał 1:50 i wciągnął mnie chyba nie mniej niż sam film. Jeśli nawet wziąć pod uwagę, że sporo faktów w nim zawartych to marketing i reklama, to i tak przedstawiono w nim obraz nieprawdopodobnego wprost „krzątactwa” związanego z filmem.
Czy ono jest konieczne? Pewnie nie, bo jeśli widz traktuje mnichów w habitach trochę jak smoki z bajki, to i tak wysiłek uprawdopodobniania wszystkiego do perfekcji i absurdu wygląda na niepotrzebny. Tylko tak wygląda, bo w rzeczywistości jest on sposobem na budowanie „świata”. Taki świat wcale nie musi być prawdziwy, za to musi być „kompletny”, nawet w, z pozoru nic nie znaczących szczegółach. W „Imieniu Róży”, podobnie jak w Tolkienie - wiesz, że takiego świata nie ma, a mimo to czujesz, masz wrażenie, jakby był. Jest to nieco tajemnicze, ale sądzę, że dzieje się to za sprawą dbałości o drobiazgi dotyczące postaci, wnętrz, wydarzeń itp. Można jak Tolkien - zupełnie zmyślać - ale jest inne wyjście - wiernie odtwarzać. Niemniej i jeden i drugi przypadek wymagają niezwykłego krzątactwa (pracowitości) i wiary w to (szacunku), że końcowy efekt w znacznym stopniu zależy ilości energii włożonej w każdy szczegół. Tylko jedna rzecz mnie niepokoi. Gdzie tu twórczość i artyzm oraz boska dekadencja, no gdzie?
Niezależnie od wszystkiego, Jeane-Jacques mnie ujął i zaciekawił. W wypowiedziach był (wydawał się) prawdziwy i zaangażowany (a może to zaleta dobrego dokumentu?). Jest rzadkim, wśród ludzi sztuki, przypadkiem bardzo miłej równowagi pomiędzy „świśnięciem” a zdrowym rozsądkiem. Dla porównania, Wajda jest nieco za mocno „świśniety” a Zanussi, zdecydowanie za mocno racjonalny. Podobne, jak Jeane-Jacques, wrażenie zrobił na mnie kiedyś Russell Crowe - w wywiadzie z nim w Actors Studio. Bardzo się wyróżnił spośród całej plejady pozerów, która się w tych wywiadach przewinęła (to seria nadawana na Ale Kino), bo, o ile pamiętam, nie wypowiedział ani jednej podejrzanej „mądrości” (... mój tata zawsze powtarzał, że najlepiej rąbać drzewo o świcie ...) - widocznie też się jakoś da - mówił ciekawie, dowcipnie i niegłupio. Natomiast, ale tak niestety podejrzewałem, wyjątkowym pozerem wydał mi się Jammie Fox (genialna rola w Ray'u), którego wizytę w Actors Studio oglądałem ostatnio. Przepowiadam mu niebywałą karierę, choć nie jest to wcale to, co tygrysy lubią najbardziej - za to takich „country boys” uwielbiają amerykanie. W jednej 30-to minutowej rozmowie: płakał (niedawno zmarła mu matka), śpiewał „Georgia on My Mind” i parodiował Morgana Freeman’a. Nie pamiętam ANI JEDNEGO zdania, które wyglądałoby choć trochę na prawdziwe, autentyczne i po prostu „Jammiego”. Tylko show!
Infiltracja *
Martin Scorsese choć mając już te swoje 64 lata nadal pozostaje płodnym reżyserem. A szkoda. Działa tym tylko na własną niekorzyść. Jego ostatnie filmy ("Gangi Nowego Jorku", "Aviator") to może nie były arcydzieł pokroju "Taksówkarza" czy "Wśiekłego byka", ale były to filmy dobre. Wszyscy chcielibyśmy zapamiętać Martina jako kultowego fotografa życia Małej Italii, ale niestety sam Martin skutecznie nam to utrudnia. Jego najnowszy film pod tytułem "Infiltracja" (boże! cóż za okropny tytuł), nawiązujący właśnie do ulubionego przez Scorsese kina gangsterskiego jest po prostu filmem złym. I nie ratuje go nawet Jack Nicholson, który wygląda jakby przyjechał na plan prosto z joggingu i nawet nie zdążył się uczesać. W dresie i z miną bazującą jego diabolicznym emploi wogóle nie przypomina szanowanego przez wszystkich szefa gangu.
Nie uratował Martina nawet Leonardo DiCaprio, który przez cały film epatuje miną zbitego spaniela, która jakoby miała ilustrować jego wewnętrzne rozterki. Najlepiej już radzi sobie z tym wszystkim Matt Damon, który jednak byłby o wiele bardziej miarodajny w roli dobrego, a nie złego chłopca. Gwoździem do trumny jest z kolei aktorka (Vera Farmiga)grająca główną rolę kobiecą (jakby w Hoolywood brakowało atrakcyjnych aktorek, które chciałyby zagrać w filmie Martina Scorsese), którą Scorsese wygrzebał z jakiś durnych amerykańskich seriali.
Gdyby chociaż chodziło tu o zła grę aktorską... okazuje się niestety, że narracja jest też do niczego. Nie chodzi o to co Scorsese opowiada, ale jak. Film jest po prostu nudny, brak mu jakiegoś rosnącego napięcia, jakiegoś wyraźnego konfliktu, wszystko jest miałkie i niewyraźne. Montaż czasami sprawia wrażenie jakby zabrakło im jednej sceny pomiędzy dwoma cięciami. To nie jest nawet brak artyzmu, ale brak podstawowej umiejetności dobrego i ciekawego opowadania jaka jest niezbędna każdemu reżyserowi. Może Scorsese ma alzheimera?
Na dodatek film na imdb ma 8,5 gwiazdki na 10, a w Stanach został już okrzyknięty jednymn z najlepszych filmów Martina Scorsese i murowanym kandydatem do Oscara! No comments.
Jako ciekawostkę jeszcze dodam, że "Infiltracja" jest remake'iem filmu z Hong Kongu, który niedawno mogliśmy oglądać w polskich kinach pod tytułem "Infernal affairs". W rolach głównych grają w nim Andy Lau i Tony Leung, którzy Matta i Leo po prostu przerastają o głowę. I wogóle cały ten film z Hong Kongu jest o wiele lepszy niż wypociny stetryczałego Scorsese. Więc jeżeli lubicie dobre sensacyjne kino i nie macie problemów z rożróżnianiem skośnookich to polecam wszystkim "Infernal affairs".
Jak we śnie ****
Film wejdzie na polskie ekrany dopiero w listopadzie, ale wart jest polecenia więc już teraz o nim piszę. Michel Gondry (czyt. Miszel Gondri) jest Francuzem, ale swoją karierę filmowca rozpoczynał w USA tworząc zakręcone wizualnie teledyski dla Bjork, Fatboy Slim i Chemical Brothers. "Jak we śnie" to jego trzeci długometrażowy film. Poprzedni "Zakochany bez pamięci" też był obecny na polskich ekranach.
Gondry ma swój specyficzny styl, któremu pozostaje wierny. I albo się go akceptuje albo nie. Uwielbia trochę szalone historie z pogranicza snu i jawy, gdzie nigdy nie wiemy do końca co wydażyło się naprawdę, a co było tylko wymysłem wyobraźni bohaterów. Oprócz tego jest dużo zabawnych klasycznych animacji (wycinanki z paperu, chmury z waty i drzewka z wełny), a wszystko to idealnie przeplata się z obrazem codziennego Paryża i monotonii zwykłego życia. Bohaterowie są śmieszni, ale dzięki temu sympatyczni. Gondry ma dla nich wiele czułości. W końcu "Jak we śnie" to film o miłości, której bohaterowie nie potrafią nigdy zrealizować. Ale nie popadajmy w przesadę, nie brak też w nim dobrego humoru: do moich ulubonych scen należy ta z wyrzucaniem telewizora do rzeki. Jednakże najbardziej niesamowity jest świntuszący szef, który instruuje naszego nieśmiałego bohatera jak się macha językiem podczas pocałunku.
Mocną stroną filmu są wykonawcy głownych ról: Gael Garcia Bernal i Charlotte Gainsbourg (córka słynnego Serge'a), którzy po prostu umieją świetnie grać i sprawiają wrażenie, że chyba nawet w życiu prywatnym nie brak im wyobraźni. Oczywiście nie jest to film bardzo ambitny, raczej po prostu zabawny i pogodny, który przenosi nas, niczym Piotruś Pan, do krainy wyobraźni i pozwala choć na chwilę zapomniec jaki smutny i okrótny jest ten świat.
Jak zostać królem (The King’s Speech) *****

Dosłownie kilka dni temu dowiedziałem się, że jeden z naszych znajomych, zachęcony recenzją filmu „Turysta” wybrał się na ten film do kina – i nie pożałował. To oznacza, taką mam przynajmniej nadzieję, że nasze teksty w portalu (jak można pisać „NA” portalu?) czasem mają jakiś sens.
Zachęcony tą reakcją i dla odwrócenia uwagi od (nieco) burzliwej dyskusji na temat „lodu” spieszę donieść o kolejnym filmie, który moim zdaniem warto obejrzeć. Idiotyczny polski tytuł sugeruje coś zupełnie innego a film jest po prostu historią o – przypadkowym i zupełnie niechcianym – objęciu tronu angielskiego (jako Jerzy VI) przez księcia Alberta, jednego z prawnuków królowej Wiktorii.
Albert (Colin Firth), jak by to powiedziała Bożenka, był 100 procentową pierdołą. Nieśmiały, lękliwy, (jako dziecko) skłonny do płaczu i … potwornie jąkający się. A ponieważ w Anglii król nie służy do niczego innego tylko do przemawiania, nikogo mniej odpowiedniego, jako kandydata na tron Wielkiej Brytanii nie można sobie było wyobrazić. Konieczność objęcia tronu po starszym bracie była dla biednego „Albercika” wręcz osobistą tragedią.
Fabuły oczywiście nie mogę zdradzić, ale powiem tylko, że wieloletnia, wytrwała kuracja pod okiem australijskiego logopedy Lionela Logue’a (Geoffrey Rush) przyniosła nadspodziewany efekt. „Albercik” stał się niezwykle popularnym angielskim królem (pobiła go dopiero córka – Elżbieta II) a jego wystąpienie (fascynująca scena w studio radiowym – ależ suspens – zatnie się w końcu na amen, czy nie?) w momencie wybuchu II Wojny światowej, nadawane przez BBC, stało się wydarzeniem historycznym.
Film, a ja bardzo to lubię, ma formę nieomal teatralną. Dialogi i dynamiczne, ostre zbliżenia (to już mniej teatralne) są sporym wyzwaniem dla aktorów, ale zarówno Firth jak i Rush nie tylko sprostali temu wyzwaniu – obaj zagrali swe role życia. Colin Firth („Duma i uprzedzenie”, „Pamiętnik Bridget Jones”, „Dziewczyna z perłą”) jest po prostu FENOMENALNY w tej swojej nieporadności bezustannie rywalizującej z dumą i (dobrze ukrytym) majestatem. A Rush? Jakby predestynowany do obłędu („Blask”, „Zatrute pióro”) genialnie odtwarza osobowość mocno zakręconego, za to konsekwentnego i zaangażowanego nauczyciela.
Zwróciłem też uwagę na rewelacyjne zdjęcia Danny Cohena („Radio na fali”). Np. scenę rozmowy w spowitym mgłą parku. Przez mgłę mocno prześwieca słońce, eksponując (w dalekich planach) same sylwetki postaci i nadając rozmowie niezwykły, magiczny klimat. Zaciekawiło mnie to, bo zjawisko „słonecznej mgły” jest raczej rzadkie – ja spotkałem się z nim, co najwyżej kilka razy w życiu. Jak to nakręcono?
Świetni aktorzy, doskonałe zdjęcia, klasyczny, za to znakomicie opowiedziany motyw „brzydkiego kaczątka” – bez wahania daję 5 gwiazdek i przewiduję, że film będzie wielokrotnie nagradzany. Polecam serdecznie.
The King's Speech – Australia/UK 2010
Reżyseria – Tom Hooper.
Zdjęcia – Danny Cohen.
Grają:
Król Jerzy VI – Colin Firth.
Lionel Logue – Geoffrey Rush.
Królowa (małżonka) Elżbieta – Helena Bonham Carter.
Edward VIII – Guy Pearce.
Winston Churchill – Timothy Spall.
Arcybiskup – Derek Jacobi.
Jasminum ****

Właśnie ukazał się na DVD kolejny bardzo dobry film Pana Jakuba z tych „lżejszych” (Historia kina w Popielawach, Szabla od Komendanta). Tym razem Pan Kolski opowiada, dowcipnie i poważnie zarazem – o … zapachach. Bardzo charakterystyczne jest to „dowcipnie i poważnie zarazem”, bo okazuje się, że konwencja przypowieści ludowej, w której Pan Jakub się lubuje, właśnie do takiej dychotomii idealnie pasuje. Bajka z morałem?
Genialna rola Gajosa, równie dobra Fenrency’ego, kapitalna Gienia (skąd ją Kolski wytrzasnął?), tajemnicza i ulotna atmosfera klasztoru jakże pasująca do rozmów i opowiadań o miłości i zapachach - czy coś wiecej jeszcze trzeba? No ... wprost cudny film.
Niestety Pan Jakub jest trochę słaby w puentach i nie inaczej jest w „Jasminum”. To brak, za który obniżam ocenę do 4 gwiazdek. Co się dziwicie?
Jasminum, Polska 2006, 103 min
Scenariusz i reżyseria: Jan Jakub Kolski
Muzyka: Zygmunt Konieczny
Zdjęcia: Krzysztof Ptak (autor zdjęć do Nikifora !)
----------------------------------
Obsada:
Janusz Gajos jako Brat Zdrówko
Grażyna Błęcka–Kolska jako Natasza
Grzegorz Damięcki jako Brat Śliwa
Adam Ferency jako Ojciec Kleofas
Krzysztof Pieczyński jako Brat Czeremcha
Dariusz Juzyszyn jako Brat Czereśnia
Wiktoria Gąsiewska jako Gienia
Monika Dryl jako Patrycja
Patrycja Soliman jako Jasminum
Bogusław Linda jako Zeman
Krzysztof Globisz jako Burmistrz
Franciszek Pieczka jako Święty Roch
Kierowca Wiery - ****
Oryginalny tytuł: Voditel dlya Very
Rosja/Ukraina, 2004
Reżyseria: Pavel Chukhray
Scenariusz: Pavel Chukhray
Zdjęcia: Igor Klebanov
Muzyka: Edward Artemiew
OBSADA
Yelena Babenko: Vera
Bogdan Stupka: Generał Serov
Igor Petrenko: Viktor
Andrei Panin: Saveliev, adiutant
Yekaterina Yudina: Gornichnaja Lida
Marina Golub: Zinaida
Film nie jest nowy więc pewnie część z Was już go widziała.
Ja - szczerze polecam.
Film trochę podobny do "Spalonych Słońcem" (dlatego cztery gwiazdki) jednak dużo bardziej współczesny w odbiorze. Piękne widoki, amerykańska muzyka (?) i przejmująca historia, która na dłużej pozostaje w pamięci. Więcej nie napiszę, żeby nie zdradzić najciekawszego.
Kontrolerzy ****
Ludzie! Już 6 tygodni temu, Tomek zadał na zadanie domowe obejrzenie filmu "Kontrolerzy". I co?
Przyznałem się, że widziałem go pobieżnie, i wczoraj "poprawiłem" się ponownie go - ze zrozumieniem - ogladając. Gdyby nie zdecydowana polemika Tomek - Monika, zadanie miałbym łatwiejsze, a tak, co nie napiszę, zostanie odczytane jak ustosunkowywanie się do recenzji a nie do filmu. Trudno.
Pewnie powtarzam się, ale uważam, że film niekoniecznie musi mieć jakieś czytelne przesłanie. Sam fakt, że są w nim godne uwagi sceny, dialogi czy postacie, zupełnie wystarczy do tego, żeby wciągał i skłaniał do myślenia. Kontrolerzy na pewno to mają, a najlepszym dowodem jest sama polemika na jego temat - żadna z dotychczasowych recenzji nie wygenerowała tylu uwag!
Oboje przesadziliście (sprytne, nie?), film bowiem nie jest ani zły ani wybitny, natomiast trzeba go - koniecznie - obejrzeć. Bo to jest, moim zdaniem i w bardzo dużym "skrócie", węgierska wersja "Misiów" oraz "Dni świrów". Może on jest i "z przepisu", ale nawet zupę z przepisu trzeba umieć zrobić, nie mówiąc o filmie.
Kobieta miś rzeczywiście jest niezła, ale to jeszcze nic w porównaniu z zasypiającym ze złości Mukim. Oj! Ile bym dał za taką przypadłość - wszyscy by mnie wtedy kochali. Boski jest "motorniczy", doskonały "Biegacz" (ten co sikał sprayem), niezły gestapo - dyrektor. Szczególnie dobrze zarysowane są główne postacie, świetna jest ponad połowa filmu (do scen u psychologa). Pod koniec za bardzo dochodzi do głosu element "mistyczny", co mi psuje wrażenie, bo film z tragikomedi przeistacza się - skąd i po co? - w dramat, nieomal jak z Tarkowskego. Symbolika mi nie przeszkadza - lubię sie symbolicznie powygłupiać. Zniosę też symbolicznie dręczenie psychicznie, ale połącznie tych obu? Rozumiem, że pomysł z dwuznacznym "zakapturzonym" (kto to w końcu, ach kto?) był trudny do "zakończenia" na śmieszno ale ... sam Pan chciał, Panie reżyserze.
Tylko jedną rzecz z filmu oceniam jednoznacznie negatywnie - muzykę. Od kiedy to przyjęło się - i nie daj Boże, pewnie już tak zostanie - że w podziemiach musi walić techno? Techno czy jakiś inny trans-dance wali już z "National Geographic", "Discovery" oraz "Eurosportu". Czy kurwa (bardzo serdecznie Państwa przeraszam, bardzo serdecznie), w kinowym filmie, naprawdę nie da się zastosować na ścieżkę dźwiekową czegoś innego?
Kontroll(erzy), film z przepisu
Zachęcona dawnymi namowami Tomka w końcu postanowiłam obejrzeć węgierski film "Kontrolerzy". Główną żeby nie powiedzieć jedyną zaleta tego filmu jest fakt, że jest węgierski. Czyli egzotyczny, a jednocześnie głęboki, no bo wiadomo, Europa wschodnia... Na dodatek jest śmieszny sam z siebie, bo już samo słuchanie języka węgierskiego bawi. Ale co poza tym, niby jakaś historia, z jednej strony realistycno-kryminlna, z drugiej metafizyczno-niepokojąca rodem z "Królewstwa" Larsa von Triera. Do tego główny bohater mieszkający w ciemnościach, kobieta miś, i demoniczna postać w czarnym kapturze. Tylko po co??? Próba wmówienia mi przez pana deklamującego na początku filmu, że losy węgierskich konduktorów są symbolem... czegoś tam, jakoś nie bardzo do mnie przemawia. Symbolem czego? Dość mglista dla mnie jest ta metafora. I nawet jeżeli pewne tropy chodzą mi po głowie, to nie odważe się ich tu napisać, bo najgorsze co może robić krytyk to nadinterpretować.
Niezrozumienie w moim przpadku, pogłebiły jeszcze nieumiejętności narratorskie realizatorów. Opowiadać niestety trzeba umieć, a brak tej umiejętności może zniechęcić widza nawet do najciekawszej historii. Zupełnie niepotrzebne dłużyzny przedstawiające problemy kontrolerów z motłochem i samymi soba, ktore po prostu po minucie juz przestają być śmieszne i stają sie wręcz nudne. Aż ma czlowiek ochote wziąć myszke w dłoń i popchać troche kreseczkę na dole ekranu, żeby szybciej sie skończyło.
Oczywiście moze ja po prostu jestem głupia i tej fantastycznej głębii i symboliki najzwyczajniej w świecie nie widze. A może po prostu jej tam nie ma.
"Kontrolerzy" to taki film z przepisu na kino artystyczne. Europa wschodnia + upadły intelektualista + mroczność/zagadka + szara codzienność urastająca do rangi mistycznej prawdy i juz mamy film, który conjmniej wyświetla na kilku festiwalach. Ludzie obejrza, pokiwają głowami, powiedzą "och i ach" (bo na festiwalu tak wypada) i juz gotowe dzieło.
A tak naprawde to tylko pic, dla tych ubogich duchem, co nie umieją odrożnić prawdziwej sztuki od marnego silenia się na sztuke.
Królowa *****
Prawdopodobnie czytając streszczenie nikt nie uwierzy, że może być to dobry film. Bo właściwie historia jest dość prosta, raczej z prasy brukowej. Tony Blair zostaje wybrany na premiera, kilka dni później Diana umiera w wyniku wypadku, tymczasem królowa Elżbieta jedzie na wakacje i nie za bardzo się Dianą, której nienawidzi przejmuje. Jednak okazuje się, że pod Buckingham Palace miliony ludzi opłakują śmierć Diany więc Tony dzwoni do królowej i prosi ją, żeby jednak jakoś to skomentowała. Królowa na początku nie ulega presji tłumu, ale w końcu się ugina.
Tę historię zna każdy Anglik, który regularnie czytywał wtedy "Sun", a i z pewnością wielu Polaków. Choć ja przyznam, że o tym wszystkim dowiedziałam się dopiero z filmu Frearsa. Trudno nawet stwierdzić co tak konkretnie sprawia, że w filmie "Królowa" temat z prasy brukowej zamienia się w filmowe arcydzieło. Z pewnością jest to zasługą Helen Mirren, która brawurowo zagrała królową Elżbietę II, za co już dostała Złoty Glob, a i może prawie napewno liczyć na Oscara.
Być może też dlatego, że refleksja Frearsa wychodzi dużo dalej poza opowiadaną anekdotę. Film właściwie jest o spotkaniu tradycji z nowoczesnością i pytaniem czy ta tradycja jest nam nadal potrzebna. Jest coś takiego pewnie w każdym Angliku i we Frearsie też, że nawet jeżeli nie lubi królowej to ją szanuje. W każdym razie Tony Blair ją szanuje, a jego żona nie - świetna scena spotkania małżonków z Królową.
Jest też spotkanie królowej z jeleniem, nie na rykowisku, ale prawie. A jednak mimo wszystko Frearsowi udaje się uniknąć banału i prostoty. Z jednej strony stara się być może trochę uczłowieczyć królową, ale już jej męża nie oszczędza.
Jest to więc film o fenomenie Królowej czyli czymś czysto brytyjskim, z drugiej jednak strony zadaje pytanie o potrzebę tradycji i autorytetów we współczesnym, nowoczesnym świecie. A poza tym ilu z was wiedziało, że królowa z wykształcenia jest mechaniekiem samochodowym?
Kumple - ****
Kumple (angielski tytuł brzmi Buddy, oryginalny mi umknął). Szczerze rekomenduję. To kolejny świetny film z Norwegii, któremu udało się przebić do polskich kin. Film bardzo europejski, bardzo świeży, nie powtarzający żadnych schematów (przynajmniej nie na tyle natrętnie bym jako laik to zauważył). Jest o przyjaźni, miłości, zaufaniu, o marzeniach i o układaniu życiowych priorytetów. Mimo poważnego przesłania, kino jest jednocześnie dość lekkie i rozrywkowe. Można się głośno pośmiać, są momenty na obgryzanie paznokci, są momenty by uronić łzę ze wzruszenia. Wcale nie ma za to wytężonego moralizowania. Najmniej udany jest chyba wątek miłosny – uroczy, choć troszkę naiwny. Rekompensuje to (przynajmniej mnie) uroda aktorki w nim uczestniczącej. Swoją drogą ciekawe, czy w Oslo mają dziś więcej śniegu niż w Katowicach.
Latający mnich i tajemnica da Vinci ***
Dawno nie widziałem tak mizernego filmu z tak ogromnym potencjałem. Film nikomu nie zaszkodzi, ale nie mam serca jakoś specjalnie go polecać, natomiast nie mogę przemilczeć, że …
Bohaterem filmu, czyli „latającym mnichem” jest brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru. Burzliwa (zbójecka) historia jego młodości i tajemnicze rękopisy Leonarda (Dan Brown?) są już marketingowym pomysłem Pani scenarzystki, a szkoda, bo jest to postać historyczna (Franz Ignatz Jäschke), wystarczająco ciekawa, żeby nakręcić o niej film.
Cyprian, o którym – przyznaję – nie wiedziałem był bowiem pierwszym botanikiem Pienin (także Tatr) i zgromadził imponującą kolekcję roślin (czyli zielnik) z tego terenu. Był również zafascynowany lataniem i studiował mechanikę skrzydeł ptaków.
„… Byłem w Spiskiej Beli na placu, gdzie na polecenie arcybiskupa Nitry Ladislava Mattyasovszkého z Markušoviec spalono tę diabelską machinę. Została ona wykonana przez o. Cyprian z klasztoru lechnického (który od kamienia, z którego jest zbudowany, ludzie nazywają Czerwony Klasztor). Podczas spalania, obecnych było wiele osób i kanoników Kapituły Spiskiej…[Wiki.sk]”

Legenda głosi, że Cyprian zbudował inny zestaw skrzydeł, bardziej przemyślany i trwalszy, na którym zdecydował się na lot z wysokiej skalistej góry. Nikt nigdy nie widział go od czasu.
I to się zgadza, bo wzbijając się z Trzech Koron, brat Cyprian doleciał aż do Morskiego Oka, gdzie – za bezczelność i ku przestrodze mu współczesnych oraz przyszłych pokoleń – został zamieniony w skałę. Stoi tam do dziś, pod nazwą „Mnich”.
Za intrygujące historyczne skojarzenia i – naprawdę – fantastyczne zdjęcia klasztoru oraz Pienin dałbym więcej gwiazdek, ale film jest nieco nudnawy i nieumiejętnie (oraz niepotrzebnie) sugeruje „głębię” (zbrodnia – pokuta - zbawienie), której wcale nie udało się autorom przekazać. Szkoda.
Latający mnich i tajemnica da Vinci (Legenda o lietajúcom cypriánovi) [2010, Czechy, Polska, Słowacja, Węgry]
Scenariusz i reżyseria: Mariana Čengel-Solčanská
Zdjęcia: Ramúnas Greičius , Stefan Bucka
Grają:
- Marko Igonda - Cyprián
- Aleksandr Domogarow - Valent Greš
- Paweł Małaszyński - Martin
- Karolina Kominek-Skuratowicz - Barbora
- Ivan Romančík - Albert
Lektor (The Reader) *****

Naprawdę dawno nie widziałem takiego dobrego filmu! 5 gwiazdek to może nieco przesadzona ocena, ale z zasadzie oduczyłem się już widywać filmy, w których ktoś odważa się mówić o czymś ważnym i to serio. Co więcej łatwiej chyba powiedzieć, o czym film NIE JEST, niż o tym o czym jest. Jest bowiem o miłości, odwadze, lojalności, odpowiedzialności, wreszcie śmierci – czyli o wszystkim. Historia opisywana w filmie obejmuje ze 40 lat, lecz nic się nie wlecze a choć film dotyczy najważniejszych spraw w życiu, nie ma w nim ani jednej patetycznej sceny. Nie ma też ducha „dydaktycznego” (a mógłby mieć, oj tak!), a choć losy bohaterów są raczej tragiczne, to nie ma też w filmie atmosfery przygnębienia jakby (dziwne) w tych trudnych momentach bardziej coś „zyskiwali” niż tracili. Wreszcie – last but not least – książki. Są w filmie od początku do końca, są przyczyną i skutkiem, są podnietą, nadzieją i ukojeniem.
Lektor, The Reader (AKA Der Vorleser) (Niemcy, USA - 2008)
Reżyseria: Stephen Daldry
Scenariusz: David Hare (na motywach powieści Bernhard’a Schlink’a)
Zdjęcia: Roger Deakins
Grają:
- Kate Winslet - Hanna Schmitz
- David Kross - Michael
- Ralph Fiennes - Starszy Michael
- Bruno Ganz – prof. Rohl
Młody chłopak spotyka przypadkiem na ulicy dojrzałą panią. Szybko nawiązuje się między nimi romans, erotyczny oczywiście (i to bardzo – naprawdę ładne sceny erotyczne), ale też intelektualny. Chłopak (młody Michael Berg grany przez Davida Kross’a) bowiem, … przed i po … czyta Pani (Hanna Schmitz grana przez Kate Winslet) książki. Romans trwa przez jedno lato i kończy się nagłą „ucieczką” Hanny. Wyjeżdża i zostawia młodego Berga rozkochanego, nieszczęśliwego, roznamiętnionego. Ale nie przybitego. Dużo czyta, uczy się, życie intymne już mu się jednak nie układa (i nie ułoży).
Po latach Berg - już student prawa - w ramach seminarium, wraz z kilkoma studentami, uczestniczy w procesie byłych SS’manek. Tu znowu książka – oskarżonymi w procesie są strażniczki opisane w autobiograficznej książce Ilany Mather, która (była wtedy dziewczynką) uratowała się, jako jedyna z matką, spośród uczestniczek jednego z „marszów śmierci”. A – o zgrozo - Berg stwierdza, że jedną z oskarżonych jest … Hanna Schmitz. Tu przerywam (choć róg trzymam), dodam tylko, że Berg (już grany przez Ralpha Fiennes’a), choć znajomości z Hanną nie odnowi, do końca życia będzie jej czytał książki. Ponieważ zaczął czytać Hannie i nagrywać taśmy z książkami gdzieś w roku 1976, zakładam, że jest to data wymyślenia – dziś mocno popularnych - audiobook’ów.
Zdradzę tylko, że w procesie Hanna dostała najwyższy wymiar kary (nie panikujcie, w Niemczech nie ma kary śmierci) także z powodu książek. Obciążającym dowodem był bowiem raport z wydarzeń napisany – jak stwierdziły jej koleżanki SS’manki – przez Hannę. Kiedy sąd zaproponował badanie charakteru pisma, Hanna natychmiast się przyznała gdyż … była niepiśmienna, trzymała to w tajemnicy od 40-tu lat i miała zamiar to robić do końca. Biedny Michael wiedział (domyślał się), nie powiedział i do końca życia już się nie dowie, czy zrobił dobrze. Być może dlatego reżyser powierzył rolę starszego Berg’a Ralph’owi Fiennes’owi, najbardziej oziębłemu, omdlewającemu i chorowitemu aktorowi jakiego znam.
Finnes to jedyny błąd w filmie. Za to David Kross bardzo dobry a Kate Winslet? Rola życia. Gorąco polecam.
Na koniec dygresja, wprawdzie niezwiązana z filmem, ale „Lektor” mocno mnie zainspirował. Modna ostatnio Pani Erika Steinbach jest wyznawczynią pewnej „specyficznej” sprawiedliwości. Specyficznej? Nie – prawniczej. Jak w filmie zauważył prof. Rohl:
- Społeczeństwo myśli, że trwa dzięki temu, co zwie się moralnością. To nieprawda. Społeczeństwo trwa dzięki prawu. Praca w Auschwitz nie czyniła winnym. Zatrudnionych było tam 8 tys. ludzi. Skazano 19 osób, z tego 6 za morderstwo. By udowodnić morderstwo, należy udowodnić zamiar. O to chodzi w prawie.
- Pytanie nie o to, "czy to było złe?", ale czy to było "zgodne z prawem?". I nie z teraźniejszym prawem, lecz z prawem tamtych czasów.
- Ale czy to nie... (jeden ze studentów)
- Jakie?
- ...zbyt zawężone?
- O tak, prawo jest wąskie. Z drugiej strony, podejrzewam, że ludzie, którzy zabijają innych są świadomi, że postępują źle.
A ja podejrzewam, że niektórzy (np. Pani E.S.) nie są tego świadomi. Wobec tego próbują porównywać czy zestawiać ze sobą tragedie, zakładając, że – w imię tej „wąskiej”, prawniczej sprawiedliwości – ma to jakiś sens. Ma, ale … już wyobrażam sobie co może być (czy będzie nie wiem) w „Centrum przeciwko Wypędzeniom”. Np. archiwalne zdjęcia dzieci, z Opolszczyzny czy Pomorza, w oberwanych spodniach i z tobołkami oraz ich rodziców na przeładowanych drabiniastych wozach z rozrzewnieniem patrzących na opuszczane – piękne i zadbane – ich domy rodzinne. Wyobrażam też sobie, że nie będzie zdjęć archiwalnych tych samych domów kilka lat wcześniej. Pięknych i zadbanych, przyozdobionych czerwonymi flagami ze swastyką z tymi samymi rodzicami i ich dziećmi w brunatnych (lub czarnych) koszulach (mundurach) dumnie podnoszącymi prawą rękę w geście pozdrowienia ukochanego wodza. Nawet nie śmiem wspomnieć o innych archiwalnych zdjęciach.
Inny dialog z filmu, z sali rozpraw.
- Czy zdawała sobie pani sprawę, że wysyła pani te kobiety na śmierć?
- Tak, ale... ciągle przyjeżdżały nowe kobiety. Poprzednie musiały ustąpić im miejsca.
- Pani chyba nie rozumie.
- Nie można było trzymać wszystkich. Nie było miejsca.
- Chodzi mi o to, że... Spróbuję inaczej. Po to, żeby zrobić miejsce, wskazywała pani: "ty, ty i ty zostaniecie posłane na śmierć"?
- A co pan by zrobił?
- ...
- Nie powinnam była zaczynać pracy w Siemensie?
Hanna, choć niepiśmienna, na szczęście szybko zrozumiała, że nie „o pracę w Siemensie” tu chodzi. Natomiast Pani E.S – choć piśmienna – jakoś tego nie kapuje. Jej myślenie opiera się na zasadzie - jeśli Franek ukradnie Ci samochód a potem Frankowi ktoś ukradnie telewizor, to z – z tego „wąskiego”, prawniczego punktu widzenia – zdarzenia te nie są ze sobą związane. Nie są też powiązane przyczynowo-skutkowo ani moralno-etycznie. Czy można to myślenie przenieść na zdarzenia „Holocaust – Wypędzenia”? Wątpię.
W procesie w filmie Hanna została osądzona bardzo niesprawiedliwie. W porównaniu z koleżankami. Choć niepiśmienna, na szczęście szybko zrozumiała, że nie „o taką” (prawniczą) sprawiedliwość tu chodzi i nie ma takiej sali sądowej, na której wymierza się sprawiedliwość w takich sprawach. Może w ogóle nie ma takiej sprawiedliwości? W związku z tym „zamknęła się” na całe lata. A Pani E.S – choć piśmienna – jakoś tego nie kapuje.
Życie jest cudem ****
To już nienowy film, ale pojawił się w kanałach cyfrowych (CANAL+FILM) i zdecydowanie wart jest obejrzenia. Następne jego „pojawienia się” (Uwaga! Trwa 150min!) to:
- 2 kwietnia, godz. 20:00
- 4 kwietnia, godz. 01:00
- 9 kwietnia, godz. 00:40
Czytałem, że film „…ma wszystkie cechy typowe dla kina EMIRA KUSTURICY: nieprawdopodobną fabułę, karykaturalny sposób przedstawiania świata i groteskowy humor wykorzystujący niemal slapstickowe gagi.” To wszystko prawda, ale i nieprawda. Film ZACZYNA się, jak typowy dla Kusturicy komediodramat, ale po godzinie – w której gagów, jak np. z „..Kota”, nie brakuje - lub więcej pojawia się Kusturica nieco inny. Liryczny, może nawet serio-dramatyczny (to już pewna przesada, ale nie mam innego określenia), ciekawy i bardzo intrygujący a równocześnie niezmiennie dowcipny. Świetna rola Slavko Stimac’a (Luka), drugoplanowa Aleksandar’a Bercek’a (Velja) oraz – nie wymienionego w obsadzie – osła. Elipsa z osłem jest zresztą boska. Przez 2 godziny z napięciem czekałem, żeby się przekonać po jaka cholerę ten osioł cały czas plącze się w filmie?
W ogóle w filmie jest wszystko co trzeba: góry (przecudnej urody!), tory, pociągi, wojna, przyjaźń, miłość, śmierć, seks i – na szczęście „nieco” tylko zaznaczone - pieniądze. Dzisiejszej nocy film skończył się o 3.45 … i nie żałuję, że nie pospałem. Bardzo polecam.
Życie jest cudem
Reżyseria: Emir Kusturica
Scenariusz: Ranko Bozic, Emir Kusturica
Muzyka: Emir Kusturica, Dejan Sparavalo
Zdjęcia: Michel Amathieu
Montaż: Svetolik Zajc
Scenografia: Milenko Jeremić
Obsada:
Slavko Stimac jako Luka
Natasa Solak jako Sabaha
Vesna Trivalic jako Jadranka
Vuk Kostic jako Milos
Aleksandar Bercek jako Velja
Stribor Kusturica jako kapitan Aleksie
Śniadanie na Plutonie *****


Wiem, że prawdopodobnie trudno będzie wam uwierzyć, że film o transwestycie może być piękny i optymistyczny, ale tak właśnie jest w przypadku "Śniadania na Plutonie". Neil Jordan najbardziej znany jest z filmów "Gra pozorów" i "Wywiad z wampirem", ale chyba jak każdy Anglik ma pewną słabość do czasów glam rocka. Historia wydaje się dość błaha: chłopak wychowany w katolickiej irlandzkiej wiosce odkrywa, że wolałby być dziewczyną i się tego nie wstydzi. Ma trochę problematyczną sytuację rodzinną, co skutkuje tym, że wyrusza do Londynu w poszukiwaniu mamy. Ta z pozoru prosta historia jest jednak pretekstem do wielu głębokich przemyśleń: na temat konfliktu Angielsko - Irlandzkiego w latach 70 tych, na temat bycia "innym", na temat brania odpowiedzialności za własne życie.
Przede wszystkim jest to film, który uświadamia nam, że najważniejsza w życiu jest pogoda ducha i przysłowiowe "spadanie z księzyca", a wszystko inne jakoś samo się ułoży. Byleby tylko nie być zbyt poważnym. "Śniadanie na Plutonie" to niesamowite polączenie spraw "serio" i dobrego humoru. Uzmysławia nam, że niekoniecznie wszystko co jest w życiu ważne musi być poważne, smutne i nastręczać nam zmartwień. Jak to śpiewali pewni, notabene, Anglicy "Always look on the bright side of life".
Oczywiście najbardziej znaczącym elementem filmu jest grający główną rolę Cillian Murphy, który naprawde wygląda jak kobieta pełna seks appelu, szczególnie w angielskich garsonkach w stylu Margaret Thatcher. Wkrótce zobaczymy go w najnowszym filmie Kena Loacha, gdzie gra z kolei młodego bojownika IRA (obie wersje na zdjęciach). Nie uwierzycie, że to ten sam facet!
Pełen optymizmu film dla każdego, szczególnie dla tych, którym wydaje się, że nie lubią transwestytów. Dajcie się zadziwić! Pięć gwiazdek obejrzeć bezwzględnie!
P.S. Ci, których zaskakuje dość kuriozalny tytuł filmu odsyłam do jego treści, wszystko stanie się jasne.
P.P.S. Nie wiem jak to zrobić, żeby po kliknięciu na obrazek zdjęcie pokazywało się większe, tato! Proszę o pomoc!
Mała Moskwa ***
Szkoda, ale film, który od dawna chciałem zobaczyć i co do którego byłem pewien, że mi się spodoba – okrutnie mnie zawiódł. Nie oznacza to, że nie należy go oglądać – aż tak źle nie jest – zresztą być może powodem mojej oceny są wygórowane oczekiwania, ale denerwuje mnie wręcz, że taki świetny temat tak banalnie „spalono”.
Mała Moskwa - dramat, Polska, 2008, 119 min
reżyseria: Waldemar Krzystek
scenariusz: Waldemar Krzystek
obsada:
- Swietłana Chodczenkowa jako Wiera
- Lesław Żurek jako Michał
- Dmitrij Ulianow jako Jura
Próbowałem się zastanowić, dlaczego niewiele z tego pomysłu wyszło i mam dwa podejrzenia:
- Scenariusz. Film jest o niczym, bo o miłości nie jest, o przyjaźni (nieprzyjaźni) Polsko-Radzieckiej też nie jest, obraz rzeczywistości z lat 60-tych rysuje bardzo marny a drugoplanowe postacie radzieckich towarzyszy (politruk itp.) są tak schematyczne, że aż szczypie. Historia była niezła, ale wymknęła się spod kontroli. Jest albo za dużo (jakby scenarzysta nie wierzył, że zrozumiem między wierszami) albo za mało scen (na opowieść epicką). Powoduje to, że film – mimo iż dotyczy na prawdę dramatycznych spraw – wcale taki „dramatyczny” nie jest.
- Aktorzy. Film, żeby był dobry – wymaga dobrych aktorów. A takich w „Małej Moskwie” niestety nie ma. Jedyny jaśniejszy punkt to Wiera (Swietłana Chodczenkowa), przesympatyczna i subtelna, ale … cały czas zagubiona. W ogóle wszyscy w filmie są pogubieni i jeśli to było zamiarem reżysera i miało oznaczać, że czasy były takie „pogubione”, to może nie był to zły pomysł, ale granie tego cały czas z „rozszerzonymi oczyma” czy na „durniłkę” (czyli tęsknota za rozumem) to banał. W efekcie większość emocji musiałem przyjmować „na wiarę”, bo z ekranu wcale tego nie czułem.
Może nieco niesprawiedliwie, ale chętnie był odradził. Zobaczcie jednak, na pewno nie zaszkodzi, bo Wiera śpiewa „Panny Madonny” przecudnie a Pan Romek mógł się w końcu pomylić.
Moskwa nie wierzy łzom *****
Jestem najprawdopodobniej jakimś niepoprawnym rusofilem, bo ... no … (głupie?) po prostu lubię filmy radzieckie. Ostatnio wydano „mega-pack” p.t. „Klasyka kina radzieckiego”, z którego na początek chciałbym polecić najmłodszy film w zestawie - „Moskwa nie wierzy łzom”. Film Władimira Mieńszowa z 1979 roku, który po raz pierwszy widziałem znacznie później, bo przełom lat 70-tych i 80-tych nie należał do najlepszych „czasów” kina radzieckiego w Polsce. Niestety zostało tak do dziś, moim zdaniem szkoda i to zupełnie niepotrzebnie.
„Moskwa ..” jest, co tu dużo mówić, komedią romantyczną. Kiedyś tak nikt filmów „o miłości” nie nazywał, ale rosyjska „romantyczność” w połączeniu z radziecką „komediowością” dają niecodzienny efekt. Film opowiada, nie nudno i w niezłym tempie, o losach trzech dziewcząt z prowincji, które przyjechały do Moskwy w celu „załapania” się na lepsze życie. Różnie z tym wyszło – to widać po latach – ale, co jeszcze ciekawsze, zupełnie podobnie wygląda ocena (wszystkich dziewcząt) „o co w tym wszystkim (tzn. w życiu) w końcu chodziło”. Jak myślicie, o co?
Jest w filmie wiele dobrych scen, z których (jeszcze z dawnych czasów) pamiętam m.in. następującą:
- Katia, słuchaj udało mi się załatwić przepustkę do Biblioteki Lenina!
- A po co Tobie przepustka do Biblioteki Lenina?
- Jak to po co? A gdzie najlepiej szukać męża? Tam sami doktorzy, naukowcy – sama elita. Może jakiegoś znajdę?
Uwaga! Jak już będziecie oglądać „Moskwę…”, to zróbcie to z namaszczeniem, bo łatwo film zbagatelizować. Tak już kiedyś zrobiono. Po wydaniu w ZSRR film został uznany za wielką klapę, co ciekawe zarówno przez władze (jakieś bzdury nam tu towarzyszu proponujecie – i to miłosne!) jak i przez intelektualną elitę (jakieś bzdury nam tu towarzyszu proponujecie – i to optymistyczne!). Został więc za grosze sprzedany do rozpowszechniana na zachodzie, gdzie … świat na jego punkcie oszalał. Nie mógł nie oszaleć, bo oprócz sceny z Biblioteką Lenina (Ludmiła ubrała tam nawet okulary) była też bajeczna scena z piciem ze stakańczyka, piknik wśród brzóz i przy dźwiękach gitary oraz wiele innych. Fakt, że Mieńszow chyba dobrze trafił, bo skończył film w momencie pojawienia się pierwszych kryzysów w Bloku Wschodnim i skorzystał na wywołanym tym „szumie” wokół Moskwy. Inna sprawa, że – to wręcz niesamowite – film naprawdę antycypuje późniejsze zmiany, „głasnost” i „pierestrojkę” zdecydowanie skupiając się na „prywatnych” sprawach bohaterów i sugerując, że to one są najważniejsze. Nic dziwnego, że w 1980 roku dostał Oscara w kategorii filmów obcojęzycznych, co ja osobiście pochwalam a Wam wszystkim serdecznie film polecam.
No Direction Home: Bob Dylan *****
Jest to film dokumentalny, w którym sporo jest muzyki, ale też i rozmów, wywiadów, fragmentów filmów dokumentalnych z przełomu 50/60 i pierwszej połowy lat 60-tych - dotyczących oczywiście Ameryki i początków kariery Boba Dylana. Nie jest to stricte dokument "muzyczny", jak np. "Buena Vista Socjal Club" Wenders'a ale oglądałem go z równym zaciekawieniem a druga część filmu (składa się niestety z 2 DVD, zawiera bowiem mnóstwo dodatków w postaci klipów z koncertów Dylana) wciągnęła mnie już całkowicie. Opisuje ona bowiem okres "walki" Dylana z publicznością (po wydaniu płyty "Highway 61 Revisited") - a były to czasy dla Dylana niezwykle dramatyczne. Scorseses zrobił to świetnie i faktycznie "widać", jak i dlaczego niezdolność do zaakceptowania przez odbiorców jego rozwoju artystycznego oraz rewolucyjnych pomysłów muzycznych, w BEZ WĄTPIENIA NAJLEPSZYM okresie twórczości Dylana, doprowadziły w końcu do rozstania ze sceną. Po wypadku, Dylan bardzo długo (chyba 8 lat!) nie występował na koncertach (zobacz).
Nigdy potem Dylan już nie był taki dobry a w zasadzie nie wiadomo co by było, gdyby Dylan nie musiał wtedy znosić ciągłego buczenia na koncertach oraz idiotycznych komentarzy mediów. On nie popuścił (słusznie, brawo!), oni nie popuścili - po latach już wiadomo, kto miał rację. Płyta "Highway 61 Revisited" z utworem "Like a Rolling Stone" jest arcydziełem muzyki rockowej. Chyba wszyscy na tym stracili.
"Dylan nie należał do artystów, którzy daliby się uwięzić w granicach jednego gatunku czy stylu. Stale poszukiwał i zawsze był gotowy do podjęcia nieortodoksyjnych wyzwań. Podczas pobytu w Europie zapoznał się z dynamicznie rozwijającą się europejską odmianą rock and rolla i zrozumiał artystyczny potencjał leżący w tej muzyce, w USA traktowanej z pewną pogardą. Wpływ, jaki ta muzyka wywarła na Dylana, był rewolucyjny. W 1965 r. Dylan zbulwersował opinię muzyczną występując na Newport Folk Festival z elektryczną grupą rockową. Uznano to za "zdradę" folku. Dylan został wygwizdany. Legenda głosi, że wielki Pete Seeger w czasie występu wtargnął na scenę z siekierą, usiłując poprzecinać kable od gitar. Dylan się tym nie przejął. Także i w czasie europejskiego tourne grał głośną, elektryczną muzykę. Była to prawdopodobnie najtrudniejsza trasa w historii Dylana. Wydawało się, że misją publiczności było tak głośne gwizdanie i wycie, by zagłuszyć dźwięk jego elektrycznej gitary. On zaś postawił sobie za cel grać tak głośno by zagłuszyć ryki zbulwersowanej publiczności. Wyłom został jednak dokonany. Europejscy artyści, miedzy innymi The Beatles, a przede wszystkim The Rolling Stones, podchwycili ideę głośnej, dynamicznej gry i niedługo później w postaci "brytyjskiej inwazji" wyeksportowali ją do USA. W tym okresie Dylan związał się z grupą The Band akompaniującą mu w czasie koncertów i studyjnych nagrań. Największym przebojem Dylana z tego okresu było Like A Rolling Stone." (Źródło: "pl.wikipedia.org")
Może ja osobiście mam jakieś "odchylenie", ale film naprawdę bardzo mi się podobał i z zapartym tchem go obejrzałem. Ciekaw jestem opini "nie maniaków" Dylana.
No Direction Home: Bob Dylan
2005 - USA - 207 min. - Documentary, Color and B&W
Director: Martin Scorsese
Cast
Bob Dylan - [Participant]
Production Credits
Martin Scorsese - Director / Producer
Susan Lacy - Producer / Executive Producer
Jeff Rosen - Producer / Executive Producer
Nigel Sinclair - Producer / Executive Producer
Anthony Wall - Producer / Executive Producer
David Tedeschi - Editor
Margaret Bodde - Co-producer
Paul G. Allen - Executive Producer
Jody Patton - Executive Producer
Notatki o skandalu ****
"Notatki o skandalu" to film, który w polskich kinach przeszedł zupełnie bez echa i gdyby nie tegoroczna ceremonia wręczania Oscarów prawdopodobnie wcale bym się o jego istnieniu nie dowiedziała. Ale jak to już zostało stwierdzone na forum, tak to już jest, że o naprawdę wartościowych rzeczach mówi się w mass mediach stosunkowo mało, za to o Rubiku piszą nawet Wyborczej.
Ale wracając do filmu... jest to jedna z najciekawszych rzeczy, którą widziałam w ostatnim czasie. Trudno właściwie orzec dlaczego film tak wciąga, bo sama fabuła jest dość melodramatyczno - serialowa. Mogę jedynie powiedzieć, że chodzi o zakazaną miłość i kryzys małżeński, bo jednak wielką zaletą filmu jest snuta na ekranie intryga i doprawdy po mistrzowsku podtrzymywany suspens (my już wiemy, kto jest zły i z niecierpliwością czekamy kiedy bohaterka to odkryje). Jest to też dość gorzkie studium ludzkiej samotności, w brawurowym wykonaniu Judi Dench, która gdyby nie Helen Mirren, zasługiwałaby z pewnością na Oscara. Partneruje jej piękna i uwodzicielska jak nigdy Cate Blanchet, także film jest właściwie pojedynkiem dwóch wielkeigo formatu gwiazd i chyba właśnie na tym opiera się w dużej mierze jego siła. Poza tym reżyser umiejętnie lawiruje pomiędzy melodramatem (chodzi o miłość), psychodramą, a filmem sensacyjnym (w końcu chodzi o scandal) dzięki czemu trzyma widza w ciąglym napięciu i oczekiwaniu co stanie się dalej. A ostatecznym wnioskiem jest to, że źródłem zarówno wszelkiego dobra jak i zła jest miłość. Brzmi to dość przewrotnie, ale w filmie "Notatki o skandalu" przekonująco. Bardzo polecam!
Pantaleon i wizytantki ****


Tak się złożyło, że ostatnie wydarzenia kulturalne przypomniały mi o recenzji filmu, którą od dawna miałem napisać. Chodzi o wizytę Mario Vargasa Llosy (na podstawie jego powieści oparty jest scenariusz filmu) w ubiegłą sobotę w Kakowie. Ciekawy wywiad z pisarzem można obejrzeć w portalu radiowej Dwójki a dwa fragmenty z jego wypowiedzi są moim zdaniem godne zacytowania.
„Najważniejsze, to dobrze opowiedzieć historię”, mówił Llosa. „Każdą historię można opowiedzieć na setki sposobów, trzeba wybrać ten najlepszy” – dodał … „Nie martwię się o przyszłość literatury w Polsce, kiedy widzę tyle osób słuchających dwugodzinnej rozmowy o literaturze” – powiedział na zakończenie spotkania.
Cytat o „historiach” podoba mi się głównie dlatego, że krótko streszcza także moje odczucia dotyczące literatury oraz … filmu. Wielokrotnie naraziłem się już na krytykę ze strony młodzieży – Ach! Ty to koniecznie musisz w tym widzieć jakąś historię (co w filmie, podobno, wcale nie jest takie oczywiste).
Nawet jeśli nie jest (oczywiste), pozostaję przy „spodziewaniu się” ciekawych historii również w filmach i jeśli ktoś podobnie jak ja lubi „historie”, nie zawiedzie się na „Pantaleonie”.
Posiadający opinię świetnego organizatora kapitan Pantaleon Pantoja otrzymuje zadanie zorganizowania „lotnych brygad” prostytutek do obsługi garnizonów peruwiańskiej armii. Tych odległych od „czegokolwiek”, położonych w amazońskiej dżungli. Z zadania wywiązuje się doskonale, żołnierze są zachwyceni, „wizytantki” (czyli prostytutki) zadowolone, bo wszystko odbywa się prawdziwie po wojskowemu – regulaminowo i porządnie. Niestety Pantaleon przesadza nieco w ocenie ważności niektórych elementów projektu … Dla armii „wizytantki”, jak karabiny, są częścią wojskowego zaopatrzenia a Pantaleon dostrzega w nich – co okaże się grubą przesadą – kobiety.
Akcja toczy się wartko, wszystko jest bardzo śmieszne – laptop, wykresy i analizy Pantaleona, wojskowe gotowi ... start, ciupcianie „na stoper”, mundurki dziewcząt itp. i generalnie nie kończy się wcale źle. Serdecznie polecam, choć mam jedną wątpliwość, jedno zastrzeżenie i jedno pytanie
- Wątpliwość. Film oglądałem w wersji angielskiej i być może stąd wzięła się wyjątkowa komiczność dialogów. Bowiem klienci objazdowych burdeli są to „users”, panie lekkich obyczajów to „visitors”, to, co oni razem robią to „rendering” a to gdzie „renderują”, to „site”. Te informatyczne skojarzenia nie są przypadkowe (jak informatyczne zacięcie Pantaleona), bo w wojsku nic nie może się nazywać tak po prostu i musi mieć jakiś tajny kod, może być informatyczny, ale rendering [wykonanie, oddanie, przedstawienie] mnie obezwładnia. Np. „Kochanie, czy renderujemy dziś wieczorem”? Albo „Taki piękny był ten wieczór, może jakiś mały rendering na zakończenie”?
- Zastrzeżenie. „Wizytantki”, łatwo się domyślić, są zbyt ładne, typu „dziewczyna z okładki”. Jest to komedia i jakaś przesada jest oczywiście dopuszczalna, niemniej z … „Kolumbijką” (Angie Cepeda) specjaliści od obsady przeholowali. Takich gwiazd w dżungli nie ma.
- Pytanie. Czy wypada kręcić – zabawne, lekkie i śmieszne – filmy o zorganizowanej prostytucji? W 1973 roku, kiedy wydano „Pantaleona” (książkę) takich problemów może jeszcze nie było, ale teraz – czy nie jest to NIEPOPRAWNE POLITYCZNIE?
Pantaleon i wizytantki (Pantaleón y las visitadoras) [2000, Hiszpania, Peru]
Reżyseria: Francisco J. Lombardi
Grają:
- Salvador del Solar - Kapitan Pantaleón Pantoja
- Angie Cepeda - Olga Arellano 'La colombiana'
- Tatiana Astengo - Pechuga
- Pilar Bardem - Chuchupe
- Gianfranco Brero - Generał Collazos
Plac Zbawiciela *
Na samym początku pragnę zaznaczyć, że daje temu filmowi jedną gwiazdkę tylko dlatego żeby dać do zrozumienia jak marny to film, bo najchętniej nie dałabym mu ani jednej, ale to mogłoby zostać uznane za przeoczenie lub błąd. Tak więc wczoraj udałam się na nowy wspaniały polski film, który ma same dobre recenzje, no i otrzymał aż 7 nagród na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Na szczęscie zapłaciłam za te prawie 2 godziny męki tylko 11 złotych, bo w Krakowie są jakieś specjalne promocje dla studentów. Gdyby nie to zażądałabym zwrotu poniesionych kosztów, w tym za uszczerbek na zdrowiu psychicznym.
Z punktu widzenia warsztatu filmowego "Plac Zbawiciela" jest filem dobrze i profesjonalnie zrobionym. Aktorzy grają autentycznie, także rzeczywiście stają się wiarygodni i nawet poruszający. Bardzo ciekawe jest użycie scen bez dźwięku, a jedynie z muzyką w tle, co nadaje filmowi swoisty wręcz muzyczny rytm i pozwala widzowi na odrobinę oddechu. Na tym niestety kończą się zalety filmu.
Rozumiem, że w zamyśle twórców miał to być enigmatyczny gatunek o nazwie dramat obyczajowy, coś w stylu filmów jakie TVP1 wyświetla o 20.00 w środy, tylko bardziej ambitnie. A tu proszę panstwa mamy istny horror. Plotka głosi, że film przedstawia historię autentyczną. Może i tak jest, ale to według mnie wogóle nie przydaje filmowi realizmu czy wiarygodności. Wszyscy bohaterowie są po prostu chorzy. Zaczyna się od matki sadystki, która psychiczne znęca się nad swoją synową, a syna totalnie dominuje. Tak więc syn wyżywa się na żonie (biedaczka, naprawdę całe zło tego świata kumuluje się na niej). No i na koniec mamy tę żonę/synową, która to wszystko akceptuje, daje się poniżać zupełnie nie wiadomo dalczego. Jakby nie mogła iść do pracy i zostawić głupiego męża. No, ale jak się dowiadujemy jest ze wsi, nie skończyła studiów, no i jest dość puszysta. Generalnie skondensowanie nieszczęść jakie spotykają tą biedną bohaterkę jest grubo ponad normę. Do tego twórcy wręcz lubują się w epatowaniu taką domową przemocą: mąż nie dośc, że zdradził żonę to ja jescze na dodatek porzuca, a ona go błaga żeby został, wiesza się na nim, no to on ją kopie itd.
Jeżeli ktoś uważa to za głęboki i autentyczny film, to można mu tylko współczuć, że w tak ciemnych barwach postrzega ludzkie życie. Oczywiście takim biednym ludziom należy współczuć, ale nie wiem po co o tym robić film i zamęczać tym bogu ducha winnych widzów. Należy wiedzieć, że gdzieś tam dzieję się źle i zdawać sobie z tego sprawę, ale co innego robić o tym film. Natura obrazu jest taka, że o wiele silniej oddziałuje na ludzkie emocje i nie należy tego nadużywać. Dlatego prawdopodobnie obrazy wojny w Czeczenii albo dzieci umierających w Afryce bardziej wzbudzą nasz niesmak i odrzucenie niż współczucie. Ja w każdym razie "Plac Zbawiciela" odrzucam kategorycznie i nigdy nie zgodzę się z opinią, że jest to autentyczny, wzruszający film o pokoleniu dzisiejszych 30 latków. Zero gwiazdek!
Plan doskonały - ***
USA, 2006
Oryginalny tytuł: Inside Man
Reżyseria: Spike Lee
Scenariusz: Russell Gewirtz
- OBSADA:
- Denzel Washington
- Clive Owen
- Jodie Foster
- Willem Dafoe
- Chiwetel Ejiofor
- Kim Director
- Frank Harts
- Eli Wallach
- Curtis Mark Williams
Polecam ten film na relaksujący sobotni wieczór ze znajomymi w kinie. Intrygująca historia o napadzie/skoku doskonałym. Szybka akcja ale przy tym (co ciekawe) bez zabijania. Ogólnie film z grupy takich, w których do samego końca nie wiadomo o co w tym wszystkim chodzi...?
Po prostu polskie kino/ Róża ***
Wiadomo... każdy pretekst jest dobry byleby nie pisać pracy doktorskiej. Mój ukochany tata raz po raz daje mi do zrozumienia, że się na jego portalu nie produkuję. Niniejszym staram się zmienić tę sytuację.
Jakaż może być lepsza okazja do dyskusji nad kondycją polskiego kina niż trzech filmoznawców zamkniętych przez siedem godzin razem w samochodzie, w drodze na festiwal Camerimage w Bydgoszczy. Cóż nam z tych rozmów wynikło... Nie jest tak źle, ale też zbyt dobrze nie jest, czyli normalnie. Polskim reżyserom zazwyczaj brakuje odwagi wyjścia poza polskie piekiełko, w którym rządzi Andrzej Wajda i PISF. Chlubnym kontrprzykładem jest tutaj Lech Majewski, który całym tym polskim światkiem po prostu mało się przejmuje. Dzięki temu w Bydgoszczy, gdzie jego "Młyn i krzyż" nie był zapewne wcześniej wyświetlany, na festiwalu kolejka po bilety niemalże wychodziła na zewnątrz.
Generalnie polskie kino oscyluje między dwiema skrajnościami: albo są to czystko komercyjne, raczej głupawe komedie albo bardzo poważne, smutne filmy, w których zazwyczaj niewiele się dzieje. Co do komedii, to wczoraj na nowym kanale Kino Polska Muzyka trafiliśmy akurat na program o przedwojennych komediach i zgodnie (ja i mój mąż) doszliśmy do wniosku, że są one dużo lepsze i śmieszniejsze niż współczesne "Cicho", "Testosteron", "Lejdis" i tego typu podobne produkcje. Co się zaś tyczy grupy drugiej, reprezentowanej zazwyczaj przez grubą i brudną Kingę Preis, upaćkane wunglem śląskie dzieci bez bucików to wionie od niej nudą jeszcze bardziej niż od Adamczyka i Karolaka rozprawiających o rozmiarach kobiecych piersi. A piszę o tym dlatego, że dopiero wczoraj odkryłam krótki film reklamujący pokazy polskich filmów na festiwalu w Melbourne i wydaje mi się, że nikomu wcześniej nie udało się bardziej trafnie ująć specyfiki polskiego kina. Filmik można zobaczyć tutaj tutaj.
To wszystko jest jednak tylko wprowadzeniem do recenzji filmu "Róża", który zobaczyłam właśnie na festiwalu w Bydgoszczy i który niestety niebezpiecznie zbliża się do tego drugiego bieguna tak błyskotliwie podsumowanego w australijskim filmiku. Wojtek Smarzowski to jeden z moich ulubionych reżyserów i choć w jego filmach występuje gruba Kinga Preis, to zazwyczaj jest w nich też pewien naddatek powodujący, że pomimo z pozoru banalnych sytuacji, po prostu jestem nimi poruszona. Poza tym udaje mu się poprzez krótką indywidualną historię bohaterów pokazać jakąś poważniejszą katastrofę, która dotyczy ogółu świata, w którym oni żyją.
Pozornie film "Róża" podąża utartym już przez Smarzowskiego torem, znowu jest historia bohatera i brutalna rzeczywistość z którą musi się mierzyć, a wszystko to jest tylko małym wycinkiem okrutnego powojennego świata tworzącej się dopiero co Polski Ludowej. Niestety brak temu wszystkiemu intensywności poprzednich filmów, które zrealizował Smarzowski. W recenzji Malwiny Grochowskiej na Filmwebie, której nie czytałam w całości, ale po prostu wyświetla się w Google, po wpisaniu hasła "Róża" jest napisane, że film ten to "przeżycie intensywne i brutalne", ale właśnie wcale tak nie jest. Rzeczywiście film jest dość brutalny i są to jedyne momenty, kiedy widz budzi się z letargu oczekując, że w końcu coś się wydarzy. I z góry chcę tu odeprzeć wszelkie argumenty, że jestem naiwnym widzem, którego rusza tylko przemoc. Bo jak słusznie zauważyła wyżej wymieniona recenzja w "Roży" nie ma nadrealizmu, który sprawiał, że filmy Smarzowskiego dotykały pewnego immanentnego zła, które gdzieś tam ukryte tkwi w każdym z nas (oczywiście nie wszyscy muszą się z takim argumentem zgadzać) i dlatego właśnie były tak poruszające.
W "Róży" większość scen jest niestety płytka i banalna. Pełno w niej momentów serialowych: Ona stoi, cisza, nic się nie dzieje, w końcu mówi do własnej brody: "kartofle mam, ale trzeba odminować". Cisza, on nic nie mówi, pusty wzrok, w końcu odzywa się: "dobra, rozminuję". Jest dramat! Nie wiadomo tylko czyj. Można by przypuszczać, że od czasów Rejsu (powołuję się na tę błyskotliwą scenę, choć przyznaję, że za całym filmem nie przepadam i się tego nie wstydzę), kiedy to inżynier Mamoń utyskiwał nad kondycją polskiego kina niewiele się zmieniło. Nuda bierze się chyba najbardziej stąd, że nikt w tym filmie nie jest z krwi i kości, wszystkie postacie są tylko zarysowane, łącznie z parą głównych bohaterów. Ani nie ma tam prawdziwych złych Rosjan, ani Mazurów, ani w ogóle właściwie nikogo. Gruba Kinaga Preis nie odzywa się w ogóle. Być może Smarzowski się postarzał i chciał nieco stępić ostrze, ale nie wyszło mu to na dobre. Tak zresztą podsumował moje i naszego znajomego mało entuzjastyczne reakcje mój mąż: "film nam się nie podobał, bo w końcu pojawia się w filmach Smarzowskiego jakiś pozytywny bohater, pozostaje jakiś promyk nadziej i to nas wkurza". Nie przeczę, ten optymizm w zestawieniu z całym okrucieństwem i gwałtami, jakie oglądałam przez półtorej godziny wydaje mi się na wskroś nieautentyczny. Jest to więc może po prostu kwestia pewnego braku konsekwencji i tego, że jeden dobry pośród bandy złych zawsze będzie się nam wydawał nieco głupi i naiwny (tu podejrzewam Bożena może się zbuntować).
Temat filmu jest naprawdę interesujący i głównie dlatego jest wart obejrzenia, ale niestety nie udało się Smarzowskiemu do końca go wyzyskać. Historia jest opowiedziana jak banalna, obyczajowa epopeja z wojną w tle przez co bardziej jest to pocztówka w typie "Cyrulika syberyjskiego" niż jakiś poważny film. Czyli do Oskara myślę by się nadał, tylko niestety nie ma tam Żydów. Jedyny nadrealizm jaki udało się Smarzowskiemu wpleść do "Róży" to zupełnie nierealny z punktu widzenia realiów historycznych happy end z pięknym mazurskim pejzażem w tle pokazanym oczywiście w sepii. Na Oskara idealnie.
Pomimo jednak tych wielu wad chciałam tylko zaznaczyć, że film wart jest obejrzenie, bo i tak na tle polskich pseudo-historycznych produkcji pozytywnie się wyróżnia. To jest zresztą bardzo ciekawy wątek, ponieważ Smarzowski zupełnie nie jest w naszym kraju postrzegany jako reżyser filmów narodowych. Wiadomo narodowe, historyczne to są "Katyń", "Czarny czwartek" i "Popiełuszko", tymczasem "Dom zły" i "Róża" mówiąc o realiach PRL zdecydowanie dużo więcej niż te wszystkie patriotyczne freski nastawione tylko na to, że pójdą na nie dzieci ze szkoły.
Pojedynek na szosie - ****
Duel (Pojedynek na szosie). Klasyka. Może teraz już tak nie straszy jak w czasach swojej premiery i może dałoby się wytknąć mu parę technicznych niedoskonałości, ale po co. Najbardziej podobała mi się sama konstrukcja: "z ograniczeniami". Scenariusz narzucał bardzo duże utrudnienia - w obrębie których powstał film minimalistyczny i ścisły. Pomysł z odhumanizowaniem czarnego charakteru świetny, podobnie jak brak racjonalności całej historii. Motoryzacyjny horror pierwszej klasy.
Polecam, odradzam
Nie bardzo potrafię pisać recenzje, ale podzielę się wrażeniami z ostatnio obejżanych filmów. Podzieliłam je na dwie kategorie, pierwsza to filmy, po których nie myśle o cenie biletów. Druga to taka, podczas której zastanawiam się gdzie położyć nogi żeby było wygodniej i po której zastanawiam się co innego można było kupić za 15 zł. Nie będe pisać nic o fabule żeby nie popsuć nikomu seansu.
POLECAM
1. Elizabethtown - może troszke bardziej dla dziewczyny ale mnie się bardzo podobał, wychodzi się z kina z uśmiechem. Trudno go jakoś sklasyfikować, najbliżej chyba do komediodramatu. Informacja dla pań - głównego bohatera gra Orlando Bloom, tym razem w wersji południowej. Informacja dla panów - główną żeńską rolę gra Kirsten Dunst, mała dziewczyna z wywiadu z wampirem - nadal posiadaczka uroczych dołeczków w policzkach. Do tego ciekawa muzyka.
2. Miasto gniewu - "Bohaterami filmu jest ósemka osób mieszkających w Los Angeles. Pewnego dnia przy drodze zostaje odkryte ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. Aby odkryć kto jest mordercą akcja filmu cofa się o 24 godziny śledząc działania wspomnianych 8 osób, które mogą być zamieszane w tą zbrodnie" Fabuła chociaż ciekawa i wciągająca jest tylko tłem dla rozważań o uprzedzeniach. Możemy spojrzeć na nie obiektywnie bo oczami wszystkich po kolei. Nic nam się nie narzuca, wnioski każdy wyciąga jakie chce.
3. Revolver - następy film Guy'a Ritchie, jak we wszystkich jego filmach o gangsterach (np. Przekręt i porachunki) tak i w tym gra Jason Statham i uwaga André 3000. Podobno za zrozumienie tego filmu obiecali nobla, ja się przyznaje, że nie zrozumiałam, ale wcale mi to nie przeszkadza. Lubie ten styl i ten rodzaj humoru.
ODRADZAM
1. Oliver Twist - nudny, z poplątamy wątkami, które wywodzą nas na manowce. Gra dzieci nie budzi zachwytu tak jak np. w marzycielu. Ma się wrażenie, że scenariusz to na chybił trafił wybrane niektóre strony z książki. Historia może i ciekawa ale opowiedziana w wyjątkowo nudny sposób. Nie przekonują postacie, których ani nie da się zrozumieć, ani z nimi zaprzyjaźnić, ani znienawidzić. Jednym słowem nie warto.
2. Wierny ogrodnik - film przypomniał mi stare filmy francuskie, czyli dzieje się wiele ale nie bardzo wiadomo po co i dlaczego. Ciekawy temat, ale jak dla mnie, ugryziony zupełnie nie z tej strony, z której trzeba. Główny problem przewija się w filmie jakby przypadkiem, a nasza uwaga zostaje odciągnięta w zupełnie innym kierunku. Sam sposób kręcenia filmu też mi się nie podobał, lubię widzieć co się dzieje wyraźnie. Tu wszystko było żółte i zapylone co nieco przeszkadzało w odbiorze filmu. Muzyki w ogóle nie pamiętam.
Pollock ****
Najbliższe emisje w „Ale Kino”: 27 listopada, poniedziałek, godz. 11:25
Film jest reżyserskim debiutem Eda Harrisa - znakomicie zrealizowaną filmową biografią jednego z najwybitniejszych amerykańskich malarzy - neurotycznego artysty, alkoholika i utracjusza. Nie sądzę, żebyście mieli okazję film obejrzeć (w poniedziałek o 11:25, super nie?), niemniej serdecznie polecam bo jest to zupełnie genialny obraz artysty – również prywatny – jego pracy oraz epoki, w której żył.
Świetne role Ed’a Harris’a (Pollock) oraz Marci Gay Harden (jego żona - oskar za rolę drugoplanową) powodują, że film bardzo wciąga choć nie jest to wcale thriller. Nawet trudno mi sobie wyobrazić jak można udramatycznić malowanie, ale Harris’owi-reżyserowi (i operatorce Lizie Rintzler) chyba się to udało, sceny z pracowni malarza są bowiem boskie.
Z wielu niezłych scen na pewno zapadną Wam w pamięć ta o wynalezieniu drippingu (oczywiście przypadkiem) oraz fragment wywiadu, w którym Pollock tłumaczy się ze swej kosmicznej techniki – cytuję z pamięci - „Czyż bombę atomową, odrzutowiec czy radio można przekazać za pomocą renesansowej techniki malarskiej?”. Nie można – to prawda, ale Pollock nic takiego wcale nie malował! Był tak abstrakcyjny, jak tylko można być i jeśli już „coś” malował, to wyłącznie „siebie”. Lub swoje nastroje, stany, wrażenia – poplątane, ale fascynujące.
Jackson Pollock
Był jednym z najwybitniejszych malarzy amerykańskich, abstrakcjonistą, twórcą charakterystycznego stylu i techniki malarskiej. „Bazgroły” Pollocka – tworzone w technice „drippingu” (rozlewanie farby, kapanie, drapanie i właśnie bazgranie pędzlem) są tak niepowtarzalne, że nawet zupełny dyletant (jak np. RN) rozpozna je na pierwszy rzut oka. Co więcej, skrajnie abstrakcyjne obrazy Pollocka, które powstawały w tak dziwny, kontrowersyjny sposób – gdzie tu, do cholery, w tym kapaniu farbami, „akt tworzenia”? – już od 50-ciu lat fascynują i magnetyzują. Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że zupełnie niedawno odkryto, że „bazgroły” Pollocka wcale nie są bazgrołami – czyli bezładnym i bezsensownym zbiorem plam i wzorów. Czy to ma sens i wymiar artystyczny nie wiem, ale stwierdzono, że Pollock miał taką rękę, która kapała „fraktalnie”, tzn. w rzeczywistości uporządkowanie. Ciekawskim polecam fascynujący artykuł ze Świata Nauki o badaniach nad Pollockiem (załącznik u dołu strony), a dla podwyższenia napięcia powiem tylko, że abstrakcje Pollock’a są w tak doskonałym stopniu uporządkowane (NIKT, NIGDY nawet się nie zbliżył do takiego stopnia „porządku” w nieuporządkowaniu), że nie da się go podrobić. Wydaje się, że nic prostszego jak nachlapać na płótno a jednak nie - prosta analiza komputerowa pozwala łatwo wykryć falsyfikat.
POLLOCK
USA 2000, 122 min
Reżyseria: Ed Harris
Obsada:
- Ed Harris,
- Marcia Gay Harden,
- Amy Madigan,
- Jennifer Connelly
Popiołki [Little Ashes (Cenicitas)] *****

Popiołki (Cenicitas) to tytuł obrazu Salvadora Dali z lat 20-tych, na którym („niby”) to widnieje Federico Garcia Lorca a film o tym samym tytule jest … poruszającą historią ich trudnej przyjaźni, czy też – nie bójmy się tego powiedzieć – romansu.
Najprawdopodobniej z powodu brawurowych początkowych scen, które obrazują „spotkanie tytanów” w akademiku (Residencia de estudiantes) w Madrycie, film tak mnie wciągnął, że bez trudu wytrwałem do końca, mimo (średnio) śmiałych scen erotycznych, których (jeśli są z panami) raczej unikam.
Tytani
Wyobraźcie sobie, że w latach 20-tych, w tym samym akademiku mieszkali: Federico García Lorca, Luis Buñuel i Salvador Dalí. Jeśli dodam, że ich wspólnym przyjacielem (głównie Feredrico) był Manuel de Falla, możecie sobie tylko wyobrazić, co tam się działo. Kobiety, wino i śpiew (jak na szalone lata 20-te przystało), utarczki słowne, przetargi ideologiczne. Jeśli się tylko skupić, świetnie się to ogląda, tym bardziej, że znakomicie dobrano aktorów do głównych ról – nieco kobiecego Lorci (Javier Beltrán), męskiego Bunuela (Matthew McNulty) i absurdalnego Dalego (Robert Pattinson).
Nie dziwi więc (nawet mnie), że wzajemna fascynacja intelektualna, ciekawość świata i … rodząca się świadomość własnej wartości niezwykle mocno ich związała. Jakby trochę za mocno. Bo drogi tych trzech niezwykłych młodzieńców – z różnych powodów – dość szybko się rozeszły.
Erotyka
Proszę się nie bać. Film jest rozerotyzowany, ale raczej w nastoju, gestach i słowach. Nikogo nie zbulwersuje, mimo, że „momenty” też są, ale zadziała to tak, że – podobnie jak mnie samemu (co stwierdziłem ze zdziwieniem) – po prostu zrobi się tych chłopców żal. A może żal po prostu tego, że zapamiętała przyjaźń tak wyjątkowych indywidualności nie przetrwała próby czasu. Najrozsądniejszy z całej trójki Bunuel zabrał po prostu Dalego od zadurzonego Lorci do Paryża, gdzie ich z kolei współpraca także wkrótce się skończyła (po pierwszym wspólnym filmie – „Pies andaluzyjski”).
Czyli…
Świetne zdjęcia, genialna muzyka (oryginalna, ale w “stylu” de Falli). Bardzo interesujący wątek przyjaźni pani z mężczyznami (świetna Marina Gattel w roli Magdaleny), niezłe tło obyczajowe. Prawie nie ma już takich filmów, po których chciałoby się zajrzeć do encyklopedii, jakie to (np.) wiersze napisał Lorca, co nakręcił Bunuel i kto to była „Gala” Dalego. Nie śmiem nazwać filmu „edukacyjnym” (bo takim nie jest), ale dawno nie widziałem obrazu tak skłaniającego do myślenia czy poszukiwania. Serdecznie polecam.
Popiołki (Little Ashes) [2009, Hiszpania]
Reżyseria: Paul Morrison
Grają:
- Robert Pattinson – Salvador Dalí
- Javier Beltrán – Federico García Lorca
- Matthew McNulty – Luis Buñuel
- Marina Gatell – Magdalena
Powrót *****
Powrót (Wozwraszczenije). Rosja - 2003 - 145 min
Przepraszam, że się wtrącam (RN), ale w komentarzu do postu o nędzy w portalu RN, Bożenka napisała w zasadzie swoją pierwszą recenzję (a ja skorzystałem z okazji dodania komentarza).
Reżyseria: Andriej Zwiagincew
Scenariusz: Władimir Moisejenko, Aleksander Nowototski
Grają:
Władimir Garin,
Iwan Dobronrawow,
Konstantin Lawronenko.
A propos filmów, udało mi się wreszcie zobaczyć, bardzo reklamowany swego czasu przez Monikę, film "Powrót". Oczywiście w telewizji. Film był puszczany dwukrotnie, ale o zabójczych dla mnie porach. Za pierwszym razem po prosytu zasnęłam, więc po dobroci nagrałam go za drugim razem na video. Niesamowity film: nastrój, relacje między ojcem, a synami, miejsce akcji. Czuję jednak pewien niedosyt. Chyba przez niedopowiedzenia. Wydaje mi się, że ja zawsze chcę zrozumieć motywy postępowania bohaterów, jakoś głębiej przeanalizować od strony psychologicznej przedstawione postaci. A tutaj było tyle niewiadomych. Dlaczego ten mężczyzna zniknął na tak długo (był w więzieniu, za co?). Co spowodowało zmianę w planowanym wyjeździe na ryby (jakiś tajemniczy telefon), a ta tajemnicza odkopana paczka? Może jednak coś przespałam? Co nie, jestem zbyt dosłowna?
Recenzje filmowe
Tajemnica Brokeback Mountain ****
Naprawdę dobre amerykańskie kino, klasycznie opowiedziana historia o miłości. Jak powiedział Ang Lee odbierając w zeszłym tygodniu Oskara dla najlepszego reżysera : "mam nadzieje, że ten film opowie wam coś nie tylko o miłości gejowskiej, ale o milości wogóle" i ja twierdzę, że mu się udało. Grający główne role aktorzy świetni, ale prawdziwą zaletą filmu są piękne zdjęcia górskich pejzaży. Wychodzi z tego swoiste połączenie melodramatu i westernu. I nie martwcie się nie będziecie ani zniesmaczeni (no może jest taka jedna scena seksu na początku, która bierze widza tak trochę z zaskoczenia), ani znudzeni. To się ogląda raczej jak Casablancę. Film przełomowy rownież w tym sensie, że po raz pierwszy wprowadził temat gejowskiej miłości na szeroki i oficjalny ekran.
Capote ****
Trudno uwierzyć, ale w tym roku Amerykanie zrobili nawet kilka niezlych filmów. Rzeczywiście, glówną zaletą filmu, jest kreacja aktorska Philipa Seymoura Hoffmana. Film ma oczywiście wysoką wartość edukacyjną, jeżeli nie wiedzieliście kim był i co zrobił Truman Capote, to tu macie wszystko wylożone w lekkiej i przystępnej formie. Film jest zatem interesujący już ze względu na samą postać Capotiego, ale jego prawdziwą atrakcją jest opowieść o tym jaką cenę płacimy za geniusz i za napisanie książki, która zmieniła oblicze amerykańskiej literatury. Bardzo polecam.
Czas, który pozostał ***
Ostanio kino chyba przeżywa jakiś rozkwit, bo nie dość, że Amerykanie robią dobre fily to Francuzom też się udaje. Reżyser filmu Francois Ozon to oczywiście ukochane dziecko młodego francuskiego kina. Dotychczas raczej lubił zabawy gatunkowe z udziałem gwiazd francuskiego kina "8 kobiet" czy "Basen". Tym razem zdecydował się na film prosty i kameralny. Bohater jest wziętym fotorgafem gejem, ma 31 lat i dowiaduje się, że ma raka i za jakieś 3 miesiące umrze. I o tych ostatnich miesiącach jest ten film. Nie ma tu żadnych fajerwerków i nawet niczego bardzo odkrywczego na temat sensu życia. Jednak udaje się Ozonowi sprytnie i odrobinę przewrotnie zamknąc fabułę, a końcowa scena choć przynosi śmierć bohatera zostawia nas raczej z poczuciem pokrzepienia niż smutko. Piękny prosty film.
W rytmie serca *****
Kolejny francuski film, który zresztą w tym roku zgarnął wszystkie najważniejsze Cezary (nagrody Francuskiej Akademii Filmowej). Do polskich kin wchodzi za niecałe dwa tygodnie, ja miałam okazję zobaczyć go w Paryżu jeszcze w lecie zeszłego roku i przyznam, że to najlepszy film jaki widziałam w 2005 roku.
Wychodzi na to, że jednak najprostsze historie najlepiej w kinie się sprawdzają. Tu fabuła zakrawa niemal na banał: zły pan, który zajmuje się handlem nieruchomościami, prowadzonym w co tu dużo mówić, huligański sposób, odkrywa w sobie talent muzyczny odziedziczony po matce. Staje się utalentowanym pianistą, a siła muzyki sprawia, że staje się lepszym człowiekiem.
I trudno wytłumaczyć jak to się udało reżyserowi, ale jako widzowie całkowicie wierzymy w tę jakże banalną i cukierkową historię, a na dodatek przejmuje nas ona do głębi. Tajemnica jak ostatnio przeczytałam w pewnej dobrej recenzjii kryje się podobno w metodzie zastosowanej przez reżysera, która jest po prostu klasycznie rozumianym filmowym realizmem. Od zdjęc poczynając, a kończąc na konstrukcji fabuły, ktora rozgrywa się linearnie, a każdy gest ma swoją przyczynę i skutek. Niesamowita, analiza człowieka wogóle, tego wszystkiego co sprawia, że jesteśmy tym kim jesteśmy lub, że w każdym momencie jeżeli tylko chcemy możemy to zmienić. Lektura obowiązkowa tej (miejmy już nadzieję) wiosny. Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby tego filmu nie zobaczyć i nie pokochać.
Wnioski ogólne? Wynika z tego, że wracają czasy klasycznie konstruowanego, prostego kina, które jak widać jednak jest najlepsze. Żadne techniczne fajerwerki, postmodernistyczne nawiązania i lynchowskie zachwiania fabularne z takim kinem nie wygrają.
Revolver (Rewolwer) *
W grudniu Zuzia napisała:
… następy film Guy'a Ritchie, jak we wszystkich jego filmach o gangsterach (np. Przekręt i Porachunki) tak i w tym gra Jason Statham i uwaga André 3000. Podobno za zrozumienie tego filmu obiecali nobla, ja się przyznaje, że nie zrozumiałam, ale wcale mi to nie przeszkadza. Lubie ten styl i ten rodzaj humoru.
Zuziu!
Jesteś najbardziej wyrozumiałą młodą osobą jaką w życiu spotkałem, bo „Revolver” to najgorszy film gangsterski jaki w ostatnich latach widziałem! Nieudolna intryga (też nic nie zrozumiałem), nonsensowne filozofowanie, żółwie tempo i beznadziejne (w właściwie jego brak) aktorstwo – może prócz Stathama, który cały czas w filmie ma taką samą, charakterystycznie durno-zdziwioną minę. Najprawdopodobniej filmowano go w momentach, kiedy próbował zrozumieć o co chodziło reżyserowi.
Złota Malina 2005, dno i sitowie. Koszmar z ulicy Wiązów.
Skazany na bluesa ****

(Polska, 2005)
Reżyseria: Jan Kidawa-Błoński
Scenariusz: Przemysław Angerman, Jan Kidawa-Błoński
Zdjęcia: Grzegorz Kuczeriszka
Muzyka: Dżem
Grają:
Tomasz Kot: Rysiek
Jolanta Fraszyńska: Gola
Maciej Balcar: Indianer
Anna Dymna: Polowa, matka Goli
Adam Baumann: Jan Riedel, ojciec Ryśka
Joanna Bartel: Krystyna Riedel, matka Ryśka
Przemysław Bluszcz: Leszek Martinek
Paweł Berger: on sam
Beno Otręba: on sam
Adam Otręba: on sam
Jerzy Styczyński: on sam
Zbigniew Szczerbiński: on sam
Na fali zachwytu – film oglądałem wczoraj w nocy – informuję o pojawieniu się filmu „Skazany na bluesa” na DVD. Ponieważ jestem beznadziejnie bezkrytycznym fanem Riedel’a oraz Dżemu, zaznaczam, że mogę być nieobiektywny, ale się starałem. Film ma dwie zasadnicze strony – filmową i muzyczną.
- Film
Jak wiadomo składa się ze scen a te – w „skazanym na bluesa” - są świetne. Po początkowym koncercie 1-szo majowym w szkole w Tychach, spociłem się troszkę i pomyślałem, że trafiłem na arcydzieło, ale tego napięcia nie udało się, niestety, utrzymać do końca. Nie udało się też połączyć tych niezłych scen w prawdziwy film a szkoda. Bardzo dobra rola Tomasza Kota (nie znałem) i niezłe Jolanty Fraszyńskiej oraz Adama Baumana – niezapomnianego „zagłębiaka” z „Grzesznego żywota Franciszka Buły”. Bohaterowie całkiem dobrze mówili po śląsku, były przecudnie paskudne Tychy i budki z piwem – 3.5 gwiazdki.
- Muzyka i zdjęcia.
Jak gra Dżem – każdy słyszy – ale jak to pokazać to już całkiem inna bajka. A ponieważ zdjęć z nagrań i koncertów Dżemu jest w filmie sporo, od nich wszystko zależy. Krótko mówiąc – muzyka w filmie Kidawy jest to majstersztyk! Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić jak aż tak dobrze można zmontować zdjęcia archiwalne (a takie są) z dokręconymi fragmentami. Złapałem się na tym, że próbuję znaleźć to miejsce gdzie katowicki Spodek i Rawa Blues „przechodzi” w „Skazany na blusea’ – ale mi się nie udało. Odruchowo porównuję „Skazanego” z „The Doors” (z Val’em Kilmer’em w roli Jima Morrisona). W warstwie narracyjnej „Skazany” jest słabszy – duszy Riedel’a aż tak dobrze (jak Morrison’a) w nim nie widać, natomiast muzycznie! Sceny grających „The Doors” i śpiewający Kilmer to słabizna w porównaniu ze „Skazanym na bluesa”. 5 gwiazdek dla Kuczeriszki i montażysty. Super, brawo, acha!
Razem – bardzo dobry film, który z czystym sumieniem polecam … ale tylko tym, którzy lubią muzykę Dżemu. Muzyki jest bowiem w filmie sporo – także głośnej - i jeśli kogoś nie rusza „Sen o Wiktorii” oraz gitarowe riffy Adama Otręby, niech lepiej da spokój. W Internecie znalazłem 2 zwiastuny filmu:
Ciekawskim polecam:
Dżem (Wikipedia)
Dżem – Wehikuł czasu ‘92
W przeciwieństwie do znawców (którzy preferują Detox), uważam ten album za najlepszy w dyskografii zespołu. Nie jestem w tym odosobniony - potwierdzają to fani – a ja dodałbym jeszcze, że jest to najlepszy album koncertowy „ever”, czyli „który Wesoły Romek słyszał”.
Sputnik nad Pszczyną
W rzeczywistości, w Pszczynie nie było wcale „Sputnika”, ale tytuł tak mi się spodobał, że nie mogłem się powstrzymać. W dniach 16-19 czerwca odbył się w Pszczynie przegląd filmów rosyjskich, który – o ile się zorientowałem – był repertuarowo zgodny ze „Sputnikiem” (festiwalem filmów rosyjskich), który przeleciał po koniec ub. r. nad Warszawą, Krakowem, Wrocławiem, Łodzią i Poznaniem – stąd skojarzenie.
A z czym kojarzy nam się kino rosyjskie? Oto sonda:
Z niej wynika, że z niczym – a szkoda, bo w ciągu kilku dni można było zobaczyć w kinie kilka bardzo dobrych czy doskonałych filmów, co – pomijając klasykę, która też była – jest rewelacyjnym wynikiem. Zwróciłem uwagę na:
Łarisa Szepitko – „Wniebowstąpienie” [1976] ***
Oj oj! Wprawdzie „Wniebowstąpienie” jest jedynym, który widziałem, wojennym filmem radzieckim, w którym nie występują bolszewicy, armia, sierp i młot a do czynów heroicznych nie usposabia Lenin (czy Stalin) a Bóg, ale to za mało.
A może za dużo. Film jest – o ile zrozumiałem – parafrazą historii męki Pańskiej z tak drażniącymi (powiedziałbym nachalnymi) odniesieniami do Chrystusa, Judasza, Piłata itp., że mnie aż szczypało. Może w 1976 roku, w ZSRR, było to odkrywcze, może nawet obrazoburcze, ale – tu memento dla autorów – dziś niewiele z takich, sztucznych w końcu, uzasadnień zostało. Zostało nieco fascynacji Bergmanem (prawdziwe dramaty przeżywają także zwykli ludzie za to bardzo, wręcz za bardzo serio), niezłe zdjęcia … i tyle. To nie jest zły film, tylko trochę przeterminowany a dla mnie osobiście zbyt pryncypialny. Można sobie podarować.
Nikita Michałkow – „Niedokończony utwór na pianolę” [1977] ***
Jaki jest Michałkow, każdy widzi, a „Niedokończony utwór” jest jego (Michałkowa) bardzo typowym przykładem. Nieco za bardzo.
W filmie, którego scenariusz oparto na młodzieńczej sztuce Czechowa („Płatonow”), jest sporo dialogów, ogród, dworek, rzeka, las … ach ta Rosja. Fajnie (a nawet więcej) się to ogląda, nie brakuje (jak to u Czechowa) całej plejady „zakręconych” postaci, jest i śmiesznie i tragicznie, niemniej czegoś mi brakowało. Może puenty, jakiegoś motywu w tle, bo myśl, że "to wszystko musiało się skończyć rewolucją" oczywiście występuje, ale dziś jest to raczej banał.
Dziś – wobec tego jest to zarzut tylko wobec Michałkowa, a nie Czechowa, który „Płatonowa” napisał w wieku lat 18-tu. Jeśli próbuję się zastanowić nad tym, jak taki młodzik mógł to wszystko „zobaczyć”, dreszcz przechodzi mi po plecach. Choćby dla geniuszu Czechowa film warto zobaczyć (i dla tego ogrodu, dworku itp.), szkoda tylko, że Michałkow wiele do tego nie dodał.
Paweł Łungin – „Wyspa” ***** [2006]
Jeśli powiem, że jest to film o Bogu, wierze i świętości – i to wcale nie w przenośni – oraz, że Wesołemu Romkowi film bardzo się podobał, będzie to chyba najlepszą jego rekomendacją. Trudno mi sobie było wyobrazić, że 2 godzinny film, w warstwie tekstowej wypełniony głównie modlitwami (nie przesadzam) może wciągnąć, ale sprawdziłem i nie żałuję. Sprawdziłem też, że najżarliwsza wiara nie wyklucza zdrowego rozsądku oraz dowcipu … i to mi się chyba najbardziej spodobało.
Główny bohater – świetna rola Piotra Mamonowa, byłego artysty rockowego - muzyka, frontmana i autora tekstów moskiewskiej kapeli „Звуки Му” – odbywa pokutę za grzechy młodości w klasztorze na pustkowiu, gdzie z biegiem lat staje się, jakby mimochodem, nieformalnym, za to niezaprzeczalnym autorytetem – ojcem Anatolijem. Prostota (może szczerość), z jaką rozwiązuje problemy (do klasztoru przychodzą ludzie po poradę), połączenie – w jego osobie – empatii i płomiennej religijności z szorstkością, robią niesamowite wrażenie. Co z tego wynika? Niełatwo odpowiedzieć, bo film zupełnie serio – aż strach – dotyka problemu czy jest Bóg i po co, ale jakoś skojarzyło mi się to z mottem, które znam z jednego z opowiadań braci Strugackich:
Musisz robić dobro ze zła.
Nie ma niczego innego, z czego można by je zrobić. [R.P. Warren]
Jeśli dodamy do tego niesamowity nastrój (pusto, chłodno a nawet surowo – na zewnątrz, ciepło, uczuciowo a czasami nawet rubasznie – pomiędzy ludźmi), doskonałe zdjęcia, podkreślające metafizyczny, liryczny charakter filmu oraz niebanalną muzykę (Władimir Martynow, znany współczesny kompozytor rosyjski), mamy do oglądania świetny, godny polecenia film.
Wiera Storożewa – „Podróż ze zwierzętami domowymi” [2007] ****
„Podróż” to bardzo zgrabnie nakręcona historyjka feministyczna. Spodoba się wyzwolonym kobietom, bowiem na pytanie „po co do cholery są w końcu mężczyźni” odpowiada – ciepło i bez agresji – po nic. No … do podłączenia telewizora.
Trochę żartuję, ale coś w tym rosyjskim świecie męsko-damskim widocznie jest. Do rozważania. „Podróż” wielkim (w sensie rozmachu) filmem nie jest, ale rozważań wcale się nie boi a powiedziałbym, że nawet – co dziś jest rzadkością – nie boi się udzielać odpowiedzi. Z kobiecego (może ludzkiego?) punktu widzenia. W tym film Pani Wiery przypomina nieco czeskiego „Niedźwiadka”, ale dobór scenerii (znowu dobre zdjęcia), minimalizm w dialogach i sporo drobnych, dających do myślenia scen, czynią go wręcz niezwykle poetyckim (czego „Niedźwiadek” nie ma). Może też bardziej uniwersalnym, bowiem po zastanowieniu film wydaje się dużo ważniejszy, niż wskazywałaby na to niewinna fabuła. Serdecznie polecam, paniom ku radości i panom ku przestrodze.
Andriej Zwiagincew – „Wygnanie” [2007] ****
Tego filmu nie było w Pszczynie na seansach, był za to na DVD i w repertuarze „Sputnika”, więc niniejszym go recenzuję. Teraz nie wiem, co mam zrobić. To, moim zdaniem, najlepszy film z całego zestawu, ale … upiornie posępny. Lubię Was i wcale nie chciałbym komuś zrobić krzywdy, więc lojalnie ostrzegam.
Kolejny film Zwiagincewa (tego od „Powrotu”) jest filmem, podobnie jak „Podróż”, o trudnych sprawach męsko-damskich, o samotności i poszukiwaniu (potrzebie) miłości, tyle że widzianych, czy też rozwiązywanych z męskiego punktu widzenia. Nie wiem właściwie dlaczego, tu trochę reżyserowi współczuję, rozumie on „męski” = ”niszczycielski, nieludzki”. I przedstawia to bezwzględnie, bez ogródek i bez litości.
Gdyby nie ta wątpliwość (co oznacza „męski”) film byłby wręcz genialny. Prosta w gruncie rzeczy historia małżeńska – zdrada, co z tym zrobić itp. – opowiedziana jest tak jak … niezły thriller. Najpierw widzimy sceny i postaci a o ich znaczeniu czy roli w fabule dowiadujemy się (często nie wprost) nieco później. Powoduje to, że długi film cały czas trzyma nas w napięciu, mimo, że niewiele się dzieje. Przynajmniej na początku, bo akcja się rozkręca i przyspiesza a pod koniec – ależ się zdziwiłem – „trup ściele się gęsto”. Kiedy zacząłem się już upewniać – jednak kryminał? – Zwiagincew znowu mnie zaskoczył. Jak w „Powrocie” nic się nie wyjaśnia i nie wszystko co się pojawiło na początku ma jakieś znaczenie na końcu. Domyślam się, że z premedytacją – i to mi się nawet podoba – ale dlaczego tak okrutnie? Żeby nie było nieporozumień. To nie jest durna amerykańska fascynacja złem. W „Wygnaniu” nikt nikomu – na prawdę – nie chce zrobić krzywdy. Niszczy "niechcący", bo nie umie inaczej, bo nie wie, że można inaczej. Niemniej niszczy – podejmując decyzje, od których nie ma już „powrotu”, jest tylko „wygnanie”. Za ten pesymizm daję 4 gwiazdki, choć przyznaję, że film jest świetny. Serdecznie polecam.
Podsumowanie
Wszystkie filmy, które obejrzeliśmy są – z dzisiejszego punktu widzenia – filmami nudnymi. Na które, podobno, publiczność nie chce chodzić. Wszystkie były niebanalne, poruszały tematy ważne, zmuszały do zastanawiania. We wszystkich były doskonałe zdjęcia, żadnych cyfrowych kamer i ujęć "z ręki". W żadnym nie było tła dźwiękowego innego niż prawdziwa muzyka, żadnych elektronicznych bzdur czy łomotów. Wszystkie filmy były wydane – w polskiej wersji – na DVD z doskonałym obrazem i dźwiękiem (woda kapie, świerszcze cykają, liście szumią). Albo rosyjscy sponsorzy współczesnej kinematografii rosyjskiej są idiotami wyrzucającymi pieniądze w błoto, albo oni są mądrzy a mnie polska kinematografia nabiera.
Na stoisku przed kinem „Wenus” były też płyty, wśród których – hurra!!! – nabyliśmy 2 płytowy album z najlepszymi piosenkami Okudżawy. Bomba.
The Name of the Rose (Imię róży) *****
Film był podobno wiele razy w telewizji ale jakoś na niego nie trafiłem. Bardzo kojarzy mi się z „Misją”. Niby historyczne ale jakby nie całkiem. Wszystko się zgadza, fascynuje pieczołowicie wykreowana odległa rzeczywistość a ma się dziwne wrażenie, że nie o tę rzeczywistość chodzi, tylko o coś zupełnie innego. To oczywiście tylko wrażenie - jakiejś przenośni - trudno mi coś konkretnie pokazać palcem i być może mają to tylko filmy wyraźnie kostiumowe, bo przecież zupełnie serio tych habitów nie traktujemy. Jak smoków w bajce z morałem?
The Name of the Rose (Imię róży)
1986 - France / West Germany / Italy - 128 min. - Feature, Color
Director: Jean-Jacques Annaud
Cast
Sean Connery - William of Baskerville
F. Murray Abraham - Bernardo Gui
Christian Slater - Adso of Melk
Michel Lonsdale - The Abbot
Elya Baskin - Severinus
Ron Perlman - Salvatore
Feodor Chaliapin, Jr. - Jorge de Burgos
William Hickey - Ubertino de Casale
Valentina Vargas - The Girl
Volker Prechtel - Malachia
Helmut Qualtinger - Remigio de Varagine
Patrick Kreuzer - Novice
Valerio Isidori
Alberto Capone - Executioner
Mario Diano - Monk
Pietro Ceccarelli - Inquisition Guard
David Furtwaengler - Novice
Eugenio Bonardi - Inquisition Guard
Emil Feist - Swineherd
Lars Bodin-Jorgensen - Adelmo
Hans Schoedel - Inquisition Guard
Franco Valobra - Jerome of Kaffa
Peter Welz - Nero
Pete Lancaster - Bishop of Alborea
Ennio Lollainni - Swineherd
Gina Poli - Papal Envoy
Franco Marino - Inquisition Guard
Renato Nebolini - Swineherd
Ludger Pistor
Vernon Dobtcheff - Hugh of Newcastle
Franco Diogene - Papal Envoy
Michael Habeck - Berengar
Maurizio Merli - Monk
Gianni Rizzo - Papal Envoy
Franco Adducci - Monk
Carlo Bianchino - Papal Guard
Urs Althaus - Venantius
Peter Berling - Jean d'Anneaux
Lucien Bodard - Cardinal Bertrand
Armando Marra - Monk
Francesco Maselli - Swineherd
Donal O'Brien - Pietro d'Assisi
Mark Bellinghaus - Jorge's Novice
Kim Rossi Stuart - Novice
Leopoldo Trieste - Michele de Censena
Andrew Birkin - Cuthbert of Winchester
Dwight Weist - Adso as an Old Man [Voice]
Vittorio Zarfati - Papal Envoy
Production Credits
Jean-Jacques Annaud - Director
Jake Eberts - Producer
Bernd Eichinger - Producer
Thomas Schühly - Producer
Andrew Birkin - Screenwriter
Gérard Brach - Screenwriter
Umberto Eco - Book Author
Howard Franklin - Screenwriter
Alain Godard - Screenwriter
Tonino Delli Colli - Cinematographer
James Horner - Composer (Music Score)
Jane Seitz - Editor
Dante Ferretti - Production Designer
Giorgio Giovannini - Art Director
Rainer Schaper - Art Director
Franco Cristaldi - Co-producer
Alexandre Mnouchkine - Co-producer
Francesca Lo Schiavo - Set Designer
Gabriella Pescucci - Costume Designer
Hasso Von Hugo - Makeup
Adriano Pischiutta - Special Effects
Sergio Mioni - Stunts
Gianni Arduini - Casting
Dominique Besnehard - Casting
Celestia Fox - Casting
David Rubin - Casting
Sabine Schroth - Casting
Lynn Stalmaster - Casting
Awards
--------------------------------------------------------------------------------
Best Foreign Film (win) Jean-Jacques Annaud 1986 French Academy of Cinema
Best Actor (win) Sean Connery 1987 British Academy Awards
Best Supporting Actor (nom) Sean Connery 1987 British Academy Awards
Transylwania ****
Oglądając film "Transylwania" pewnie wielu z widzów zdziwiłoby się wiedząc, że jego reżyser Tony Gatlif ma 58 lat, bo jest to film, któremu nie brak młodzieńczej energii, ale i dojarzałej mądrości. Tony Gatlif jest prawdopodobnie jedynym na świecie reżyserem Cyganem, który odniósł tak wielki sukces. Dwa wciąż powracające w jego filmach tematy to muzyka i ludzie z marginesu społecznego (ale nie chodzi tu o młodocianych przestępców).
W "Transylwani" nie jest inaczej. Film jest swego rodzaju podróżą przez Rumunię, której towarzyszy tamtejsza muzyka i mieszkańcy. Są to Rumuni, Cyganie, ale także Niemcy i Węgrzy oraz pewna Włoszka, która przyjeżdża do Transylwanii w poszukiwaniu oczywiście... miłości. Z pewnością nam Europejczykom ze środkowego wschodu oglada się ten film zupełnie inaczej niż Francuzom, bo prezentowany w nim folklor jest z pewnością bardziej swojski. Jednak pani śpiewająca w Ukraińskiej knajpie czy Rumuńskie babcie stukające w wiolonczele doprowadzą do śmiechu chyba przedstawicieli każdej narodowości. Piękny film o kulturze Rumunii, o muzyce, o miłości i trochę o tym, że można być prawdziwie wolnym, że pieniędze to nie wszystko i, że nie wszystko bez pieniędzy to ch.... Ostatecznie jak się okazuje najbardziej wartościowe są rzeczy najprostsze takie jak wolność, miłość, macierzyństwo. Piękne kino, dużo dobrej zabawy. Gorąco polecam! (a Cygański taniec brzucha co po niektórych naprawdę rozgrzał).
Turysta (The Tourist) ****

(Bardzo) stęskniłem się już za takim zwykłym (nie psychodelicznym czy agenturalnym) kryminałem i kiedy myślałem, że mogę liczyć już tylko na Herkulesa Poirot, nagle trafiłem na film „Turysta”, całkiem zgrabny „kryminał romantyczny”.
Wiem, nie ma takiego gatunku, ale skoro są komedie romantyczne? Tym bardziej, że „Turysta” jest co najmniej tak samo romantyczny jak kryminalny a podkreśla to m.in. dobór aktorów do głównych ról – Angelina Jolie i Johnny Depp. Nie mogę zbyt wiele zdradzić, ale intryga polega na tym, że Elise (Jolie), kochanka poszukiwanego oszusta podatkowego Alexandra Pearce’a, udaje się na spotkanie z nim do Wenecji. Po drodze, dla zmylenia policji (nikt nie wie, jak przestępca wygląda po operacji plastycznej) bezczelnie podrywa (a warunki ma), niewinnego nauczyciela matematyki z Visconsin Franka (Deep), spędzającego wakacje w Europie.
Ha! Biedny Frank zakochuje się (a ma w czym) i nieświadomie „występując” w roli Pearce’a staje się obiektem polowania mafii, Interpolu i sprzedajnych włoskich policjantów. Jest jednak nauczycielem matematyki (tzn. daje się ogłupić kobiecie, ale nie faktom czy liczbom) i … ciężko, bo ciężko, ale jakoś sobie radzi.
W scenariuszu wszystko jakieś bardzo mądre nie jest, ale jest Wenecja, (bardzo) eleganckie panie i panowie, pościgi na dachach i w łodziach (dramatyczne, ale nie za dużo) – będzie się podobało. Serdecznie polecam, tym bardziej, że – co mnie doprawdy rozczuliło – jest bardzo prawdopodobne, iż dacie się nabrać. Ja się nabrałem. Może nie byłem w formie, ale jeśli mnie kryminał nabrał, należą mu się 4 gwiazdki.
Turysta (The Tourist) – Francja/USA, 2010
Reżyseria:
Florian Henckel von Donnersmarck
Grają:
Johnny Depp - Frank Tupelo
Angelina Jolie - Elise Clifton-Ward
Paul Bettany - Inspector John Acheson
Timothy Dalton - Chief Inspector Jones
Uwaga - Western! Appaloosa ****

Za każdym razem, kiedy trafiam na kinowy western, myślę z troską o reżyserze i zastanawiam się: „co go kurcze podkusiło”? Po chwili przypominam sobie, że niedawno widziałem kolejny film o królu Henryku VIII i .. daję spokój.
Appaloosa, 2008, USA
Reż.:
Ed Harris
Grają:
Ed Harris - Virgil Cole
Viggo Mortensen - Everett Hitch
Renée Zellweger - Allison French
Jeremy Irons - Randall Bragg
Mam zaszczyt polecić Państwu western Appaloosa. Jest w nim, jak w większości westernów, ciepło, brudno i nudno, jest dobry (a właściwie są dwaj, a właściwie ich nie ma) i zły bohater, no i panie (damy raczej nie, a pani jest właściwie jedna). Czemu więc polecam? Bo Jeremy Irons gra „złego” a Viggo Mortensen „dobrego” bohatera. Już zabawnie. Oprócz nich występują: Renee Zellweger i Ed Harris, który zresztą nie poprzestał na graniu, lecz jest też reżyserem i scenarzystą. Julii Roberts nie ma.
Paniom film się spodoba, bo pani owija wokół palca jednego rewolwerowca a panom też się spodoba, że nie wszyscy panowie ulegają paniom. A wszystkim się spodoba myśl, że - mimo iż wszyscy wszystkich nabierają i zwodzą - to … prawdziwa przyjaźń jednak istnieje. I że dobro nie wygrywa, bo go nie ma.
W filmie akcja rzadko toczy się tak, jakby się można było spodziewać, niewiele strzelają i w ogóle jest niewiele scen drastycznych, co nie znaczy, że film może oglądać młodzież. Wręcz przeciwnie. A może … Nie. Jednak młodzież, w szczególności męska, może, a nawet powinna film oglądać. Demaskuje on bowiem paskudną – z natury – duszę kobiety, co w zestawieniu ze szlachetnymi – z natury – duszami mężczyzn (nawet tych wykolejonych) pachnie mi troszkę … niepoprawnością polityczną. W zasadzie Pan Ed Harris próbuje przekazać nam to, co niedawno próbował przekazać Pan Palikot, tyle tylko, że subtelniej.
Wreszcie „last but not least” – muzyka. Już w poprzednim autorskim filmie “Pollock” (który także polecałem), Ed Harris współpracował z dość popularnym twórcą muzyki filmowej – Jeff’em Beal’em. Wtedy jakoś „soundtrack’u” nie odnotowałem, ale teraz … Ścieżka dźwiękowa w „Appaloosa” to rewelacja. Już poluję na płytę (wydano), ale nawet w samym filmie trudno nie zwrócić na nią uwagę. Za muzykę, za rolę Mortensen’a jako side-kick’a i za odwagę Pana Harris’a jako reżysera – daję 4 gwiazdki.
Vanishing Point (Znikający punkt) *****
Zatkało mnie i aż ścisnęło mi gardło.
Pamiętacie na pewno niejakiego KOWALSKIEGO, który gna - bez celu, to ważne - samochodem przez Stany. Policja i zgredy go gonią i chcą zatrzymać (po co?) a hipisi i kolesie mu pomagają (wiadomo - to be free). Są Harley’e, amfa oraz naga hipiska na pustyni, a wszystkiemu przygrywają kapele w stylu Crosby, Stills & Nash (and Young) oraz ZZ Top (ale tylko w stylu, bo nie gra nikt znany) a wszystko w Dolby Sourround. Istny szał. Odjazd!
W przeciwieństwie do "Closer", „Kowalski” jest filmem z bajerami ale o niczym, za to na tyle free (symbolicznym?), że można go dowolnie interpretować i za scenami oraz postaciami umieszczać co dusza zapragnie. Sam oglądałem go w kinie ze 3 razy ale najciekawsze jest to, że w Stanach nikt na tym filmie się nie poznał. Dziś to on już jest bardzo dobry ale wtedy - o ile wiem - ze zdziwieniem przyjęto jego sensacyjny i entuzjastyczny odbiór w Europie Wschodniej. Szczegółów jednak nie znam, bo bez dostępu do świata musieliśmy wierzyć Kałużyńskiemu.
Vanishing Point (Znikający punkt)
1971 - USA - 107 min. - Feature, Color
Director: Richard Sarafian
Cast
Barry Newman - Kowalski
Cleavon Little - Super Soul
Charlotte Rampling - Hitchhiker
Dean Jagger - Prospector
Victoria Medlin - Vera
Paul Koslo - Young Cop
Delaney & Bonnie & Friends - J Hovah's Singers
Valerie Kairys - Girls
Anthony James - First male hitchhiker
Lee Weaver - Jake
Karl Swenson - Clerk At Delivery Agency
John Amos - Super Soul's radio engineer
Gilda Texter - Nude Rider
Cherie Foster - 1st Girl
Robert Donner - Older Cop
Severn Darden - J. Hovah
Arthur Malet - Second male hitchhiker
Timothy Scott - Angel
Tom Reese - Sheriff
Rita Coolidge - Singer
Owen Bush - Communications Officer
Production Credits
Michael Pearson - Producer
Norman Spencer - Producer
Guillermo Cain - Screenwriter
Malcolm Hart - Screen Story
John A. Alonzo - Cinematographer
Jimmy Bowen - Composer (Music Score) / Supervisor/Manager
Pete Carpenter - Composer (Music Score)
Stefan Arnsten - Editor
Glen L. Daniels - Set Designer
Jerry Wunderlich - Set Designer
Del Acevedo - Makeup
Richard Glassman - First Assistant Director
Louie Elias - Coordinator / Stunts
Carey Loftin - Stunts
Volver ****
Jak wiadomo filmy Pedro Almodovara sa dość specyficzne. Ja osobiście mam wobec nich dość mieszane uczucia. Bardzo podobało mi sie na przykład "Porozmawiaj z nią", ale już "Wszystko o mojej matce" jest kiczem raczej nie do strawienia. Wszyscy na tegorocznym festiwalu w Cannes zachwycali sie "Volverem", a pięć pań grających w nim główne role dostało zbiorową nagrodę aktorską. Wszystko to wydawało się dość podejrzane... Ale na szcześćie pan Almodovar zaskoczył mnie mile po raz kolejny.
Nie ma co ukrywać, "Volver" to kino kobiece i o kobietach, które gotują, plotkują i borykają się z trudami codziennego życia. Jacek prawie zasnął z nudów. Ja wręcz przeciwnie. Uważam, że to jeden z najlepszych filmów w dorobku Almodovara. Zrobiony bez z umiarem i czułością obraz współczesnych hiszpńskich kobiet na przestrzeni trzech pokoleń. Intryga jest doprawdy tragi komiczna, okazuje się ostatecznie, że najgorsze winy mogą nam ujść na sucho. Jest w tym wszystkim odrobina groteskowego "świata na opak", który jednak okazuje się być tym najbardziej realnym.
Film jako całość może się wydawać trochę błahy i naiwny, ale najważniejsze w tym wszystkim jest kilka genialnych scen, które na zawsze zapadną każdemu w pamięć: Penelope Cruz śpiewająca starą hiszpańską piosenkę, z której pochodzi tytułowe słowo "volver" i genialna scena wyśmiewająca glupotę telewizyjnych talk show.
Jednym slowem "Volver" to film piękny w swojej prostocie, dający nadzieję na to, że jesteśmy w stanie przezwyciężyć nawet największe przeciwności jakie stawia przec nami życie.I to z uśmiechem na twarzy...
Wszystko gra (Match point) *****
Nowy film Woodyego Allena z pozoru nie jest reprezentantem tradycyjnego alllenowskiego stylu. Akcja nie rozgrywa się w Nowym Jorku, a bohaterowie nie zarzucaja się błyskotliwymi dowcipami, nie maja neuroz i nie gra w nim Woody Allen. Niedawno przeczytałam w gazecie Kino, krytykę która utrzymuje, że właśnie dlatego nie jest to dobry film. Tylko, że tak naprawdę nie ma to z samym filmem nic wspólnego. I tylko laik mógłby uważać, że brak mu "allen's touch".
Akcja rozgrywa się w Londynie, historia jest z pozoru prosta. Biedny Irlandczyk, jednakże "w czepku urodzony" i ciężko pracujący były już tenisista żeni się z Angielką z bogatej rodziny z tradycjami. Niestety wplątuje się w romans z dziewczyną przyszłego szwagra, która ostatecznie zachodzi w ciążę i tu zaczynają się schody... Reszty wam oczywiście nie zdradzę. Cały smaczek w tym jak Allen rozwiązuje intrygę. Jednakże nie akcja jest w tym filmie najważniejsza. Cała jego siła to oczywiście aktorzy Scarlett Johansson i Jonathan Rhys Meyers to zdecydowanie jak na razie najpiękniejsza filmowa para XXI wieku. Mam do nich obu słabość więc przyznaję, że mogę być nie do końca obiektywna.
Poza tym jest oczywiście Londyn, piękne domy w Chelsea, widok na Houses of Parliment, ekskluzywne butiki, galerie sztuki i opera, która zresztą rozbrzmiewa przez całą scieżkę dzwiękową filmu. To jest właśnie cała esencja "allen's touch" i choć film jest na poły romansem na poły thrillerem, a nie żadną intelektualną komedyjką, w której coraz to reżyser puszcze oko do widza, ogląda się go tym przyjemniej.
W końcu dałam pięć gwaizdek, ale w ramach kina raczej rozrywkowego. Nie jest to pięć gwiazdek takich jak na przykład dla "Powrotu", bo nie jest to oczywiście ta sama półka. To po poprostu dobre kino, które się dobrze i z zaciekawieniem ogląda, ale nie rości sobie ono bynajmniej prawa do rozgłaszania jakiś głębokich tez czy idei. Jednym słowem rozrywka na wysokim poziomie. Mówiąc językiem bohaterów, nie opera, ale przyjemny musical...
Wyjście przez sklep z pamiątkami [2010]*****
Banksy

Banksy jest najbardziej znanym i mega popularnym współczesnym „graficiarzem”, czyli artystą Street Artu. Nie wnikając w to, czy Street Art jest sztuką, czy nie, przyznaję, że kreacje Banksy’ego rzeczywiście są niebanalne – od pomysłowych i dowcipnych poprzez prowokacyjne aż do obrazoburczych.
Banksy jest też osobą enigmatyczną. Nikt (ponoć) nie wie, kim jest naprawdę, a nawet jak wygląda. Tajemniczość do murali bardzo pasuje, bo „twórczość” ta – będąca w gruncie rzeczy wandalizmem – polega na znalezieniu odpowiedniej ściany, przygotowaniu odpowiednich szablonów i materiałów, nagłym pojawieniem się w odpowiednim miejscu i czasie (często w nocy), błyskawicznym (na ile to możliwe) wykonaniu tego, co trzeba i … równie błyskawicznym spieprzaniu z miejsca pracy. Upraszczam, ale mniej więcej tak to wygląda, czy też wyglądało. W czasach, kiedy Street Art był naprawdę „podziemny” i zaangażowany.
Therry Guetta

To pochodzący z Francji, mieszkający w Los Angeles właściciel butiku z używaną odzieżą, który pod koniec lat 90-tych zetknął się ze Street Artem i wymyślił sobie, że będzie jego dokumentalistą. Therry jest sympatycznym głupkiem z ADHD, opętanym manią „kręcenia” wszystkiego, co się rusza. Był może denerwujący, ale na tyle przejęty i gotowy na wszystko, że szybko zaakceptowała go społeczność Street Artu z Los Angeles, a potem … świata. Bowiem po kilku latach przebywania w kręgu graffiti doszło do (jak zwykle przypadkowego) spotkania Therry’ego z Banksym.
Therry – jak na głupka z ADHD przystało – kręcił, ale nie specjalnie interesowały go dalsze losy setek taśm, które zapełniał nagraniami. Do zmontowania filmu namówił go dopiero Banksy a, jak łatwo się domyślić, film był tak zły, że Banksy postanowił zrobić film sam. Odesłał Therry’ego z powrotem do Stanów i na odczepne poradził zająć się „sztuką”.
„Wyjście przez sklep z pamiątkami”
Jeśli guru coś radzi, to jest to w zasadzie przykazanie. Therry sprzedał dom, zadłużył się, wynajął ogromne, nieczynne studio filmowe oraz armię bezimiennych grafików i … za pomocą tej armii, bo sam przecież nic nie umiał, w ciągu kilku miesięcy przygotował – już pod pseudonimem „Mr Brainwash” – NAJWIĘKSZĄ autorską wystawę Street Artu w historii.
Wystawa „Life is beautiful” z trudem doszła do skutku. Przedsięwzięcie, jakie zaplanował Therry przerastało nie tylko jego możliwości wykonawcze, ale także logistyczne i intelektualne. Na szczęście pomogli zaprzyjaźnieni Street Artowcy i we krwi, pocie i łzach – wręcz na godziny przed otwarciem – jakoś „dopięli” wszystko na przysłowiowy ostatni guzik.
„Life is beautiful” to bez wątpienia „crap”, czyli sprzedawalna kupa. Bezładna i mało sensowna mieszanka podróbek i naśladowań – głównie Warhola i kolegów od graffiti. I pewnie nic by się nie wydarzyło, gdyby wystawa nie odbyła się w „Mieście aniołów” gdzie z dnia na dzień stała się największą sensacją kulturalną a stamtąd – największą sensacją kulturalną w Stanach. Orgią zakupów, mekką marszandów, katedrą kolekcjonerów. Z MILIONOWYMI dochodami.
Ale …
Historia Therry’ego Guetty jest zbyt piękna, żeby mogła być prawdziwa. Mr Brainwash ma swoją stronę internetową, wystawa „Life is beautiful” rzeczywiście się miała miejsce, ale nikt nie wie (lub raczej wszyscy wiedzą, że nie) czy Mr Brainwash to rzeczywiście Therry Guetta. Na hasła: „Mr Brainwash hoax” czy „Mr Brainwash mistyfikacja” w Google znajdziecie dowolną liczbę artykułów z teoriami spiskowymi „wyjaśniającymi” kto kim nie jest a kim może być.
Jak zawsze w przypadku Banksy’ego – twórcy zagadkowego, prześmiewczego i prowokującego – jest wielce prawdopodobne, że Mr Brainwash i jego wystawa są jedną wielką mistyfikacją i mega pośmiewiskiem ze świata artystycznego. Parodią wymyśloną i zaaranżowaną przez Banksy’ego a „dokumentalny” film tym – katastroficzną wizją sztuki współczesnej, gdzie wszystko jest niczym za to … dobrze się sprzedaje.
„Wyjście przez sklep z pamiątkami” jest jednym z najlepszych filmów, jakie ostatnio widziałem. Nie tylko dokumentalnych, ale filmów w ogóle. Szybkim i wciągającym jak thriller, delikatnie dozującym napięcie (ale o co chodzi?) i subtelnie sugerującym w jak idiotycznym świecie żyjemy. A ponieważ ten idiotyzm – w gruncie rzeczy – pławi się w sławie i sukcesie, film nikogo nie zestresuje ani nie przestraszy. Może (a nawet na pewno) rozbawi, choć nie wiem, czy w ogóle jest się z czego śmiać. Serdecznie polecam.
Wyjście przez sklep z pamiątkami
Komedia dokumentalna, USA, Wielka Brytania, 2010.
Reżyseria: Banksy.
Grają:
- Banksy,
- Shepard Fairey,
- Thierry Guetta.
Wyznania gejszy ****
Najpierw mały cytat z portalu filmweb
Rok 1929, zubożała mieszkanka wioski rybackiej, dziewięcioletnia Chiyo zostaje sprzedana do domu gejsz w Kioto, okręgu Gion. Naukę przyjmuje poprzez okrutne traktowanie przez właścicieli domu oraz główną gejszę Hatsumomo, w której rodzi się mściwa zazdrość spowodowana oszałamiającą urodą dziewczyny. Chiyo uratowana przez wroga Hatsumomo przeradza się w młodą gejszę Sayuri, która ucząc się artystycznych i społecznych zręczności umożliwia sobie przetrwanie w tym trudnym środowisku. Już jako sławna gejsza Chiyo wchodzi w świat bogactwa, przywilejów i politycznych intryg. Dopiero wybuch wojny na zawsze zmienia Japonię i świat gejsz...
Film oceniłam na 4 gwiazdki głównie dlatego, że poszłam na niego z nieodpowiednim nastawieniem. Spodziewałam się filmu skupionego na zwyczajach związanych z życiem gejsz, a film opowiadał historię miłości. Na pewno ogląda się go przyjemnie, ale nie należy się nastawiać na nic w stylu ostatniego cesarza. Zdjęcia niezwykle, ale nie wiem na ile to zasługa bardzo ładnych aktorek i krajobrazów. Na muzykę uwagi w ogóle nie zwróciłam. Podobno film wzbudził kontrowersje w Japonii z paru względów. Po pierwsze w filmie grają chińki, po drugie film jest amerykański, po trzecie zwyczaje gejsz są tajemnicą.
Wzgórze Rozdartych Serc - *
Z kilku ważnych i jednocześnie całkowicie tajnych względów, zdecydowałem się na podrzucenie paru recenzji filmowych.
Rozpoczynam od Heartbreak Ridge (bodaj Wzgórze Rozdartych Serc). W ramach domowego festiwalu filmów z Clintem Eastwoodem / Clinta Eastwooda (aktor / reżyser) obejrzeliśmy z Justynką jeden z największych knotów w historii amerykańskiej kinematografii. W rankingu najgorszych filmów naszego skromnego festiwalu zajmuje pierwsze miejsce, dzieląc dumnie podium z Fire Foxem.
Nachalny patriotyzm, niedorzeczne i równie nachalne żarty o tematyce gejowskiej, karykaturalna postać głównego bohatera - tak twardego twardziela, że natychmiast dostaje się czkawki. Oto główne atuty. Film niby z gatunku wojenno - sensacyjnego, ale właściwie nie ma ani wojny ani sensacji. Cała akcja to nudne jak flaki z olejem koszarowe przygody nieposzlakowanego nadczłowieka. Do tego naiwna historia o przeobrażeniu charakterów. Pycha i niegodziwość zostały ukarane, prawość nagrodzona, w tle gwiaździsty sztandar a u widza mdłości. Lubię Eastwooda i w jego przypadku potrafię znieść wiele, ale ten film to zdecydowana przesada.