Od jakiegoś czasu, w ramach "uruchawiania" (ma to być antonim słowa "nieruchawy", ale boję się użyć "ruchawy", żeby przypadkiem nie pomylić go z "ruchaniem"), Marysia zadręcza mnie spacerami. W lenistwie jestem dobry, więc kończy się zazwyczaj na dręczeniu, ale pogoda w niedzielę 30-tego marca wyglądała na taką, jak z "Wybaczcie piechocie" Okudżawy, więc dałem się Marysi namówić. Żeby jednak nie było, że jestem jakiś mięczak, czy coś takiego ... sięgnąłem po tajną broń. Do plecaka spakowałem aparat i inne gadżety.
Obawiam się, że to ostatni spacer, na który wyciągnęła mnie Marysia, bo: