Wymyśliłem, że przyda się takie miejsce, w którym można wymieniać się informacjami co warto posłuchać, zobaczyć, przeczytać, gdzie pojechać. Wprawdzie takich recenzji pełne są wszystkie tygodniki ale ... najbardziej wierzę w pocztę pantoflową, więc zapraszam.
"Polecamy" to coś w rodzaju książki, do której znajomi mogą dodawać strony oraz rozdziały - zabawa jest świetna.
Z kolei recenzje najłatwiej publikować za pomocą "forum".
| Ocena | Ocena (gwiazdki) oznacza |
| * | Dno, beznadzieja, lepiej omijać z daleka. |
| ** | Słabe, można dać spokój, szkoda czasu. |
| *** | Może być, niezłe, OK. |
| **** | Dobre, coś w tym jest. Bardzo dobre, ale... |
| ***** | Bez wątpienia bardzo dobre. Arcydzieło, najwyższa półka, super. |
Na razie umieściłem spis posiadanych filmów (DVD) a następnie dodałem (na forum recenzje) to, co ostatnio widziałem i co, moim zdaniem, nadaje się do obejrzenia. Obiecuję, że nie tylko będę aktualizował stronę, ale zachęcam znajomych do dodawania swoich.


Główny bohater filmu (Jim Sturgess), anglik z Livepoolu, nazywa się Jude a jego amerykańska dziewczyna (Evan Rachel Wood) Lucy. Z tego (oraz tytułu) łatwo się domyśleć, że film jest „Beatlesowy”. W tym przypadku pani reżyser (Julie Taymor – ta od „Fridy”) zdecydowała się na dość kontrowersyjny (krytykom się nie podobał) zabieg stylistyczny. Użyła (czy też scenarzyści) tekstów Lennona i McCartneya do zbudowania fabuły a nawet dialogów, ale piosenki pochodzące z wielu lat (1963-1969) mocno osadziła w hipisowskich realiach końca lat 60-tych w USA (co aż tak bardzo Beatlesowe nie jest), dodając Wietnam, zamieszki, policję oraz … Jimmi Hendrixa i Janis Joplin. Brzmi groźnie, zapowiada bowiem bałagan, ale wyszło … PIERWSZORZĘDNIE.| Hej Jude |
| Let It Be i Come Together |
Jest to 3-ci film Baz’a Luhrman’a, który widziałem i zapamiętałem. „Romeo i Julia” (1996) był post-modernistyczną ekranizacją dramatu Szekspira w scenerii gangów z lat 50-tych a „Moulin Rouge” (2001), dość „zakręconym” musicalem. Oba zdobyły wiele nagród i wprawdzie mogły się podobać lub nie, ale … nie dało się o nich zapomnieć.

Uwaga! W czwartek, 29.07 o godz. 20:00 w CANAL+ wyświetlany będzie film „Radio na fali”. Jest to pierwszy film wyreżyserowany przez Richarda Curtisa, znanego angielskiego scenarzystę („Cztery wesela i pogrzeb” [1994], „Notting Hill” [1999], „Pamiętnik Bridget Jones” [2001], ”„To właśnie miłość” [2003]), film zrealizowany w doborowej obsadzie i z REWELACYJNĄ muzyką w tle.
„Radio na fali” to mocno sfabularyzowana historia pirackiej radiostacji (ponoć „Radio Caroline”), która w drugiej połowie lat 60-tych działała na statku pływającym po Morzu Północnym i nadawała … co tylko się dało odbierać (a chciało słuchać) za pomocą tranzystorowych radioodbiorników w Anglii. Jest to komedia, więc nie tylko „mocno sfabularyzowana”, ale i mocno przesadzona, więc nie należy zbyt serio traktować przytoczonych w filmie faktów, niemniej świetnie oddaje on atmosferę tamtych lat. Fascynacji muzyką, modą i wolnością, czyli seksem i rock and rollem (dragów nie zauważyłem).
Pana Hoffmana dawno nie widziałem w tak dobrej roli – tu – „Księcia”, brawurowo zagranego zakręconego prezentera radiowego. Prawie równie dobry jest Bill Nighy w roli właściciela wariackiego statku oraz – ucharakteryzowany na Hitlera – Kenneth Branagh w roli ministra, zapiekłego wroga radiowego piractwa.
"Babel" to trzeci z kolei film Alejandro Gonzaleza Inarritu. Zgodnie z zamierzeniem reżysera i scenarzysty ma on być dopełnieniem trylogii rozpoczętej przez "Amorres perros" i kontynuowanej w "21 gramach". Stąd Inarritu trzyma się konsekwentnie swojej dotychczasowej estetyki. Opowiada trzy, a właściwie cztery powiazane ze sobą historie rozgrywające się rownocześnie na trzech kontynentach. Dwie historie: amerykańskiego małżeństwa na wakacjach i pasterskiej rodziny rozgrywają się w Maroku, trzecia ma mejsce częściowo w USA, częściowo w Meksyku, a tłem czwartego opowiadania jest Tokyo.
Zdecydowanie na pierwszy plan wybija się historia marokańska. Pewnie dlatego, że jest najbardziej dramatyczna, grają w niej hollywoodzkie gwiazdy (Brad Pitt, Cate Blanchet) i porusza wążki obecnie temat spotkania kultury Zachodniej i muzułmańskiej.
Wątek meksykański wydaje się mało wyrazisty i właściwie trudno określić, co autor miał na celu w nim pokazać. Wniosek, że chodzi o uprzedzenia Amerykanów wobec Meksykańczykow wydaje mi się, jak na Inarritu dość płytki.
O dziwo najbardziej poruszająca wydaje się nowela japońska. Być może dlatego, że z punktu widzenia Europejczyka jest najbardziej egzotyczna i przesiąknięta duchem Japonii. Z jednej strony opowiada historię dylematów człowieka współczesnego, z drugiej pełna jest tego co kojarzy nam się z Japonią tradycyjną: spokoju, dystansu, minimalizmu.
Sam reżyser twierdzi, że "Babel" to film o braku komunikacji międzyludzkiej i problemach jakie z tego wynikają. Myślę, że nie chodzi tu tyle o komunikację, ale wogóle o bycie "ludzkim". W tym świetle zachodni turyści nie różnią się zbyt wiele o marokańskich pasterzy. Z drugiej strony, może nawet niejako wbrew zamierzeniom reżysera, film ukazuje ogromne różnice istniejące między poszczególnymi kulturami. Wniosek to dość zaskakujący, szczególnie w czasch myślenia w kategoriach globalnych. Nasuwa się więc myśl, skąd inąd głoszona przez niektórych badaczy współczesnego świata, że globalna jest być może gospodarka, ale nie kultura.
Z tej konfrontacji kultur można jeszcze wysunąc jedno stwierdzenie: problem polega po prostu na tym, że niektórzy ludzie myślą, a inni po prostu nie. Ci zazwyczaj, którzy są bardziej cywilizowani myślą więcej i jakoś bardziej budzą naszą sympatię.
Zdaje sobie sprawę, że byc może zabrzmi to rasistowsko (Jacek twierdzi, że jestem wykapaną Orianą Fallaci), ale czy sami nie przyłapaliście się na tym, że więcej sympatii budzi w was głuchoniema japońska dziewczynka niż brudni marokańscy chłopcy strzelający dla zabawy do autobusu?
Wydaje się więc, że największą siłą filmu "Babel" jest to, że zmusza nas on do refleksji nad otaczającym nas światem, ale właśnie w sensie globalnym. I choć może niektóre pytania wydadzą się nam odrobine pretensjonalne, myślę, że i tak warto choćby na dwie godzinny trwania filmu poddać się pewnej zadumie i jeszcze raz kilka problemów przemyśleć.
Młody aktywista Mels, podczas „akcji prewencyjnej” (obcinanie włosów, niszczenie spodni, sukienek i nylonów) w letnim klubie moskiewskich dandysów poznaje Polzę, niezwykłej urody i delikatności dziewczynę, w której – łatwo się domyślić – zakochuje się bez pamięci. Miłość pcha go nie tylko w ramiona dziewczyny (spokojnie, wcale nie idzie niełatwo), lecz także w krąg jej towarzystwa – lekkoduchów, spędzających czas w klubach i na ulicach Moskwy lat 50-tych. Z czasem okazuje się, że ci kolorowi trefnisie i utracjusze to w rzeczywistości studenci prawa czy medycyny a łączy ich wspólna niechęć do codziennej szarzyzny, fascynacja modą i uwielbienie dla muzyki. „Pod wpływem” Mels nabywa saksofon, zaczyna grać i szybko staje się ulubieńcem zakręconego towarzystwa … oraz Polzy. Happy end?
Nie. Bo życie, wchłania jednego po drugim z grona rozchichotanych przyjaciół, rozmywa gdzieś radość i beztroskę. Tak, bo jak śpiewa Mels w końcowej, patetycznej scenie filmu:
„A wiesz, to nie było takie złe. Bo ten styl wyzwala od strachu.
Ta dziwna, zła i śmieszna epoka nie starła nas jednak na pył.
Zawsze pamiętać będziemy twarze i winylowych krążków czar… ”
Mels śpiewa? Tak, bo proszę Państwa „Bikiniarze” to … musical komediowy. Bez przesady, ale ze sporą liczbą świetnych piosenek genialnie wplecionych w fabułę i to nawet w jej części obyczajowej (a te są bodaj najlepsze).
| Kupujemy saksofon |
| Partner komplementarny |
| 'Irokeza' - kochaj! |


| I'd Rather Go Blind |

Nie można bez końca słodzić, więc w przeciwieństwie do dwóch ostatnio recenzowanych filmów „Czarny łabędź”, także niezły, jest filmem raczej mocnym. Użyłem „raczej”, żeby niepotrzebnie nie straszyć, niemniej filmu Darrena Aronofskiego do rozrywkowych nie zaliczyłbym.
Nina (Natalie Portman) jest młodą baletmistrzynią w zespole przygotowującym się do premiery „Jeziora łabędziego”. Role są jeszcze nieobsadzone – wiadomo tylko tyle, że nie weźmie w nim udziału dotychczasowa primabalerina (Winona Rider), która – mówiąc kolokwialnie – poszła w odstawkę. Reżyser spektaklu (Vincent Cassel) wykorzystując sytuację rynkową – popyt, czyli liczba dziewcząt marzących o TEJ roli, znacznie przewyższa podaż (jest jedna TAKA rola) – cynicznie steruje dziewczętami, tak skutecznie i do tego stopnia, że z niewinnych nastolatek stają się drapieżnymi, gotowymi na wszystko zdzirami.
Uwaga! Tu najgorsze. Reżyser, teatr jako instytucja a w końcu i widzowie (płacę, więc oczekuję!) mają gdzieś, jakim (niematerialnym) kosztem spektakl się zrealizuje. Liczy się efekt, nic w tym złego, ale proszę szanownych Państwa czy myślicie, że jeśli inscenizacja odbywa się w sztafażu sceny jakiegoś Wielkiego Teatru, to różni się aż tak bardzo od jatek gladiatorów w Koloseum? Aronofski sugeruje, że wcale nie, i może jest to ta myśl, która mnie najbardziej zaintrygowała.
Nie lubię i to patologiczne, filmów o szaleństwie, nawet jeśli to jest szaleństwo „w dobrej sprawie”. Rywalizację w sztuce, balet czy samego Czajkowskiego trudno w końcu uznać za coś złego, chyba że … rywalizacja jest chorobliwa. Niemniej zamiar, by – wszak dość infantylną – intrygę „Jeziora” (Biały łabędź zakochuje się w księciu, Czarny łabędź księcia uwodzi a Biały, z rozpaczy, rzuca się w przepaść) zaprezentować w świeżej i współczesnej formie (oraz w dwóch planach - na scenie i poza nią) tak mnie wciągnął, że wytrzymałem wszystko. I pękające paznokcie w palcach stóp i „śniadanka” z (połowy) grejpfruta oraz kupki białego sera i odstawianie pluszowych misiów (poszły do zsypu) na rzecz amfetaminy.
Świetna rola Natalie Portman, bardzo dobre zdjęcia i montaż (aktorka nie jest przecież baleriną a nie widać). Scena w garderobie w antrakcie spektaklu jest wprost genialna – na naszych oczach roztrzęsiona, spanikowana panienka (ten Biały) przeistacza się w okrutnego, bezwzględnego wampa (ten Czarny). Smutno tylko, że akurat góruje „czarne” i samoniszcząca ambicja i to w świetle reflektorów oraz wiwatów publiczności. Pocieszam się myślą, że reżyser – dla wzmocnienia plastyczności przekazu – trochę przesadził i naprawdę w tym balecie aż tak źle nie jest. Serdecznie polecam, to na prawdę dobry, ostry film, choć zanadto pesymistyczny.

Zemsta odkładana na później przeobraża się w coś fałszywego, w prywatną religię, w mit z każdym dniem bardziej oderwany od występujących w nim osób, które w micie zemsty pozostają ciągle takie same, chociaż w rzeczywistości (chodnik bez przerwy się porusza) są już dawno kim innym. [„Żart” – Milan Kundera]
To jedno ważne zdanie z powodzeniem mogłoby posłużyć za streszczenie filmu, którego wyjątkowo idiotyczny polski tytuł sugeruje komedię i to z jakąś trywialną pomyłką. Nic z tego. „Czeski błąd” jest czeską wersją naszej „Rysy”. „Czeską”, czyli nie-aż-tak-tragiczną, prawdziwszą i bardziej ludzką. A żadnej pomyłki nie ma.
Nie mogę zdradzać treści, więc powiem tylko, że w życiu znanego dysydenta, profesora Pavla Joska – za sprawą „życzliwego” mu, pracującego w telewizji zięcia – następuje nagłe trzęsienie ziemi. W postaci … dokumentów świadczących nie tylko o jego współpracy z UB, ale też o „prywatnym” (a nawet „rodzinnym”) świństwie. Rękami UB Pavel „wysłał na emigrację” swego rywala z czasów młodości i do dziś, udało mu się to jakoś utrzymać w tajemnicy. Trzęsienie ziemi przekształca się powoli w cyklon („czeski”, czyli nie-aż-tak-tragiczny i bardziej ludzki), który gromadzi (prawie) wszystkie osoby dramatu na smutnym spotkaniu w domu profesora, gdzie w kasandrycznym nastroju dochodzi nie tyle do jakiegoś cudownego „wybaczenia”, lecz – po prostu – do pogodzenia się z losem. Kata i ofiary. Na szczęście „czeskiego”, czyli ze śladem filozoficznego uśmiechu gdzieś w tle i z taką liczbą mocno niecenzuralnych słów, że gdybym tylko kilka z nich chciał zacytować, z pewnością zamknięto by nasz portal.
Jest to jedna z ostatnich scen w filmie, która wprost genialnie zestawiona zosała przez reżysera z kolejną. Sceną urodzin w domu byłego funkcjonariusza Kafki – przed laty „prowadzącego” Joska. Rodzinne szczęście, świeczki w torcie, wnuczęta na kolanach. Jedna wielka, p… idylla.
...
- Mieliśmy w tym udział, aby szkołę przerwał.
- Załatwiliśmy kilka nocnych rewizji u nich w domu, również u ich rodziców...
- I co drugi dzień wezwania na przesłuchanie.
- Interesuje nas każdy szczegół, jeszcze nie wiemy do czego, ale wszystko może się
jakoś... no wiecie, przydać.
- Dowiedzieliśmy się o chałturach, które go miały trzymać przy życiu. To go od nich odcięliśmy.
- Miał skłonności do rozwiązywania spraw piciem, to go rozpiliśmy.
- Wahał się co do ślubu, wspieraliśmy go w tych wahaniach.
- Był zazdrosny, daliśmy mu powód. [fragment wywiadu z przemiłym (dr Sova nie potrafi być niemiły) UB’kiem Kafką, który zaklina się, że papierosów na szyi przesłuchiwanym nie gasił, więc nie widzi powodu by miał się CZEGOKOLWEK wstydzić]
Jestem co najmniej „nieco” zawiedziony po obejrzeniu tego dość głośnego i nagradzanego filmu. Z jednej strony, jak się dobrze zastanowię, to przyczepię się do paru szczegółów – czyli nie mam się czego czepiać. Z drugiej jednak strony, gdyby nie szum wokół filmu chyba nie zwróciłby mojej uwagi. Jedni dobrzy – prości, szczerzy i naiwni do bólu, drudzy – także do bólu źli, prymitywni i bezmyślni.
Szczegółów nie zdradzam, bo bez nich film nie ma sensu, krótko tylko opowiem, że STASI postanawia wziąć pod obserwację pewnego znanego NRD’owskiego dramaturga Georga Dreyman’a. Wyznacza do wykonania zadania wybitnego specjalistę od inwigilacji, prawdziwego cyborga („bez serc, bez ducha ...” - niezła rola Ulrich'a Muhe), tak „stalowego”, że aż szczypie. Cyborg nie śpi, nie je, nie pije (nic nie czyta, nie ogląda a bzyka tylko prostytutki) za to … słucha. Słucha, pisze raporty i .. (najprawdopodobniej) myśli, bowiem w trakcie inwigilacji zachodzi w nim przemiana. Cyborg przeprowadza sprytną akcję, w wyniku której Dreyman zostaje uwolniony od podejrzeń.
To nieco za mało – w moim rozumieniu - na „rozliczenie z przeszłością”. W filmie brakuje mi bowiem pytań: skąd, po co i dlaczego? Nie ma pytań, więc nic dziwnego, że nie ma też odpowiedzi. Rozumiem, że film przedstawia epizod, maleńki fragment z całego morza paranoi i bezsensu, ale nawet taki epizod może być materiałem do zastanawiania i przemyśleń. No … powinien być.
„Życie na podsłuchu” nie tylko takim materiałem do przemyśleń nie jest, ale – co gorsza - jest w nim prawdziwie romantyczne (znaczy XIX wieczne) podsumowanie typu „kawa na ławę”, które trwa z 10minut i dowiadujemy się w nim, że dobrzy odnoszą sukces a źli pogrążają się w cieniu zapomnienia. Jakby tego było mało, na deser – już po latach – główny bohater wykrywa w końcu, na podstawie teczek (!), że jego zbawcą był agent HGW XX/7 i temu to cyborgowi dedykuje swoją najnowszą książkę pod znamiennym tytułem „Sonata o dobrych ludziach”.
Ja Cię przepraszam! O dobrych ludziach?
Wczoraj byliśmy na filmie „Dobry Rok”. Bardzo dobrym filmie na niedzielne, deszczowe przedpołudnie. Młody, pławiący się w sukcesach yuppie z londyńskiego City dziedziczy (niespodzianie) po ukochanym kiedyś (ale już zapominanym) wujku, dom z winnicami na południu Francji. Jedyne co przychodzi mu na myśl, to szybko i z zyskiem go sprzedać, więc udaje się do Prowansji gdzie … zaczynają się kłopoty. Maksa dopadają wspomnienia, silną wolę osłabiają zwalające z nóg pejzaże a racjonalizm ulatnia się w powietrzu gęstym od seksu. Traci głowę, zakochuje się, rzuca to durne miejskie życie w diabły - brawo, super aha!
To warto zobaczyć, tym bardziej, że Russell Crowe w bardzo dobrym stylu gra tę rolę. Podobał się on nawet Marysi, co jest wprost niesamowite i można zaliczyć do najwybitniejszych osiągnięć aktora. Już dawno bowiem Russell Crowe został zaliczony przez Marysię do kategorii bezmyślnych atletów – ale nie pytajcie mnie na podstawie jakiego filmu, bo tego to nie wiem.
Mam wrażenie, że „zwalające z nóg pejzaże i powietrze gęste od seksu” podziałały nie tylko na Maksa z londyńskiego City, lecz także – a to już szkoda – na Pana reżysera. W wyniku czego:
Opis, zapozyczony z "filmweb":
Jest rok 1997, do Rio de Janeiro ma przylecieć papież Jan Paweł II. Przełożeni wyznaczają kapitanowi Nascimento (należącego do oddziałów specjalnych policji) eliminację dilerów ze slumsów. Kapitan bardzo angażuje się w zadanie, jednocześnie pragnąc odejść ze służby, gdyż żona spodziewa się dziecka i naciska na niego, żeby ten odszedł z policji. Nascimento jest zmuszony znaleźć godnego sobie następcę. Potencjalnymi kandydatami zostają dwaj przyjaciele z dzieciństwa: skrupulatny, ale też lekko wybuchowy Neto, oraz spokojny Matias. Obydwaj dopiero co wstąpili do służby.
Elitarni (Tropa de Elite)
Polecam rowniez:
Elitarni 2 - ktory pokazuje, ze wrog jest po obu stronach barykady
Factotum - w tym filmie też ręce maczali Norwegowie. To kanadyjsko - norweska koprodukcja. Odnoszę wrażenie, że koprodukcja to jedno z najgroźniejszych słów w filmowej terminologii i prawie zawsze oznacza zmarnowane pieniądze na bilet.
Factotum nie jest wyjątkiem. Autorzy porwali się na rzecz niezmiernie ryzykowną - próbę ekranizacji prozy Charlesa Bukowskiego. Epatowanie obrzydliwością, wynaturzona pornografia i swoista mroczna poetyka jego książek nie wydają mi się w ogóle przekładalne na język filmowy. W każdym razie na pewno nie w głównym nurcie kina. To co powstało, to mdła i bezsensowna selekcja epizodów z różnych opowiadań, dopchana kilkoma poetyckimi sentencjami wyrwanymi z kontekstu. Na dodatek usunięcie brudu, krwi, rzygowin (i kilku jeszcze substancji pochodzenia organicznego), z całego klimatu Bukowskiego uczyniło banalną historyjkę o facecie szukającym pracy. Na jawną prowokacje zakrawa ilość słonecznego światła i ładnych nasyconych kolorów w poszczególnych kadrach filmu. werdykt brzmi: totalne nieporozumienie.
… Powiedział Bóg czarownicy, że urodziłam się by śpiewać.
Bardzo lubię, kiedy mnie – już mocno starszego nastolatka – nagle coś zaskoczy. Nie mam na myśli zaskoczenia jakimś nowym odkryciem czy wyjaśnieniem natury ciemnej energii, ale ujawnieniem czegoś zwykłego i dla wielu zupełnie „normalnego”, o czym po prostu nie wiedziałem.
A nie wiedziałem, w ogóle, nic o fado, któremu poświęcony jest jeden z ostatnich filmów Carlosa Saury. Nadal o fado wiem niewiele, ale wiem już, że jest to „miejska” muzyka z Portugalii (głównie Lizbony), nostalgiczna i kołysząca, wykonywana przez śpiewaków i śpiewaczki o wysokich, dramatycznych głosach z charakterystycznym zaśpiewem. Specjalnie napisałem „śpiewaczki”, bo „fadistki” z pewnością nie są piosenkarkami.
Film Saury – piękny, dźwięczny i taneczny – nie jest dokumentem o fado, lecz zręcznym i sympatycznym zobrazowaniem jak to się śpiewa i gra. Występuje w nim plejada współczesnych wykonawców fado, śpiewająca w otoczeniu kolorowej scenografii, wsparta tancerzami, gitarzystami oraz krystalicznym obrazem i dźwiękiem. Muzyka wciąga, mimo (a może dlatego) iż jest lekka i przyjemna, ale – co nie zmienia faktu, że film bardzo mi się podobał i serdecznie wszystkim polecam – Saura przedstawił w filmie chyba nieco zbyt „artystyczną” wizję fado.
Bo fado jest to w zasadzie muzyka kawiarniana. Specjalnie nie napisałem „folklorystyczna” (a mogłem), bo folklor kojarzy się ze wsią a to jest zdecydowanie muzyka „miejska”, co więcej (nie jak w wielu innych przypadkach – np. „Felka Zdankiewicza”) szykowna i tchnie, co chyba najbardziej mnie ujęło, elegancją … przedwojenną. 
Fadistki (śpiewaczki fado), proszę państwa, przynajmniej te z wyższej półki, to są – bez wyjątku – panie „wizytowe”, w stylu Lauren Bacall, a panowie – bez wyjątku – w stylu Humphrey’a Bogarta. Uwaga! Teraz, dzisiaj, w świecie rocka, hip-hopu czy rapu są takie dziewczyny (bez przesady, Mariza ma 37 a Dulce Pontes 41 lat), które występując w kawiarni noszą długie (takie naprawdę długie, które „suną” po ziemi) suknie jak z jakiegoś filmu.
Wszystko to byłoby w zasadzie ciekawostką lub jakimś lokalnym, portugalskim fenomenem a każdy muzyczny purysta (taki np. Marcin) z łatwością zauważyłby, ze fado „trąci” nie tylko myszką, ale i naszą Eleni. To prawda … gdyby nie gitarzyści fado, którzy znacznie podnoszą poziom (muzyczny) tego gatunku oraz … niezliczone kluby (piwnice) fado, w których niezliczona liczba sprawnych śpiewaków i śpiewaczek śpiewa niezliczone pieśni fado w towarzystwie niezliczonej liczby bardzo sprawnych gitarzystów. A te kluby – jak śpiewające w nich (bez mikrofonów !) panie i panowie – zaskakujące niespotykaną, romantyczną (a nawet sentymentalną) atmosferą, są czymś, co chętnie bym odwiedził zatapiając się w tym współczesnym niedzisiejszym świecie. Zobaczcie sami – prawdziwe fado z Lizbony.
| Casa de fados |
| Mariza - Transparente |
Dawno już nie zamieszczałam na portalu żadnych recenzji, choć kilka dobrych polskich filmów weszło w zeszłym roku na ekrany (Boisko bezdomnych, Rysa, 33 sceny z życia). Tym razem jednak chodzi o film, którego nie mogę pominąć milczeniem i nawet wobec panującego powszechnie w moim życiu braku czasu pragnę go zareklamować. Przede wszystkim dlatego, że w obecnie panujących nastrojach związanych z tak zwaną polityką historyczną, którą niestety zapoczątkował PIS, film o główno dowodzącym Kedywem (Kierownictwo Dywersji- zbrojne ramię AK organizujące głównie działania dywersyjne) generale Auguście Emilu "Nilu" Fieldorfie może się wydawać kolejnym nudnym gniotem, na który zostaną zapędzeni uczniowie szkół średnich. I może szkoda, że tak się nie stało, ponieważ film ten mówi o wiele więcej o skomplikowanych wojennych i powojennych losach narodu polskiego niż wszędzie reklamowany "Katyń".
Po pierwsze warto zaznaczyć, że "Generał Nil" jest po prostu filmem dobrym, to znaczy są w nim świetne zdjęcia, odpowiednia muzyka, zrytmizowany montaż, odpowiednio dobrany dzwięk i słychać co mówią aktorzy, a to już jak na polskie warunki oznacza prawie arcydzieło, a przynajmniej jest to dobry punkt wyjścia, żeby za pomocą tej ze znawstwem opanowanej techniki filmowej opowiedzieć ciekawą historię. I tak się też dzieje. Choć historia jest dość nieskomplikowana, opowiada życie generała Fieldorfa od 1944, poprzez aresztowanie pod fałszywym nazwiskiem i powrót do Polski w 1947 roku, aż do aresztowania w 1950 roku i skazania na karę śmierci (wyrok wykonano), to na jej tle udaje się reżyserowi poruszyć wiele istotnych problemów związanych z powojenną historią Polski: w jaki sposób formowała się władza ludowa, czy byli to Rosjanie, Żydzi, a może jednak Polacy, na co wobec tego byli narażeni AK'owcy i ich rodziny, jak w ogóle żyło się w tamtych czasach nawet najzwyklejszym ludziom. Do tego dochodzi sfera ideałów i honoru, poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które prawie każdy sobie wtedy zadawał, czy chodzi o (prze)życie czy o lojalność wobec tego o co się walczyło, czy zostać czy wyjechać z Polski? Wszystkie te problemy w jakiś sposób zostają w filmie unaocznione, ale dzieje się to bez martyrologicznego patosu i to chyba jest główną zaletą filmu. Jak zwykle w takich przypadkach histoira choć opowiada o konkretnym człowieku, zyskuje pewien wymiar uniwersalny, a do tego jest doskonałą lekcją współczesnej historii Polski.
Poza tym na film składa się kilka genalnych scen, w miniaturze pokazujących na czym polegał "tamten"- totalitarny świat, jak chociażby scena posiedzenia sądu najwyższego. Przede wszystkim jest to jednak doskonała rola Olgierda Łukaszewicza, który ostatnio już trochę zapomniany cierpiał samotność w domu aktora, a który udowodnił, że nadal potrafi stworzyć żywą postać, której losy angażują nas emocjonalnie. Warto też wspomnieć o samym reżyserze Ryszardzie Bugajskim, który brawurowo rozpoczął karierę filmem, wszystkim nam chyba znanym "Przesłuchanie", potem zajmował się głównie teatrem telewizji, ale film "Generał Nil" świadczy tylko i wyłącznie o tym, że nadal jest wytrawnym reżyserem filowym, który w swojej twówczości postanowił zgłębiać skomplikowane losy Polski i Polaków w XX wieku.
P.S. Gwiazdek nie daję, to by jendak było jakoś tak niehonorowo.
Szkoda, bo niewiele brakowało a mógłby to być bardzo dobry film. Świetna rola David‘a Strathairn’a, który choć gra nieprawdopodobnie sztywno (celowo - odtwarzając autentyczną postać dziennikarza Edwarda Murrow’a), w drobnych gestach i prawie niezauważalnej mimice twarzy zawiera takie emocje, że aż dech zapiera - majstersztyk aktorski. Ciekawy jest też pomysł z paradokumentalnymi zdjęciami. Film jest czarno-biały (czego nie znoszę, bo uważam za tani chwyt pseudoartystyczny) co akurat do filmu Clooney’a niezwykle pasuje i niemal „teatralny” w formie. Żadnych ulic, pejzaży – samo studio i kilka pokoi.
Film opisuje ważny epizod z historii amerykańskiej telewizji (CBS) - heroicznej walki z bezsensem i paranoją komisji McCarthy’ego. Bohaterami są dziennikarze programu informacyjnego „See It Now” i jego główna postać - Edward Murrow, który po dramatycznych ale bardzo stonowanych komentarzach (jak by się to dziś przydało!) żegna się z widzami słowami „Good night, and good luck - stąd tytuł filmu.
Wszystko bardzo mi się podobało i przez 90min z zaciekawieniem patrzyłem jak McCarthy jest „be” a chłopcy są „OK”. Jak niezwykle odważnie mówią prawdę, mimo, że - uwaga! - ich program może stracić reklamodawców (cóż za stres!) a w efekcie mogą ich przenieść - o matko! - w porę niższej oglądalności (to już horror!). Do 90-tej minuty czekałem na jakiś dramat. Nawet był taki - samobójstwo kolegi z innego programu – ale konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy jaki to miało związek z programem Murrow’a. W ostatnich minutach jednak się doczekałem, dramatem nieco powiało. Program – choć był super, brawo, aha! – zdjęto z wizji, bo … ludzie pragną rozrywki.
A więc tak:
Opowiem Wam pasjonującą historię o alfabecie. Pierwsza litera, to „A”. Potem, choć to się może wydawać dziwne, występuje w alfabecie litera „B”. Teraz uwaga! Wyobraźcie sobie – to wprost nieprawdopodobne – zaraz za „B”, dosłownie natychmiast po nim, występuje w alfabecie litra … jaka? Tak! „C”.
Moim zdaniem to są przejaja! Albo coś przeoczyłem, albo Clooney myśli, że wszyscy jesteśmy cymbałami. W efekcie - zupełnie niepotrzebnie - film świetnie nadaje się na lekcje wychowania obywatelskiego w gimnazjum, bo dla normalnego, dorosłego widza wszystko jest tak oczywiste, że aż szczypie i … jest po prostu nudne.
Nie mogę tego Clooney’owi wybaczyć, bo temat zimnowojennej histerii w USA w latach 50-ty jest mi dziwnie bliski – pewnie przez tragiczne postaci fizyków, którzy brali udział w realizacji projektu Manhattan. Wcale nie uważam tego za nudne oraz mało dramatyczne.
Za łopatologię i smrodek dydaktyczny daję tylko 3 gwiazdki, ale film obejrzyjcie, bo David Strathairn jest boski. Natomiast Panu Clooney’owi (wiem, znęcam się) poleciłbym polską sztukę p.t. „W sprawie fizyka Roberta Oppenheimera” (na motywach powieści Jarosława Putika) z 1971 roku z Markiem Walczewskim w roli głównej.
Martin Scorsese choć mając już te swoje 64 lata nadal pozostaje płodnym reżyserem. A szkoda. Działa tym tylko na własną niekorzyść. Jego ostatnie filmy ("Gangi Nowego Jorku", "Aviator") to może nie były arcydzieł pokroju "Taksówkarza" czy "Wśiekłego byka", ale były to filmy dobre. Wszyscy chcielibyśmy zapamiętać Martina jako kultowego fotografa życia Małej Italii, ale niestety sam Martin skutecznie nam to utrudnia. Jego najnowszy film pod tytułem "Infiltracja" (boże! cóż za okropny tytuł), nawiązujący właśnie do ulubionego przez Scorsese kina gangsterskiego jest po prostu filmem złym. I nie ratuje go nawet Jack Nicholson, który wygląda jakby przyjechał na plan prosto z joggingu i nawet nie zdążył się uczesać. W dresie i z miną bazującą jego diabolicznym emploi wogóle nie przypomina szanowanego przez wszystkich szefa gangu.
Nie uratował Martina nawet Leonardo DiCaprio, który przez cały film epatuje miną zbitego spaniela, która jakoby miała ilustrować jego wewnętrzne rozterki. Najlepiej już radzi sobie z tym wszystkim Matt Damon, który jednak byłby o wiele bardziej miarodajny w roli dobrego, a nie złego chłopca. Gwoździem do trumny jest z kolei aktorka (Vera Farmiga)grająca główną rolę kobiecą (jakby w Hoolywood brakowało atrakcyjnych aktorek, które chciałyby zagrać w filmie Martina Scorsese), którą Scorsese wygrzebał z jakiś durnych amerykańskich seriali.
Gdyby chociaż chodziło tu o zła grę aktorską... okazuje się niestety, że narracja jest też do niczego. Nie chodzi o to co Scorsese opowiada, ale jak. Film jest po prostu nudny, brak mu jakiegoś rosnącego napięcia, jakiegoś wyraźnego konfliktu, wszystko jest miałkie i niewyraźne. Montaż czasami sprawia wrażenie jakby zabrakło im jednej sceny pomiędzy dwoma cięciami. To nie jest nawet brak artyzmu, ale brak podstawowej umiejetności dobrego i ciekawego opowadania jaka jest niezbędna każdemu reżyserowi. Może Scorsese ma alzheimera?
Na dodatek film na imdb ma 8,5 gwiazdki na 10, a w Stanach został już okrzyknięty jednymn z najlepszych filmów Martina Scorsese i murowanym kandydatem do Oscara! No comments.
Jako ciekawostkę jeszcze dodam, że "Infiltracja" jest remake'iem filmu z Hong Kongu, który niedawno mogliśmy oglądać w polskich kinach pod tytułem "Infernal affairs". W rolach głównych grają w nim Andy Lau i Tony Leung, którzy Matta i Leo po prostu przerastają o głowę. I wogóle cały ten film z Hong Kongu jest o wiele lepszy niż wypociny stetryczałego Scorsese. Więc jeżeli lubicie dobre sensacyjne kino i nie macie problemów z rożróżnianiem skośnookich to polecam wszystkim "Infernal affairs".
Film wejdzie na polskie ekrany dopiero w listopadzie, ale wart jest polecenia więc już teraz o nim piszę. Michel Gondry (czyt. Miszel Gondri) jest Francuzem, ale swoją karierę filmowca rozpoczynał w USA tworząc zakręcone wizualnie teledyski dla Bjork, Fatboy Slim i Chemical Brothers. "Jak we śnie" to jego trzeci długometrażowy film. Poprzedni "Zakochany bez pamięci" też był obecny na polskich ekranach.
Gondry ma swój specyficzny styl, któremu pozostaje wierny. I albo się go akceptuje albo nie. Uwielbia trochę szalone historie z pogranicza snu i jawy, gdzie nigdy nie wiemy do końca co wydażyło się naprawdę, a co było tylko wymysłem wyobraźni bohaterów. Oprócz tego jest dużo zabawnych klasycznych animacji (wycinanki z paperu, chmury z waty i drzewka z wełny), a wszystko to idealnie przeplata się z obrazem codziennego Paryża i monotonii zwykłego życia. Bohaterowie są śmieszni, ale dzięki temu sympatyczni. Gondry ma dla nich wiele czułości. W końcu "Jak we śnie" to film o miłości, której bohaterowie nie potrafią nigdy zrealizować. Ale nie popadajmy w przesadę, nie brak też w nim dobrego humoru: do moich ulubonych scen należy ta z wyrzucaniem telewizora do rzeki. Jednakże najbardziej niesamowity jest świntuszący szef, który instruuje naszego nieśmiałego bohatera jak się macha językiem podczas pocałunku.
Mocną stroną filmu są wykonawcy głownych ról: Gael Garcia Bernal i Charlotte Gainsbourg (córka słynnego Serge'a), którzy po prostu umieją świetnie grać i sprawiają wrażenie, że chyba nawet w życiu prywatnym nie brak im wyobraźni. Oczywiście nie jest to film bardzo ambitny, raczej po prostu zabawny i pogodny, który przenosi nas, niczym Piotruś Pan, do krainy wyobraźni i pozwala choć na chwilę zapomniec jaki smutny i okrótny jest ten świat.
Dosłownie kilka dni temu dowiedziałem się, że jeden z naszych znajomych, zachęcony recenzją filmu „Turysta” wybrał się na ten film do kina – i nie pożałował. To oznacza, taką mam przynajmniej nadzieję, że nasze teksty w portalu (jak można pisać „NA” portalu?) czasem mają jakiś sens.
Zachęcony tą reakcją i dla odwrócenia uwagi od (nieco) burzliwej dyskusji na temat „lodu” spieszę donieść o kolejnym filmie, który moim zdaniem warto obejrzeć. Idiotyczny polski tytuł sugeruje coś zupełnie innego a film jest po prostu historią o – przypadkowym i zupełnie niechcianym – objęciu tronu angielskiego (jako Jerzy VI) przez księcia Alberta, jednego z prawnuków królowej Wiktorii.
Albert (Colin Firth), jak by to powiedziała Bożenka, był 100 procentową pierdołą. Nieśmiały, lękliwy, (jako dziecko) skłonny do płaczu i … potwornie jąkający się. A ponieważ w Anglii król nie służy do niczego innego tylko do przemawiania, nikogo mniej odpowiedniego, jako kandydata na tron Wielkiej Brytanii nie można sobie było wyobrazić. Konieczność objęcia tronu po starszym bracie była dla biednego „Albercika” wręcz osobistą tragedią.
Fabuły oczywiście nie mogę zdradzić, ale powiem tylko, że wieloletnia, wytrwała kuracja pod okiem australijskiego logopedy Lionela Logue’a (Geoffrey Rush) przyniosła nadspodziewany efekt. „Albercik” stał się niezwykle popularnym angielskim królem (pobiła go dopiero córka – Elżbieta II) a jego wystąpienie (fascynująca scena w studio radiowym – ależ suspens – zatnie się w końcu na amen, czy nie?) w momencie wybuchu II Wojny światowej, nadawane przez BBC, stało się wydarzeniem historycznym.

Właśnie ukazał się na DVD kolejny bardzo dobry film Pana Jakuba z tych „lżejszych” (Historia kina w Popielawach, Szabla od Komendanta). Tym razem Pan Kolski opowiada, dowcipnie i poważnie zarazem – o … zapachach. Bardzo charakterystyczne jest to „dowcipnie i poważnie zarazem”, bo okazuje się, że konwencja przypowieści ludowej, w której Pan Jakub się lubuje, właśnie do takiej dychotomii idealnie pasuje. Bajka z morałem?
Genialna rola Gajosa, równie dobra Fenrency’ego, kapitalna Gienia (skąd ją Kolski wytrzasnął?), tajemnicza i ulotna atmosfera klasztoru jakże pasująca do rozmów i opowiadań o miłości i zapachach - czy coś wiecej jeszcze trzeba? No ... wprost cudny film.
Niestety Pan Jakub jest trochę słaby w puentach i nie inaczej jest w „Jasminum”. To brak, za który obniżam ocenę do 4 gwiazdek. Co się dziwicie?
Oryginalny tytuł: Voditel dlya Very
Prawdopodobnie czytając streszczenie nikt nie uwierzy, że może być to dobry film. Bo właściwie historia jest dość prosta, raczej z prasy brukowej. Tony Blair zostaje wybrany na premiera, kilka dni później Diana umiera w wyniku wypadku, tymczasem królowa Elżbieta jedzie na wakacje i nie za bardzo się Dianą, której nienawidzi przejmuje. Jednak okazuje się, że pod Buckingham Palace miliony ludzi opłakują śmierć Diany więc Tony dzwoni do królowej i prosi ją, żeby jednak jakoś to skomentowała. Królowa na początku nie ulega presji tłumu, ale w końcu się ugina.
Tę historię zna każdy Anglik, który regularnie czytywał wtedy "Sun", a i z pewnością wielu Polaków. Choć ja przyznam, że o tym wszystkim dowiedziałam się dopiero z filmu Frearsa. Trudno nawet stwierdzić co tak konkretnie sprawia, że w filmie "Królowa" temat z prasy brukowej zamienia się w filmowe arcydzieło. Z pewnością jest to zasługą Helen Mirren, która brawurowo zagrała królową Elżbietę II, za co już dostała Złoty Glob, a i może prawie napewno liczyć na Oscara.
Być może też dlatego, że refleksja Frearsa wychodzi dużo dalej poza opowiadaną anekdotę. Film właściwie jest o spotkaniu tradycji z nowoczesnością i pytaniem czy ta tradycja jest nam nadal potrzebna. Jest coś takiego pewnie w każdym Angliku i we Frearsie też, że nawet jeżeli nie lubi królowej to ją szanuje. W każdym razie Tony Blair ją szanuje, a jego żona nie - świetna scena spotkania małżonków z Królową.
Jest też spotkanie królowej z jeleniem, nie na rykowisku, ale prawie. A jednak mimo wszystko Frearsowi udaje się uniknąć banału i prostoty. Z jednej strony stara się być może trochę uczłowieczyć królową, ale już jej męża nie oszczędza.
Jest to więc film o fenomenie Królowej czyli czymś czysto brytyjskim, z drugiej jednak strony zadaje pytanie o potrzebę tradycji i autorytetów we współczesnym, nowoczesnym świecie. A poza tym ilu z was wiedziało, że królowa z wykształcenia jest mechaniekiem samochodowym?
Kumple (angielski tytuł brzmi Buddy, oryginalny mi umknął). Szczerze rekomenduję. To kolejny świetny film z Norwegii, któremu udało się przebić do polskich kin. Film bardzo europejski, bardzo świeży, nie powtarzający żadnych schematów (przynajmniej nie na tyle natrętnie bym jako laik to zauważył). Jest o przyjaźni, miłości, zaufaniu, o marzeniach i o układaniu życiowych priorytetów. Mimo poważnego przesłania, kino jest jednocześnie dość lekkie i rozrywkowe. Można się głośno pośmiać, są momenty na obgryzanie paznokci, są momenty by uronić łzę ze wzruszenia. Wcale nie ma za to wytężonego moralizowania. Najmniej udany jest chyba wątek miłosny – uroczy, choć troszkę naiwny. Rekompensuje to (przynajmniej mnie) uroda aktorki w nim uczestniczącej. Swoją drogą ciekawe, czy w Oslo mają dziś więcej śniegu niż w Katowicach.
Dawno nie widziałem tak mizernego filmu z tak ogromnym potencjałem. Film nikomu nie zaszkodzi, ale nie mam serca jakoś specjalnie go polecać, natomiast nie mogę przemilczeć, że …
Bohaterem filmu, czyli „latającym mnichem” jest brat Cyprian z Czerwonego Klasztoru. Burzliwa (zbójecka) historia jego młodości i tajemnicze rękopisy Leonarda (Dan Brown?) są już marketingowym pomysłem Pani scenarzystki, a szkoda, bo jest to postać historyczna (Franz Ignatz Jäschke), wystarczająco ciekawa, żeby nakręcić o niej film.
Cyprian, o którym – przyznaję – nie wiedziałem był bowiem pierwszym botanikiem Pienin (także Tatr) i zgromadził imponującą kolekcję roślin (czyli zielnik) z tego terenu. Był również zafascynowany lataniem i studiował mechanikę skrzydeł ptaków.
Legenda głosi, że Cyprian zbudował inny zestaw skrzydeł, bardziej przemyślany i trwalszy, na którym zdecydował się na lot z wysokiej skalistej góry. Nikt nigdy nie widział go od czasu.
I to się zgadza, bo wzbijając się z Trzech Koron, brat Cyprian doleciał aż do Morskiego Oka, gdzie – za bezczelność i ku przestrodze mu współczesnych oraz przyszłych pokoleń – został zamieniony w skałę. Stoi tam do dziś, pod nazwą „Mnich”.
Za intrygujące historyczne skojarzenia i – naprawdę – fantastyczne zdjęcia klasztoru oraz Pienin dałbym więcej gwiazdek, ale film jest nieco nudnawy i nieumiejętnie (oraz niepotrzebnie) sugeruje „głębię” (zbrodnia – pokuta - zbawienie), której wcale nie udało się autorom przekazać. Szkoda.

Naprawdę dawno nie widziałem takiego dobrego filmu! 5 gwiazdek to może nieco przesadzona ocena, ale z zasadzie oduczyłem się już widywać filmy, w których ktoś odważa się mówić o czymś ważnym i to serio. Co więcej łatwiej chyba powiedzieć, o czym film NIE JEST, niż o tym o czym jest. Jest bowiem o miłości, odwadze, lojalności, odpowiedzialności, wreszcie śmierci – czyli o wszystkim. Historia opisywana w filmie obejmuje ze 40 lat, lecz nic się nie wlecze a choć film dotyczy najważniejszych spraw w życiu, nie ma w nim ani jednej patetycznej sceny. Nie ma też ducha „dydaktycznego” (a mógłby mieć, oj tak!), a choć losy bohaterów są raczej tragiczne, to nie ma też w filmie atmosfery przygnębienia jakby (dziwne) w tych trudnych momentach bardziej coś „zyskiwali” niż tracili. Wreszcie – last but not least – książki. Są w filmie od początku do końca, są przyczyną i skutkiem, są podnietą, nadzieją i ukojeniem.
To już nienowy film, ale pojawił się w kanałach cyfrowych (CANAL+FILM) i zdecydowanie wart jest obejrzenia. Następne jego „pojawienia się” (Uwaga! Trwa 150min!) to:

Wiem, że prawdopodobnie trudno będzie wam uwierzyć, że film o transwestycie może być piękny i optymistyczny, ale tak właśnie jest w przypadku "Śniadania na Plutonie". Neil Jordan najbardziej znany jest z filmów "Gra pozorów" i "Wywiad z wampirem", ale chyba jak każdy Anglik ma pewną słabość do czasów glam rocka. Historia wydaje się dość błaha: chłopak wychowany w katolickiej irlandzkiej wiosce odkrywa, że wolałby być dziewczyną i się tego nie wstydzi. Ma trochę problematyczną sytuację rodzinną, co skutkuje tym, że wyrusza do Londynu w poszukiwaniu mamy. Ta z pozoru prosta historia jest jednak pretekstem do wielu głębokich przemyśleń: na temat konfliktu Angielsko - Irlandzkiego w latach 70 tych, na temat bycia "innym", na temat brania odpowiedzialności za własne życie.
Przede wszystkim jest to film, który uświadamia nam, że najważniejsza w życiu jest pogoda ducha i przysłowiowe "spadanie z księzyca", a wszystko inne jakoś samo się ułoży. Byleby tylko nie być zbyt poważnym. "Śniadanie na Plutonie" to niesamowite polączenie spraw "serio" i dobrego humoru. Uzmysławia nam, że niekoniecznie wszystko co jest w życiu ważne musi być poważne, smutne i nastręczać nam zmartwień. Jak to śpiewali pewni, notabene, Anglicy "Always look on the bright side of life".
Oczywiście najbardziej znaczącym elementem filmu jest grający główną rolę Cillian Murphy, który naprawde wygląda jak kobieta pełna seks appelu, szczególnie w angielskich garsonkach w stylu Margaret Thatcher. Wkrótce zobaczymy go w najnowszym filmie Kena Loacha, gdzie gra z kolei młodego bojownika IRA (obie wersje na zdjęciach). Nie uwierzycie, że to ten sam facet!
Pełen optymizmu film dla każdego, szczególnie dla tych, którym wydaje się, że nie lubią transwestytów. Dajcie się zadziwić! Pięć gwiazdek obejrzeć bezwzględnie!
P.S. Ci, których zaskakuje dość kuriozalny tytuł filmu odsyłam do jego treści, wszystko stanie się jasne.
P.P.S. Nie wiem jak to zrobić, żeby po kliknięciu na obrazek zdjęcie pokazywało się większe, tato! Proszę o pomoc!
Szkoda, ale film, który od dawna chciałem zobaczyć i co do którego byłem pewien, że mi się spodoba – okrutnie mnie zawiódł. Nie oznacza to, że nie należy go oglądać – aż tak źle nie jest – zresztą być może powodem mojej oceny są wygórowane oczekiwania, ale denerwuje mnie wręcz, że taki świetny temat tak banalnie „spalono”.
Jestem najprawdopodobniej jakimś niepoprawnym rusofilem, bo ... no … (głupie?) po prostu lubię filmy radzieckie. Ostatnio wydano „mega-pack” p.t. „Klasyka kina radzieckiego”, z którego na początek chciałbym polecić najmłodszy film w zestawie - „Moskwa nie wierzy łzom”. Film Władimira Mieńszowa z 1979 roku, który po raz pierwszy widziałem znacznie później, bo przełom lat 70-tych i 80-tych nie należał do najlepszych „czasów” kina radzieckiego w Polsce. Niestety zostało tak do dziś, moim zdaniem szkoda i to zupełnie niepotrzebnie.
„Moskwa ..” jest, co tu dużo mówić, komedią romantyczną. Kiedyś tak nikt filmów „o miłości” nie nazywał, ale rosyjska „romantyczność” w połączeniu z radziecką „komediowością” dają niecodzienny efekt. Film opowiada, nie nudno i w niezłym tempie, o losach trzech dziewcząt z prowincji, które przyjechały do Moskwy w celu „załapania” się na lepsze życie. Różnie z tym wyszło – to widać po latach – ale, co jeszcze ciekawsze, zupełnie podobnie wygląda ocena (wszystkich dziewcząt) „o co w tym wszystkim (tzn. w życiu) w końcu chodziło”. Jak myślicie, o co?
Jest w filmie wiele dobrych scen, z których (jeszcze z dawnych czasów) pamiętam m.in. następującą:
- Katia, słuchaj udało mi się załatwić przepustkę do Biblioteki Lenina!
- A po co Tobie przepustka do Biblioteki Lenina?
- Jak to po co? A gdzie najlepiej szukać męża? Tam sami doktorzy, naukowcy – sama elita. Może jakiegoś znajdę?
Uwaga! Jak już będziecie oglądać „Moskwę…”, to zróbcie to z namaszczeniem, bo łatwo film zbagatelizować. Tak już kiedyś zrobiono. Po wydaniu w ZSRR film został uznany za wielką klapę, co ciekawe zarówno przez władze (jakieś bzdury nam tu towarzyszu proponujecie – i to miłosne!) jak i przez intelektualną elitę (jakieś bzdury nam tu towarzyszu proponujecie – i to optymistyczne!). Został więc za grosze sprzedany do rozpowszechniana na zachodzie, gdzie … świat na jego punkcie oszalał. Nie mógł nie oszaleć, bo oprócz sceny z Biblioteką Lenina (Ludmiła ubrała tam nawet okulary) była też bajeczna scena z piciem ze stakańczyka, piknik wśród brzóz i przy dźwiękach gitary oraz wiele innych. Fakt, że Mieńszow chyba dobrze trafił, bo skończył film w momencie pojawienia się pierwszych kryzysów w Bloku Wschodnim i skorzystał na wywołanym tym „szumie” wokół Moskwy. Inna sprawa, że – to wręcz niesamowite – film naprawdę antycypuje późniejsze zmiany, „głasnost” i „pierestrojkę” zdecydowanie skupiając się na „prywatnych” sprawach bohaterów i sugerując, że to one są najważniejsze. Nic dziwnego, że w 1980 roku dostał Oscara w kategorii filmów obcojęzycznych, co ja osobiście pochwalam a Wam wszystkim serdecznie film polecam.
"Notatki o skandalu" to film, który w polskich kinach przeszedł zupełnie bez echa i gdyby nie tegoroczna ceremonia wręczania Oscarów prawdopodobnie wcale bym się o jego istnieniu nie dowiedziała. Ale jak to już zostało stwierdzone na forum, tak to już jest, że o naprawdę wartościowych rzeczach mówi się w mass mediach stosunkowo mało, za to o Rubiku piszą nawet Wyborczej.
Ale wracając do filmu... jest to jedna z najciekawszych rzeczy, którą widziałam w ostatnim czasie. Trudno właściwie orzec dlaczego film tak wciąga, bo sama fabuła jest dość melodramatyczno - serialowa. Mogę jedynie powiedzieć, że chodzi o zakazaną miłość i kryzys małżeński, bo jednak wielką zaletą filmu jest snuta na ekranie intryga i doprawdy po mistrzowsku podtrzymywany suspens (my już wiemy, kto jest zły i z niecierpliwością czekamy kiedy bohaterka to odkryje). Jest to też dość gorzkie studium ludzkiej samotności, w brawurowym wykonaniu Judi Dench, która gdyby nie Helen Mirren, zasługiwałaby z pewnością na Oscara. Partneruje jej piękna i uwodzicielska jak nigdy Cate Blanchet, także film jest właściwie pojedynkiem dwóch wielkeigo formatu gwiazd i chyba właśnie na tym opiera się w dużej mierze jego siła. Poza tym reżyser umiejętnie lawiruje pomiędzy melodramatem (chodzi o miłość), psychodramą, a filmem sensacyjnym (w końcu chodzi o scandal) dzięki czemu trzyma widza w ciąglym napięciu i oczekiwaniu co stanie się dalej. A ostatecznym wnioskiem jest to, że źródłem zarówno wszelkiego dobra jak i zła jest miłość. Brzmi to dość przewrotnie, ale w filmie "Notatki o skandalu" przekonująco. Bardzo polecam! 

Tak się złożyło, że ostatnie wydarzenia kulturalne przypomniały mi o recenzji filmu, którą od dawna miałem napisać. Chodzi o wizytę Mario Vargasa Llosy (na podstawie jego powieści oparty jest scenariusz filmu) w ubiegłą sobotę w Kakowie. Ciekawy wywiad z pisarzem można obejrzeć w portalu radiowej Dwójki a dwa fragmenty z jego wypowiedzi są moim zdaniem godne zacytowania.
„Najważniejsze, to dobrze opowiedzieć historię”, mówił Llosa. „Każdą historię można opowiedzieć na setki sposobów, trzeba wybrać ten najlepszy” – dodał … „Nie martwię się o przyszłość literatury w Polsce, kiedy widzę tyle osób słuchających dwugodzinnej rozmowy o literaturze” – powiedział na zakończenie spotkania.
Cytat o „historiach” podoba mi się głównie dlatego, że krótko streszcza także moje odczucia dotyczące literatury oraz … filmu. Wielokrotnie naraziłem się już na krytykę ze strony młodzieży – Ach! Ty to koniecznie musisz w tym widzieć jakąś historię (co w filmie, podobno, wcale nie jest takie oczywiste).
Nawet jeśli nie jest (oczywiste), pozostaję przy „spodziewaniu się” ciekawych historii również w filmach i jeśli ktoś podobnie jak ja lubi „historie”, nie zawiedzie się na „Pantaleonie”.
Posiadający opinię świetnego organizatora kapitan Pantaleon Pantoja otrzymuje zadanie zorganizowania „lotnych brygad” prostytutek do obsługi garnizonów peruwiańskiej armii. Tych odległych od „czegokolwiek”, położonych w amazońskiej dżungli. Z zadania wywiązuje się doskonale, żołnierze są zachwyceni, „wizytantki” (czyli prostytutki) zadowolone, bo wszystko odbywa się prawdziwie po wojskowemu – regulaminowo i porządnie. Niestety Pantaleon przesadza nieco w ocenie ważności niektórych elementów projektu … Dla armii „wizytantki”, jak karabiny, są częścią wojskowego zaopatrzenia a Pantaleon dostrzega w nich – co okaże się grubą przesadą – kobiety.
| Wizyta |
Na samym początku pragnę zaznaczyć, że daje temu filmowi jedną gwiazdkę tylko dlatego żeby dać do zrozumienia jak marny to film, bo najchętniej nie dałabym mu ani jednej, ale to mogłoby zostać uznane za przeoczenie lub błąd. Tak więc wczoraj udałam się na nowy wspaniały polski film, który ma same dobre recenzje, no i otrzymał aż 7 nagród na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Na szczęscie zapłaciłam za te prawie 2 godziny męki tylko 11 złotych, bo w Krakowie są jakieś specjalne promocje dla studentów. Gdyby nie to zażądałabym zwrotu poniesionych kosztów, w tym za uszczerbek na zdrowiu psychicznym.
Z punktu widzenia warsztatu filmowego "Plac Zbawiciela" jest filem dobrze i profesjonalnie zrobionym. Aktorzy grają autentycznie, także rzeczywiście stają się wiarygodni i nawet poruszający. Bardzo ciekawe jest użycie scen bez dźwięku, a jedynie z muzyką w tle, co nadaje filmowi swoisty wręcz muzyczny rytm i pozwala widzowi na odrobinę oddechu. Na tym niestety kończą się zalety filmu.
Rozumiem, że w zamyśle twórców miał to być enigmatyczny gatunek o nazwie dramat obyczajowy, coś w stylu filmów jakie TVP1 wyświetla o 20.00 w środy, tylko bardziej ambitnie. A tu proszę panstwa mamy istny horror. Plotka głosi, że film przedstawia historię autentyczną. Może i tak jest, ale to według mnie wogóle nie przydaje filmowi realizmu czy wiarygodności. Wszyscy bohaterowie są po prostu chorzy. Zaczyna się od matki sadystki, która psychiczne znęca się nad swoją synową, a syna totalnie dominuje. Tak więc syn wyżywa się na żonie (biedaczka, naprawdę całe zło tego świata kumuluje się na niej). No i na koniec mamy tę żonę/synową, która to wszystko akceptuje, daje się poniżać zupełnie nie wiadomo dalczego. Jakby nie mogła iść do pracy i zostawić głupiego męża. No, ale jak się dowiadujemy jest ze wsi, nie skończyła studiów, no i jest dość puszysta. Generalnie skondensowanie nieszczęść jakie spotykają tą biedną bohaterkę jest grubo ponad normę. Do tego twórcy wręcz lubują się w epatowaniu taką domową przemocą: mąż nie dośc, że zdradził żonę to ja jescze na dodatek porzuca, a ona go błaga żeby został, wiesza się na nim, no to on ją kopie itd.
Jeżeli ktoś uważa to za głęboki i autentyczny film, to można mu tylko współczuć, że w tak ciemnych barwach postrzega ludzkie życie. Oczywiście takim biednym ludziom należy współczuć, ale nie wiem po co o tym robić film i zamęczać tym bogu ducha winnych widzów. Należy wiedzieć, że gdzieś tam dzieję się źle i zdawać sobie z tego sprawę, ale co innego robić o tym film. Natura obrazu jest taka, że o wiele silniej oddziałuje na ludzkie emocje i nie należy tego nadużywać. Dlatego prawdopodobnie obrazy wojny w Czeczenii albo dzieci umierających w Afryce bardziej wzbudzą nasz niesmak i odrzucenie niż współczucie. Ja w każdym razie "Plac Zbawiciela" odrzucam kategorycznie i nigdy nie zgodzę się z opinią, że jest to autentyczny, wzruszający film o pokoleniu dzisiejszych 30 latków. Zero gwiazdek!
USA, 2006
Wiadomo... każdy pretekst jest dobry byleby nie pisać pracy doktorskiej. Mój ukochany tata raz po raz daje mi do zrozumienia, że się na jego portalu nie produkuję. Niniejszym staram się zmienić tę sytuację.
Jakaż może być lepsza okazja do dyskusji nad kondycją polskiego kina niż trzech filmoznawców zamkniętych przez siedem godzin razem w samochodzie, w drodze na festiwal Camerimage w Bydgoszczy. Cóż nam z tych rozmów wynikło... Nie jest tak źle, ale też zbyt dobrze nie jest, czyli normalnie. Polskim reżyserom zazwyczaj brakuje odwagi wyjścia poza polskie piekiełko, w którym rządzi Andrzej Wajda i PISF. Chlubnym kontrprzykładem jest tutaj Lech Majewski, który całym tym polskim światkiem po prostu mało się przejmuje. Dzięki temu w Bydgoszczy, gdzie jego "Młyn i krzyż" nie był zapewne wcześniej wyświetlany, na festiwalu kolejka po bilety niemalże wychodziła na zewnątrz.
Generalnie polskie kino oscyluje między dwiema skrajnościami: albo są to czystko komercyjne, raczej głupawe komedie albo bardzo poważne, smutne filmy, w których zazwyczaj niewiele się dzieje. Co do komedii, to wczoraj na nowym kanale Kino Polska Muzyka trafiliśmy akurat na program o przedwojennych komediach i zgodnie (ja i mój mąż) doszliśmy do wniosku, że są one dużo lepsze i śmieszniejsze niż współczesne "Cicho", "Testosteron", "Lejdis" i tego typu podobne produkcje. Co się zaś tyczy grupy drugiej, reprezentowanej zazwyczaj przez grubą i brudną Kingę Preis, upaćkane wunglem śląskie dzieci bez bucików to wionie od niej nudą jeszcze bardziej niż od Adamczyka i Karolaka rozprawiających o rozmiarach kobiecych piersi. A piszę o tym dlatego, że dopiero wczoraj odkryłam krótki film reklamujący pokazy polskich filmów na festiwalu w Melbourne i wydaje mi się, że nikomu wcześniej nie udało się bardziej trafnie ująć specyfiki polskiego kina. Filmik można zobaczyć tutaj tutaj.
To wszystko jest jednak tylko wprowadzeniem do recenzji filmu "Róża", który zobaczyłam właśnie na festiwalu w Bydgoszczy i który niestety niebezpiecznie zbliża się do tego drugiego bieguna tak błyskotliwie podsumowanego w australijskim filmiku. Wojtek Smarzowski to jeden z moich ulubionych reżyserów i choć w jego filmach występuje gruba Kinga Preis, to zazwyczaj jest w nich też pewien naddatek powodujący, że pomimo z pozoru banalnych sytuacji, po prostu jestem nimi poruszona. Poza tym udaje mu się poprzez krótką indywidualną historię bohaterów pokazać jakąś poważniejszą katastrofę, która dotyczy ogółu świata, w którym oni żyją. Pozornie film "Róża" podąża utartym już przez Smarzowskiego torem, znowu jest historia bohatera i brutalna rzeczywistość z którą musi się mierzyć, a wszystko to jest tylko małym wycinkiem okrutnego powojennego świata tworzącej się dopiero co Polski Ludowej. Niestety brak temu wszystkiemu intensywności poprzednich filmów, które zrealizował Smarzowski. W recenzji Malwiny Grochowskiej na Filmwebie, której nie czytałam w całości, ale po prostu wyświetla się w Google, po wpisaniu hasła "Róża" jest napisane, że film ten to "przeżycie intensywne i brutalne", ale właśnie wcale tak nie jest. Rzeczywiście film jest dość brutalny i są to jedyne momenty, kiedy widz budzi się z letargu oczekując, że w końcu coś się wydarzy. I z góry chcę tu odeprzeć wszelkie argumenty, że jestem naiwnym widzem, którego rusza tylko przemoc. Bo jak słusznie zauważyła wyżej wymieniona recenzja w "Roży" nie ma nadrealizmu, który sprawiał, że filmy Smarzowskiego dotykały pewnego immanentnego zła, które gdzieś tam ukryte tkwi w każdym z nas (oczywiście nie wszyscy muszą się z takim argumentem zgadzać) i dlatego właśnie były tak poruszające. W "Róży" większość scen jest niestety płytka i banalna. Pełno w niej momentów serialowych: Ona stoi, cisza, nic się nie dzieje, w końcu mówi do własnej brody: "kartofle mam, ale trzeba odminować". Cisza, on nic nie mówi, pusty wzrok, w końcu odzywa się: "dobra, rozminuję". Jest dramat! Nie wiadomo tylko czyj. Można by przypuszczać, że od czasów Rejsu (powołuję się na tę błyskotliwą scenę, choć przyznaję, że za całym filmem nie przepadam i się tego nie wstydzę), kiedy to inżynier Mamoń utyskiwał nad kondycją polskiego kina niewiele się zmieniło. Nuda bierze się chyba najbardziej stąd, że nikt w tym filmie nie jest z krwi i kości, wszystkie postacie są tylko zarysowane, łącznie z parą głównych bohaterów. Ani nie ma tam prawdziwych złych Rosjan, ani Mazurów, ani w ogóle właściwie nikogo. Gruba Kinaga Preis nie odzywa się w ogóle. Być może Smarzowski się postarzał i chciał nieco stępić ostrze, ale nie wyszło mu to na dobre. Tak zresztą podsumował moje i naszego znajomego mało entuzjastyczne reakcje mój mąż: "film nam się nie podobał, bo w końcu pojawia się w filmach Smarzowskiego jakiś pozytywny bohater, pozostaje jakiś promyk nadziej i to nas wkurza". Nie przeczę, ten optymizm w zestawieniu z całym okrucieństwem i gwałtami, jakie oglądałam przez półtorej godziny wydaje mi się na wskroś nieautentyczny. Jest to więc może po prostu kwestia pewnego braku konsekwencji i tego, że jeden dobry pośród bandy złych zawsze będzie się nam wydawał nieco głupi i naiwny (tu podejrzewam Bożena może się zbuntować). Temat filmu jest naprawdę interesujący i głównie dlatego jest wart obejrzenia, ale niestety nie udało się Smarzowskiemu do końca go wyzyskać. Historia jest opowiedziana jak banalna, obyczajowa epopeja z wojną w tle przez co bardziej jest to pocztówka w typie "Cyrulika syberyjskiego" niż jakiś poważny film. Czyli do Oskara myślę by się nadał, tylko niestety nie ma tam Żydów. Jedyny nadrealizm jaki udało się Smarzowskiemu wpleść do "Róży" to zupełnie nierealny z punktu widzenia realiów historycznych happy end z pięknym mazurskim pejzażem w tle pokazanym oczywiście w sepii. Na Oskara idealnie. Pomimo jednak tych wielu wad chciałam tylko zaznaczyć, że film wart jest obejrzenie, bo i tak na tle polskich pseudo-historycznych produkcji pozytywnie się wyróżnia. To jest zresztą bardzo ciekawy wątek, ponieważ Smarzowski zupełnie nie jest w naszym kraju postrzegany jako reżyser filmów narodowych. Wiadomo narodowe, historyczne to są "Katyń", "Czarny czwartek" i "Popiełuszko", tymczasem "Dom zły" i "Róża" mówiąc o realiach PRL zdecydowanie dużo więcej niż te wszystkie patriotyczne freski nastawione tylko na to, że pójdą na nie dzieci ze szkoły.
Duel (Pojedynek na szosie). Klasyka. Może teraz już tak nie straszy jak w czasach swojej premiery i może dałoby się wytknąć mu parę technicznych niedoskonałości, ale po co. Najbardziej podobała mi się sama konstrukcja: "z ograniczeniami". Scenariusz narzucał bardzo duże utrudnienia - w obrębie których powstał film minimalistyczny i ścisły. Pomysł z odhumanizowaniem czarnego charakteru świetny, podobnie jak brak racjonalności całej historii. Motoryzacyjny horror pierwszej klasy.
Film jest reżyserskim debiutem Eda Harrisa - znakomicie zrealizowaną filmową biografią jednego z najwybitniejszych amerykańskich malarzy - neurotycznego artysty, alkoholika i utracjusza. Nie sądzę, żebyście mieli okazję film obejrzeć (w poniedziałek o 11:25, super nie?), niemniej serdecznie polecam bo jest to zupełnie genialny obraz artysty – również prywatny – jego pracy oraz epoki, w której żył.
Świetne role Ed’a Harris’a (Pollock) oraz Marci Gay Harden (jego żona - oskar za rolę drugoplanową) powodują, że film bardzo wciąga choć nie jest to wcale thriller. Nawet trudno mi sobie wyobrazić jak można udramatycznić malowanie, ale Harris’owi-reżyserowi (i operatorce Lizie Rintzler) chyba się to udało, sceny z pracowni malarza są bowiem boskie.
Z wielu niezłych scen na pewno zapadną Wam w pamięć ta o wynalezieniu drippingu (oczywiście przypadkiem) oraz fragment wywiadu, w którym Pollock tłumaczy się ze swej kosmicznej techniki – cytuję z pamięci - „Czyż bombę atomową, odrzutowiec czy radio można przekazać za pomocą renesansowej techniki malarskiej?”. Nie można – to prawda, ale Pollock nic takiego wcale nie malował! Był tak abstrakcyjny, jak tylko można być i jeśli już „coś” malował, to wyłącznie „siebie”. Lub swoje nastroje, stany, wrażenia – poplątane, ale fascynujące.
Jackson Pollock
Był jednym z najwybitniejszych malarzy amerykańskich, abstrakcjonistą, twórcą charakterystycznego stylu i techniki malarskiej. „Bazgroły” Pollocka – tworzone w technice „drippingu” (rozlewanie farby, kapanie, drapanie i właśnie bazgranie pędzlem) są tak niepowtarzalne, że nawet zupełny dyletant (jak np. RN) rozpozna je na pierwszy rzut oka. Co więcej, skrajnie abstrakcyjne obrazy Pollocka, które powstawały w tak dziwny, kontrowersyjny sposób – gdzie tu, do cholery, w tym kapaniu farbami, „akt tworzenia”? – już od 50-ciu lat fascynują i magnetyzują. Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że zupełnie niedawno odkryto, że „bazgroły” Pollocka wcale nie są bazgrołami – czyli bezładnym i bezsensownym zbiorem plam i wzorów. Czy to ma sens i wymiar artystyczny nie wiem, ale stwierdzono, że Pollock miał taką rękę, która kapała „fraktalnie”, tzn. w rzeczywistości uporządkowanie. Ciekawskim polecam fascynujący artykuł ze Świata Nauki o badaniach nad Pollockiem (załącznik u dołu strony), a dla podwyższenia napięcia powiem tylko, że abstrakcje Pollock’a są w tak doskonałym stopniu uporządkowane (NIKT, NIGDY nawet się nie zbliżył do takiego stopnia „porządku” w nieuporządkowaniu), że nie da się go podrobić. Wydaje się, że nic prostszego jak nachlapać na płótno a jednak nie - prosta analiza komputerowa pozwala łatwo wykryć falsyfikat.

Popiołki (Cenicitas) to tytuł obrazu Salvadora Dali z lat 20-tych, na którym („niby”) to widnieje Federico Garcia Lorca a film o tym samym tytule jest … poruszającą historią ich trudnej przyjaźni, czy też – nie bójmy się tego powiedzieć – romansu.
Najprawdopodobniej z powodu brawurowych początkowych scen, które obrazują „spotkanie tytanów” w akademiku (Residencia de estudiantes) w Madrycie, film tak mnie wciągnął, że bez trudu wytrwałem do końca, mimo (średnio) śmiałych scen erotycznych, których (jeśli są z panami) raczej unikam.
| Scena w akademiku |
Reżyseria: Andriej Zwiagincew
Scenariusz: Władimir Moisejenko, Aleksander Nowototski
Grają:
Władimir Garin,
Iwan Dobronrawow,
Konstantin Lawronenko.
A propos filmów, udało mi się wreszcie zobaczyć, bardzo reklamowany swego czasu przez Monikę, film "Powrót". Oczywiście w telewizji. Film był puszczany dwukrotnie, ale o zabójczych dla mnie porach. Za pierwszym razem po prosytu zasnęłam, więc po dobroci nagrałam go za drugim razem na video. Niesamowity film: nastrój, relacje między ojcem, a synami, miejsce akcji. Czuję jednak pewien niedosyt. Chyba przez niedopowiedzenia. Wydaje mi się, że ja zawsze chcę zrozumieć motywy postępowania bohaterów, jakoś głębiej przeanalizować od strony psychologicznej przedstawione postaci. A tutaj było tyle niewiadomych. Dlaczego ten mężczyzna zniknął na tak długo (był w więzieniu, za co?). Co spowodowało zmianę w planowanym wyjeździe na ryby (jakiś tajemniczy telefon), a ta tajemnicza odkopana paczka? Może jednak coś przespałam? Co nie, jestem zbyt dosłowna?

(Polska, 2005)
Reżyseria: Jan Kidawa-Błoński
Scenariusz: Przemysław Angerman, Jan Kidawa-Błoński
Zdjęcia: Grzegorz Kuczeriszka
Muzyka: Dżem
Grają:
Tomasz Kot: Rysiek
Jolanta Fraszyńska: Gola
Maciej Balcar: Indianer
Anna Dymna: Polowa, matka Goli
Adam Baumann: Jan Riedel, ojciec Ryśka
Joanna Bartel: Krystyna Riedel, matka Ryśka
Przemysław Bluszcz: Leszek Martinek
Paweł Berger: on sam
Beno Otręba: on sam
Adam Otręba: on sam
Jerzy Styczyński: on sam
Zbigniew Szczerbiński: on sam
Na fali zachwytu – film oglądałem wczoraj w nocy – informuję o pojawieniu się filmu „Skazany na bluesa” na DVD. Ponieważ jestem beznadziejnie bezkrytycznym fanem Riedel’a oraz Dżemu, zaznaczam, że mogę być nieobiektywny, ale się starałem. Film ma dwie zasadnicze strony – filmową i muzyczną.
W rzeczywistości, w Pszczynie nie było wcale „Sputnika”, ale tytuł tak mi się spodobał, że nie mogłem się powstrzymać. W dniach 16-19 czerwca odbył się w Pszczynie przegląd filmów rosyjskich, który – o ile się zorientowałem – był repertuarowo zgodny ze „Sputnikiem” (festiwalem filmów rosyjskich), który przeleciał po koniec ub. r. nad Warszawą, Krakowem, Wrocławiem, Łodzią i Poznaniem – stąd skojarzenie.
A z czym kojarzy nam się kino rosyjskie? Oto sonda:
Jeśli powiem, że jest to film o Bogu, wierze i świętości – i to wcale nie w przenośni – oraz, że Wesołemu Romkowi film bardzo się podobał, będzie to chyba najlepszą jego rekomendacją. Trudno mi sobie było wyobrazić, że 2 godzinny film, w warstwie tekstowej wypełniony głównie modlitwami (nie przesadzam) może wciągnąć, ale sprawdziłem i nie żałuję. Sprawdziłem też, że najżarliwsza wiara nie wyklucza zdrowego rozsądku oraz dowcipu … i to mi się chyba najbardziej spodobało.
Główny bohater – świetna rola Piotra Mamonowa, byłego artysty rockowego - muzyka, frontmana i autora tekstów moskiewskiej kapeli „Звуки Му” – odbywa pokutę za grzechy młodości w klasztorze na pustkowiu, gdzie z biegiem lat staje się, jakby mimochodem, nieformalnym, za to niezaprzeczalnym autorytetem – ojcem Anatolijem. Prostota (może szczerość), z jaką rozwiązuje problemy (do klasztoru przychodzą ludzie po poradę), połączenie – w jego osobie – empatii i płomiennej religijności z szorstkością, robią niesamowite wrażenie. Co z tego wynika? Niełatwo odpowiedzieć, bo film zupełnie serio – aż strach – dotyka problemu czy jest Bóg i po co, ale jakoś skojarzyło mi się to z mottem, które znam z jednego z opowiadań braci Strugackich:
Musisz robić dobro ze zła.
Nie ma niczego innego, z czego można by je zrobić. [R.P. Warren]
Jeśli dodamy do tego niesamowity nastrój (pusto, chłodno a nawet surowo – na zewnątrz, ciepło, uczuciowo a czasami nawet rubasznie – pomiędzy ludźmi), doskonałe zdjęcia, podkreślające metafizyczny, liryczny charakter filmu oraz niebanalną muzykę (Władimir Martynow, znany współczesny kompozytor rosyjski), mamy do oglądania świetny, godny polecenia film.
„Podróż” to bardzo zgrabnie nakręcona historyjka feministyczna. Spodoba się wyzwolonym kobietom, bowiem na pytanie „po co do cholery są w końcu mężczyźni” odpowiada – ciepło i bez agresji – po nic. No … do podłączenia telewizora.
Trochę żartuję, ale coś w tym rosyjskim świecie męsko-damskim widocznie jest. Do rozważania. „Podróż” wielkim (w sensie rozmachu) filmem nie jest, ale rozważań wcale się nie boi a powiedziałbym, że nawet – co dziś jest rzadkością – nie boi się udzielać odpowiedzi. Z kobiecego (może ludzkiego?) punktu widzenia. W tym film Pani Wiery przypomina nieco czeskiego „Niedźwiadka”, ale dobór scenerii (znowu dobre zdjęcia), minimalizm w dialogach i sporo drobnych, dających do myślenia scen, czynią go wręcz niezwykle poetyckim (czego „Niedźwiadek” nie ma). Może też bardziej uniwersalnym, bowiem po zastanowieniu film wydaje się dużo ważniejszy, niż wskazywałaby na to niewinna fabuła. Serdecznie polecam, paniom ku radości i panom ku przestrodze.
Oglądając film "Transylwania" pewnie wielu z widzów zdziwiłoby się wiedząc, że jego reżyser Tony Gatlif ma 58 lat, bo jest to film, któremu nie brak młodzieńczej energii, ale i dojarzałej mądrości. Tony Gatlif jest prawdopodobnie jedynym na świecie reżyserem Cyganem, który odniósł tak wielki sukces. Dwa wciąż powracające w jego filmach tematy to muzyka i ludzie z marginesu społecznego (ale nie chodzi tu o młodocianych przestępców).
W "Transylwani" nie jest inaczej. Film jest swego rodzaju podróżą przez Rumunię, której towarzyszy tamtejsza muzyka i mieszkańcy. Są to Rumuni, Cyganie, ale także Niemcy i Węgrzy oraz pewna Włoszka, która przyjeżdża do Transylwanii w poszukiwaniu oczywiście... miłości. Z pewnością nam Europejczykom ze środkowego wschodu oglada się ten film zupełnie inaczej niż Francuzom, bo prezentowany w nim folklor jest z pewnością bardziej swojski. Jednak pani śpiewająca w Ukraińskiej knajpie czy Rumuńskie babcie stukające w wiolonczele doprowadzą do śmiechu chyba przedstawicieli każdej narodowości. Piękny film o kulturze Rumunii, o muzyce, o miłości i trochę o tym, że można być prawdziwie wolnym, że pieniędze to nie wszystko i, że nie wszystko bez pieniędzy to ch.... Ostatecznie jak się okazuje najbardziej wartościowe są rzeczy najprostsze takie jak wolność, miłość, macierzyństwo. Piękne kino, dużo dobrej zabawy. Gorąco polecam! (a Cygański taniec brzucha co po niektórych naprawdę rozgrzał).
(Bardzo) stęskniłem się już za takim zwykłym (nie psychodelicznym czy agenturalnym) kryminałem i kiedy myślałem, że mogę liczyć już tylko na Herkulesa Poirot, nagle trafiłem na film „Turysta”, całkiem zgrabny „kryminał romantyczny”.
Wiem, nie ma takiego gatunku, ale skoro są komedie romantyczne? Tym bardziej, że „Turysta” jest co najmniej tak samo romantyczny jak kryminalny a podkreśla to m.in. dobór aktorów do głównych ról – Angelina Jolie i Johnny Depp. Nie mogę zbyt wiele zdradzić, ale intryga polega na tym, że Elise (Jolie), kochanka poszukiwanego oszusta podatkowego Alexandra Pearce’a, udaje się na spotkanie z nim do Wenecji. Po drodze, dla zmylenia policji (nikt nie wie, jak przestępca wygląda po operacji plastycznej) bezczelnie podrywa (a warunki ma), niewinnego nauczyciela matematyki z Visconsin Franka (Deep), spędzającego wakacje w Europie.
Ha! Biedny Frank zakochuje się (a ma w czym) i nieświadomie „występując” w roli Pearce’a staje się obiektem polowania mafii, Interpolu i sprzedajnych włoskich policjantów. Jest jednak nauczycielem matematyki (tzn. daje się ogłupić kobiecie, ale nie faktom czy liczbom) i … ciężko, bo ciężko, ale jakoś sobie radzi.
W scenariuszu wszystko jakieś bardzo mądre nie jest, ale jest Wenecja, (bardzo) eleganckie panie i panowie, pościgi na dachach i w łodziach (dramatyczne, ale nie za dużo) – będzie się podobało. Serdecznie polecam, tym bardziej, że – co mnie doprawdy rozczuliło – jest bardzo prawdopodobne, iż dacie się nabrać. Ja się nabrałem. Może nie byłem w formie, ale jeśli mnie kryminał nabrał, należą mu się 4 gwiazdki.

Za każdym razem, kiedy trafiam na kinowy western, myślę z troską o reżyserze i zastanawiam się: „co go kurcze podkusiło”? Po chwili przypominam sobie, że niedawno widziałem kolejny film o królu Henryku VIII i .. daję spokój.
Nowy film Woodyego Allena z pozoru nie jest reprezentantem tradycyjnego alllenowskiego stylu. Akcja nie rozgrywa się w Nowym Jorku, a bohaterowie nie zarzucaja się błyskotliwymi dowcipami, nie maja neuroz i nie gra w nim Woody Allen. Niedawno przeczytałam w gazecie Kino, krytykę która utrzymuje, że właśnie dlatego nie jest to dobry film. Tylko, że tak naprawdę nie ma to z samym filmem nic wspólnego. I tylko laik mógłby uważać, że brak mu "allen's touch".
Akcja rozgrywa się w Londynie, historia jest z pozoru prosta. Biedny Irlandczyk, jednakże "w czepku urodzony" i ciężko pracujący były już tenisista żeni się z Angielką z bogatej rodziny z tradycjami. Niestety wplątuje się w romans z dziewczyną przyszłego szwagra, która ostatecznie zachodzi w ciążę i tu zaczynają się schody... Reszty wam oczywiście nie zdradzę. Cały smaczek w tym jak Allen rozwiązuje intrygę. Jednakże nie akcja jest w tym filmie najważniejsza. Cała jego siła to oczywiście aktorzy Scarlett Johansson i Jonathan Rhys Meyers to zdecydowanie jak na razie najpiękniejsza filmowa para XXI wieku. Mam do nich obu słabość więc przyznaję, że mogę być nie do końca obiektywna.
Poza tym jest oczywiście Londyn, piękne domy w Chelsea, widok na Houses of Parliment, ekskluzywne butiki, galerie sztuki i opera, która zresztą rozbrzmiewa przez całą scieżkę dzwiękową filmu. To jest właśnie cała esencja "allen's touch" i choć film jest na poły romansem na poły thrillerem, a nie żadną intelektualną komedyjką, w której coraz to reżyser puszcze oko do widza, ogląda się go tym przyjemniej.
W końcu dałam pięć gwaizdek, ale w ramach kina raczej rozrywkowego. Nie jest to pięć gwiazdek takich jak na przykład dla "Powrotu", bo nie jest to oczywiście ta sama półka. To po poprostu dobre kino, które się dobrze i z zaciekawieniem ogląda, ale nie rości sobie ono bynajmniej prawa do rozgłaszania jakiś głębokich tez czy idei. Jednym słowem rozrywka na wysokim poziomie. Mówiąc językiem bohaterów, nie opera, ale przyjemny musical...
Banksy jest najbardziej znanym i mega popularnym współczesnym „graficiarzem”, czyli artystą Street Artu. Nie wnikając w to, czy Street Art jest sztuką, czy nie, przyznaję, że kreacje Banksy’ego rzeczywiście są niebanalne – od pomysłowych i dowcipnych poprzez prowokacyjne aż do obrazoburczych.
Banksy jest też osobą enigmatyczną. Nikt (ponoć) nie wie, kim jest naprawdę, a nawet jak wygląda. Tajemniczość do murali bardzo pasuje, bo „twórczość” ta – będąca w gruncie rzeczy wandalizmem – polega na znalezieniu odpowiedniej ściany, przygotowaniu odpowiednich szablonów i materiałów, nagłym pojawieniem się w odpowiednim miejscu i czasie (często w nocy), błyskawicznym (na ile to możliwe) wykonaniu tego, co trzeba i … równie błyskawicznym spieprzaniu z miejsca pracy. Upraszczam, ale mniej więcej tak to wygląda, czy też wyglądało. W czasach, kiedy Street Art był naprawdę „podziemny” i zaangażowany.

To pochodzący z Francji, mieszkający w Los Angeles właściciel butiku z używaną odzieżą, który pod koniec lat 90-tych zetknął się ze Street Artem i wymyślił sobie, że będzie jego dokumentalistą. Therry jest sympatycznym głupkiem z ADHD, opętanym manią „kręcenia” wszystkiego, co się rusza. Był może denerwujący, ale na tyle przejęty i gotowy na wszystko, że szybko zaakceptowała go społeczność Street Artu z Los Angeles, a potem … świata. Bowiem po kilku latach przebywania w kręgu graffiti doszło do (jak zwykle przypadkowego) spotkania Therry’ego z Banksym.
Therry – jak na głupka z ADHD przystało – kręcił, ale nie specjalnie interesowały go dalsze losy setek taśm, które zapełniał nagraniami. Do zmontowania filmu namówił go dopiero Banksy a, jak łatwo się domyślić, film był tak zły, że Banksy postanowił zrobić film sam. Odesłał Therry’ego z powrotem do Stanów i na odczepne poradził zająć się „sztuką”.
„Wyjście przez sklep z pamiątkami” jest jednym z najlepszych filmów, jakie ostatnio widziałem. Nie tylko dokumentalnych, ale filmów w ogóle. Szybkim i wciągającym jak thriller, delikatnie dozującym napięcie (ale o co chodzi?) i subtelnie sugerującym w jak idiotycznym świecie żyjemy. A ponieważ ten idiotyzm – w gruncie rzeczy – pławi się w sławie i sukcesie, film nikogo nie zestresuje ani nie przestraszy. Może (a nawet na pewno) rozbawi, choć nie wiem, czy w ogóle jest się z czego śmiać. Serdecznie polecam.
Z kilku ważnych i jednocześnie całkowicie tajnych względów, zdecydowałem się na podrzucenie paru recenzji filmowych.
Rozpoczynam od Heartbreak Ridge (bodaj Wzgórze Rozdartych Serc). W ramach domowego festiwalu filmów z Clintem Eastwoodem / Clinta Eastwooda (aktor / reżyser) obejrzeliśmy z Justynką jeden z największych knotów w historii amerykańskiej kinematografii. W rankingu najgorszych filmów naszego skromnego festiwalu zajmuje pierwsze miejsce, dzieląc dumnie podium z Fire Foxem.
Nachalny patriotyzm, niedorzeczne i równie nachalne żarty o tematyce gejowskiej, karykaturalna postać głównego bohatera - tak twardego twardziela, że natychmiast dostaje się czkawki. Oto główne atuty. Film niby z gatunku wojenno - sensacyjnego, ale właściwie nie ma ani wojny ani sensacji. Cała akcja to nudne jak flaki z olejem koszarowe przygody nieposzlakowanego nadczłowieka. Do tego naiwna historia o przeobrażeniu charakterów. Pycha i niegodziwość zostały ukarane, prawość nagrodzona, w tle gwiaździsty sztandar a u widza mdłości. Lubię Eastwooda i w jego przypadku potrafię znieść wiele, ale ten film to zdecydowana przesada.
W planach miała to być strona o książkach, ale szybko się zorientowałem, że w zasadzie potrzebne jest miejsce do polecania wszystkiego i pisania o wszystkim.
Jest dopiero początek marca a zaliczyłem już w tym roku dwie ciekawe wystawy. O Pankiewiczu pisałem w połowie lutego, tym razem – przy okazji wizyty u naszego znajomego Staszaka (tego od portretów) – trafiłem na wystawę grafik Rembrandta w Muzeum w Grudziądzu.
Przyjmuje się, że Rembrandt był autorem 289 dzieł graficznych, z czego 273 można było obejrzeć na wystawie – rozumiem więc, że jest to wydarzenie „w skali światowej” – i pytanie „dlaczego i skąd w Grudziądzu ?” nie dawało mi spokoju.
Wśród prac sporo było autoportretów, ilustracji biblijnych i portretów, ale były też – świetne – krajobrazy i sceny rodzajowe (także frywolne!). Przechodziliśmy ze Staszkiem od sali do sali i coraz bardziej „opadały na szczęki”, bo biorąc pod uwagę, że są to dzieła z XVII wieku, technika, ekspresja i JAKOŚĆ grafik, były wprost niesamowite.
Jednej z lepszych – moim zdaniem – akwaforty p.t. „Czytająca kobieta”, nie było niestety w katalogu wystawy i nie mogę jej zamieścić (jest na stronie Laguna Fine Art), ale jestem pewnien, że dołączone przykłady, pozwolą się Wam zorientować czy warto „polować” na Rembrandt’a jeszcze gdzieś bliżej Śląska.

Dzieje płyt miedziorytniczych Rembrandta były niezwykłe. Sporządzone w połowie XVII wieku na przestrzeni kolejnych dwóch stuleci uległy w znacznej większości rozproszeniu lub - częściowemu lub całkowitemu - zniszczeniu. Niektóre z płyt dzięki uporowi dwóch XIX-wiecznych indywidualności francuskiego świata sztuki - rytownika i grafika Amanda Duranda oraz dyrektora Luwru Georgesa Duplessisa - zostały odrestaurowane i mogły przetrwać aż do naszych czasów.
Ówcześnie istniejące płyty miedziorytnicze Rembrandta były tak zabrudzone i podrapane, że odtworzenie grafik graniczyło z niemożliwością. Durand mozolnie opracował specjalną technikę konserwacji i odtworzenia pierwotnego stanu. Udało się to zrobić w latach 1865-1867. Odbitki zrobione przez Amanda Duranda były wykonane na niezwykle wartościowym papierze czerpanym i jest to jedna z wielu przyczyn dla których uchodzą za nieprześcignione w swojej świetności i czystości. Na świecie istnieją tylko cztery pełne komplety takich rycin, jeden z nich znajduje się w Luwrze a inny - prezentowany w Grudziądzu - pochodzi z kolekcji prywatnej.

Akwaforty Rembrandta van Rijna były źródłem inspiracji całych pokoleń grafików, łącznie z Goyą i Picassem. Niektóre egzemplarze grafik Rembrandta osiągają na aukcjach najwyższe ceny: np. 680 tys. dolarów w domu aukcyjnym Sotheby's. (za Kultura polska)
Tak więc tajemnica jakości akwafort Rembrandt’a została wyjaśniona, pozostaje do wyjaśnienia jak taka kolekcja zjawiła się w Polsce. Dowiedziałem się tylko tyle, że Grudziądz, nie był pierwszym miejscem, w którym grafiki wystawiano. W Internecie znalazłem co najmniej Wrocław i Toruń (a stamtąd Grudziądz), co znaczy, że wystawa „krąży” po kraju już jakiś czas, ale czy jeszcze gdzieś będzie ją można zobaczyć – nie wiem.
Dawno nikt nic nie pisał o książkach a wypada, więc – z duszą na ramieniu – chciałbym polecić szanownym krewnym i znajomym królika jedyne (o ile wiem) dzieło katalońskiego adwokata pana Falconesa – „Katedrę w Barcelonie”. Uwaga! Przed sięgnięciem po książkę proszę (lepiej) nie „zapoznawać się” z żadnymi opiniami i recenzjami, po prostu kupić książkę i czytać. Bo? „Katedra” jest mega-hitem hiszpańskiej prozy współczesnej a jak na hit przystało ma takie wsparcie reklamowo-marketingowe, że naprawdę nic się nie dowiecie. Tzn. dowiecie się, że jest to arcydzieło (a nie jest) oraz, że jest to kicz (też nie).
„Katedra” to grubaśny (700 stron) bestseller przygodowo-historyczny (klasyfikacja RN), którego bohaterem jest ambitny Katalończyk – Arnau Estanyol – a Falcones wplata jego historię w tło historyczne i obyczajowe średniowiecznej Hiszpanii, w szczególności Barcelony. Losów Aarnaua, nawet w skrócie nie da się przedstawić, bo „Katedra” jest rozbudowaną i „dorosłą” wersją „Historii żółtej ciżemki” i to tak rozbudowaną, że aż trudno uwierzyć, że można ją (w całości) przeczytać. Nie mam wątpliwości, że „Katedra” jest po prostu czytadłem i przyznam, że trochę mi nieswojo polecać je z takim zapałem, ale … kiedy zacząłem książkę czytać nie mogłem się od niej oderwać.
Ufam intuicji – ostatni taki przypadek, tzn. „zaczytania”, miałem przy „Obsługiwałem angielskiego króla” Hrabala – więc zakładam, że choć w „Katedrze” literatury wiele nie znalazłem, coś w tym musi być. Jest między innymi to, że „Katedra” jest po prostu świetnie napisana – wciąga, że aż miło – i rewelacyjnie wypełniona niezliczoną liczbą informacji historycznych, obyczajowych a nawet prawniczych, tak sprytnie wplecionych w fabułę, że w ogóle się tego nie zauważa. Tytułowa katedra np., to Santa Maria del Mar w Barcelonie, sama w sobie będąca ciekawostką, jest unikalnym przykładem katalońskiej architektury gotyckiej i – zachęcony książką – z uśmiechem porównywałem książkowe fragmenty wypowiedzi jej projektanta, Berenguera de Montagut z wrażeniem jakie robią fotografie katedry.
Zaznaczyłem na wstępie, że piszę o „Katedrze” z duszą na ramieniu. Bo jeśli w ogóle jest to literatura, to – wtedy niezła – literatura popularna. Natomiast, jeśli pominąć ambicje prozatorskie (bo „Imię Róży” to nie jest), samego mnie zaskoczyła łatwość narracji i lekkość języka jakim posługuje się Falcones, czy też tłumaczka, pani Magdalena Płachta. Za ten sprawny, potoczysty język oraz faktografię daję aż 4 gwiazdki i polecam „Katedrę” na długie zimowe wieczory, szczególnie po nartach, kiedy coś ambitniejszego trudno byłoby zmóc.
"JÓZEF PANKIEWICZ. ŻYCIE I DZIEŁO"
Warszawa, Muzeum Narodowe, 9 stycznia - 26 marca 2006
Jest to pierwsza zakrojona na tak szeroką skalę wystawa monograficzna Józefa Pankiewicza od czasu wystaw urządzonych po śmierci artysty, w Krakowie (1946), Warszawie (1947) i Olsztynie (1948/49). Celem wystawy jest wszechstronna prezentacja dorobku twórczego artysty, na który składają się obrazy olejne, rysunki oraz grafiki.
O wystawie i samym Pankiewiczu przeczytać można np. w portalu Kultura polska a od siebie dodam, że wystawa była dla mnie sporym zaskoczeniem - (in PLUS). Choć "Portret dziewczynki w czerwonej sukience" kojarzę, w zasadzie nie znałem - jak dotąd - takiego polskiego malarza. A szkoda.


Najcelniej charakteryzuje go chyba Pani Elżbieta Charazińska (komisarz wystawy):
Józef Pankiewicz ... jest przedstawicielem tej grupy twórców, którzy wprawdzie zostali wychowani w tradycyjnej szkole Wojciecha Gersona lub Jana Matejki, ale zdołali się wyzwolić z zaczarowanego kręgu polskości. Mimo głoszonych i realizowanych przez mistrzów haseł o posłannictwie artysty i obowiązku dzierżenia „rządu dusz" w zniewolonym narodzie, zainteresowania uczniów skierowały się ku innym, uniwersalnym wartościom sztuki...

Uniwersalne wartości oraz "-izmy", którym Pankiewicz hołdował, powodują, że jego malarstwo odkrywcze może nie jest, za to jakie to fajne chodzić po wystawie i szeptać: O! Cezanne! O! Van Gogh!
Swoją drogą największe wrażenie wywarły na nas - bardzo oryginalne - obrazy z serii "czarne na czarnym" (a z nich doskonała "Dorożka w nocy") oraz grafiki Pankiewicza.
Czuję się nieswojo, bo pisanie o „Znaczy Kapitanie” zakrawa na bezczelność, prawie taką, jakbym chciał napisać coś (nowego) o „Potopie”, albo – co gorsza – sugeruje zdziecinnienie, bo „Znaczy Kapitan” jest w końcu książką …. dla młodzieży.
Nie wiem, czy „Znaczy Kapitan”, najpopularniejszy zbór opowiadań o morzu, jest lekturą szkolną (wątpię), ale nawet, jeśli jest, to z pewnością nie czytał jej Pan Prezes. A powinien, bo jest bardzo prawdopodobne, że pod wpływem lektury zmieniłby się mu pogląd na patriotyzm.
Tak, bo „Znaczy Kapitan” – poza tym, że jest opowieścią o narodzinach, rozwoju i dniach chwały przedwojennej polskiej marynarki, opowieścią arcyciekawą i arcydowcipną – jest też niezwykle interesującym obrazem przedwojennego polskiego patriotyzmu. Być może z powodów środowiskowych, w końcu marynarze, na co dzień mieli do czynienia z innymi językami, obyczajami i kulturami, ten wizerunek Polaków – często z trudem mówiących po Polsku – jest aż tak urzekający.
Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły, jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był na przykład taki fragment przemówienia: „Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jednu wzięli Germańcy, drugu - Awstryjcy, a trzeciu - my!”. Fragment innego brzmiał: „Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowi, a tereny jej zachwycone wojną”.
To nie jest jakiś specjalnie odosobniony fragment książki, bowiem w wielu miejscach przejawia się jej „teatralny” a nawet „kabaretowy” charakter. Narracja Borchardta, mimo, że prowadzona w pierwszej osobie jest bogato urozmaicona dialogami, w których całe rzesze przewijających się postaci nabierają życia i kolorów. Jest to cecha, która zdecydowanie predestynuje „Znaczy Kapitana” nie tyle do czytania, co OPOWIADANIA.
Właśnie to zrobiono ostatnio, wydając książkę na płycie, czyli zamieniając ją na materiał do słuchania. Spodziewałem się, że książka Borchardta jest jak śląskie czy żydowskie kawały – trzeba je ZAGRAĆ, żeby wydobyć zawartą w nich atmosferę, dowcip czy też „głębszą” treść. Nie spodziewałem się jednak, że można to zrobić aż tak dobrze, jak – nieznany mi dotąd aktor – Pan Adam Szyszkowski, który fenomenalnie oddaje klimat tych historii, charakter i temperament występujących w nich postaci i w zasadzie zamienił „Znaczy Kapitana” w pasjonujące, wzruszające a momentami rozśmieszające do łez słuchowisko.
Wiem, nie wierzycie mi. Sam jestem zdziwiony, ale mój ulubiony cykl opowiadań o rejsach transatlantykiem „Polonia” do norweskich fiordów, kiedy Borchardt był jeszcze porucznikiem, oficerem pokładowym u „Znaczy Kapitana” (czyli Mamerta Stankiewicza) słuchałem po kilka razy. „Oceania” (na więcej nie miałem śmiałości) porwała nawet Marysię, troszkę nieufną wobec takich „rewelacji” jak książka przez głośniki i oboje, ja po raz któryś, jak dzieci śmialiśmy się z premiera patrzącego przez lornetkę i czytającego O-C-E-A-N-I-A.
(… posłuchaj)
„Znaczy Kapitana” ledwo co pamiętam z młodości, ale jestem pewien, że słuchając jej teraz widzę (słyszę) co innego. Na tym polega magia tej książki. Ciekawy przygód młodzian znajdzie wątki przygodowe, dla zainteresowanych marynistyką znajdą się motywy „handszpakowe”, dla ciekawskich popularno-naukowe, a wszystko tak sprytnie wplecione w treści historyczne i obyczajowe, że aż miło. Co więcej, jak w życiu, większość epizodów ma swoje „drugie dno”, nienarzucające się i zawoalowane.
Np. młodzieńcem będąc, opowiadane „Ortodroma” odczytałem pewnie, jako źródło wiedzy o „prostobieżnych” i „skośnobieżnych” czyli nawigacji a z pewnością nie zauważyłem tam wątków erotycznych. A są.
…
Po kwadransie, gdy kapitan zdołał dojść do głosu i powiedział, że nie będziemy już więcej zabierali jej czasu, pani wybrała jedną z najpiękniejszych szkarłatnych róż i przypięła ją kapitanowi. Następnie wybrała różę herbacianą i przypięła ją do mojego munduru.
Obaj z kapitanem byliśmy zaskoczeni doborem kolorów ofiarowanych nam róż. Spostrzegłem to natychmiast w wyrazie twarzy kapitana. Podobnie jak i ja chciał wiedzieć, co miały oznaczać ich barwy. Byłem przekonany, że o to zapyta. W tej samej chwili, gdy o tym pomyślałem, kapitan zadał pytanie:
- Znaczy, proszę pani, u nas w Polsce kwiaty i ich barwy mają swe specjalne znaczenie. Czy w Ameryce jest tak samo?
- Ależ naturalnie - odpowiedziała wyraźnie zadowolona z pytania i rozbawiona pani.
- Znaczy, proszę pani, co w Ameryce znaczy czerwona róża?
- Kocham ciebie! — odrzekła zalotnie.
Kapitan wyprostował się na krześle i uśmiechnął się, zadowolony z usłyszanej odpowiedzi.
- Znaczy, a herbaciana, znaczy żółta róża, co w Ameryce znaczy?
Pani uśmiechnęła się uwodzicielsko i powiedziała gorącym szeptem:
- Przyjdź do mnie jak najszybciej!
Kapitan nie zmienił miłego wyrazu twarzy, tylko powiedział jakby do siebie głośno:
- Znaczy, herbaciana róża w Ameryce znaczy to samo, co w nawigacji ORTODROMA.
Książka jest sympatyczna, ciepła, pogodna i tak przedstawiani są w niej ludzie – nawet upierdliwi pasażerowie, szaleni piloci w egzotycznych portach, ba, także beznadziejni urzędnicy kompanii okrętowych. Jest tak świetnie czytana, iż mamy wrażenie uczestnictwa w jakimś wieczorze gawędziarskim z lekkimi opowiadaniami wilków morskich w programie i doskonale się nadaje do słuchania podczas dłuższych jazd samochodem. A nawet krótszych, bo pojedyncze opowiadania mają 15-20 min. Serdecznie polecam.
Jako zdeklarowani Ślązacy ucieszyliśmy się z Bożenką, przeczytawszy że w kanale Kultura TVP nadawany będzie blok programów o Śląsku (w domyśle Górnym). Początek zapowiadał się ciekawie: film dokumentalny o Janie Skrzeku (Kyjksie). Lubię Skrzeka jako osobę i muzyka, łączącego rzeczy zdać się może niemożliwe, bluesa i Śląsk. To prawdziwy naturszyczk, obdarzony humorem charakterystycznym dla ludzi stąd. Z wykształcenia górnik dołowy, grający na fortepianie, harmoijce i gitarze.
Niestety, film o nim był klasycznym pseudoartystycznym gniotem. Ni to biografia, ni to wykładnia jego filozofii życiowej. Skrzek gadał jakieś nieswoje teksty, których z trudem nauczył się na pamięć. Chyba największą pozycją budżetu była wódka dla narratora. Przez trzeźwe usta Kyjksa taki piramidalny stek bzdur nie mógłby się wydostać na świat.
Zdjęcia bez pomysłu, jakieś obrazy w mniemaniu autora niezwykle poetyckie bo najczęściej czarno-białe. Miałem wrażenie, że film realizował jakiś niedouczony student szkoły filmowej, który uważał na wykładzie kiedy mowa była o tym, że film ma być artystyczny. Grał natomiast w okręty w momencie kiedy tłumaczono, jakimi środkami można ten efekt uzyskać.
Morał
1. nie oglądajcie przypadkiem tego filmu (niestety nie pamiętam dokładnie tytułu - chyba Ballada Śląska lub coś równie pretensjonalnego)
2. Ktoś tu wyrzuca nasze pieniądze
Potemy był drugi film o Śląsku: jak to załogi 4 kopalni przeznaczonych do likwidacji strakowały. Nie chodziło tu o heroiczne boje w okresie pierwszej Solidarności ale o likwidację nierentownych kopalń. Scenariusz oczywiście "artystyczny". Pani dojeżdżając z Lublińca rozklekotanym i brudnym pociągiem żaląc się, że teraz zamykają wszystkie zakłady przemysłowe. Przebitki (czarno-białe) na zrujnowane mijane instalacje przemysłowe. No i wiele zdjęć z manifestacji górników wspartych przez mądrych związkowców i zlekceważonch przez wielkich tego świata np Prezydenta Bytomia. Pogłębiony portret psychologiczny robotnicy "wszystkie kopalnie są zamykane", " ja tak ciężko pracuję w zimie i w lecie" i do tego zdjęcia ilustrujące znój zbierania do wiaderka próbek miału węglowego, co wymagało nieraz chodzenia po wodzie i błocie. Jednym słowem, chała czyli knot. Znów wyrzucone pieniądze. Chętnie dowiedziałby się o czym film miał przekonywać i kogo.
Na szczęście potem nadano film Bobrek Dance. O rozpadającej się dzielnicy Bytomia związanej z zamkniętą hutą i kopalnią. Problemach socjalnych (czytaj pijaństwo i kradzieże) ale i trudnej młodzieży, której udało się zaszczepić entuzjazm do break dance. Film poruszał autentyczne problemy, wolny był od taniego dydaktyzmu (nic z Makarenki). Dodatkowo pięknie filmowany. Niestety, sądzę że niewielu dotrwało do tego momentu przed ekranem.
Cieszyłem się, jak większość uczestników tego forum, na uruchomienie kanału kultura. Miała to być przeciwaga do napędzanych straszakiem oglądalności innych programów TV. Wiele razy, "skanując" ręcznie kanały(tak zwykle oglądam telewizję) zatrzymywałem się na Kanale Kultura. Prawie bez wyjątku pokazywano tam dzieła których wspólnym mianownikiem było udziwnianie rzeczy oczywistych. Mam wrażenie, że do tego programu zsyła się beztalencia i nawiedzonych. Ci którzy coś potrafią zostają w innych kanałach żeby napędzać pieniądze reklamodawców. A kierownictwo TVP ma alibi: "o co wam chodzi? Przecież mamy niekomercyjny, artystyczny kanał dla intelektualistów".
Proponuję uzupełnić to stwierdzenie przez dodanie przed "intelektualistów" dwu słów " niezbyt inteligentnych".
18.06.2005 zmarł Majster Bieda
miast komentarza cytat z gazety Nowiny Gazeta Codzienna:
Majster Bieda
Władek Nadopta, samotnik, który w poszukiwaniu wolności poznał wszystkie ścieżki w Bieszczadach... To o nim jest ta pieśń
Autobus zatrzymał się gdzieś między Ustrzykami Górnymi a Wetliną. Mężczyzna w wiatrówce wysiadł, rozejrzał się, przerzucił podręczną torbę przez ramię i ruszył przed siebie szukać przeznaczenia. Bez pieniędzy, przyjaciół, samotny wśród gór. Kilka dni później na jego drodze stanął człowiek, który okazał się wyznacznikiem dalszych losów tajemniczego wędrowca. Połączył ich wspólny posiłek pod gołym niebem - dwie pajdy razowego chleba ze słoniną.
Był początek lat 60 i żaden z nich wtedy nawet nie śnił, że obaj staną się legendą za życia. O Lutku Pińczuku, gospodarzu schroniska na Połoninie Wetlińskiej napisano już wszystko. O Władku Nadopcie przeciwnie - zawsze żył na uboczu i chadzał ścieżkami, o których wiedziały tylko wilki i rysie. Ale to właśnie on stał się symbolem bieszczadzkiej wolności, i to jego wybrał na bohatera swojej piosenki Wojciech Bellon, lider i założyciel Wolnej Grupy Bukowina.
"Skąd przychodził, kto go znał,
kto mu rękę podał,
kiedy nad rowem siadał,
wyjmował chleb,
serem przekładał
i dzielił się z psem"
Życie nie pieściło Władka od kołyski. Wcześnie poznał smak sieroctwa, głód i nędzę. Żeby przetrwać, musiał opuścić rodzinny Lwów i wyruszyć na wędrówkę. Miał 13 lat, jedno ubranie i gitarę. - To ona uratowała mnie od śmierci, bo dzięki niej miałem co jeść - wspomina Nadopta. - Gdzie ja ludziom nie przygrywałem, i w Przemyślu, i na Podhalu, i nawet nad morzem. A kiedy stęskniony wróciłem wreszcie do Lwowa, niedługo po mnie weszli Niemcy.
Na przymusowych robotach w Rzeszy spędził całą wojnę. Harował na roli, przy kopaniu grobów, przy sadzeniu drzew. Polskę zobaczył na nowo w 1946 r., trafił do Łodzi, później na Śląsk - wprost do kopalni. Ale do fedrowania nie był stworzony. Zostawił więc kilof, wsiadł do pierwszego autobusu i pojechał w Bieszczady. - Żeby być bliżej ojcowizny - mówi.
Z kilofa przerzucił się na motorową piłę - poszedł wycinać las. Na początku lat 60. w ślad za Nadoptą przybyło w Bieszczady setki ludzi szukających dobrego zarobku. Wytrzymywali tylko ci, co nie dali się wódce. Władek też się nie dał. Może dlatego, że nienawidził hoteli robotniczych, gdzie gorzałka lała się strumieniami.
- Żeby mieć spokój od natrętnych pijaków, wynajmowałem kąt u miejscowych gospodarzy - opowiada. - Czasem w Cisnej, czasem w Wetlinie, innym razem w Kalnicy lub Strzebowiskach. Dużo nie potrzebowałem, byle było na czym głowę położyć i gdzie zgotować strawę.
Kiedy w lesie nastawał martwy sezon na cięcia, Władek brał plecak, kilka konserw i przemierzał bieszczadzką puszczę szukając zrzuconych przez jelenie poroży. A w tym był mistrzem nad mistrzami, znajdował wieńce tak ogromne, że nie był w stanie ich sam udźwignąć.
Bywało, że przez tydzień nie wracał do wsi na nocleg. W zimne noce budował naprędce szałas z gałęzi albo zakopywał się w pełnym siana paśniku. Gdy było cieplej, kładł się spać wprost na ziemi a bladym świtem mył się w lodowatym strumieniu. Nie szukał wygód - wolał obcować z naturą, bo ta dawała mu poczucie wolności. - Ciągle gdzieś go nosiło - wspominają znajomi. - Jakby się dusza w nim trzepotała i kazała wciąż szukać nowych wrażeń.
Góry i las karmiły Władka, odkąd tu przyjechał. Ale sam nie wpadł na to, że ze zbierania jagód i grzybów można nieźle żyć. Miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Lutka Pińczuka, bo kiedy siedząc na rowie jedli chleb ze słoniną, to właśnie Lutek namówił go, by zaczął handlować leśnym runem. - Robota była od świtu do zmierzchu - opowiada Nadopta. - Wtedy zrywało się jagody gołymi rękami, dopiero po jakimś czasie dorobiłem się zbieraczki. Potrafiłem zebrać w ciągu dnia kilkadziesiąt kilogramów borówek i wieczorem wszystko sprzedać.
"Śmiał się do słońca,
śpiewał do gwiazd,
drogę bez końca, co przed nim szła
znał jak pięć palców, jak szeląg zły".
Rzeczywiście, nie było i nie ma w Bieszczadach miejsca, gdzie nie stanęłaby stopa Władka Nadopty. Wiedział o każdym kamieniu, wąwozie, leśnym wykrocie. Na pamięć potrafił wskazać, gdzie niedźwiedzie mają gawry, gdzie wilczyce rodzą młode i gdzie jelenie przychodzą na rykowisko bić się o łanie. Nawet dziś, kiedy już po górach za często nie chodzi, bo wiek słuszny i sił mało, mógłby egzaminować młodych przewodników ze znajomości terenu.
- Nieprzypadkowo goprowcy korzystali z jego wiedzy - opowiadają przyjaciele. - Ilekroć pomagał im szukać zaginionych turystów, nigdy ich nie zawiódł. Miał "nosa", jak nikt.
Ratownicy odwdzięczyli się Władkowi - w 1999 roku uhonorowali go odznaką "Zasłużony dla ratownictwa górskiego". Kiedy przypinali mu ten order, popłakał się jak dziecko, a razem z nim ci, którzy to widzieli.
- On z nami był od początku, w chwilach dobrych i złych, tego się nie zapomina - mówi Leszek Berezka, zastępca naczelnika GOPR.
W 82-letnim życiu Nadopty to pierwsza pochwała. Ale zasłużył na nią znacznie wcześniej - kiedy przecierał innym dzikie szlaki, wypalał węgiel drzewny w mielerzach. I kiedy podczas roboty w Lesku nie dał się zmusić do rozbiórki greckokatolickiej cerkwi. - Chyba by mi ręka uschła - zarzeka się. - Byli jednak tacy, którym powieka nie drgnęła, gdy niszczyli święty przybytek.
Po tym zdarzeniu jeszcze głębiej schował się w górach - zamieszkał w szałasie na Przełęczy Wyżnej. Już był uznanym zbieraczem runa, więc kiedy dowiedział się o nim pułkownik Kazimierz Doskoczyński, w latach 70. wielki łowczy PRL i szef rządowych ośrodków wypoczynkowych w Bieszczadach, zawarł z Nadoptą umowę na dostawy grzybów. Nie dla siebie ich potrzebował, lecz dla swoich gości - Gierka, Jaroszewicza, Kiszczaka. Targał więc Władek całe kosze maślaków, rydzów, kozaków, a pułkownik grosza nie żałował. - Nic do niego nie miałem, dopóki nie zabił mi z dubeltówki psa - opowiada Nadopta. - Niby za płoszenie zwierzyny. A przecież to był zwykły kundelek, ledwo odstawał od ziemi. Tak się wkurzyłem, że przeszedłem na handel z turystami. Płacili mniej, ale na pieniądzach mi nie zależało.
Pies miał na imię Pikolo i nigdy nie odstępował swojego pana. Kiedy ktoś obcy zbliżał się do samotni Władka, Pikolo siedział cicho jak mysz pod miotłą. A potem nagle wyskakiwał zza węgła i darł przybyszowi spodnie na strzępy. - Ubaw był po pachy - śmieje się Nadopta.
Na Przełęczy Wyżnej spotkał Władek człowieka, dzięki któremu został legendą. Długowłosy chłopak z gitarą był dużo młodszy, ale od razu przypadli sobie do gustu. Niejedno piwo razem wypili, niejedną noc przegadali. Chłopak pochodził z Buska Zdroju i nazywał się Wojtek Bellon.
- Przyjeżdżał w Bieszczady szukać twórczej weny, zawsze "goły i wesoły" - mówi Władek. - Chciał, by jego ballady pachniały górami, więc w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej przesiadywał całymi tygodniami. Nawet się tam na parę miesięcy zatrudnił, a potem został kandydatem na ratownika GOPR.
To właśnie w schronisku, przy naftowej lampie, napisał większość swoich piosenek. Wśród nich tą, którą aż do przedwczesnej śmierci w 1985 roku uważał za ulubioną i najważniejszą - Majstra Biedę. Nadopta długo nie wiedział, że to o nim. Dopiero, gdy przypadkiem w radiu usłyszał dedykację, zrozumiał, że odtąd nie będzie już Władkiem, lecz właśnie Majstrem Biedą.
- Zawsze był szanowany, ale od tej chwili także nietykalny - wspominają w Bieszczadach. - Nawet w knajpie w Ustrzykach Górnych, gdzie w owym czasie mordobicie było rozrywką na porządku dziennym i gdzie gęsto "ścielił się trup".
Władek nie lubił takich scen. Bo chociaż był z lasu, twardy jak buk, to brzydził się przemocą i opilstwem. Pewnie dlatego wolał samotność, ale nie taką, by zupełnie stronić od ludzi, lecz taką, która dawała poczucie wolności i pozwalała oprzeć się pokusom.
"Nikt nie pytał, skąd się wziął,
gdy do ognia się przysiadał.
Wtulał się w krąg ciepła jak w kożuch,
znużony drogą wędrowiec boży.
Zasypiał długo gapiąc się w noc".
Tak mijał Władkowi rok za rokiem. Włosy mu posiwiały, a zmarszczki poorały twarz. Siedział raz nad potokiem, moczył obolałe nogi i ni stąd, ni zowąd naszła go refleksja, że przez te ćwierć wieku w Bieszczadach niczego się nie dorobił. Wciąż nie miał własnego dachu nad głową, żadnych oszczędności i tylko tę wolność wyśnioną jeszcze w dzieciństwie. - Ona była dla mnie wszystkim, nie myślałem o dobrach materialnych. Gdybym chciał, dziś miałbym na własność piętrowy dom, samochód i jeszcze by mi zostało. Ale pieniądze nie trzymały się mojej kieszeni.
Na starość postanowił, że chociaż trochę sobie odłoży - na czarną godzinę. Bo niby ma tę rentę za robotę w lesie i przy wąskotorowej kolei, ale to raptem 420 złotych. Za mało, by przeżyć, za dużo, by umrzeć.
Więc wrócił Władek do zbieractwa, osiadł w sezonowej chałupce pod Małą Rawką i jaśniej zobaczył swoją przyszłość. - Oczy błyszczały mu z radości, gdy widział, jak turyści zajadali jego borówki - wspomina Ryszard Denisiuk z Cisnej. - Lecz te same oczy zachodziły smutkiem, kiedy połoniny pokrywał śnieg.
- Tu zima trwa pół roku, a każdy dzień wydaje się wiecznością - mówi Nadopta. - Kiedyś bywało inaczej, weselej, ale i czas biegł innym rytmem, według praw młodości.
Żeby nie oszaleć z bezczynności, umyślił sobie, że odwiedzi syna na Śląsku. Już pierwszego dnia pobytu poczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego, po trzech był z powrotem w górach. - Ja chyba nie umiem żyć gdzie indziej, tęsknota mnie zjada.
Poszedł mieszkać do przyjaciół, ale i tam był niejako z musu. - Zawsze powtarzał, że nie chce być dla nikogo ciężarem - wspomina Maria Oskarbska z Wetliny, która wraz z mężem przygarniała Nadoptę w zimowe miesiące. Przygarniali go wszyscy, bo Władkowi nikt nie odmówił.
(...)
Choroba dopadła go nagle - we śnie. Karetka, szpital, kroplówka. Lekarz zawyrokował - zapalenie płuc. Dodatkowo przyplątała się astma. Leżał Władek w białej pościeli i widział już nad sobą śmierć, lecz chyba wyprosił łaski u Boga, bo po dwóch miesiącach wstał o własnych siłach. Nie był sam - najbardziej mu oddani zachęcali, by zamieszkał u nich na stałe. Odmówił. - Ze starym człowiekiem same kłopoty, po co ktoś ma się mną zamartwiać - tłumaczy.
Ze szpitala pojechał w góry już tylko po rzeczy. Zmieściły się w jednej torbie. W domu dla samotnych dostał pokój z telewizorem, fachową opiekę i jedzenie. I zamknął się w sobie jak nigdy. W Bieszczadach prorokują, że jeśli wiosną nie wróci pod połoniny, zgaśnie tak szybko, jak świeca na wietrze.
.... i zgasł rok później 18.06.2005, i nastąpił taki rok, smutny rok tak widać trzeba.. nie przyszedł Bieda zieloną wiosną miejsce gdzie siadał zielskiem zarosło.....
Jest to barwnie pokazana historia wielonarodowościowego śląskiego miasta. Śledząc losy tytułowego bohatera książki obserwujemy jak przedwojenny spokój żyjących po sąsiedzku, w symbiozie Czechów, Polaków, Niemców i Żydów stopniowo ulega niszczeniu. Autor pokazuje nam, na tle wielkich wydarzeń historycznych (II wojna światowa, rządy komunistów, praska wiosna), jak zmieniają się ludzie, ich wzajemne relacje, jak rodzi się nietolerancja i uprzedzenia polityczne. Opowieść jest pełna ironii i czarnego humoru.
W powieści przedstawiona jest wspaniała galeria postaci pełnokrwistych, pogłębionych psychologicznie. Przedstawiono w niej omal nieskończoną liczbę charakterów i zachowań ludzkich.
Niby wszyscy wiemy, że świat nie jest tylko czarno-biały, a ludzie tylko dobrzy albo źli. Uznajemy, że nie powinno się dokonywać pochopnych ocen bez kontekstu i oceny sytuacji. Ale warto prześledzić na przedstawionych w powieści przykładach jak wiele jest odcieni każdej z barw, jak zagrożenie, ekstremalne zdarzenia wpływają na nasze wybory, zachowania, jak często zwykły przypadek decyduje za nas. Niby truizmy, oklepane, a jak aktualne (lustracja).
Książka ma wątek poetycko-fantastyczny. To zwykle mnie drażni. Tutaj ten trick polegający na pojawianiu się bohaterów z zaświatów, pozwala na oryginalną i ciekawą retrospekcję
Książka nie jest pisana gwarą, jak kultowa na Górnym Śląsku powieść o życiu mieszkańców Zaborza – „Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny”. Literacki język stosowany w powieści jest wartością samą w sobie. Poszczególne zdania to perełki języka. Mądrości zawarte w wielu z nich mają wymiar ogólnoludzkich prawd wartych zapamiętania jako złote myśli. (Ukłony dla tłumacza Jana Stachowskiego).
Dla mnie to szczególna pozycja. Jestem Ślązaczką z dziada –pradziada, identyfikuję się z tym regionem, jest mi bliski. Jestem fanką wspomnianego już ”Cholonka”, filmu „Angelus”. Książka Filipa przeniosła mnie też w te klimaty. W tamte czasy, o których tak niewiele mówiło się, a raczej nie chciało się słuchać w domu rodzinnym. Dała mi możliwość poszerzenia wiedzy na temat skomplikowanej historii tego wielokulturowego obszaru, może pozwoliła zrozumieć coś więcej.
Książka jest godna polecenia wszystkim. Bardzo mądra ale też o dużym znaczeniu poznawczym. Poruszane problemy mają charakter ponadczasowy i ogólnoludzki. Książka świetnie się czyta, fabuła wciąga, nie jest prowadzona chronologicznie co uatrakcyjnia śledzenie akcji, jest wartka, ciekawa, opowiadane historie zwariowane. Książka wzrusza, śmieszy, przeraża. Wspomniany wyżej język książki zachwyca.
To pierwsza wydana w Polsce powieść czeskiego pisarza. Ota Filip urodził się w 1930r, pracował jako dziennikarz, górnik, robotnik, redaktor ostrawskiego wydawnictwa „Profil” i kierowca. W 1970r. został aresztowany i skazany na półtora roku więzienia za działalność antypaństwową. W 1974r. wyjechał do RFN, gdzie współpracował z niemiecką prasą. Zadebiutował 1968r, a wiele jego powieści ukazało się dopiero na emigracji. Od lat 80’tych pisze po niemiecku.
Mała odmiana. Do beczki miodu z recenzjami ulubionych płyt i filmów dokładam łyżkę dziegciu. Zamiast na zachętę, będzie dla odstraszenia.
Przez wiele lat zwlekałem z czytaniem Coelho. Właściwie nie wiem czemu. Miałem świadomość jego poczytności. Słyszałem też opinie osób znajomych o wybitnym wpływie dzieł tegoż autora na ich życie, myślenie i sposób postrzegania świata. Szczególną, niemal biblijną czcią zdaje się być otoczony Alchemik.
Alchemika jakoś nie udało mi się dotąd zdobyć. Zamiast tego, przypadkowo, podczas kompletowania zestawu lektur na jedną z dłuższych podróży, spostrzegłem na półce księgarni (i natychmiast nabyłem) inną książkę Coelho: Pielgrzyma. Z wypiekami na twarzy zabrałem się do czytania.
Jako, że pan Coelho niezmiennie znajduje się na czele listy najbardziej poczytnych autorów w Polsce (oddając z rzadka palmę pierwszeństwa panu Whartonowi lub pani Rowling), spodziewałem się wybitnego tłumaczenia i formy szczególnie miłej polskiemu czytelnikowi (czyli na przykład mnie). Zawiodłem się srodze. Zawiodłem pod każdym względem.
Fabuła wykorzystuje motyw podróży. Opisuje pieszą pielgrzymkę głównego bohatera do sanktuarium Santiago Compostella. Fabuła jest jednak tylko pretekstem dla bombardowania czytelnika stekiem pseudo-filozoficznych uogólnień i banałów. Dodatkowo, w treść wplecione są niedorzeczne ćwiczenia religijno – mistyczno – gimnastyczne. Coelho w tandetny sposób łączy w swojej książce tradycję religii katolickiej z praktykami voodoo. Tworzy nowy katechizm opierający się na ślepej wierze w intuicję, przeczucia i sny.
Autor posługuje się (typową dla dzieci przedszkolnych) metodą narracji - zdradzając już w pierwszym zdaniu każdego akapitu całą jego treść. Podobnie wszystkie teoretycznie atrakcyjne wątki fabuły: walki, ucieczki i próby charakteru; nim się rozpoczną – z góry wiadomo jak się skończą. Dzięki doskonałemu odwróceniu zasad budowania napięcia – akcja jest tak mdła i przewidywalna, że więcej emocji dostarczyłoby prawdopodobnie czytanie fińskiej książki telefonicznej.
I to wszystko byłoby jeszcze do zaakceptowania, gdyby nie forma. Forma literacka wyrosła bezpośrednio ze stylu wypracowań szkolnych lizusa-gimnazjalisty. Nie wiem komu bardziej to zawdzięczamy – samemu autorowi, czy może tłumaczowi. Prawdopodobnie oboje włożyli sporo pracy, aby osiągnąć mistrzostwo niedołęstwa w posługiwaniu się językiem. Zdania są bełkotliwe. Ilość natrętnych powtórzeń tego samego wyrazu, woła o pomstę do nieba. Nieporadność i prymitywizm formułowania myśli sięga poziomu oficjalnych pism z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Obrzydliwość.
Jest też kilka elementów tragicznego komizmu (zawartych głównie w serii praktycznych porad Coelho). Poznajemy np. niezawodną metodę na oszukanie szatana. Jest instruktaż krok po kroku, jak zabijając bezpańskiego psa zasłużyć na życie wieczne; oraz cała masa bezcennych wskazówek bezładnie mieszających świat rzeczywisty z duchowym, umysł z ciałem, skutki z przyczynami.
Jedno czego się obawiam, to konsekwencje jakie może wywołać lektura tej książki u skrajnie naiwnych czytelników. Zafascynowani wygodną prostotą zasad zaproponowanych przez jarmarcznego pseudo-teologa, mogą zacząć mordować niewinne psy na ulicach i planować życie na podstawie snów czy ułożenia chmur na niebie.
Skopiowałam artykuł z "Gazety Wyborczej". Bardzo mnie ucieszył konkurs o którym niżej i myślę, że warto śledzić losy wyróżnionych prac.
"Czy zięć z Wietnamu to powód do wstydu dla śląskiej rodziny? A jak przyjąć wujka, który walczył w wojnie po niemieckiej stronie? Z takimi tematami zmierzyli się autorzy sztuk po śląsku. W sobotni wieczór w teatrze Korez ogłoszono wyniki konkursu.
Konkurs na jednoaktówkę po śląsku wymyślił dramaturg i reżyser Ingmar Villqist. Chciał sprawdzić, czy język świetnie sprawdzający się w formach kabaretowych nadaje się do napisania dramatu. Nikt wcześniej tego nie próbował. Villqistowi w jego eksperymencie postanowiły pomóc agencja Imago PR, teatr Korez i katowicka "Gazeta Wyborcza". Wspólnie ogłosiliśmy konkurs.
Przez pierwsze dwa tygodnie nie zgłosił się do niego nikt. W kolejnych do naszej redakcji dotarło zaledwie kilka prac. Kiedy już zaczęliśmy tracić nadzieję, nagle, tuż przed zamknięciem konkursu, jednoaktówki sypnęły jak z rogu obfitości. Ostatecznie przysłano 37 sztuk. Ich autorzy i wielbiciele śląskiej godki szczelnie wypełnili w sobotni wieczór salę teatru Korez.
Dramat to bardzo trudna forma. Jestem pozytywnie zaskoczony ilością i poziomem nadesłanych jednoaktówek. Nie ma wśród nich prac grafomańskich, są za to bardzo precyzyjne ilustracje stanu tożsamości współczesnych Ślązaków - mówił Villqist. Sztuki pomagali mu oceniać: Mirosław Neinert, szef Korezu, Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, Rafał Czechowski z Imago PR i Waldemar Szymczyk z "Gazety".
Tego wieczoru w Korezie aż roiło się od znakomitych artystów. Zwycięskie prace prócz samych jurorów z podziałem na role czytali ze sceny m.in. Bernard Krawczyk, Tadeusz Madeja i Grażyna Bułka.
Czytali tak wspaniale, że Lidię Michalską, laureatkę trzeciej nagrody za sztukę "Kościołowe dźwiyrze", doprowadzili do łez. - To ze wzruszenia! - mówiła pani Lidia. Mieszka w Wodzisławiu Śląskim i jest nauczycielką języka polskiego. Do tej pory pisała tylko scenariusze dla dzieci. "Kościołowe dźwiyrze" to jej pierwsza sztuka dla dorosłych i pierwsza napisana po śląsku. Z wymyśleniem historii nie miała kłopotu. Trochę trudności sprawiło jej tylko oddanie śląskich brzmień za pomocą liter polskiego alfabetu. - Strasznie mnie boli ten kabaretowy wizerunek Ślązaka, który mówi tylko gwarą i żywi się wyłącznie roladą z modrą kapustą. Myślę, że ten konkurs jest okazją, żebyśmy pokazali się z innej strony. Śląski to nie jest język ludzi ograniczonych, niewykształconych i prostackich. To nie gorsze od innych narzędzie wyrażania myśli i emocji - mówiła Michalska.
Drugą nagrodę przyznano Leszkowi Sobierajowi, który rozbawił publiczność sztuką "Karlus niy z tyi ziymi", opowieścią o tradycyjnej śląskiej rodzinie, do której być może dołączy zięć z Wietnamu. Pierwsze miejsce zajął Roman Gatys z Nakła Śląskiego, autor jednoaktówki "Bysuch s Reichu". On również postawił śląską rodzinę przed dylematem, jak przyjąć gościa. W tym przypadku to wujek Jorg z Frankfurtu, który nie dość, że w czasie wojny walczył po stronie Niemców, to jeszcze dostał od nich medal za zasługi. - Ta sztuka to wypadkowa rozmaitych opowieści, które opowiadali mi znajomi Ślązacy, podszyta też historią mojej własnej rodziny. Brat mojego ojca zginął na froncie wschodnim. Śląskie losy to skomplikowana sprawa - mówił pan Roman, który pisaniem zajmuje się zawodowo. Do tej pory wspólnie z żoną opisywał śląską porcelanę. Mało brakowało, a w konkursie na jednoaktówkę nie wziąłby udziału. - Znajomy powiedział mi o nim tuż przed ostatecznym terminem. Pobiegłem do biblioteki i wypożyczyłem "Dwa teatry" Szaniawskiego, żeby zobaczyć jak w ogóle zbudowana jest taka jednoaktówka. W południe usiadłem do pisania i pracowałem do 23.30. Wysłałem tekst w ostatniej chwili - opowiada Gatys.
Rezultaty tego wyścigu czytelnicy "Gazety" będą mogli poznać w najbliższy piątek. Opublikujemy w "Gazecie" zwycięską jednoaktówkę. Pozostałe dwie nagrodzone i siedem wyróżnionych sztuk będzie można czytać na naszej stronie internetowej. Ale na tym najpewniej ich historia się nie skończy. Za bardzo spodobały się jurorom. - Zrobimy wszystko, żeby z najlepszych jednoaktówek stworzyć spektakl - ogłosił ze sceny w imieniu swoim, Villqista i Neinerta Talarczyk. W planach są też warsztaty dramaturgiczne i być może przygotowanie słuchowisk na podstawie przysłanych sztuk. Już teraz wiadomo, że za rok konkurs zostanie powtórzony."
Więcej...
Ponieważ dyskusja na forum dotycząca filmu "Infiltracja" przerodziła się mimo woli w dyskusję na temat "Władcy pierścieni", zdecydowaliśmy się z dzińdziorami dodać taki temat z nadzieją, że ktoś jeszcze powie - co wydaje się trudne - coś dotąd niepowiedzianego. Świadomie umieściłem recenzję w dziale "Książki ...", bo książkę, w odróżnieniu od filmu, warto polecić. Zapraszam.
Glenn Gould zasłynął jako artysta, który dokonał przełomu w interpretowaniu muzyki Jana Sebastiana Bacha. Jego wykonania muzyki klasycznej budziły wielki zachwyt, ale też kontrowersje. W pewnym momencie wycofał się z życia koncertowego i skupił się na nagraniach w studiu. Do dziś jest niedoścignionym wzorem dla wielu młodych pianistów.
Wieczorem zaprezentujemy dwa filmy dokumentalne z 1984 roku w reżyserii Romana Kroltori i Wolfa Koeniga. Pierwszy z nich przybliża pracę pianisty w nowojorskim studiu nagrań, gdzie rejestrowane jest wykonanie „Koncertu włoskiego” (godz. 21.00), drugi ukazuje artystę prywatnie, w jego domu nad jeziorem Simcoe, w stanie Ontario (godz. 21.40).
Oba filmy były całkiem, całkiem, ale prawdziwy rodzynek pojawił się w tym drugim. Było to w rozmowie z jakimś innym muzykiem (nazwiska nie pamiętam), która dotyczyła muzyki współczesnej. Glenn zapytał retorycznie co by było, gdyby – tak zupełnie przypadkiem – jakieś dziecko wychowywało by się w świecie wyłącznie takich dźwięków … i tu plimknął coś „kosmicznego” na fortepianie (tu wypada dodać, że Glenn Gould jest nie tylko bardzo znanym wykonawcą Bacha, ale także niemniej znanym wykonawcą muzyki współczesnej).
Moje niezawodne ucho poinformowało mnie, że skądś to znam. Tu mnie już mieli! Natychmiast skojarzyłem skąd znam ten motyw muzyczny, ale nadal nie miałem pojęcia co to jest? Na tyle nie dało mi to spokoju, że sprowokowało mnie do wielodniowych poszukiwań w Internecie. Informuję, że poszukiwania zakończyły się sukcesem.

W rozmowie Glenn Guld zagrał fragment „Variations for Piano Op. 27 II - Sehr shnell”(..posłuchaj), Antona Weberna. Okazuje się, że muzyka Antona Weberna - jak na muzykę typu Warszawska Jesień - jest zupełnie do rzeczy, o czym nie miałem pojęcia. Moim zdaniem to genialna muzyka ilustracyjna np. do filmów SF, a ten utwór tragicznie zmarłego (został przypadkiem zastrzelony przez amerykańskiego żołnierza w 1945r w Wiedniu) kompozytora austriackiego znamy skąd? Z Pegaza!
A Pegaz? Ach, Pegaz! "Pegaz" jest najstarszym programem publicystycznym w telewizji polskiej. Po raz pierwszy ukazał się na antenie w pierwszą sobotę września 1959 roku. Program wymyślił i przez długie lata tworzył Grzegorz Lasota.
Od początku do dziś symbolem "Pegaza" jest skrzydlaty konik zaprojektowany przez Wojciecha Zamecznika. Charakterystyczny - również wykorzystywany do dzisiaj - sygnał dźwiękowy, będący fragmentem utworu Antona Weberna, opracował Stefan Zawarski.
Po odejściu Grzegorza Lasoty, w lutym 1968 roku, program w następnych latach tworzyli m.in. Maciej Wierzyński, Janusz Rolicki, Krzysztof T. Toeplitz, Andrzej Urbański, Tadeusz Pikulski, Tomasz Jastrun, Marcin Król, Rafał Grupiński i Mirosław Spychalski.
Podsumowując.
TVP Kultura -> Glen Gould -> Anton Webern -> Pegaz. Fajne nie?
Na zakończenie dodam tylko, że gdyby ktoś miał – przypadkiem – plakat Wojciecha Zamecznika (to ten od konika) z filmu „Pociąg”, niech go nie sprzedaje! Na razie jest wart ok. 3000 $ (a to tylko plakat!) a przypuszczam, że wkrótce będzie wart znacznie więcej.
Zupełnie niespodziewany zbieg okoliczności spowodował, że przedwczoraj 9-tego maja uczestniczyłem w tym spotkaniu a co jeszcze dziwniejsze, udało mi się na nie namówić MUC Monikę z Marcinem. Spotkanie rozpoczęło się o kosmicznej nieomal porze -15.00 i .. nie będę owijał w bawełnę, było jedną z lepszych imprez, na jakie ostatnio trafiłem w Zamku.
Po krótkich przemowach dziękczynnych, Pan Koch opowiedział po polsku (było to bardzo miłe, ale nieco męczące – wyobraźcie tylko sobie „…szczęśliwe życie księżniczki w Pszczynie”) historię powstania książki (angielskiego oryginału: „Daisy Princess of Pless 1873-1943: A Discovery”, W. John Koch Publishing, 2003) wraz z dramatycznymi opisami prób dotarcia do pszczyńskiego archiwum w latach stanu wojennego!
Następnie prof. Żygulski (tłumacz) pięknie i ciekawie streścił książkę przybliżając historię i losy (romantyczne i zarazem tragiczne) Księżnej. Opowiadanie wciągnęło nawet Monikę i Marcina, którzy zgodnie stwierdzili, że jest to świetny materiał na „polskiego Lamparta”. Po krótkim koncercie (pieśni i trio fortepianowe Hansa Heinricha XIV, jednego z pszczyńskich Bolków) impreza zakończyła się eleganckim przyjęciem polowym na tarasach Zamku.
Okazało się bowiem, że spotkanie z Panem Kochem zbiegło się (bestia Maciek tak to zaplanował) z uroczystą fetą z okazji zakończenia remontu Zamku. Przyznaję, że na wszystkich bez wyjątku Zamek zrobił wrażenie i zaręczam, że nie poznacie Zamku i jego otoczenia, jeśli go odwiedzicie za dnia. Serdecznie zresztą zapraszam.
Wagę uroczystości podkreślały oczywiście zaproszone VIP’y, których większości niestety nie pamiętam. Był na pewno książę Bolko VI von Hochberg, przedstawiciele konsulatów (USA i Kanady), władze Pszczyny i województwa oraz arcyksiążę, któryś pra… Franciszka Józefa i Sisi. Powiało wielkim światem, pogoda dopisała, autografy Pana Kocha zdobyliśmy (książki kupiłem wcześniej) i ani się nie obejrzeliśmy - minęły 3 godziny od rozpoczęcia spotkania! - kiedy musieliśmy opuścić tarasy zamkowe udając się na umówiony (z Marysią) obiad w Starej Piekarni.
To dziwne, że w telewizji, jeszcze dziwniejsze, że w TVN ale... naprawdę serdecznie polecam:
Magazyn: Wydanie drugie poprawione
emisja: poniedziałek, ok.00:00
prowadząca: Kazimiera Szczuka (Kazimiera - matko Boska!)
Jak pisze TVN:
„Wydanie drugie poprawione” to program o książkach, który prowadzą: Kazimiera Szczuka - historyk i krytyk literatury, pracownik Instytutu Badań Literackich PAN oraz Krzysztof Kłosiński – historyk literatury i tłumacz, profesor Uniwersytetu Śląskiego. W każdym odcinku tych dwoje omawia dostępne na rynku książki: intrygujące, ciekawe albo po prostu... ważne! Otwarcie mówią o publikacjach, które skłaniają do refleksji i budzą emocje, nie szczędzą tych, których czytanie może być stratą czasu.
Być może program stanie się podpowiedzią, jak spośród całej masy nowości książkowych wybrać coś naprawdę wartościowego, jakich ważnych książek nie przegapić i którą z nich wybrać dla siebie. Tu książki nie są sztuką dla sztuki, ale tak one, jak i poruszane w nich zagadnienia stają się polem do szerokiej dyskusji. Dyskusji o życiu, różnych wobec niego postawach i wreszcie o ciekawych relacjach społecznych.
Od siebie dodam, że rzeczywiście jest to jeden z programów, który chętnie oglądam i nie tylko! Nie wiem, pewnie to zasługa prowadzących, ale już wiele razy zdarzyło się, że coś się z niego dowiedziałem! Sensowne książki, sensowne rozmowy, miła atmosfera. Bez nudy, czołobitności i wazeliny (jak np. w programie "Multikino" - też TVN - gdzie w zasadzie aż kapie), ale też bez agresywnego krytykanctwa charakterystycznego dla dziennikarzy zajmujących się recenzowaniem. Dla mnie super, ciekawe tylko jak długo.
Zacząłem od umieszczenia spisu moich płyt CD (a mam ich sporo), następnie dodałem (na forum recenzje) i będę dodawał opisy płyt, które moim zdaniem warto posłuchac i polecić znajomym. Na wszelki wypadek zaczynam od całkiem nowych płyt a te ulubione, ale popularne już w naszym towarzystwie, dopiszę później. Oczywiście zachęcam znajomych do dodawania swoich recenzji i uwag o muzyce.
W dziale "muzyka" upodobałem sobie w szczególności interesowanie się tym, czym się nikt nie interesuje (albo interesuje mało kto). Nie mam na myśli jakiegoś ambitnego undergroundu - co to, to nie - ale jestem już duży i mam śmiałość samodzielnie stwierdzać czy coś mi się podoba czy nie. Moda mi zwisa, za to uwielbiam odkrywać mało znane głosy i brzmienia.
Książka "Polecam - Muzyka" tak się rozrosła, że odczułem potrzebę uporzadkowania jej zawartości. Recenzje umieściłem więc albo w rozdziałach dotyczacych artystów (jeśli takie są) albo gatunków muzycznych.
Ustalenie co mi się podoba, to dość skomplikowana sprawa. Kiedyś, jeszcze w dobie magnetofonów taśmowych (pamiętacie takie cudo jak ZK-240?) muzyka docierała do nas inaczej niż dziś. Bardziej WYOBRAŻALIŚMY sobie niż SŁYSZELIŚMY to, co grają. Piliśmy nad ranem w akademiku słuchając Doors'ów czy Ten Years After - mono, z trzeszczącego magnetofonu i ... byliśmy happy. Na koncertach było może nieco, ale tylko trochę, lepiej. Dziś z kolei BRZMIENIE, JAKOŚĆ NAGRANIA - przynajmniej dla niektórych - mają dodatkowe, niemałe znaczenie a to ma z kolei wpływ na odbiór muzyki.
Ja słucham muzyki głównie przy komputerze i głównie przez słuchawki. Tak się tym słuchaniem "zdemoralizowałem", że wszystko inne wydaje mi się jakieś płaskie, niepełne. Najgorsza zaś rzecz, to to, że prawie każda płyta nagrana gdzieś >1990 roku jest brzmieniowo O NIEBO lepsza niż najlepsza stara płyta.
Dam konkretny przykład. Jak wiadomo Miles Davis nagrał 2 płytowy album "Bitches Brew" - płytę pod każdym względem wyjątkową - gdzieś ok. 1967-1969 roku. Był to pierwszy album, z pierwszą artystyczną okładką, pierwszym elektrycznym jazzem i pierwszym, prawdziwie koneserskim dźwiękiem. CUDO. Szybko przeszła do klasyki, historii jazzu i do dziś (prawie 40 lat!) jest jednym z popularniejszych, wciąż kupowanych albumów jazzowych.
Niemniej, jeśli po to tym świetnym skądinąd albumie, puścicie dziś np. "Music" Madonny (z 2000 roku) - doznacie olśnienia. Dźwiękowego. "Music" warto porównać np. z "Like a Prayer" tej samej Madonny (z 1989). Tylko 10 lat a dwa RÓŻNE ŚWIATY. Dźwiękowe.
Naprawdę nie wiem na czym to polega, w końcu na CD są zapisane tylko kHz, ale nie potrafię się powstrzymać i choć Madonny specjalnie nie lubię, puszczam czasem "American pie" - bo to tak cholernie dobrze brzmi!
Inny przykład. Cztery Pory Roku Vivaldiego - w wykonaniu Nigel'a Kennedy'ego (najsłynniejsza, historyczna już dziś interpretacja z 1987 roku) - oraz w wykonaniu naszego Kulki z kwartetem Prima Vista z płyty (seria SACD 24 Karat Gold) z 1999 roku. O ile Madonna miała na płycie "Music" do dyspozycji całą cyfrową, elektroniczną maszynerię, instrumenty, filtry, przetworniki, generatory itp. - dźwięk jest bajeczny i doskonały ale każdy słyszy, że mocno przetworzony - to Kulka gra tylko na skrzypcach i towarzyszy mu tylko kwartet smyczkowy. W sumie pięć akustycznych, nieprzetwarzalnych instrumentów a jaka niesamowita scena! Wydaje się, że trudno dodać echo do skrzypiec by brzmiały naturalnie, jak je w ogóle można "uprzestrzennić"? Okazuje się można, zresztą tak się dzieje w rzeczywistości, kiedy te pięć instrumentów gra np. w kościele - to nie skrzypce grają "przestrzennie" a kościół! - w każdym razie realizatorom nagrania Kulki się to udało. Majstersztyk!
Ze współczesną realizacją dźwięku jest trochę tak, że wszystko jest możliwe. Mam taką płytę ze standardami jazzowymi, facet nazywa się Steve Tyler i - poza tym, że są to po prostu bardzo dobre, dowcipne i ciekawe interpretacje znanych do znudzenia kawałków - zauważyłem tam ciekawy trik. Instrumenty porozdzielane na kanały (bas w lewym, perkusja w prawym) to normalka ale fortepian porozdzielany na kanały (niskie dźwięki, lewa część klawiatury na lewo, wysokie na prawo) to już bajer! Czy on ma wymiar muzyczny? Pewnie nie ale ... jak miło tego posłuchać.
Dobra. Nagranie w studio z mikserami i całą tą elektroniką umożliwia zrealizowanie takich (i wielu innych) bajerów ale powiedzcie mi jak można to zrobić na koncercie? Można! Płyta Dżem'u z koncertu w Spodku w Katowicach (1992) jest takim przykładem. Kiedy jej pierwszy raz słuchałem, nie mogłem wyjść z podziwu. Nawet "Delicate Sound Of Thunder" Pink Floyd - z zespołu znanego z wybitnej dbałości o dźwięk - nie umywa się do Dżemu! Jak na tej płycie nieprawdopodobnie słychać katowicki "Spodek". Bomba. No... równie dobra jest może jedynie płyta koncertowa "One More Car, One More Rider" Claptona.
Specjalnie powybierałem przykłady do wykładu o moich muzycznych gustach - Miles Davis, Madonna, Vivaldi, standardy jazzowe, Dżem, Pink Floyd, Clapton - żeby Wam się zakodowało, że lubię bardzo różne rzeczy. Mam nadzieję, że mi się udało. I żeby Wam się nie zakodowało, że jestem jakimś popieprzonym audiofilem dodam, że mam kilka płyt Boba Dylana nie wyłączając "Times They Are A-Changin" z 1964 roku. Bez "sceny" i czegokolwiek rozdzielonego na kanały. Za to z "prawdziwą" muzyką do słuchania - nie na dyskotece czy na tańcach - ale nad ranem przy wódce.
Ciekawy artykuł o internetowym radiu Last.fm z gazety wyborczej. Polecam przetestować, wpisujemy ulubionego artystę i już po chwili możemy posłuchać muzyki wybranego artysty i zbliżonych muzycznie. Sami tworzymy swój profil muzyczny, więc słuchamy tylko takiej muzyki jaka nam odpowiada. Dostaniemy też informację o zespole i płycie, której właśnie słuchamy. Najwygodniej jest ściągnąc ze strony specjalny software umożliwiający słuchanie muzyki bez wchodzenia na strone www.
Dla wyjaśnienia o co chodzi z tym radiem dołączyłem listę ulubionych artystów ubiegłego tygodnia:
Takie i inne bajery dostępne są w radiu last.fm, a zainteresowanym podaję listę moich (RN) "tagów", które powodują nadawanie całkiem ciekawej muzyki:Właściwie to nie wiem dlaczego, ale już od dawna, słuchając muzyki czy kupując płyty, kierowałem się intuicyjną potrzebą poszukiwania ciekawych, zwracjacych uwagę, męskich głosów. Jest to rozdział o głosach męskich, więc o damskich w nim nie piszę, co nie oznacza, że damskie są do pominięcia. Nie pamiętam tego na pewno, ale jedną z pierwszych moich składanek CD była płyta p.t. "Męskie głosy CD-1". Są na niej:
Potem doszli
Tyle umieściłem na płytach-składankach bo najpierw więcej nie miałem a potem mi się odechciało, ale przyszło mi na myśl, że mógłby to być poczatek niezłej zabawy. Wiem, że zestaw jest prowokacyjny - od "beznadziejnego" głosu Dylana, do genialnego Nat King Cole'a, ale wyraźnie zaznaczyłem: "... ciekawych, zwracjących uwagę ...". Gdzie się dało, umieściłem łącza do posłuchania - jeszcze nad nimi popracuję.
Natychmiast po ogłoszeniu plebiscytu, Zuzia dodała:
Zapraszam więc. Każdy może głosować raz ale drugi głos można oddać jako użytkownik anonimowy (po wylogowaniu). Można oczywiście zgłaszać swoje typy, chętnie je dodam.
Miałem już, historycznie rzecz biorąc, różne "Hople" muzyczne. Niekoniecznie ostatnim, za to dość trwałym "hoplem" jest niejaki Bill Frisell. Jak pisze Pan Dionizy Piątkowski, "Encyklopedia Muzyki Popularnej - JAZZ":
Frisell wychował się w Denver, w stanie Kolorado; jego ojciec grał na tubie i kontrabasie. Początkowo uczył się na klarnecie, potem na saksofonie, w końcu zdecydował się na gitarę (opanował też grę na banjo, ukulele i kontrabasie). Muzykę studiował w North Colorado University (1969-71), a w 1977 r. otrzymał dyplom z aranżacji i kompozycji w Berklee School of Music i wygrał konkurs gitarowy Harrisa Stantona. Lekcje gitary pobierał u Jima Halla, Johnny’ego Smitha i Dale’a Bruninga. Do jego ulubionych gitarzystów należy Hall, a także Wes Montgomery i Jimi Hendrix. Na swoim koncie ma występy i nagrania z wieloma sławami jazzu, jak Eberhard Weber, Mike Gibbs, Jan Garbarek, Charlie Haden, Carla Bley, Julius Hemphill, Gunther Hampel i John Scofield. Począwszy od końca lat 80., występował z Ronaldem Shannonem Jacksonem oraz Melvinem Gibbsem (jako Power Tools); z harmolodyczno-hardrockową formacją Johna Zorna Naked City, z którą, zapewne dla przeciwwagi, nagrał z kolei całkowicie bopową płytę "News For Lulu" (w triu z George’em Lewisem); z Johnem Surmanem i Paulem Motianem należał do Paul Bley Quartet, a z Joem Lovano do tria Motiana. W grze Frisella dominują długie, rozwibrowane linie improwizacji, a także elektryczne brzmienia, które wyraźnie sugerują jego fascynację Hendrixem. Nadrzędną cechą stylu Frisella jest eklektyzm oraz smak, wyobraźnia i autentyzm, obojętnie, czy potęgowane elektronicznymi eksperymentami freejazzowymi (np. w Naked City), czy wyczarowanymi z akustycznej gitary (np. wdzięczne, niemal sielskie melodyjki rodem z muzyki country na płycie "Nashville").
Moje (RN) osobiste spotkanie z Billem Frisell'em zaczęło się bardzo dziwnie, od filmu - "Finding Forrester" (Szukając siebie). Ścieżka dźwiękowa z filmu to niezwykle piękna i interesująca muzyka: głownie Miles'a Davis'a oraz ... właśnie Billa Frisell'a, którego tam usłyszałem po raz pierwszy. Są tam:
Ten ostatni kawałek pochodzi z awangardowej płyty "Bill Frisell Quartet" (Uwaga! Gitara, trąbka, puzon, tuba), na której znajduje się także największy przebój Bill'a - "Egg Radio".
Tak się zaczęło i szybko stałem się wielbicielem Bill'a - nie tylko ja zresztą. Mam kolegę w Berlinie, który również uwielbia Frisell'a, a szybka wymiana informacji pomiędzy nami zaowocowała posiadaniem kilku - mam nadzieję, że najlepszych - jego płyt. W recenzjach omawiam:
Właśnie w “tych dniach” wydana została najnowsza płyta Billa Frisell’a, o której nawet recenzenci piszą „This is basically the softer and more controversial side of Frisell… and the one that has registered most popular with listeners”. I choć nie koniecznie za słodkie, melodyczne granie najbardziej Bill’a kochamy, trudno mi sobie wyobrazić kogoś, komu płyta może się nie spodobać. Cytując słowa Mirka (o Panu Frisell’u): „... muzyka przede wszystkim musi płynąć...” dodam tylko, że płyty z aż tak „płynącą” muzyką dawno nie słuchałem.
„Folk Songs” są kompilacją 15-tu „piosenek” – oryginalnych, autorstwa Frisell’a oraz wykonań klasycznych utworów country i folk – z nagrań dokonanych w latach 1990 – 2002 w elitarnym towarzystwie. Z drobnymi niespodziankami. „Zmiękczone” „I'm So Lonesome I Could Cry”, które znam w nieco awangardowym wykonaniu z płyty „Bill Frisell, Ron Carter, Paul Motian”, oraz rewelacyjnie płynące „Shenandoah”, które znam z dłuższej i ambitniejszej wersji na płycie „East West”. Reszta, mimo że znana i lubiana, w wersji „wszystko w jednym” prezentuje się całkiem nieźle.
Ale uwaga! Takie płyty nazywają się zazwyczaj „… For Lovers” (czytaj chała) i może bardziej pryncypialnym wielbicielom Pana Bill’a to (miękkie) jego oblicze wyda się nieco tandetne – O Boże! Jak można grać „O! Shenandoah”. Ja uważam, że Pan Frisell ma taki talent do zamieniania prostych nut na niczego sobie muzykę, że podejrzewam, iż – gdyby ich znał – nawet „Chłopców z naszego Puebla” przerobiłby na kilkugwiazdkowy przebój. Co więcej, ze szczegółów wynika, iż zamysł Pan Bill’a – co do płyty – może nie był aż taki trywialny. Utworem „O! Shenandoah” wyraźnie zwrócił uwagę na nigdy niedocenionego i zapomnianego gitarzystę jazzowego Johnny Smith’a. Gdybyście posłuchali jego „Moonlight in Vermont” z płyty o takim samym tytule nagranej ze Stanem Getz’em to, zachowując odpowiednie proporcje (bez elektroniki Billa’a, ale też flażolety!), zdziwicie się jak BLISKO było to tego, co jeszcze dziś nam się podoba. Może, a nawet na pewno, odkrywcza ta muzyka nie była, ale jak nieprawdopodobnie ona płynęła! Tak samo pięknie płynie muzyka z „Folk Songs” za co daję 4 gwiazdki. Jedną gwiazdkę odbieram za konsekwencję, tzn. całkowity brak moich ulubionych przesterowanych gitar, czyli ukłonów w stronę rocka. Jedną zaś dodaję za konsekwencję, bo dzięki temu płyta, mimo iż jest składanką, ma charakter. Na koniec dodaję jedną gwiazdkę za kapitalne akompaniamenty – bębny i bas oraz „stalową” gitarę Ry Cooder’a. Razem 5 gwiazdek – tylko słuchać i czekać na kolejne części „The Best of”.


"Gone, Just Like a Train" to chyba najczęściej przeze mnie słuchana płyta Bill'a Frisell'a, przy czym niektóre numery mają tak obłędnie rokowe riffy, że chyba nie powstydziłby się ich nawet Eric Clapton. On zresztą tak już nie gra - "rura" mu zdecydowanie zmiękła, za co też zresztą go lubię.
„...Wielki artysta w niewielkim, kameralnym klubie zaczarował nas swoją płaczącą gitarą. Tego się spodziewaliśmy. Ten koncert był jednak szczególny - miał formę zabawy, rebusu. Mistrz wraz z Gregiem Leiszem i Jenny Scheinman zadawał publiczności muzyczne zagadki. Każdy z utworów osnuty był na motywach twórczości czwórki z Liverpoolu lub na solowych kompozycjach Johna Lennona.
Z chaosu i muzycznego niebytu intro każdego z utworów - stopniowo wyłaniała się struktura rytmiczna, jakiś muzyczny patent przywołujący piosenkę Beatelsów. Z każdym taktem wariacje zdradzały coraz więcej. W różnych miejscach sali - w miarę gdy słuchacze orientowali się o jaki utwór chodzi - odzywał się stłumiony okrzyk radości, klaśnięcie w dłonie, lub po prostu na twarzy pojawiał się dumny uśmiech: - ja już wiem, to jest "Come Together"”.
Tak – słusznie i pięknie – napisał 6 lat temu Tomek cytowany w recenzji Justynki (były czasy!) z koncertu Billa Frisella w Hipnozie i aż sześć lat (!) musieliśmy czekać na płytową realizację projektu „Beatles-meets-jazz”. Niestety, ojoj! Doczekaliśmy się zupełnie innego projektu. „All We Are Saying” jest nie tylko najmniej jazzową płytą Frisella, co by mi nie przeszkadzało, ale jest też najsłabszą jego płytą. Nie tylko nic nie jest na niej zagadkowe i „osnute na motywach”, ale wręcz nieznośnie (żeby nie napisać nachalnie) melodyjne. Momentami („Mother” – niczego sobie blues) ratuje sprawę rockowa gitara Frisella, ale tylko momentami a w „katowickim” klimacie utrzymał się jedynie „Give Peace a Chance”.
Moja (spiskowa) teoria jest następująca. Panie Bill, takie kurli-szurli „osnuwanie”, to może Pan sobie wpierać słuchaczom w Katowicach, ale u nas? Niech Pan nic nie wymyśla, zagra prosto, najlepiej z wyraźną nutą country w tle. Będzie sukces.
Jestem zły i chce mi się płakać, bo nie ma sukcesu, tylko obciach. Z (wyjątkowo) denerwującymi skrzypkami bezsensownie „podającymi” melodie, jak w jakimś przydrożnym barze w Teksasie. No i „last but not least” – jeśli to miała być płyta nieomal rockowa (a miała) – to trzeba było połamać Pani Scheinman skrzypce i zatrudnić jakiegoś prawdziwego perkusistę. Bowiem Wollesen, poza niezłym „Beautiful Boy”, bije jak drwal. Trzy ostatnie kawałki są bez skrzypków (połamali pod koniec sesji?) i dla nich w ogóle warto na płytę zwrócić uwagę. Reszty nie polecam, a przed „Come Together” ostrzegam – sorry Tomku – straszne.

Disfarmer to pseudonim ekscentrycznego amerykańskiego fotografa (1884-1959), który urodził się w Arkansas jako Mike Meyers i był szóstym z siedmiorga dzieci w rodzinie niemieckich imigrantów. Mike nie znosił wiejskiego świata farmerów z Arkansas, a także rodziny, w której się wychował. Twierdził nawet, że huragan porwał go z jakiegoś nieznanego miejsca i „przywiał” do rodziny Meyers. Nie uważając się ani za „Meyer’a” (w niemieckim "Meier" oznacza hodowcę bydła), ani też za „rolnika”, postanowił zostać „dis” – rolnikiem i podkreślając swą odrębność, zmienił nazwisko na Disfarmer. Być może to dążenie do swobody i chęć zerwania z korzeniami, przywiodły go do fotografii. Samodzielnie uczył się, jak robić zdjęcia, wywoływać je i wkrótce założył studio w tylnej werandzie domu matki w Heber Springs w stanie Arkansas.
Po śmierci Disfarmer’a w 1959 r., emerytowany wojskowy Joe Albright kupił studio Disfarmer’a wraz z jego zawartością. Szperając w opuszczonym studio, Albright i jego synowie znaleźli tysiące dolarów schowanych w pudełkach po płytach fotograficznych, ale prawdziwą niespodzianką było znalezienie ponad 3000 szklanych negatywów. Jakimś cudem Albright (może dlatego, że interesował się nieco fotografią), pieczołowicie przechował negatywy w piwnicy, mając nadzieję, że pewnego dnia, „coś z nimi zrobi”.
To „coś” miało miejsce dopiero w 1974 roku, kiedy zawodowy fotograf Peter Miller i jego żona przenieśli się do Heber Springs, do redakcji tygodnika „Arkansas Sun”. Kiedy w „Sun” rozpoczęto publikację nowego cyklu artykułów – „Some Day My Prints Will Come” (Pewnego dnia nadejdzie mój książę) – poświęconych starym rodzinnym fotografiom nadsyłanym przez czytelników, Albright uznał, że nastąpiło to „coś” i przesłał do redakcji prace Disfarmer'a
Miller szybko zdał sobie sprawę, że ma do czynienia z fotografiami wyjątkowej wartości i zakupił zbiór negatywów Disfarmer’a. Przez rok publikował portrety w „Arkansas Sun”, równocześnie przekazując kopie Julii Scully, redaktorowi magazynu "Modern Photography". Scully, już po wstępnym zapoznaniu się ze zdjęciami, uznała fotografie Disfarmera za unikalne arcydzieła i od tamtej pory postawiła sobie za cel zaprezentowanie portretów Disfarmer’a szerokiej publiczności. [nieudolne tłumaczenie z disfarmer.com - RN]
Fotografie Disfarmera zostały w ostatecznie odnalezione, docenione, wystawione i znalazły się antologiach. Dla nas jest jednak ważne, że sprawa nie skończyła się na samych fotografiach. Na świetny pomysł wpadł Chuck Helm, dyrektor centrum wystawowego w Columbus, gdzie odbyła się jedna z wystaw Disfarmer’a. Zaprosił do współpracy ... Billa Frisella. Najprawdopodobniej pomyślał (i słusznie, mnie się też tak kojarzy), że bezpośredniość i siła wyrazu (a zarazem subtelność) tych fotografii znajdują jakiś odpowiednik w muzyce Bill’a Frisell’a. Faktycznie, kiedy tylko Frisell poznał twórczość Disfarmer'a, zapalił się do projektu – komponowania podkładu muzycznego ilustrującego multimedialne pokazy zdjęć Disfarmer’a.
W efekcie powstały utwory, które zmieszczone na najnowszym albumie Billa Frisell'a – „Disfarmer”, są sugestywnym i nastrojowym zestawem tematów, w których pobrzmiewają echa country, bluegrass i pewnie jakiejś amerykańskiej „muzyki góralskiej”. Jest tam – jak i w fotografiach Disfarmera, czyli jak z życiu – wszystko. Od (głównie) kawałków ospałych, poprzez sielskie (pastoralne?), do wesołych a (momentami) nawet birbanckich. Przyjemnie się tego słucha i podejrzewam, że do tajemniczych fotografii Disfarmer’a muzyka ta pasuje jak ulał. W końcu jednak jest to muzyka ilustracyjna i – jak ścieżka dźwiękowa z filmem – dopiero ze zdjęciami brzmi ona „jak należy”. Samodzielnie – tylko 4 gwiazdki.

Z przyjemnością zawiadamiam, że 13-tego maja ukazała się kolejna płyta Bill’a Frisell’a, o nieco mylącym tytule „History, Mystery”. Płyta ma bardzo pochlebne recenzje, aż tak pochlebne, że mnie to nieco zaniepokoiło. Bo? Bo mnie się podoba umiarkowanie. „History, Mystery” to mieszanina 30-tu (podwójny album) różnych stylowo, starszych i nowszych kompozycji (prawie wyłącznie) Pana Bill’a. Zebranych i poukładanych – przyznaję – nieźle, jak na taki melanż, ale w jakim celu? Retrospektywnego charakteru płyta nie ma (nic znanego), a jak na „concept album” ma za dużo bardzo krótkich, krótszych niż minuta (!), utworów. Brzmi to wszystko całkiem nieźle, ale jak muzyka ilustracyjna do teatru czy filmu, czyli zbyt wiele kompozycji jest jakby „zawieszonych”, bez początku czy końca w szczególności.
DVD z koncertu Billa w Montrealu, które otrzymałem niedawno w prezencie z Berlina jest nie tyle muzyczną, co wydawniczą ciekawostką, bo jaka mogła być przyczyna, że nagranie z 2002 roku wydano w roku 2009 – Bóg raczy wiedzieć. Dziwi mnie to tym bardziej, że … jest to bez wątpienia najlepsze koncertowe nagranie Frisella, jakie mam. Kto i na co czekał?
Od jakiegoś czasu Bill staje się coraz mniej jazzowy (na razie tyle) i koncert w „prawdziwym” sekstecie, budzi nie tylko moje najlepsze wspomnienia, ale i tęsknoty. Ach! Telecaster Frisella – fragmentami pastelowy, z flażoletami, w innych zaś miejscach rockowy, z „przesterowaniem” – tak doskonale brzmi w towarzystwie jazzowej sekcji dętej, że aż łza się w oku kręci.
Program koncertu pochodzi w większości z płyty „Blues Dream” [2001] plus awangardowe wstawki pomiędzy oraz przeboje na bis. Mimo, że nic nie jest wcale „standardowe” (np „stalowa” gitara Grega Leisz’a generująca nastrój country) wszystko zgrabnie gra i buczy, publiczność – przynajmniej na zakończenie – przyzwoicie się rozkręca i w efekcie mamy półtorej godziny nietrywialnej muzyki w nietuzinkowym wykonaniu. Serdecznie polecam i obiecuję, że „Egg Radio” pod koniec – podobnie jak publiczność – z pewnością Was „uniesie”. Wręcz boskie.
| Egg Radio |

Jakiś czas temu zainteresowałem się Jaques'em Brelem. Stwierdziłem, że może nie jest on Europejskim odpowiednikiem Boba Dylana, który napisał całą masę piosenek od lat śpiewanych przez tłumy wykonawców, ale "Ne me quittes pas" Brela stało się wręcz standardem i jest jednym z utworów, dla których bardzo często produkuje się modne ostatnio covery.
Szukając różnych wykonań piosenek Brela, trafiłem na dość ciekawe wykonanie "Ne me quittes pas". Po angielsku nazywa się to "If You Go Away" a Pani, której głos przyciągnął moją uwagę nazywa się Karrin Allyson. Zapamiętajcie to nazwisko! To dość młoda wokalistka jazzowa (pierwsza płyta 1992) - chyba jeszcze nie odkryta w Polsce, bowiem nie znalazłem śladu jej biografii ani w Onecie ani w Jazz Forum. Przeglądnąłem natomiast Amazon. Uwaga! WSZYSTKIE płyty, a wydała ich kilka (8), są cztero- oraz pięcio- gwiazdkowe. To rzadkość, bo nawet najlepszym zdarzają się wpadki. Komentarze natomiast są typu: "This lady can sing! ", "See this woman live - you won't believe your ears!", "What an amazing young woman!", "Beautiful phrasing", "A wonderful collection of standards! ". Moim zdaniem, nie ma w tym ani trochę przesady, przesłuchałem bowiem jej wszystkie płyty i .. nie mam po prostu słów. Poza głosem, jazzowym filingiem, ma coś, co niezwykle lubię - śpiewa, co lubi (a ma gust, oj ma!) i wyraźnie jej się to podoba. Takie wrażenie miałem - już dość dawno temu - przy słuchaniu płyty "Buena Vista Social Club" - odczuwalna, namacalna wręcz radość z tego, że się śpiewa. Trudno to opisać ale Pani ma taki jakiś magnetyzm w głosie, że trudno się jej oprzeć. Jak zaczniesz słuchać, nie możesz przestać.
Zacząłem od płyty typowo jazzowej "Ballads, Remembering John Coltrane" z bardzo niebanalnym wykonaniem moich ulubionych skądinąd ballad Coltrane'a. Piękna, ciekawa płyta. To był jednak dopiero początek. Z "pewną dozą nieśmiałości" spróbowałem inną płytę Karrin - "Collage". Jak sama nazwa wskazuje to istna zbieranina - różne style, nastroje, kompozytorzy. Są tam i jazzowe standardy i Beatlesi i muzyka z filmu "Kobieta i mężczyzna". Co więcej Pani śpiewa w 3 językach: po francusku, portugalsku i angielsku oczywiście - jak to może być dobre (pomyślałem). O matko boska! To nie tylko jest dobre, aż trudno uwierzyć ale to jest przecudne! Piękne, oszczędne aranżacje, a choć są i ballady z akompaniamentem gitary i brawurowo wykonane jazzowe czy wręcz rockowe kawałki, wszystko jakoś tak świetnie "skomponowane", dobrane i doskonale zaśpiewane, że aż miło słuchać. Jest na tej płycie piosenka "Here, There and Everywhere" Beatlesów - genialnie wykonana przy akompaniamencie gitary i sekcji rytmicznej. Jest tam taki świetny bas (głos+kontrabas.. ale pomysł!), że dech zapiera. Chyba się w niej zakochałem (w piosence oczywiście) - jakiś czas słuchem w kółko nie mogąc wyjść z podziwu.
Moja fascynacja Panią Karrin trwała jakiś czas - kilka miesięcy - i doszło do tego, że nie tyle jestem zafascynowany Panią Allyson ale moją nią fascynacją (wiem, że to matactwo słowne ale mam nadzieję, że rozumiecie, co mam na myśli). Przydarzyło mi się to dopiero na stare lata, ale wreszcie zrozumiałem na czym polega to zjawisko, że nastolatki mogą mdleć na koncercie swego ukochanego wykonawcy. Uderzenie przyszło wtedy, kiedy po raz pierwszy słuchałem innej płyty Karin: "I Did'nt Know About You". Cóż to za dziewczyna! Trzeba mieć nerwy, jaja i niezwykłą pewność siebie, żeby na debiutanckiej (!!) płycie umieścić piosenkę wykonaną przy akompaniamencie ... bębnów. To "What a Little Moonlight Can Do" - standard wykonywany jeszcze przez Billy Holiday (o innych nie wspomnę). Jest tam oczywiście wiele innych, przepięknych, świetnie zaaranżowanych kawałków ale gdybym był nastolatkiem i na koncercie słuchał "..Little Moonlight..", pewnie bym zemdlał. W recenzjach omawiam:
Temat „wyszedł” – choć nie bezpośrednio – od naszego przyjaciela Kazika z Berlina. Kilka dni temu Monika z kolegami była na koncercie Radiohead w Berlinie i ni stąd ni z owąd pojawił się temat „gdzie śpimy po koncercie”. Na wieść, że „ … trudno, jak nic nie znajdziemy, to wrócimy”, zimny dreszcz przeszedł mi po plecach i nie pozostało mi nic innego jak poprosić Kazika o pomoc. Spisał się świetnie i w ciągu kilku godzin (dosłownie!) załatwił miejsce, gdzie przygarnięto MUC Monikę i jej towarzystwo. Niniejszym serdecznie dziękuję i pozdrawiam.
Przy okazji rozmawiałem z Kazikiem chwilę przez telefon (m.in. oczywiście o muzyce) i zwierzyłem mu się, że coś ostatnio na nic ciekawego nie mogę trafić. Na to Kazik powiedział (cytuję z pamięci) „ ... a po co ci coś nowego? Mało to starych, świetnych płyt jest do słuchania?”. Chwilę pomyślałem, … kurcze – chłopak ma rację. Mam dziesiątki „wielkich” płyt, których w ogóle nie słucham, i to tylko z tego powodu, że są z zamierzchłych czasów. Słusznie?
Niesłusznie! Postanowiłem więc, że wbrew całemu światu, pędzącemu wciąż do przodu popędzę nieco do tyłu, poszukam w pamięci i wytypuję 10 płyt, które wstrząsnęły światem. Wybór miał być całkowicie nieobiektywny, ale postanowiłem, że:
„Ocywiście” pojawił się „mały” kłopot. Kiedy już wstępnie wybrałem listę i policzyłem … Dobra, zacząłem wyrzucać … Znowu policzyłem - no nie, nie dam rady … Jestem za stary i chyba sentymentalny, bo tego, co mną „wstrząsało” jest zdecydowanie za dużo! Na szczęście „małpa nie cielę” i sobie poradziła. Podzieliłem wszystkie „wstrząsy” na wstrząsy młodości, wieku średniego oraz dojrzałości. Stwierdziłem też, że w wieku dojrzałym albo słucham więcej i łatwiej mną wstrząsnąć, albo byle co mną wstrząsa, bo do ostatnich wstrząsów musiałem zaliczyć więcej niż 10 płyt.
Postanowiłem tez, że dla wzmocnienia efektu (napięcie, ciekawość) będę umieszczał płyty po jednej. Ha!

Były to najlepsze czasy rocka a ponieważ miałem ze 20 lat, trudno, żebym słuchał czegoś innego. Nagrywało się wtedy wszystko z radia (miałem DSTL 202) na taśmy i słuchało za pomocą „szafy grającej” ZK-140. Niemniej muzyka ta pochodziła z płyt, z których kilka do dziś wyraźnie pamiętam. Od tego czasu minęło wystarczająco dużo czasu, żeby móc ocenić moc „wstrząsu”, więc zarówno wybór, jak i klasyfikacja były względnie łatwe.
Do dziś pamiętam ten jesienny wieczór w „Trójce”, kiedy Piotr Kaczkowski prezentował płytę „Ciemna strona księżyca”. Płytę wspaniałą, dopieszczoną pod każdym względem, ważną. Niemniej … „Ciemna strona”, choć wielka, nie uczyniła mnie fanem Pink Floyd. Z tego też powodu, jako wstrząs i do słuchania, zaproponowałem bajecznie zrealizowany album koncertowy „Delicate Sound of Thunder”, na którym usłyszycie „żywe dźwięki” z „Ciemnej strony” („Time”, „Us and Them”, „Money”) genialne „Shine On You Crazy Diamond” i moje ulubione wykonanie „Wish You Were Here”. W tym ostatnim grają 2 gitary akustyczne, ale tak, że .. Nie umiem tego opisać, ale słychać, jakby w pewnych momentach dwaj gitarzyści grali nuty w takcie na przemian. Najpierw lewa, potem 2 razy prawa i wreszcie lewa. Nie mam pojęcia, jak to można wyćwiczyć, ale kiedy tego słucham, dreszcz przechodzi mi po plecach. Zarówno „Ciemna strona” – w młodości, jak i zacznie późniejsza „Sound of Thunder” zwróciły mą uwagę na Pink Floyd. Piękna, niebanalna muzyka do słuchania dla każdego i przy każdej okazji.
„…W domu, znowu w domu
Lubię tu być, kiedy tylko mogę
Gdy do domu wracam zziębnięty, zmęczony
Dobrze jest kości ogrzać przy kominku
Daleko, za łąkami Słychać bicie dzwonu
Co wieczornych nawołuje do modlitwy.
Do wysłuchania cicho szeptanych magicznych zaklęć” (fragment „Time” w tłum. Tomasza Beksińskiego)
Dla mnie samego jest to pewna niespodzianka (że tak wysoko wyszło), nie da się jednak zaprzeczyć, że zarówno zespół „Ten Years After” oraz jego „szybkoręki” gitarzysta Alvin Lee byli – przynajmniej przez jakiś czas – moimi znaczącymi ulubieńcami. Dziś, z perspektywy „starszego” już nastolatka, niewiele z tej fascynacji pozostało, ale … „A Space In Time” jest nadal zupełnie OK.
Alvina Lee, jak każdy, usłyszałem po raz pierwszy w legendarnym nagraniu „I'm Going Home” z Woodstock i ono pasowało gitarzystę „Ten Years After” na szalonego hippisa diabelsko sprawnego w przebieraniu po strunach, specjalistę od długaśnych, ekstatycznych solówek a opinie tą potwierdziły i utrwaliły „50 000 Beneath My Brain” i boskie „Love Like a Man” z doskonałej płyty „Cricklewood Green”. I kiedy wydawało mi się, że „wszystko już wiem”, nagle niespodzianka – „A Space In Time”. Płyta zdecydowanie inna, niehałaśliwa, bez szaleńczych nastrojów, bardziej „popowa” niż wszystkie inne płyty TYA, ze sporą dawką akustycznych gitarowych riffów (Alvin, co z tabą??). No i z BAJECZNYM, REWELACYJNYM „I'd Love to Change the World”. To jest, w moim skarbczyku muzycznym, coś na kształt „Little Wing” Hendrix’a, tyle tylko, że bardziej dopracowane (fakt!) i brzmi lepiej. Krótki (3:44), treściwy, z typowymi dla Alvina popisami, ale stonowanymi i lekko w tle (Alvin, co z tobą??). Następne „Over the Hill” jeszcze bardziej nietypowe, ze smyczkami jak u późnych Beatlesów. Świetna muzyka, piękne, bogate brzmienie, najlepszy Alvin, jakiego znam i w ogóle jeden z lepszych rockowych (nie-progresywnych i nie-koncepcyjnych) albumów. Serdecznie polecam.
Film „Kabaret” widziałem w kinie w czasach, kiedy do kina chodziłem często, nie aż tak znowu często, żeby „Kabaret” oglądać aż 5 razy (w kinie!). A jednak. Spowodował to raczej jakiś zbieg okoliczności (np. na maratonie z „Absolwentem”, którego nie widziałem, był „Kabaret”, który chętnie zobaczyłem jeszcze raz.) niż premedytacja, ale i film i muzykę z niego zapamiętałem doskonale. Po wielu latach (79-80) trafiłem na płytę ze ścieżką dźwiękową z filmu. Na „kołowym” sylwestrze, „Kocio” (przewodnik o takim pseudonimie) już dobrze po północy (i nieźle wstawiony) puścił tę płytę na cały regulator i … nie ma mocnych. Przy „Tomorrow Belongs to Me” wszyscy wstawali i pozdrawiali wyimaginowanego „wodza” w uniesieniu. To – mimo sylwestra – raczej obciach i nie ma się czym chwalić, ale sugeruje jaką nieprawdopodobną siłę ma ta muzyka (i słowa!). Wtedy, po raz pierwszy, bo dziś sprawdziłem to już na wielu filmach, zdałem sobie sprawę jak mocno, może nawet mocniej niż obraz, przemawia do nas dźwięk.
W filmie, niesamowity cherubinek Oliver Collignon – jako młody nazista - śpiewa (głosem Pana Marka Lambert’a, aktora, który śpiewał także w „Kabarecie” wystawianym na Broadway’u):
…
The babe in his cradle is closing his eyes
The blossom embraces the bee
But soon says the whisper, arise, arise
Tomorrow belongs to me
Now Fatherland, Fatherland, show us the sign
Your children have waited to see
The morning will come
When the world is mine
Tomorrow belongs to me
Tomorrow belongs to me
Tomorrow belongs to me
Tomorrow belongs to me
Ta ostatnia zwrotka, powtarzana coraz głośniej i głośniej, ze 3 razy, przy coraz hałaśliwszym akompaniamencie trąb, werbli i śpiewana przez coraz większą liczbę głosów to jedna z najbardziej przejmujących scen w filmie (i piosenek na płycie). Jak z tych „dzieciątek w kołysce” i „pszczółek” może wypływać groza i przerażenie? Nie wiem, ale wypływa!
Jasne, że ścieżka dźwiękowa z „Kabaretu” bez – dziś już nieco zamglonych, zatartych w pamięci – obrazów z filmu nie brzmi już tak samo, ale nieprawdopodobnych „Mein Herr”, „Money, Money”, „Maybe This Time” czy tytułowego „Kabaretu” - w wykonaniu Lizy Minelli i boskiego Joel’a Grey’a - z przyjemnością można zawsze posłuchać. To w dziedzinie klasycznej piosenki kabaretowej najwyższa półka światowa. A wiem, co mówię, bo mam także te piosenki w wersji „Broadway Cast” i … nie czepiam się, ale jest to zupełnie inna bajka. To zasługa aranżacji i wykonawców, z których co najmniej jeden - Joel Grey – był w filmie w życiowej formie i w parze z Lizą stworzył duet wszechczasów. Bob Foss świetnie to „skręcił”, Maciej Zembaty ( i Wojciech Mann?) kapitalnie przetłumaczył teksty piosenek i … mieliśmy do oglądania w latach 70-tych film genialny. Tak genialny, że nawet na obozie naukowym w Nowym Sączu (1978), kiedy oglądałem „Kabaret” po raz piąty, usta miałem rozdziawione z wrażenia. A ponieważ jest to w końcu film muzyczny, to muzyka z „Kabaretu”, mająca niemały udział w tej genialności, tak mną wstrząsnęła, że pamiętam ją - „Ladies und Gentlemen” - do dziś.
O zespole „Led Zeppelin”, dawno niesłuchanym, przypomniałem sobie przy okazji wydanej kilka lat temu składanki „How the West Was Won”. Dwupłytowy album jest kompilacją starych, niepublikowanych nagrań zespołu dokonanych w czasie koncertów w Stanach i jest to majstersztyk cyfrowej obróbki dźwięku, czyszczenia (usuwania szumów) i montażu. Jak można nagrania sprzed ponad 35 lat doprowadzić do takiej doskonałości, nie wiem, ale w związku z tym naprawdę warto ich posłuchać.
Do rzeczy. Oczywiście, że nie ta płyta „How the West Was Won” wstrząsnęła mną w młodości. Piosenkę „Whole Lotta Love” (z „Led Zeppelin II”) usłyszałem po raz pierwszy w pierwszej klasie technikum, ale nie wiedziałem jeszcze nawet, kto to gra. Widocznie braki nadrabiałem wtedy szybko, bo płytę „Led Zeppelin IV” już pamiętam, a że jest to płyta z przebojem przebojów, balladą ballad i riffem riffów – to jej już nigdy nie zapomnę.
Chętnie napisałbym coś o „Stairway to Heaven” (bo to jest tym czymś), ale poddaję się - nie mam śmiałości wypowiadać się na temat takiego „zjawiska”. W Wikipedii znalazłem, że „W Topie Wszech Czasów Programu III Polskiego Radia utwór zawsze zajmuje miejsce w pierwszej trójce, w tym pięć razy znalazł się na szczycie zestawienia (1994, 1995, 1997, 1998 i 2007)”. Dodam tylko, że nuty (!) do „Schodów” sprzedają się do dziś i to w tempie ok. 15tys rocznie.
Prócz legendarnych „Schodów”, szanownej uwadze Państwa polecam, pierwszy na płycie, „Black Dog” z przecudnej urody – nie wiem jak to nazwać - „synkopowanym bębnem” (w rocku?). Bohnam na perkusji i Page na gitarze w niektórych fragmentach grają „nie w fazie” schodząc się przepięknie, kiedy słuchający już, już był pewien, że się … no kurcze, pomylili. Świetne. Potem czadowy „Rock and Roll” i (ze „Schodami w środku”) końcowe, nieomal romantyczne - „Going to California” oraz „When the Levee Breaks” z wyraźnymi, mocnymi bębnami i harmonijką Plant’a w tle. Rewelacyjna, różnorodna i niebanalna, choć nieco głośna i „monumentalna” muzyka. Bardzo zachęcam do posłuchania, bo - jak mnie – z pewnością ujmie (czy też porazi) Was pomysłowość i mistrzowskie wykonawstwo (Uwaga! Gra tylko trzech!).
P.S. Uprzedzając - słuszne skądinąd – uwagi Mirka .. „dlaczego tylko ten album”, informuję, iż wiem, że wszystkie 6 pierwszych płyt Led Zeppelin (1969-1975) to arcydzieła. Jest to najprawdopodobniej zasługa genialnego i bezkompromisowego Jimmy Page’a, który, opierając się jakimkolwiek wpływom i modom, stworzył niedościgniony wzór hard-rockowego gitarzysty a wraz z kolegami – takiegoż (tzn. hard-rockowego) zespołu. Coś jednak, z tego zestawu arcydzieł, po prostu bardziej zapamietałem.
Tak, choć trudno powiedzieć, żeby w latach 70-tych wstrząsnęła mną płyta „Wolnej Grupy Bukowina” muszę ten krążek z początku lat 90-tych zaliczyć do wstrząsów mej młodości, bowiem „WGB” usłyszałem po raz pierwszy w klubie w akademiku („Piast” – ten pierwszy od strony stołówki) gdzieś na pierwszym roku (wiosna 1974). Piosenki ich krążyły w 2-gim (bootlegi na kasetach – był to rarytas) czy nawet 3-cim (śpiewniki – także, choć nieco mniejszy rarytas) obiegu, ale - nawet jeśli było to tylko wybrane „środowisko” - były przez wiele lat niezwykle popularne i aż trudno w to uwierzyć, jak wino „ulepszały” się z czasem. Pod koniec studiów był to już repertuar i obowiązkowy i kultowy. Trudno mi napisać, szczególnie w naszym towarzystwie, coś odkrywczego o „WGB”, Wojtku Bellonie, czy ich piosenkach. Przynajmniej Wojtek jest już dziś „postacią encyklopedyczną”, co - jeśli przypomnę sobie szczegóły ich „kariery” – wydaje się jakieś abstrakcyjne.
Przez wiele lat słyszałem te piosenki tylko w górach (w radiu jeszcze nie) i to z którejś-tam ręki. Sam byłem taką „którąś-tam ręką” popularyzując „Majstra Biedę”, „Mechodziany” („Bez Słów”) czy „Rzekę” na rajdach i obozach. Jak mogłem? Ano byłem młody i bezczelny i wydawało mi się, że wiem (słyszałem) „jak to leci”. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy nabywszy pierwszy egzemplarz „Bukowiny” (Pamiętam do dziś! W hurtowni „Takt” w Rybniku) usłyszałem, że … no kurcze, jednak „tak to leciało”.
A dziś? Teraz właśnie słucham „Nocnej Piosenki o mieście” i w Last.fm wyświetla mi się - Uwaga! 131 653 odsłuchań (utworów WGB) w Last.fm:
W moim programie do katalogowania płyt (Media Monkey - można w nim automatycznie odszukać informacje o płycie w Internecie, ściągnąć okładkę oraz pozostałe dane) mam:
a w „Amazonie” można kupić „Złota Kolekcja (Best Of)” za $10.95 :
„Bukowiny” niestety nie ma - “Amazon” pisze, że „This item has been discontinued by the manufacturer.” - ale za to jest ciekawa recenzja (w języku english oraz po polsku, choć bez ogonków).
Plyta absolutnie kultowa, otoczona rodzajem czci grupa, jej pierwszy i najlepszy album, obawiam sie jednak, ze jest to muzyka i poezja niezrozumiala dla nikogo, kto nie slyszal jej w jej naturalnym srodowisku, gdzies w przerwie wloczegi, posrod ludzi, ktozym nie przejdzie przez mysl pytanie po co im chodzenie po gorach, nie zrozumieja jej ludzie, ktozy w natloku codziennosci nie uciekaja mysla w kraine, gdzie wciaz sie idzie, ale do nikad nie dazy, gdzie jest sie otwarty na przelotne wrazenie, chlonie sie piekno zmyslami, uczuciem i wiara, a naiwnosc ta nie jest karana, jest warunkiem przezycia czegos niezwyklego, o ile nie zmiesza sie tego z rzeczywistaocia, nie skazi bezlitosnym jadem deprywacji i konsumpcji. Nie znajda tam nic dla siebie ludzie, dla ktorych miasto, zwarty tlum, blask cywilizacji i zadza posiadania jest " Droga, prawda, zyciem".
Jest to lektura zupelnie obowiazkowa dlaa tych, co zarazili sie bakcylem szukania wolnosci w gorach, ktozy rozumieja osaczenie w miescie, ale wsrod ludzi, co nie rozumieja tego, to moze sie wydawac banalne i niezrozumiale. Tego typu "chorobe" lapie sie w bezposrednim kontakcie z zarazonymi ludzmi.
Choć nie ze wszystkim się zgadzam, sam bym lepiej tego nie ujął, więc cytuję i serdecznie polecam płytę wszystkim zarażonym. Dodam tylko, że krążków „Bukowina” kupiłem co najmniej 5, z których co najmniej 3 wysłałem za granicę. Wszyscy, a nie mam powodu przypuszczać, że kłamali, mieli łzy w oczach, kiedy płytę przesłuchiwali po raz pierwszy. „W XX lat później”! Jestem pewien, że nawet w najśmielszych snach, Pan Wojtek takiego czegoś by nie wymyślił.
Zespół Emerson, Lake & Palmer był na początku lat 70-tych jedną z bardzo rozpoznawalnych i niezwykle popularnych, „progresywnych supergrup”, tzn. tworzyli go czołowi członkowie innych, wcześniej znanych (i także popularnych) zespołów i to po to, żeby zagrać coś bardzo niebanalnego. Krążyły plotki, że zespół miał się nazywać HELP od „Hendrix, Emerson, Lake & Palmer”, ale projekt ten nie wszedł nawet w fazę prób z powodu przedwczesnej śmierci Hendrix’a. A szkoda, bo brzmienie EL&P, zdominowane agresywnym keyboardami Ketih’a Emersona, nie mogło stać się „moją muzyka”. Pewnie na „keyboard” mam jakiś uraz i mimo, iż w latach 70-tych był on niezwykle „trendy”, jakoś go nie polubiłem. Za to polubiłem, i to bardzo, niesamowity głos wokalisty Greg’a Lake’a.
Płytę „Obrazki z wystawy”, pamiętam akurat bardzo dobrze. Podejrzewam, że trochę z powodów pozamuzycznych. Ogromną zaletą rocka progresywnego, było to, że przez czasem nawet dziwne zainteresowania muzyków, pełnił on ewidentną misję edukacyjną. Nie byłem wtedy jakoś bardzo „niewykształcony” muzycznie a i tak o Modeście Musorgskim dowiedziałem się po raz pierwszy (nie tylko ja) przy okazji płyty „Obrazki z wystawy”. Miałem nawet wrażenie, że ten XIX-wieczny rosyjski kompozytor, autor suity „Obrazki z wystawy”, na kanwie której powstał album, został „odkryty” przez zespół. Przynajmniej dla szerszej widowni.
„Obrazki” są albumem koncertowym nagranym w City Hall w Newcastle i to jest ogromna jego zaleta. Jest bowiem szansa, że przy słuchaniu „udzieli” się Wam atmosfera wydarzenia i nieznośne „wizgi” mooga będą nieco bardziej znośne. A te męczarnie wynagrodzi Wam kilka niezapomnianych wokali Lake’a – w „Promenade2”, „The Sage” czy „The Great Gates of Kiev”.
Jeśli jakimś cudem udałoby się Wam posłuchać płyty King Crimson a po niej EL&P, zrozumiecie, co oznacza powiedzenie „jak niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Piękna, melodyczna, bogata brzmieniowo płyta „Na zamku Karmazynowego Króla” – z chórami, flecikami i długaśnymi utworami - była niewątpliwie „softcore'owym” zwiastunem rocka symfonicznego i jazz fusion, którego „hardcorowym” następcą były „Obrazki z wystawy”. Oba zespoły „łączy” głos Greg’a Lake’a, ale też zainteresowanie – a to już jest autorstwa Roberta Fripp’a, założyciela „King Crimson” - nowymi brzmieniami i poszerzaniem obszaru zainteresowań muzycznych.
Co ciekawe, zespół „King Crimson” nie zdobył nigdy jakiejś wielkiej popularności i nie miał masowej publiczności, za to jego debiutancki album „Na zamku Karmazynowego Króla” jest powszechnie uważany za jeden z ważniejszych w historii rocka i za jeden z najbardziej inspirujących wielu innych wykonawców rockowych a nawet jazzowych w latach 70-tych. Nie można i nie wypada go nie znać! Serdecznie więc polecam – szczególnie ballady „I Talk to the Wind” i “The Court of the Crimson King” z niezapomnianymi wokalami Greg’a Lake’a.
Trzy płyty: “Na zamku Karmazynowego Króla” (1969), “Obrazki z wystawy” (1972) i “Dzwony rurowe” (1973) to kamienie milowe progresywnego- i symfonicznego rocka, ale „Dzwony” wyróżniają się wśród nich (już w 1973!!) dodatkowymi efektami marketingowymi.
Wręcz legendy krążą o nagraniu tej płyty, której Oldfield jest nie tylko jedynym autorem, ale prawie jedynym wykonawcą. Legendy o 16-to ścieżkowym Ampex’ie, na którym po kolei nagrywano instrumenty, o cudach, jakich dokonywano w celu osiągnięcia odpowiednich efektów (np. nagrywanie z inną a odtwarzanie z inną prędkością). Plus okładka inspirowana obrazami belgijskiego surrealisty Rene Magritte’a, ze słynnym żartem z tyłu: „This stereo record cannot be played on old tin boxes no matter what they are fitted with. If you are in possession of such equipment please hand it into the nearest police station.”
W efekcie dało to legendarny, niezapomniany album nawet do dziś, moim zdaniem, robiący wrażenie. Uwielbiam wręcz koniec pierwszej części – z „mistrzem ceremonii”, w której głos Pana Vivian’a Stanshall’a (angielskiego barda i poety) po kolei zapowiada instrumenty włączające się do gry: "Grand piano; reed and pipe organ; glockenspiel; bass guitar; double speed guitar; two slightly distorted guitars; mandolin! Spanish guitar, and introducing acoustic guitar, plus... tubular bells". Przy monotonnym akompaniamencie basów (Ravel !!) każdy z nich „pojawia się” w lewym kanale i wolno „przechodzi” – oczywiście w scenie muzycznej – z lewa na prawo, gdzie grają razem. Trwa to z 8 minut i jak suspens w thrillerze - prowadzi do finałowej ekstazy z dzwonami rurowymi. Dla mnie bomba i ekstaza.
Zespól „Extra Ball” poznałem na (festiwalu?) „Chemikaliach kulturalnych”, które przez kilka lat moich studiów organizowane były na naszym wydziale. Niektóre imprezy, głownie koncerty, w ramach „Chemikaliów” odbywały się w szacownym budynku starej Chemii i nazywały się „Koncertami na schodach”. Dosłownie na schodach - miedzy głównym holem a pierwszym piętrem. Tam po raz pierwszy usłyszałem Pana Jarosława Śmietanę i do dziś – o Boże! Tyle lat! – jestem jego fanem. Na płytę „Go Ahead” trafiłem już trochę później niemniej przez wspomnienie z tego pierwszego spotkania z „Extra Ball”, zaliczam ją do wstrząsów młodości. Na początku zespół tworzyli studenci PWSM w Katowicach i mimo, że działał dość krótko przewinęła się w jego składzie cała plejada polskich jazzmanów.
Zabijcie mnie, ale nie pamiętam czy miałem jej winylową wersję. Raczej nie, bo wtedy płyty z serii „Polish Jazz” był to rarytas, więc „Krakowski festiwal jazzowy” czy boskie „Kocham Cię Anno” znałem najprawdopodobniej z radia (taśmy). Dziś mam reedycję płyty na CD i … wierzcie mi, że brzmi ona całkiem nieźle. Może dlatego, że jest to porządny jazz „głównego nurtu” (wtedy) a Pan Jarosław nie przesadza z gitarą. W efekcie mamy piękną, niebanalną płytę jazzową, którą spokojnie mogę polecić na różne okazje – dla mnie głównie wspomnieniowe, bo mi się nieodłącznie kojarzy z tymi „Chemikaliowymi” schodami.
Tak naprawdę nie wiem, dlaczego trudno było mi ustalić, czy (i która) któraś z płyt Beatlesów wstrząsnęła mną w młodości. Może było to za wcześnie (dla mnie), razem z Beatlesami usłyszałem bowiem i Animals’ów i „Procol Harum” i całą masę innych zespołów. „Za chwilę” Beatlesi przestali już grać a mnie wciągnął zupełnie inny rock. Muzyka Beatlesów była dla mnie trochę jak dźwięk tykającego ściennego zegara. Z jednej strony zawsze „słyszalna”, z drugiej – wiem, że to bardzo niesprawiedliwe - jakoś mało frapująca. Może z wyjątkiem ….
Wiosną 1970 roku wprowadziłem się do internatu Technikum Chemicznego w Gliwicach. Internat znajdował się na zapleczu ul. Chorzowskiej przy ogromnym placu (z ogródkami działkowymi) otoczonym kamienicami. Najwyraźniej na ten plac wychodziły okna mieszkania jakiegoś zakręconego fana Beatlesów, bo – pamiętam jak dziś – całymi dniami słychać było na tym placu „Abbey Road”.
Jak to było możliwe, nie wiem (wystawiał głośniki do okna?), ale nasłuchałem się „Something”, „O! Darling”, „Here Comes the Sun” i innych, jakbym sam miał tę płytę.
Co ciekawe - jakiś znak - na tym moja przygoda z „Abbey Road” się nie skończyła. Jakiś czas temu Zbyszek prosił mnie bym mu doradził jaką płytę ma kupić na prezent dla kolegi. Kolega ten był fanem Beatlesów, więc wszystkie płyty miał, ale wpadł mi w oko wydany pod koniec lat 90-tych album „Anthology 3” z niepublikowanymi nagraniami z sesji, także „Abbey Road”. Dla normalnego człowieka to wydawnictwo będzie raczej niestrawne, ale dla fana? Okazało się, że pomysł był trafiony a kolega tak się tymi dziwami zachwycał, że i mnie się udzieliło. Są to w żaden sposób nieobrabiane taśmy (raczej odnalezione resztki) z sesji nagraniowych – z rozmowami, żartami i oczywiście muzyką. Głównie próby i ćwiczenia. Sporo jest tam utworów z „Abbey Road” w tym bajecznie komiczne wykonanie „O! Darling”, z potwornie fałszującym i „niewyciągającym” McCartney’em. Jak z tego dało się (w końcu) zrobić to, co pamiętamy z płyty – nie mam pojęcia. Nieco obniżono tonację, Paul wypił 3 surowe jajka? Przemiana jest doprawdy fantastyczna.
Oczywiście „Anthology 3” nie polecam – to ciekawostka – ale „Abbey Road” można posłuchać a „O! Darling”, np. na przytulaną prywatkę, jest akurat.
Królami lat 80-tych byli „Dire Straits” oraz „The Police” a nowe płyty ich liderów - Marka Knopflera’a i Stinga – do dziś budzą mą ciekawość, choć – przyznaję się bez bicia – już nie te emocje. Nadal prawie nie miałem płyt i choć adapter już miałem (i wieżę 3016 - taką jak obok!), wciąż podstawowym źródłem informacji o muzyce było radio. Najważniejszymi płytami tych lat są z pewnością:
Kiedy po raz pierwszy (oczywiście w “Trójce”) usłyszałem:
A long time ago came a man on a track
Walking thirty miles with a sack on his back
And he put down his load where he thought it was the best
Made a home in the wilderness … (i tu kurli-szurli na gitarce)
…
Then came the churches, then came the schools
Then came the lawyers, then came the rules
Then came the trains and the trucks with their load
And the dirty old track was the telegraph road
…
No, po prostu szczęka mi opadła. Niemal fizycznie „zobaczyłem” Jeremiasza Johnson’a (czyli Redford’a z filmu z 1972 roku), poczułem powiew wiatru i usłyszałem szum wody. I choć „Telegraph Road” (z której pochodzi cytat) z Jeremiaszem wiele wspólnego nie ma – tak (z wiatrem i wodą – czyli ekologicznie), do dziś, już zostało.
Płyta „Love Over Gold” nie jest ani najpopularniejszą płytą „Dire Strais”, ani nie zawiera największych przebojów zespołu, jest jednak, bez wątpienia, jego najlepszą płytą. Płytą bez słabych punktów, wystarczająco refleksyjną i równocześnie melodyjną, żeby można ją było słuchać zawsze i wszędzie. Poza tym, czyż może być sympatyczniejsze przesłanie niż to z pięknej tytułowej ballady?
…
It takes love over gold
and mind over matter
to do what you do that you must
when the things that you hold
can fall and be shattered
or run through your fingers like dust
…Since you’ve gone I’ve been lost without a trace
I dream at night’ I can only see your face
I look around’ but it’s you I can’t replace
I feel so cold’ and I long for your embrace
I keep crying baby’ baby please’…
Już nie pamiętam gdzie po raz pierwszy usłyszałem „Every Breath You Take” i choć znałem już Stinga i „The Police”, „Synchronicity” – niekoniecznie najlepsza płyta zespołu – zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. „The Police” był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo ostre, nerwowe, prawie „punkowe” brzmienie zespołu nie powinno mnie – zdecydowanego wielbiciela rockowego „main stream’u” – w ogóle zainteresować. A jednak. Nie wiem, czy było coś w wysokim, ostrym głosie Stinga, czy w szorstkim, hałaśliwym, ascetycznie rytmicznym brzmieniu kapeli, ale z pewnością było to coś nowego, świeżego i przyciągającego. I choć „Message In the Bottle”, „Walking on the Moon” (z „Reggatta de Blanc”) czy “Don’t Stand So Close to Me” (z „Zenyatta Mondatta”) to nie były kawałki, które Pan Romek by sobie zanucił, ale po usłyszeniu nie dało się już o nich zapomnieć.
„Synchronicity” była pierwszą płytą CD, którą usłyszałem na żywo (czyli nie przez radio), ale znałem ją już wtedy na pamięć więc nie to zadecydowało o jej pozycji na mojej liście wstrząsów. Zadecydowała piosenka „Every Breath You Take”. Nie byłem już wtedy rozczulającym się nad sobą nastolatkiem („Yesterday”) i widocznie znudziły mi się nieco „kurli - szurli” ballady o miłości („Romeo and Juliet”), bo „Every Breath …” mnie po prostu poraziło. Jeszcze dziś czuję lekki dreszcz, kiedy jej słucham, a wtedy? Była ona (i cała płyta „Synchronicity”, z „King of Pain”, „Wrapped Around Your Finger” czy „Tea in the Sahara”) jakimś ożywczym powiewem i widocznie uosabiała niepokoje „dojrzałego nastolatka” żyjącego w najbardziej syfiastym okresie PRL’u oraz potrzebę ucieczki do jakiegoś innego, autentycznego, lepszego świata. Nigdy tego nie zapomnę i choć „Synchronicity” mało się już nadaje do słuchania dla „starszych nastolatków”, polecam ją na chandrę i wieczór wspomnień z czasów, kiedy piło się niedopędzony bimber z „instalacji” w kuchni. Mnie pomogła.
Kiedyś myślałem sobie, że lata 80-te były stracone dla prawdziwej muzyki, bo moi idole młodości już przestali (przestawali) grać a nad światem zawisły ciemne, ponure chmury … dyskotekowej sieczki. Teraz zaś myślę, że to był początek nowej ery w muzyce rockowej, której jednego z przedstawicieli (Stinga) już przypomniałem a drugiego właśnie przypominam. Podobnie jak „The Police”, „U2” także przyciągało, zaciekawiało brzmieniem i charyzmatycznym solistą. Nie próbuję zgadywać, czy „Joshua Tree” jest „naj” zespołu, dla mnie była bez wątpienia jego najważniejszą i najbardziej charakterystyczną płytą.
Wiadomo nie od dzisiaj, że gitarzyści prześcigają się w poszukiwaniu nowych „charakterystycznych” brzmień, ale to, czego dokonał The Edge (Dave Evans) z U2 naprawdę zasługuje na uwagę. Tak rozpoznawalnej gitary, nawet dla laika, nigdy nie słyszałem, a kiedy po raz pierwszy ją usłyszałem – już mnie mieli. „Joshua Tree” zaczyna się od trzech numerów z „dzwonkami” (tak to nazywam, bo lepiej nie umiem – gitara The Edg’a nie tyle gra, co raczej „dzwoni”): „Where the Streets Have No Name”, „I Still Haven't Found What I'm Looking For” i “With or Without You” i dla nich samych można się w płycie zakochać. Oraz w „dzwonkach” The Edg’a i niesamowicie do nich pasującym patetycznym głosie Bono. Co ciekawe i Sting i Bono będący najbardziej chyba rozpoznawalnymi głosami lat 80-tych, obaj masowo uwielbiani, wybrali zupełnie inne „drogi rozwoju”. Sting był i do dziś jest raczej wykonawcą klubowym a Bono? Bono proszę państwa jest … najlepszym artystą stadionowym, jakiego znam. Naprawdę. On świetnie się czuje w tłumie (mega-tłumach) a specyficzne „scenariusze” piosenek – wolno, spokojnie, głośniej, jeszcze głośniej.. – wprost genialnie nadają się na plenerowe występy. Nawet niecodzienne, bardzo „zsyntetyzowane”, dźwięki gitary były jakby wymyślone do tworzenia ścian dźwięku na stadionach a najlepszym tego dowodem jest koncertowe (z orkiestrą!) nagranie „One” (piosenki z płyty „Achtung Baby”) uważane ponoć za „Best live ever”. No i oczywiście piosenka „Miss Sarajevo” (do filmu o Ineli Nogic, autentycznej miss z czasów wojny w Jugosławii), którą Bono wykonywał razem z Brianem Eno oraz Pavarottim. Świat na kolanach - to mu się (Bono) musiało podobać! Mnie już mniej, bo nie jestem amatorem stadionów, ale płytę „Joshua Tree”, choć muzyka na niej jakaś specjalnie lekka nie jest, bardzo serdecznie Państwu polecam, bardzo serdecznie.
Można śmiało powiedzieć, że Pana Erica znam „od dziecka”, bowiem o ile sobie dobrze przypominam, kiedy zacząłem chodzić do technikum w Gliwicach po raz pierwszy słyszałem o zespole „The Cream” (Eric Clapton, Jack Bruce i Ginger Baker). Niestety zainteresowanie muzyką, które wyniosłem z domu nie obejmowało takiego „kosmicznego” repertuaru i (choć potem szybko nadrobiłem zaległości) Eric z tamtych lat (1968-69) jakoś mną nie wstrząsnął. Tak, oczywiście, że pamiętam „Layl’ę” (1970), piosenkę, którą Pan Clapton nagrał z zespołem „Derek and the Dominos”, ale … gdybym powiedział, że pamiętam płytę „Layla and Other Assorted Love Songs”, to bym skłamał. Co innego Layl’a.
Pod koniec lat 60-tych Clapton zaprzyjaźnił się z Beatles’ami, szczególnie z Georgem Harrison’em, któremu podgrywał nawet w "While My Guitar Gently Weeps". Harrison z kolei brał udział w nagraniach „The Cream” i tak by się to pięknie toczyło, gdyby Clapton nie był się … zakochał. I to w kim? W żonie przyjaciela, bo Pattie Boyd, obiekt amorów Pana Eric’a, była żoną Harrison’a od 1966 roku. Ha!
Był wtedy taki trend, że chłopcy z Liverpool’u (i inni także) interesowali się kulturą wschodu, więc nic w tym dziwnego, że Clapton trafił jakoś na arabską wersję „Love Story”. To wyciskające łzy romansidło z 7-go wieku nosi tytuł „Layla and Majnun” a zlepek „Manjun Leyla” można przetłumaczyć, jako „oszalały na punkcie Leyl’i”. No! Ta historia musiała Panem Eric’iem wstrząsnąć. A co robi artysta, kiedy jest wstrząśnięty a nawet szaleje z miłości? Oczywiście pisze piosenkę. Wyobrażam sobie, jak, we łzach (złości lub gorzej), wyciąga starego, poobijanego „stratocaster’a” i majstruje jeden ze swoich największych przebojów (27 miejsce na liście największych piosenek wszechczasów magazynu „Rolling Stone”). Uwaga dziewczęta! Jeśli myślicie, że „Layla” to łzawa i ckliwa ballada to się mylicie. To świetny, ostry, prawdziwie rockowy kawałek – jak na prawdziwego rockowego gitarzystę przystało.
Ale to jeszcze nie koniec!
W 1977 roku Harrison rozwodzi się z Panią Boyd i .. jak myślicie? Dziewczęta piszczą, bo marzyły zawsze o takich mężczyznach, którzy nie tylko kochają do szaleństwa, piszą piosenki (wiersze, itp.), ale kochają długo i trwale. Tak. Dwa lata później, w 1979 roku Clapton żeni się z Pattie Boyd (!) a na ślubie są – jak fajnie – wszyscy Beatlesi (prócz Lenona).
Natomiast nieco wcześniej wydaje swoją kolejną – tą „wstrząśnieniową” płytę. „Slowhand” (czyli wolna ręka) to estradowe przezwisko Claptona nawiązujące do jego niespiesznego, nie-wirtuozerskiego, „klasycznego” (w tym bluesowym znaczeniu) stylu gry na gitarze. „Slowhand” to ta płyta Claptona, która najbardziej ujęła mnie swą nietypowością. Historii z Panią Pattie wtedy jeszcze nie znałem, więc tym bardziej wydała mi się ciekawa i do dziś zresztą, uważam ją za jedną z najlepszych płyt Claptona. Ale … właściwie dlaczego Claptona i jego płytę z 1977 roku umieściłem w latach 80-tych? Bo na płytę i w ogóle Claptona trafiłem (po raz któryś – widocznie byliśmy sobie przeznaczeni) przy okazji jego koncertów w katowickim Spodku (1979). Koncerty miały być 2, z których odbył się niestety tylko jeden. Clapton był świadkiem, jak MO „radziło” sobie z tłumem napierającym na estradę. Oczywiście w ruch poszły pałki i gaz łzawiący – a to dla byłego hippisa i światowca było nie do przejścia. Obraził się, spakował, wyjechał i przez 15-ście następnych lat o występach w Polsce nawet nie chciał słyszeć.
Teraz najlepsze. Wiecie, że za odwołany koncert, nikt (z fanów) jakoś specjalnie na Claptona się nie obrażał? Bo wtedy proszę Państwa nie kasa się liczyła, ale „opór”. Więc kiedy trafiliśmy na takiego, który się władzy - ha, ha - „postawił” to już był naszym bogiem. A z tym „stawiającym” się Erick’iem jakoś bardzo gładko wchodzi mi się w lata stanu wojennego, stąd „Slowhand” kojarzy mi się - i będzie - z Jaruzelskim raczej niż z Gierkiem.
Ale to jeszcze nie koniec!
Na płycie „Slowhand” jest przecudnej urody ballada - „Wonderful Tonight” - znowu, kurcze, skomponowana dla Pani Patti (jak długo tak można?). Tym razem jednak jest to kawałek łzawy i ckliwy, jakim z pewnością nie była „Leyla”.
Jaki z tego wniosek?
Łatwo było przewidzieć, iż chciałem wykazać, że - mój idol - Pan Eric jest na wszystkie okazje. Jeśli potrzebujecie go na spokojny wieczór przy lampce wina - polecam „SlowHand”, ale kiedy potrzebujecie nieco życia i energii, „Layla and Other Assorted Love Songs” będzie jak znalazł.
To chyba pierwszy – „chronologiczne – przypadek płyty jazzowej, która mną wstrząsnęła i to tak, że (przynajmniej tak mi się wydaje) do dziś pamiętam okładkę tej, wtedy jeszcze „czarnej” płyty. Państwo „dyrektorostwo” z pewnością to pamiętają – na „Weather Report” trafiliśmy razem na wakacjach w 1980 roku u naszego znajomego w Budapeszcie. „Jurek” w właściwie Görgy, był nieco zakręconym audiofilem i puszczał nam (m.in.) tę płytę kilka razy. Była to reedycja wydana przez Supraphon pod tytułem „Zeme Ptaku”. „Puszczał” to nieco złe słowo, bo odbywało się to z namaszczeniem a nawet polewaniem, umieszonej już na talerzu adaptera płyty, specjalnym płynem zabezpieczającym przed porysowaniem. Sprzęt miał niezły, więc nieźle to brzmiało, zapamiętałem i … już w lepszych czasach próbowałem tę płytę nabyć. Nie było wtedy Google, AllMusic itp., więc z uporem maniaka szukałem w sklepach płytowych czegoś „Weather Report” z „ptakiem” czy z „ziemią” w tytule. Bezskutecznie - tu „Supraphon” nieco mnie zmylił - bowiem w oryginalnym tytule albumu ani „ptaka” ani „ziemi” nie ma. Ale…
Sprzedawcami musiały być w tych sklepach jakieś głupki, bo największy przebój z płyty „Heavy Weather”, i w ogóle największy przebój, wręcz jazzowy „standard”, grupy „Weather Report”, to – bez jaj – „Birdland” (czyli „Zeme ptaku”).
„Weather Report” wywodzi się – przynajmniej przez osoby głównych twórców: Wayne’a Shorter’a i Joe Zawilnula’ - z późnego, jazz-rockowego, nurtu eksperymentów Miles’a Davis’a (brali udział w nagraniach „In a Silent Way” oraz „Bitches Brew”). Jak silne były to wpływy świadczyć może fakt, że jeszcze w 1977 roku, na 8-smym już albumie grupy wciąż słychać jeszcze tego „elektrycznego” Miles’a a nawet okładka „Heavy Weather” stylowo nawiązuje do „Bitches Brew”. To nieźle świadczy o „mistrzu” (wyprzedził czas), ale trzeba przyznać, że jego „uczniowie” też nieźle się spisali. Pod koniec lat 70-tych byli dyktatorami mody jazzowej (w sensie muzycznym, nie strojów!), a nagrania kwartetu „Weather Report” to absolutny kanon muzyki „fusion”. To oni stworzyli – podobnie jak Stan Getz jazzową Bossa Nowę – ten gatunek muzyki jazzowej i utrwalili jego obecność w historii jazzu.
Do dziś płyta „Heavy Weather” brzmi świetnie (genialnie), cała bez wyjątku, więc serdecznie ją Państwu polecam. Jest to dość nietypowy w jazzie - przynajmniej wtedy - przypadek brzmienia „zespołowego”. Bez solówek, genialnie dopracowany brzmieniowo i starannie „rozpisany” na instrumenty. Tylko perkusja nie „śpiewa”, bo nawet Jaco Pastorius na basie gra linie melodyczną w „A Remark You Made”. W ogóle bas sporo na płycie „gra”.
Nie jest to muzyka na romantyczne wieczory, ale nawet Ci, którzy nie przepadają za wibrującymi dźwiękami keyboardu Zawinula’ – „Birdland” (pierwszy utwór na płycie) POWINNI usłyszeć. To jest, w jazzie, odpowiednik „Everybody Loves Somebody” – nie wypada nie znać.
„The Modern Jazz Quartet” był – jak wszystkie „zjawiska” kontrowersyjne – pewnym fenomenem w jazzie lat 70- tych. Nadchodził już jazz elektryczny a tu, jakby nigdy nic, dwaj czołowi wykonawcy z MJQ (Milt Jackson – wibrafon i John Lewis - fortepian) zaproponowali repertuar „super cool”. Chłodek, nastrój, stonowany klimat. Gdzie tu kontrowersja? W osobach Jackson’a i Lewis’a, którzy pochodzili jakby z różnych światów muzycznych, a płyta „Blues On Bach” jest wynikiem (próby) ich zintegrowania. Bluesowego, amerykańskiego w wydaniu Milt’a Jackson’a i klasycznego, europejskiego w osobie Jona Lewis’a (był z wykształcenia pianistą klasycznym) a w zaszczytnym dziele tej integracji muzycy posunęli się aż tak daleko, że … w kilku utworach Lewis gra nie na fortepianie a na klawesynie. Czy i jak wyszło?
Na płytę (nagranie na kasecie) trafiłem u znanego nam dobrze „inżyniera” S. gdzieś w latach 80-tych i jazzowe improwizacje oparte na tematach Bacha, np. „Precious Joy” (Jesu, Joy of Man’s Desiring. BWV147), „Tears from the Children”, wydawały mi się wtedy czymś fantastycznym. Przez te ponad 30 lat, które upłynęły od wydania „Blues On Bach”, flirty jazzu z muzyką klasyczną nie tylko spowszedniały, ale też są bardziej dojrzałe i nic dziwnego, że „Blues On Bach” nie brzmi już tak odkrywczo. Powiem więcej. Muzyka klasyczna całkiem nieźle się ma i stawia niezwykle wysokie, stale rosnące wymagania wobec jej interpretatorów. Najlepiej świadczy o tym fakt, że od czasu do czasu (za to całkiem regularnie), dowiaduję się, że ten czy ów jazzman „poległ” w potyczce z klasyką („poległ”, to nie znaczy, że nie da się tego słuchać, znaczy tylko tyle, że „poszedł w kicz”). Na szczęście są też pozytywne przykłady. Wprawdzie płyta „Blues On Bach” MJQ takim dobrym przykładem nie jest, ale w końcu nie jest to muzyka Bacha a muzyka Bachem inspirowana. I to się do dziś całkiem nieźle broni. Serdecznie polecam, a tym, którzy nigdy płyty nie słyszeli (zazdroszczę), obiecuję, że ich (pozytywnie) zaskoczy.
, cover.jpg)
Zespół „Fleetwood Mac” jest podobnie jak „The Roling Stones” czy też Lenin – wiecznie żywy, więc nic dziwnego, że – po całych latach, od „Albatrosa”, którego po raz pierwszy usłyszałem na praktykach robotniczych – w końcu mnie trafił. Muzyka „Fleetwood Mac”, taki „podrzędny niby-rock”, nigdy mi jakoś nie leżała aż pewnego wieczoru, w Katowicach, na Rodockiego w „Wieczorze płytowym” prowadzonym przez Tomasza Szachowskiego usłyszałem …. „Tango In the Night”. To jest proszę Państwa arcydzieło „podrzędnej niby-rockowości” z melodycznymi piosenkami, świetnym brzmieniem i genialnymi wokalami „panienek”: Christine McVie oraz Stevie Nicks. Plus wpadająca w oko okładka w stylu Henri Rousseau - sukces murowany.
Sentyment do „Tango In the Night” mam ogromny, ale muszę przyznać, że nie jest on ściśle muzyczny (lub nie tylko muzyczny). Płytę bowiem usłyszałem w pierwszym bodaj „Wieczorze muzycznym” wysłuchanym przy pomocy nowej wieży (tej 3016), w stereo (było wtedy tylko kilka audycji radiowych nadawanych w stereo) i to przez słuchawki. Wrażenia, jakie wtedy miałem, nie da się opisać. Tego nie da się nawet zrozumieć. Nie da się też opisać ani zrozumieć mojej fascynacji osobą Stevie Nicks, wokalistki zespołu, która była połączeniem ezoterycznej, prawie secesyjnej postaci z mocnym, trochę zachrypniętym, czasami wręcz drapieżnym głosem. Żeby choć trochę „temat” przybliżyć, oprócz okładki albumu załączam zdjęcie Stevie, za to z magazynu „Rolling Stone” i to w wykonaniu Annie Lebowitz. A „Tango In the Night”? Polecam szczerze, bo to niezła płyta, niewymagająca i doskonała do słuchania przy wielu okazjach a „Seven Wonders” – wręcz świetne.
Bob Dylan i ja – tak można by zatytułować tę nieśmiałą próbę zrelacjonowania mojej admiracji mistrza i wyjaśnienia, dlaczego tak długo zainteresowanie Dylanem się rodziło, bo w czasach młodości – szczerze – jego płyt nie umieściłem.
Najlepsze czasy Dylana przypadły na lata mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, więc z oczywistych względów mnie ominęły. Potem świat ogarnęła gorączka rocka, który nie tylko działką Dylana nie był, za to był moją i ten, kto nie grał na Fenderze (ewentualnie na Gibsonie) z kręgu moich zainteresowań automatycznie wypadał. Jasne, że słyszałem „Blowin' in the Wind” czy „Mr Tambourine Man”, kto nie słyszał, ale … chyba miałem wrażenie, że to muzyka „historyczna”. Dopiero po dłuższym czasie doszło do mnie, że nie ma muzyki „historycznej” – jest tylko muzyka dobra lub zła. Dziś to już wiem na pewno, ale wtedy takie rozpoznanie dopiero we mnie się rodziło i kiedy wreszcie Dylan we mnie trafił, na szczęście dość późno, chyba z większą przyjemnością niż w młodości, mogłem się nim cieszyć.
Bo „cieszenie się Dylanem”, to proszę Państwa nie jest prosta sprawa. Bob, MUC Monika nazywa go (złośliwie, bo wie, że tatuś się denerwuje) człowiekiem-kozą, jest bowiem najgorszym wykonawcą swoich piosenek. Z biegiem lat się poprawiał (udoskonalał), ale ten styl z pierwszej połowy lat 60-tych – no, trzeba naprawdę polubić, żeby go znieść. Niemniej, jest w tym jakaś magia, bo niezaprzeczalna siła i żywotność tych piosenek (wiem, wiem) wprost porażają. Tak. A ponieważ porażają nie tylko mnie, starego, ale i młodych oznacza to, że fenomen Dylana nie tyle polega na nim samym (jak np. Nat King Cole), lecz na jego spuściźnie.
Z tej całej spuścizny wybrałem – i jest to dość nietypowy przypadek z całej serii, bo z samą płytą mam słabe skojarzenia, mam je raczej z utworami – płytę „Freewheelin' Bob Dylan”, najstarszą płytę Dylana, którą posiadam (w ogóle drugą jego płytę). „Freewheelin'” plus „Bringing It All Back Home” plus „Highway 61 Revisited” to jest, proszę Państwa, niekończące się źródło inspiracji, fascynacji i refleksji na temat tego, czym muzyka (z poetyckim tekstem) była, jest i może być. Kanon muzyki w ogóle, a „akademikowej” (tak nazywam to, co wkrótce, z inspiracji Dylana, rozwinęło się w stanach – Don McLean, Simon & Garfunkel itp.) w szczególności. Słowo „kanon” (wzór, norma, reguła) pachnie nieco Bachem, ale zachowując proporcje, bardzo błędne to skojarzenie nie jest. Bo?
Na płycie „Freewheelin' Bob Dylan” są następujące utwory (poza „Corina, Corina”, wszystkie Dylana):
Co najmniej 4 z nich („Blowin' in the Wind”, „Girl from the North Country”, „A Hard Rain's a-Gonna Fall” i „Don't Think Twice, It's All Right”) są dziś już „kultowe” i są nieustającym źródłem inspiracji i przedmiotem interpretacji. O każdej z nich dałoby się napisać parę słów, a co najciekawsze – jak w przypadku „Don't Think Twice, It's All Right” czy „A Hard Rain's a-Gonna Fall” – są do dziś AKTUALNE (w sensie „i dziś dałoby się to tak powiedzieć, tak to ująć”).
Jest chyba najsłynniejszym „protest-songiem” Dylana. Znajduje się (m.in) na ścieżce dźwiękowej filmu „Forrest Gump” (w wykonaniu Joan Baez) a najlepszy „cover” słyszałem w wykonaniu Stevie Wonder’a. To piosenka, której legenda narodziła się najprawdopodobniej w Wietnamie i zaowocowała w niezliczonych wykonaniach i interpretacjach. Także jazzowych (np. Stan Getz, wiele big-bandów). Inne znane mi „tytuły” tej piosenki to: niemieckie „Wieviele Strassen” czy polskie „Odpowie Ci wiatr” (np. młodej Maryli Rodowicz).
Znajduje się także na płycie Dylana “Nashville Skyline”, gdzie Bob wykonuje ją w boskim duecie z Johny Cash’em. Pamiętacie piosenkę “Scarborough Fair” (Simon & Garfunkel)? Zaczyna się od słów:
„Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary, and thyme.
Remember me to one who lives there,
she once was a true love of mine.”
….
Natomiast w „Girl from the North Country” Dylan śpiewa:
„If you’re traveling in the north country fair,
Where the winds hits heavy on the borderline,
Remember me to one who lives there,
she once was a true love of mine.”
….
To nie przypadek, ponieważ Dylan usłyszał balladę „Scarborough Fair” w Anglii (przed nagraniem „Freewheelin'…”) i był „pod jej wpływem”.
Powszechnie uważana za piosenkę pacyfistyczną, w gruncie rzeczy (czy też głównie) jest kontestacją przemysłu zbrojeniowego. Jest „ciężka” i mroczna, więc gładko przeszła do repertuaru „metalowych” i hard-rockowych kapel a później upodobały ją sobie także zespoły „grunge’owe” - często np. wykonywał ją na koncertach zespół Pearl Jam.
Słynna piosenka o opadzie (radioaktywnym). Dylan zaprzecza takiej „nuklearnej” interpretacji, sugerując zupełnie inne znaczenie. „Hard Rain” ma być potokiem kłamstw i bzdur zalewającym nas z radia i gazet (dziś z telewizji). Niezły „cover” (instrumentalny) Billa Frisell’a na płycie „East West” i równie dobry Edie Brickell ze ścieżki dźwiękowej filmu „Born on te Fourth of July”.
To tekst skierowany najprawdopodobniej do Suze Rotolo (dziewczyny Dylana – tej z okładki albumu), napisany mniej więcej w tym czasie, kiedy rozstawała się (a przynajmniej para miała trudny okres) z Dylanem. Najlepszy (rewelacyjny) „cover” w wykonaniu Susan Tedeschi.
Słowa:
It ain't no use to sit and wonder why, babe
It don't matter, anyhow
And it ain't no use to sit and wonder why, babe
If you don't know by now
….
Don't think twice, it's all right.
cisną sie na usta w tak wielu przypadkach życiowych, że mi po prostu dech zapiera. Nie to, że rady Pana Dylana są wciąż żywe i aktualne (Szekspira też są), ale że można je streścić w kilku słowach.
Odświeżony stary barowy blues „Corrine, Corrina”, znany z popowego wykonania Deana’ Martin’a oraz niezliczonej liczby innych. To jest blues, więc nic dziwnego, że jakoś specjalnie głęboki (w warstwie tekstowej) nie jest i trochę podobny do innych. Np. Eric Clapton na płycie „Tears In Heaven” śpiewa:
Alberta, alberta,
Where you been so long?
Alberta, alberta,
Where you been so long?
Aint had no loving
Since youve been gone.
….
Alberta, alberta,
Girl, you're on my mind.
Alberta, alberta,
Girl, you're on my mind.
Aint had no loving
Such a great long time.
Natomiast Dylan:
Corrina, Corrina,
Gal, where you been so long?
Corrina, Corrina,
Gal, where you been so long?
I been worr'in' 'bout you, baby,
Baby, please come home.
…
Corrina, Corrina,
Gal, you're on my mind.
Corrina, Corrina,
Gal, you're on my mind.
I'm a-thinking about you, baby,
I just can't keep from crying.
Różnica (w słowach) niby niewielka, a jednak. Clapton (wtedy już dojrzały mężczyzna) myśli o Albercie, ale brakuje mu (raczej) bzykania a Dylan (wręcz chłopczyk) też myśli (o Corrinie), ale niczego mu (raczej) nie brakuje tylko się martwi i płacze. Tak to z wiekiem zmienia się podejście do kobiet.
Z bólem nie polecam płyty Boba Dylana „Freewheelin' Bob Dylan”. Jeśli ktoś zna i ceni Dylana, zna także „Freewheelin'”, natomiast młodzież na tym archaicznym brzmieniu się – mim zdaniem – nie pozna (no… może nie poznać) i spowoduję tylko szkody (jak w przypadku MUC Moniki, którą „starym” Dylanem raczej zniechęciłem). Na pierwsze spotkanie polecam, z czystym sumieniem i przyjemnością:
Najsłynniejsza płyta koncertowa trzech słynnych gitarzystów dość łatwo „wpadła” mi do dziesiątki „wieku średniego”, ale – zabijcie mnie – zupełnie nie mogę sobie przypomnieć okoliczności pierwszego spotkania z nią. Jest to tak znany i popularny album, a muzyka z niego, przynajmniej we fragmentach, tak długo krąży w radio, że najprawdopodobniej prędzej usłyszałem „te dźwięki” niż samą płytę.
Nie mam wątpliwości, że „Friday Night in San Francisco” jest arcydziełem. Arcydziełem koncertowo-publicznościowo-nagraniowym. Wyjaśnię to słowami Paco De Lucii, który w jednym z wywiadów tak skwitował pytanie o kulisy nagrania tej płyty (cytuję z pamięci). „Proszę Pana. Występuję kilkadziesiąt razy rocznie. Raz na rok zdarza mi się wyjątkowo udany koncert. Raz na kilka lat, kiedy ja sam jestem w wyjątkowej formie, trafia się na tyle rzadko spotykana publiczność, że wytwarza się niespotykana atmosfera, porozumienie i emocje. Jakie jest prawdopodobieństwo, że właśnie wtedy ekipa nagrywa taki koncert? To cud.”
To bardzo skromna wypowiedź, pasująca zresztą do formatu muzyków, którzy „Friday Night in San Francisco” nagrali.
W roku 1980 wszyscy oni byli już dobrze ograni, osłuchani i dojrzali muzycznie. Niekoniecznie u szczytu sławy (przynajmniej u di Meoli), ale na tyle pewni siebie, że mogli sobie pozwolić na lekkość i poczucie humoru. To na płycie „Friday Night in San Francisco” słychać wyraźnie. Np. w boskim „Short Tales of the Black Forest” jest taki moment, w którym wplatają – wśród śmiechów i owacji – bluesową wersję „Różowej pantery”. Poza tym cała trójka była wtedy (co nie znaczy, ze dziś nie jest) wprost diabelsko sprawna technicznie. To też słychać na płycie i robi wrażenie. Dorzucę tylko, że wirtuozerskie granie na gitarze solo nie jest sprawą łatwą, ale wirtuozerskie granie we trójkę – jest czymś na granicy niewykonalności. Ponieważ „trójce z San Francisco” się to udało (wykonać), płytę – jako najlepszy „gitarowy” album świata – serdecznie polecam. Nie można go nie znać.
Wprawdzie teatr „Na Tagance” widziałem już w latach 70-tych, na muzykę Wysockiego a dokładnie płytę z jego nagraniami trafiłem znacznie później. Z pewnością miałem „winylowego” Wysockiego, ale dziś nie mogę odnaleźć ani informacji o tej płycie, ani jej okładki, więc proponuję jeden z albumów, które mam – „Utwory zebrane”. Jest to – w sensie nagrania – najbardziej zbliżona do tej, którą pamiętam, bardzo „uczesana” wersja Wysockiego, w której nie fałszuje gitara (akompaniuje nawet jakieś kombo) a sam Wysocki jest znacznie mniej demoniczny niż mógłby być. Osobiście, przynajmniej dziś, najbardziej cenię sobie nagrania bootlegowe, bowiem one znacznie dosadniej oddają charakter twórczości Wysockiego. Do słuchania, przyznaję, nadają się one słabo, gdyż pochodzą głownie ze starych, słabej jakości nagrań z niezliczonych (także nieoficjalnych) występów Wysockiego. W ZSRR nazywało się to SAMIZDAT i jest tego sporo - sam mam ponad 3 godziny „sfilmowanego” Wysockiego.
O fenomenie Wysockiego oraz Okudżawy wspomnieliśmy już dyskutując przy okazji recenzji kultowej „Bukowiny” – jako o rosyjskich odpowiednikach WGB, czy w ogóle fenomenu piosenki „turystycznej”. Po zastanowieniu myślę, że niesłusznie. Już OD oprotestował porównywanie totalnie amatorskiego polskiego nurtu turystycznego z – jakby nie było – zawodowcami. Ja dodałbym do tego, przynajmniej w przypadku Wysockiego, istotę jego tekstów, temperament oraz … jego aktorstwo. Wysocki był po prostu opowiadaczem, często (przynajmniej na występach) komentował utwory i w ogóle lubił się „wypowiadać”. Nie napisałem lubił „nauczać”, bo aż tak daleko może się nie posunął, ale … był blisko. Wysocki głównie „występował”, nic dziwnego, że śpiewanie nieco lekceważył a granie lekceważył bardziej niż „nieco”. Chyba wiedział, że miał genialny głos i cokolwiek nie „wykona” i tak świat ma u stóp.
| Dlaczego Aborygeni zjedli Cook’a |
Kiedy „odkrywałem” Wysockiego, fascynowała mnie jego „męskość” i „twardość” a ponieważ znałem niewiele jego piosenek, głownie zwróciły mą uwagę – to pewnie odchylenie – te „górskie”: „Скалолазка”, „Вершина” czy „Песня о друге”. Dziś, kiedy wiem więcej, widzę, że góry były dla Wysockiego jak wojna, areną zmagań, miejscem bohaterskich wyczynów i – to nieco straszne – sposobem na zweryfikowanie męskości, odwagi, heroizmu. W tym bardzo różnił się od Okudżawy, który w przeciwieństwie do Wysockiego na wojnie był i wojnę traktował, jako zło samo w sobie, całkowicie bez patosu. Drugim, obok tego „wojennego”, motywem w twórczości Wysockiego były piosenki „błatniackie”, czyli, mówiąc bardzo w przybliżeniu, ze świata „odrzuconych” – jak nasz „Felek Zdankiewicz”. To już bardzo specyficzny, rosyjski nurt i – muszę przyznać – z WGB i w ogóle naszą, polską poetyką „turystyczno-ogniskową” wiele wspólnego nie ma.
Co by o Wysockim nie powiedzieć, był postacią nietuzinkową, posiadaczem genialnego głosu, autorem genialnych tekstów i ich niezapomnianym wykonawcą. Serdecznie polecam.
Lata 90-te (+) to, przynajmniej w moim życiu muzycznym, „epoka” jazzu. Widocznie od dawna miałem takie nieuświadomione tęsknoty a łatwość dostępu do płyt (prawdziwych) i muzyki w ogóle (mp3) pozwoliły je po prostu (tęsknoty) zrealizować. Źródłem źródeł stał się Internet a łatwość szukania (co by tu jeszcze …) i sprawdzania (czy na pewno to miałem na myśli?) uczyniła ze mnie nieco „pogiętego” dźwiękofila.

Z konieczności oczywiście sporo muzyki słucham na komputerze i to często przez słuchawki, ale mam wrażenie, że to mimo wszystko nie to. Nie wiem, może jestem już niereformowalnym starcem, ale czuje wtedy jakąś sztuczność. Jakbym jeździł nie samochodem a na symulatorze - idealnym, ale symulatorze. Oczywiście trudno zarzucić coś wtedy jakości, ale właśnie jakość podejrzewam o to niejasne wrażenie. Wychowałem sie w czasach magnetofonów taśmowych, radia oraz pierwszych płyt CD, które w porównaniu z dzisiejszymi były nieśmiałymi - ale może przez to idealnymi - próbami wiernego zapisywania dźwięku. Przez lata cyfrowa obróbka sygnału (mastering) tak sie rozwinęła, ze "wierności" juz mało kto poszukuje, poszukuje sie efektów i bajerów. Pytanie, czy jest w ogóle to coś, czemu mamy byś "wierni"? Moim zdaniem nie ma. W muzyce klasycznej, jazzie - może jeszcze, ale taki np. Club, Lounge, Ambient? Gdzie tam jest "oryginał"? Słuchawki wrażenie "efektowości" raczej pogłębiają (szczególnie, kiedy jak ten durny maniak używa się odtwarzacza z efektami DSP - "Ambience", "3D Sourround", "Dynamic Boost", "Hyperbass") niż osłabiają - stad moje obiekcje. Dobrze głośno, przez dobre głośniki chyba podoba mi się jednak bardziej, ale ... to juz tylko marudzenie (i marzenie).
Ale do tematu. Najważniejszymi płytami tego okresu są:
O Panu Frisell’u pisałem już wiele, także o tym, że po raz pierwszy usłyszałem go w pięknej ścieżce dźwiękowej filmu „Finding Forrester”. Przez film (przecudnej urody „Coffaro's Theme” z płyty „Bill Frisell Quartet”) trafiłem do płyt Pana Bill’a, z których – tak pamiętam – najwcześniej i najbardziej przypadła mi do gustu „Gone, Just Like a Train”. Do dziś jest moją ulubioną płytą Frisell’a i kiedy zastanawiam się dlaczego (nie stale, ale czasem sobie o tym myślę), przychodzi mi na myśl moja inklinacja do brzmienia rockowej gitary. Właśnie na „Gone...” gitara Pana Bill’a, która mówiąc między nami „umie zagrać wszystko”, gra najbardziej rockowo. Miejscami tak rockowo, że prawie wyłamuje się z ram jazzu, który Pana Bill’a stale kusi i któremu ulega, lecz nie bałwochwalczo. To nie pierwsza „wycieczka” w stronę innych gatunków („Nashville” - country), za to wyrazista i „soczysta”.
Kiedy się więcej nad tym zastanawiam, nie przychodzi mi na myśl nikt poza Bille’m Frisell’em, kto tak sprytnie i dowcipnie potrafi się bawić dźwiękiem gitary i tak wypełnić nim przestrzeń. Na płycie „Gone, Just Like a Train” gra tylko trio (gitara, bas, perkusja), a tylko w jednym – tytułowym – utworze jest wszystko. Od prawie kawiarnianych melodyjek, przez jazzowe plimknięcia (flażolety też), do ostrego przesterowanego hard-rockowego solo. Piękna, ciekawa i różnorodna muzyka do słuchania i podziwiania. Uwaga! Z przebojowym „Egg Radio” pochodzącym z awangardowej płyty „Bill Frisell Quartet”, ale jak świetnie zaaranżowanym na rockowe „power trio”. Ah! Łza się w oku kręci!
O Jarrecie oraz o tym, dlaczego tak późno go poznałem, pisałem już w naszym portalu, więc nie będę nudził. Chcę tylko zwrócić uwagę, że choć genialny pianista jest w trio niewątpliwym liderem, to pozostałych muzyków nie tylko nie wypada, ale nie wolno marginalizować. Wierzcie mi (mam 25 płyt tego tria), to jest zupełnie NIEPOWTARZALNY zespół. Zgrany i rozumiejący się do szaleństwa a przy tym, jak przystało na prawdziwych „starszych” nastolatków, nie tylko zespół wrażliwych i eleganckich muzyków, ale też niezłych jajcarzy.
Album „Tribute” (2 CD), o którym już zresztą pisałem, pełen bajecznie nastrojowych i lirycznych wręcz kawałków, jest tego najlepszym dowodem.
Na drugim CD jest arcyciekawa wersja „All the Things You Are” Sonny Rollins’a, zaczynająca się od fortepianowego solo Keith’a. Szybkiego, energicznego, typu „nikt nie wie, o co chodzi”. Fajnie, ale solo się przedłuża … tempo nie maleje, trudno zgadnąć, do czego to zmierza. Nagle, po ponad 2 minutach – jajcarz Keith – robi takie relaksujące „zejście (się)” z basem i perkusją, że … ręce same się rwą do oklasków (nagranie jest koncertowe i to słychać) a po plecach przechodzą ciarki. Przepraszam, ale porównanie tego z orgazmem samo mi się nasuwa. Dodając magicznie „przydymione” „Smoke Gets in Your Eyes”, spokojnie i szeroko „płynące” „It's Easy to Remeber”, rytmiczne „U dance” i inne, otrzymujemy – w postaci „Tribute” – 2 godziny bajecznego, pięknego i bardzo niebanalnego jazzu. Tylko słuchać i podziwiać i wielbić.
Trzecie, jeszcze medalowe miejsce zajmuje – w czasach dojrzałości – płyta kubańskich „dziadków”. Kiedy po raz pierwszy ją usłyszałem, choć jeszcze nie wiedziałem o co chodzi, swym niezawodnym zmysłem wyczułem, że coś w tym jest - mimo iż nie jestem amatorem muzyki latynoskiej. „Amatorem” to eufemizm, więc tym bardziej zdziwiło mnie, że kawałki w zasadzie podobne do „Cielito Lindo” (u nas „Teraz jest wojna”) czy „Malaguena” nie tylko mnie nie drażnią, ale zaciekawiają i skłaniają do poszukiwań.
Szukałem niedługo, bo wszystko się wyjaśniło w dokumentalnym filmie Wima Wendersa pod tym samym tytułem. Opowiada on o muzykach z hawańskich klubów z lat 40-tych, którzy zupełnie zapomniani całkiem nieźle się trzymają i czekają tylko żeby na nowo „ktoś ich odkrył”. A odkrył a właściwie odszukał ich Ray Cooder (o którym już kiedyś pisałem), namówił do nagrań a pierwsza płyta Rubéna Gonzáleza, Compay’a Segundo i Ibrahim’a Ferrer’a (oraz innych) – „Buena Vista Social Club” odniosła niespodziewany, za to światowy sukces. W samą porę, bo najważniejsi wykonawcy nie dożyli 10-tej rocznicy wydania płyty.
Wszyscy Ci Panowie przeżyli w biedzie i zapomnieniu kilkadziesiąt koszmarnych lat za Fidela, ale prawdziwym powodem do podziwu jest to, że do później starości zachowali takie zasoby pogody ducha i optymizmu, że aż trudno uwierzyć. I to na płycie, w ich muzyce „słychać”. Słychać też radość, że grają i że „coś się dzieje”. Słucham płyty od czasu do czasu licząc na to, że i mnie się z coś z tego nastroju udzieli. I wam polecam.
O Pani Karrin Allyson już dawno pisałem w dziale muzyka, również o jej świetnej płycie ”Colage”, więc nie wypada mi się powtarzać. Powiem tylko, że choć za najlepszą płytę Pani Karrin do dziś uważam "Ballads, Remembering John Coltrane", to „Colage” była tą pierwszą, na której zaintrygował mnie jej magiczny głos i chyba ona wstrząsnęła mną najbardziej. Bardzo, bardzo polecam. Na wszystkie okazje.
Na Jacka Johnson’a trafiłem zupełnie przypadkiem, przy okazji jakichś poszukiwań w Internecie, ale od pierwszych taktów „Inaudible Melodies” (pierwszy utwór na płycie), kiedy usłyszałem jego ciepły głos i kapitalne brzmienie akustycznej gitary, wiedziałem, że mnie „ma”. Pan Jack szybko stał się naszym „wielopokoleniowym” ulubieńcem, co więcej nasze uwielbienie szybko rozprzestrzeniliśmy na kraje ościenne, bo pierwszy film Jacka („The September Sessions”) otrzymałem od Piotra (Niemcy) a dwa następne od Kazia (też Niemcy).
Wprawdzie dziś Pan Johnson jest już artystą „stadionowym”, co mniej lubimy, ale charakterystyczne brzmienie jego gitary dalej kusi i nęci, teksty nadal ma „sonetowe” (nie wiem jak to się fachowo nazywa – może jakaś podpowiedź? – ale rymy są nierówno, co kilka „linijek”) a głos wciąż magnetyzujący. Wprawdzie w naszym towarzystwie trudno polecać płytę „Brushfire Fairytales”, bo bardzo dobrze ją znamy, ale … czasami warto posłuchać „tych piosenek, które ja już znam”, do czego serdecznie zachęcam.
“Kind of Blue” jest płytą jazzową, bez wątpienia NAJ pod każdym względem. Najbardziej znaną, najlepszą, najbardziej znaczącą, najsłynniejszą, najczęściej kupowaną itp.itd. Nasłuchacie się wkrótce o niej sporo, bo zbliża się właśnie 50-ta rocznica sesji nagraniowej „Kind of Blue” i będą się o niej wypowiadać (już to robią) najsłynniejsi muzycy i inni „ludzie z branży”. Dlatego się pospieszyłem i właśnie wypowiadam.
„Kind of Blue” jest płytą dla każdego, w każdym wieku i na każdą okazję. Na dobrą sprawę jest to płyta łatwa i nawet jazzowego nowicjusza posłuchanie nie zaboli, prosta jak drut, tzn. zupełnie pozbawiona jakichś wyszukanych chwytów, skojarzeń czy podtekstów, ale … jest to tak wyrafinowana łatwość i prostota, że aż boli. No a słuchając – kurcze – z każdym kawałkiem i prawie każdym taktem ogarnia człowieka, powoli, lecz wyraźnie – podziw i ZACHWYT.
Płytę nagrali: Cannonball Adderley - Sax (Alto), Paul Chambers – Bass, Jimmy Cobb – Drums, John Coltrane - Sax (Tenor), Miles Davis - Trumpet, Bill Evans - Piano oraz Wynton Kelly – Piano. Byli to (żyje tylko Cobb) najwybitniejsi muzycy jazzowi tamtych (i późniejszych) lat i to w swej szczytowej formie. Miles postawił w tym projekcie na improwizację, co oczywiście dla jazzu nie jest czymś niezwykłym, ale niezwykłe jest jak daleko muzycy się w tym posunęli. Otóż proszę Państwa na płycie „Kind of Blue” nie ma melodii. Trudno w to uwierzyć, ale nie ma. Są zarysy, są akordy, są kapitalne akompaniamenty sekcji rytmicznej do fenomenalnych improwizacji trąbki i saksofonów, ale melodie to nie są. Co więc jest? Otóż proszę Państwa na płycie „Kind of Blue” jest NASTRÓJ. Cudowny, udzielający się i ogarniający nastrój melancholii. Nie tej ze smutkiem czy przygnębieniem – nie. Tej z zadumą czy nawet zmysłowością. Cała płyta, naprawdę cała – jak jakaś suita – promieniuje tą PEWNEGO RODZAJU MELANCHOLIĄ, której płyta zawdzięcza swój tytuł i dzięki której jest tak uwielbiana.
Niedawno wydano specjalną wersję „Kind of Blue” na DVD (posiadam) z przepięknie oczyszczoną ścieżką dźwiękową i krótkim filmem, w którym są głównie współczesne wywiady i opinie o płycie, ale też fragmenty rozmów z sesji, ilustrowane archiwalnymi zdjęciami. Film – nieco górnolotnie – nazywa się „Made In Heaven”, ale tak sobie myślę, że z perspektywy 50-ciu lat, które minęły od nagrania, „niebiańskości” tym kilkudziesięciu minutom muzyki odmawiać nie wypada. Proszę słuchać i podziwiać.
Moja przygoda z Brel’em zaczęła się bardzo późno, przy okazji słuchania nagrań Karrin Allyson. Była to piosenka „Ne Me Quitte Pas” (w angielskiej wersji nazywa się ona „If You Go Away”) i na tyle mnie zaciekawiła, że zacząłem drążyć. Nie mogłem znać Brel’a z młodości, bo jego twórczość nie leżała widocznie w żadnym z nurtów, którymi interesowali się prezenterzy polskiego radia. Nie był ani „młodą falą” ani „festiwalowym dzwonem”, więc piosenek Brel’a z radia sobie nie przypominam. Tym bardziej z płyt.
Czy szkoda? Chyba nie, bo na Brel’a … byłem za młody a nieznajomość języka – w tym przypadku – w zasadzie uniemożliwia kontakt z jego twórczością. Nadal nie znam francuskiego i „kontakt” z Brel’em mam raczej niezrozumiały, to znaczy sam nie rozumiem, na czym on polega. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że spodobało mi się wiele piosenek Brel’a, kusiły bardzo urozmaiconymi melodiami i pomysłami muzycznymi a także frapującymi wykonaniami (bo Brel był w tym dobry) i nie przeszkadzało mi to (i nadal nie przeszkadza), że ni w ząb nie rozumiałem, o co w nich chodzi.
Z tym „całkowitym nierozumieniem” to nie jest do końca prawda, bo sporo tekstów Brel’a znałem po angielsku. Był w Ameryce okres fascynacji jego twórczością i stąd pochodzi kilka Brel’owskich „evergreenów”: „If You Go Away” czy „Seasons In the Sun” (Le Moribond). Czyli niewiele rozumiałem, a i tak mi się podobało. Bo? Bo ufałem, że o coś w tych piosenkach chodzi – a to tygrysy lubią najbardziej. Tygrysy lubią też, jak „się kojarzy”, a czegoś bardziej paryskiego niż piosenka „La Valse a Mille Temps” nie umiem sobie w ogóle wyobrazić.
| La Valse a Mille Temps |
Po latach, za sprawą panów Młynarskiego oraz Nowaka (tego z „Raz, Dwa, Trzy”) okazało się, że miałem rację (oraz intuicję). Pisałem już o tym, ale przypomnę, że już przy pierwszym słuchaniu „Raz, dwa, trzy Młynarski” nie tylko rozpoznałem piosenkę, ale – jakież piękne – upewniłem się, że moje zaufanie nie było bezpodstawne. Tym, co mnie wręcz „poraziło” na płycie była „Piosenka starych kochanków” (w oryginale: „La Chanson Des Vieux Amants”). A wgląda to tak:
Rozświetlały burz rozbłyski
Miłość naszą ileś lat
Raz ty brałaś swe walizki
To znów ja ruszałem w świat
Lecz pokój, gdzie kołyski brak
Pamięta echa dawnych burz
I słów namiętnych do szaleństwa
Więc choć porażki pierwszej smak
Z twych warg uleciał dawno już
A z mych pierwszego smak zwycięstwa
Czy ty wiesz
Jedyna, czuła i najmilsza ma
Że ja od wschodu, aż do zmierzchu dnia
Wciąż bardziej cię kocham
Kłótnie schadzki przeprowadzki
Znaliśmy się do cna
Wpadaliśmy w swe zasadzki
Zastawione, gdzie się da
Ty miałaś kogoś, dobrze wiem
I jam też nie bez grzechu był
Lecz zawsze żyliśmy nadzieją
Że z pożegnania pierwszym dniem
Oboje dołożymy sił
By starzeć się, nie doroślejąc
Czy ty wiesz …. [Jacques Brel, tłum. Wojciech Młynarski]
Nie będę epatował Was wrażeniem, jakie odniosłem (Jezu, to o mnie!), ale podziwiam prostotę i przenikliwość, z jaką Brel – poeta – odnosi się do świata realnej, niełatwej, niepolerowanej miłości.
Wprawdzie do słuchania poleciłem „Quand On N'a Que l'Amour”, bo właśnie ta płyta mną wstrząsnęła i wywołała zainteresowanie Brel’em, ale jeszcze lepszy będzie dwupłytowy zestaw „Amsterdam: The Best of Jacques Brel”. W nim znajdują się i „La Chanson Des Vieux Amants” oraz – moim zdaniem – rewelacyjna piosenka „Amsterdam”. Prawdziwa opowieść o marynarzach, w której jest – bez litości – chlanie, szczanie i j… Tę piosenkę także przetłumaczył Młynarski i wprawdzie stała się takim „twardszym” szantem, lecz w wykonaniach, które słyszałem (Groniec, Zadrożny), albo w samej piosence, nie tak udanie przetłumaczonej, czegoś mi brakuje. Dokładnie brakuje szorstkości czy nawet brutalności, dzięki której w wykonaniu Brel’a „Amsterdam” bardziej przypomina„Obławę” Wysockiego niż marynarską (czy jakąkolwiek inną) balladę. Nie mogę się powstrzymać i zamieszczam „Amsterdam” w oryginalnym wykonaniu.
| Amsterdam |
Pan Jaromir – kto go nie zna – „pojawił” się w mojej świadomości na jednym z koncertów organizowanych w Trójce, prowadzonym (o ile pamiętam) przez Artura Andrusa. Nie przypadkiem zapamiętałem nazwisko prezentera, bo gdyby mi przyszło wymyślić jakiś pseudonim dla Nohavicy, byłby to Jaromir „Andrus” Nohavica.
Do słuchania poleciłem jedną ze starszych płyt Nohavicy – tę, która mną wstrząsnęła. Nabyłem ją na koncercie w Klubie Politechniki w Gliwicach i była ona bodaj pierwszą płytą Pana Jarka, którą miałem a z zakupem trafiłem w dziesiątkę, bowiem do dziś uważam ją za jedną z lepszych płyt cieszyńskiego barda. Podejrzewam, że to zasługa „kapeli”, z którą gitara i głos Nohavicy brzmią wyśmienicie.
Trochę mi głupio „przybliżać” wykonawcę tak dobrze znanego w naszym gronie, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tym, co mnie (i dotyczy to prawdopodobnie każdego) ujęło od pierwszego słuchania jest bajecznie ciepły, magiczny głos. Chwilę potem przychodzi do głowy i także „chwyta” muzykalność oraz poczucie humoru. Mam okazję śledzić twórczość Nohavicy od ponad dziesięciu lat i po dłuższym czasie przychodzi mi do głowy, że największą siłą Nohavicy jest wszechstronność. Nohavica nie jest ani przesadnie refleksyjny, choć nie brakuje w jego repertuarze piosenek poważnych, ani nadmiernie prześmiewczy, choć nie boi się on zuchwałego a nawet ludycznego żartu. Jak życie – Nohavica jest „wszelki”.
Boleśnie rozkochany w, mojej ulubionej, „Zatimco se koupes”:
| Zatimco se koupes |
Gdy się kąpiesz w wannie,
Myjesz sobie plecy
Złupiłbym starannie
Twą istotę rzeczy...
Gdy się tak oddajesz wodzie,
Chciałbym móc cię wziąć jak złodziej.
…
Fajka się dopala
Kawa stygnie
Krew się spienia.
Byłoby wspaniale
Gdyby serce popędliwe
Można mieć z kamienia.
…
[Jaromir Nohavica, tłum. Tolek Muracki]
Ironiczny w „Panie prezydencie”, poważny w „Sarajewie”, lekki i zwiewny w „Cukrarskiej bossanovie”, gorzki w „Gdy odwalę kitę” („Az to se mnu sekne”) czy komiczny w „Pastuchu” („Hlidac krav”). Przykłady można zresztą mnożyć. Taki repertuar – nienudny i niemonotonny – sprawia, że każda płyta Nohavicy jest ciekawa i z przyjemnością się jej słucha a każdy koncert jest okazją zarówno do zabawy jak i do namysłu.
Jeśli do tej uniwersalności „przesłania” dodam łatwość nawiązywana kontaktu z publicznością oraz dar omijania szerokim łukiem kolein show biznesu, nie dziwi, że w dość krótkim czasie Nohavica stał się artystą znanym, lubianym i szanowanym. Wbrew tzw. „prawom rynku”, czyli bez reklamy, marketingu i promocji. Dla mnie bomba!
„Rain Dogs” była pierwszą płytą Toma Waitsa, która wpadła mi w ręce i, o ile dobrze pamiętam, w ogóle pierwszym „spotkaniem” z magicznym i demonicznym głosem Pana Waitsa. Szybko mi się spodobał, zarówno jego głos jak i repertuar, a potem i sam Pan Tom, jako taki.
To bardzo ciekawa i w znacznej mierze enigmatyczna postać. Oczywiście raczej zgaduję niż wiem, ale jestem w stanie założyć się, że Pan Tom jest jednym z najlepszych „aktorów” (czy też zgrywusów) muzyków, jakich znam i jego wizerunek – diabolicznego autsajdera i inteligentnego kloszarda – jest błyskotliwie i precyzyjnie tworzony przez samego artystę na potrzeby świata zewnętrznego.
Wracam jednak do płyty. „Rain Dogs” to typowy „Waitsowy” majstersztyk genialne łączący przeróżne gatunki i formy. Od melodycznych, przebojowych „Jockey Full of Bourbon” czy „Downtown Train” poprzez countrowe „Blind Love”, poetyckie „Time”, rockowe (w stylu Lou Reed’a) „Hang Down Your Head” (jest nawet solo na gitarze) i „Union Square”, jazzowe „Walking Spanish”, kabaretowe (przedwojenne) „Tango Till They're Sore”, nieco awangardowe „Clap Hands”, „Big Black Mariah” czy „Rain Dogs” do kloszardowych „Cemetery Polka” i „Anywhere I Lay My Head”. Może nie we wszystkich przypadkach idealnie trafiłem, ale chciałem pokazać, że – jeśli się ma wenę – na jednej płycie da się zawrzeć ocean pomysłów muzycznych i morze pomysłów wykonawczych.
Łatwo mi sobie wyobrazić kogoś, kto nie lubi (a nawet nie cierpi) Toma Waits’a, faktyczne jest kontrowersyjny, ale fenomenalnej wyobraźni nikt mu nie odmówi. Może „Raind Dogs” to nie jest płyta na każda okazję, ale – na finezyjny wieczór muzyczny – serdecznie polecam.
Polecam też nieco starsze płyty Toma Waits’a. Nie one pierwsze mną wstrząsnęły, więc tylko o nich wspomnę. Pochodzą z najlepszego – moim zdaniem – „jazzowego” okresu Pana Toma i taka np. „The Heart of Saturday Night” [1974] czy „Small Change” [1976] (i inne, np. … STOP) to są proszę Państwa absolutnie genialne „concept” albumy. Nie jest to muzyka lekka i łatwa w odbiorze, bo twórczość Waits’a (z uwzględnieniem odmienności) najbardziej mi przypomina „Piwnicę pod Baranami”, gdzie trzeba BYĆ, żeby naprawdę USŁYSZEĆ. Mam taki program z holenderskiej telewizji, w którym – na podstawie repertuaru mniej więcej z „The Heart of Saturday Night” i „Small Change”– odbywa się nie koncert a całe przedstawienie. Niby Waits z zespołem po prostu gra i śpiewa, ale jest to zainscenizowane do tego stopnia, że Pan Tom ma nawet w kieszeni świerszyka, który widać, kiedy siada przy fortepianie. Niestety płyta tego nie odda. Nie odda też min, które Pan Tom stroi śpiewając i fałszując haniebnie na fortepianie „The Piano Has Been Drinking (Not Me)”. Albo „Warm Beer, Cold Women” (tu nie fałszuje) – a szkoda. Troszkę pokazać jednak mogę.
| Warm Beer, Cold Women |
Z tą płytą wiąże się ciekawa anegdota. Było to wtedy, gdy OD był w Stanach. Sporo ze mną wtedy e-mailował i w jednym z listów zawiadomił mnie o występie Makowicza w Rybniku (w Stanach wiedzieli a w Rybniku jakby mniej). Makowicz był impulsem – podczas szukania i sprawdzania w internecie ze zdziwieniem stwierdziłem, że pojawiła się wytwórnia, która wydaje remasterowane płyty Komedy (już od dawna szukałem, ale niczego nie znalazłem). Trafiłem na angielskie strony wytwórni – nazywa się Power Bros – i, choć ceny były tam haniebne, mimo wszystko zainteresowałem się kilkoma płytami Komedy, które były w ofercie. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale zanim coś wrzuciłem do koszyka (a mogłem), popstrykałem i jakoś trafiłem na numer konta bankowego (i nazwę banku). Matko Boska! Toż to „nasz” Kredyt Bank! Po nitce do kłębka i okazało się, że wytwórnia mieści się w … Rybniku. Jeszcze tego samego dnia (ceny w złotówkach nie były aż tak haniebne) stałem się dumnym posiadaczem płyt: „Filmy i ballady”, „Soundtrack from Polański” (a niedługo potem „Astigmatic”).
Na płycie są m.in. „soundtracki” z „Noża w wodzie” i „Dwóch panów z szafą”. Każdy zna motyw z „Noża w wodzie”, ale nie każdy wie, że jest też „Nóż w wodzie”, jako taki – długaśna, awangardowa wersja z trąbką, w której ślady „tej piosenki, którą ja już znam” pojawiają się gdzieś dopiero w 11-tej minucie. Dla ciekawych powiem, że ten ulubiony fragment z filmu też istnieje, jako taki, nazywa się „Ballad for Bernt” i był wydany na płycie „Polish Jazz (Vol. 3)”. W nagraniu (także ścieżki do filmu) brał udział tytułowy „bohater” utworu, Szwed Bernt Rosenberg a całe wręcz opowieści krążą o tym co Komeda z żoną musieli wyczyniać, żeby w 1962 roku, w PRLu, zaangażować „zachodniego” muzyka do pracy przy filmie.
Płytę „Filmy i ballady” polecam serdecznie, ale jako ciekawostkę, bo ścieżki dźwiękowe, które komponował Komeda są pisane raczej „do obrazu” niż do słuchania i frazy na płycie sprawiają wrażenie rwanych czy też niedokończonych. Zdecydowanie lepsza – do słuchania – jest płyta „Astigmatic”, najlepsza polska płyta jazzowa w historii. Natomiast jako przeglądową, dla zapoznania się z twórczością Pana Krzysztofa poleciłbym tę z serii Polish Jazz. W remasterowanej wersji na CD ma ona wszystko, co trzeba. I „Bernta” i przepiękne „Moją Balladę” oraz „Crazy Girl” i utwory z płyty „Astigmatic”.
Na Komedzie – uff – zakończyłem wielomiesięczną (pierwszy post z tej serii, o płycie „Ciemna strona księżyca” napisałem ponad rok temu!), katorżniczą pracę p.t. „10 płyt, które wstrząsnęły światem”. Z dziesięciu zrobiło się 30-ci a w pobitym polu zostały jeszcze takie płyty, że aż mi ich żal. Zanudzał już więcej nie będę, ale krótko tylko wspomnę o:
Genialne wykonanie genialnych suit wiolonczelowych Bacha. Już kiedyś zamęczałem tą płytą nasze towarzystwo, więc więcej nie mogę, zauważę tylko, że jest to muzyka na każdą okazję, nawet do śniadania, najlepiej na trawie.
Chyba najlepsza płyta pokolenia „naszych dzieci” jaką znam. Najdziwniejsze połączenie muzycznej wrażliwości i skrajnie emocjonalnego brzmienia z najbardziej zdystansowanym wykonawstwem, jakie spotkałem. Mam DVD z tego koncertu i wręcz przeraża mnie dysharmonia pomiędzy intrygującą, wciągającą muzyką a zupełnie „nieobecnym”, odległym Cobain’em. Płyta jest bezpieczna (nic nie widać) i z czystym sumieniem polecam.
To płyta Coltran’a, którą słyszałem jako jedną z pierwszych jego płyt. Historia jazzu, ale jakiego! To brzmienie – przynajmniej dla mnie – jest tym, co nazywamy jazzem i nie wierzę, żeby ktokolwiek mógł się oprzeć urokowi saksofonu Coltrane’a w tym wydaniu.
Ta płyta, z kolei, jest współczesną wersją „lekko-pół-średniego” jazzu dla każdego. Górna półka, za to jak przyjemnie! Współczesny saksofon tenorowy na każdą okazję.
To moje pierwsze spotkanie z Szymanowskim. Oba kwartety Szymanowskiego są dobrym przykładem współczesnej muzyki poważnej „dla ludzi”. Mnie się ta muzyka tak mocno kojarzy z górami, mgłami i świerkami, że aż mnie to dziwi i mam odruch ubierania „polaru”. Polecam serdecznie. Niekoniecznie przy pierwszym słuchaniu, ale przy trzecim na pewno zakochacie się w tych dźwiękach.
Przypadkiem (w sklepie emusic.com) trafiłem na tę dziwną i przypadkowo zebraną składankę, za to spore wrażenie zrobiła (na mnie) na płycie suita orkiestrowa „Colas Breugnon” Tadeusza Baird’a. Niebanalna i całkiem przyjemna do słuchania muzyka kompozytora, który był głównym pomysłodawcą i animatorem festiwalu „Warszawska Jesień”. Fajne nie? Gwarantuję, że sami się zdziwicie tą „warszawską jesienią”.
Oj! To prawdziwe zaskoczenie. Ahmad Jamal – dziś dziadziuś – jest pianistą, którego byłbym najprawdopodobniej wielbicielem, gdybym go wcześniej znał. Dziś, w konfrontacji z całą plejadą współcześnie grających, genialnych pianistów i pianistycznych trendów, Ahmad nie porywa już tak, jak mógłby, ale jego starsze płyty, „energetyczne” i intensywne w sposób, jaki lubię, polecam każdemu.
Wiadomo. Niebanalna, wciągająca i piękna płyta z najlepszych czasów polskiego rocka post-PRL’owskiego. Tylko słuchać i podziwiać.
Genialna interpretacja znanych piosenek Waill’a i Brechta. Mocne, intrygujące, nietuzinkowe. Na kolację przy świecach płyta się nie nadaje, ale do słuchania (nie do gadania przy niej) – jak najbardziej.
Moja ulubiona płyta, mojego ulubionego saksofonisty. Nietrywialny jazz kawiarniany (faktycznie nagrane w kawiarni) z okresu, kiedy ludzi takie coś w kawiarni wciągało i kiedy płyty słucham, trochę mi żal, że te czasy minęły. „Cafe Montmartre” jest współczesną kompilacją wielu nagrań ze słynnej kawiarni w Kopenhadze dokonanych pod koniec lat 80-tych. Polecam wszystkim panom do „obezwładniania” pań a paniom oczywiście też - do „omdlewania”.
Właśnie otrzymałem (dwa tygodnie!) polecaną przez Bożenkę płytę Pani Agi Zaryan. Bożenka napisała, że wszystko na płycie jest świetne – ja dodałbym tylko, „prawie” świetne. Świetny jest głos Pani Agnieszki i bas Oleszkiewicza, ale drażni mnie old skool’owe gitarowe tło Pana Koonse. Ta trójka zdecydowanie nadaje brzmienie, w większości znanym i lubianym standardom.
Czegoś jednak mi w tym brakuje. Czego? Ano pomysłu. Jasne - czepiam się, ale coś mi się wydaje, że na „Day Dream”, „The Man I Love” (całkiem niezłe), „It Might As Well Be Spring” (gorzej) czy „Sophisticated Lady” (słabe) trzeba mieć jakiś muzyczny pomysł, żeby poruszyć publikę. W przeciwnym przypadku wyjdzie co najwyżej BARDZO DOBRY jazz kawiarniany. Nic w tym złego, ale jest to odpowiedź na pytanie dlaczego Pani Agnieszka nie rzuciła jeszcze świata na kolana.
Najlepsza piosenka na płycie – „Throw It Away” jest słabo jazzowa (nic nie szkodzi, ale jaki jest wobec tego „target” płyty?) a najbardziej obiecujący „cover” – „Suzanne” Leonarda Cohen’a – niestety tylko „fajny”. Szkoda, bo Pani Agnieszka ma naprawdę piękny głos, który sprawdza się nawet w kawałkach prawie „a capella” (a to bardzo trudne), ale na płycie tych jej możliwości nikt nie wspiera. Moim zdaniem trzeba zmienić muzyków i … producenta.
Mam prawdziwy zaszczyt (może jestem pierwszy?) przedstawić Państwu bardzo udaną płytę „średnio-pokoleniowego” polskiego pianisty jazzowego – Artura Dutkiewicza – z improwizacjami na temat piosenek Niemena. Płytę (w zasadzie koncert trio z utworami z płyty) usłyszałem w czwartek wieczorem w TVP Kultura i tak się podnieciłem (a nawet spociłem), że już następnego dnia kupiłem jedyny (!) egzemplarz płyty, który był obecny w rybnickim Empiku. Nie wytrzymałem, z drżeniem (naprawdę) rozpakowałem płytę jeszcze w aucie, włożyłem do odtwarzacza i …
… rewelacja.
Pewnie mam hopla, na punkcie jazzowego plimkania na fortepianie, ale dawno nie słyszałem czegoś tak „po ludzku” fajnego. Jest to ciekawy, niebanalny, ale w gruncie rzeczy łatwy do słuchania jazz, którego siła tkwi … po prostu, zwyczajnie – w świetnych melodiach. Tej części „niemenowej”. Pan Artur dodaje do tego wciągającą i – momentami – zaskakującą interpretację, w której efekcie mamy np. świetną, pozbawioną infantylnych słów – „Ciuciubabkę”, genialne, bluesowe „Jednego serca” i rewelacyjne, miłosno kołyszące „Stoję w oknie”. A co ze „Wspomnieniem”? „Wspomnienie” proszę Państwa, to utwór, który już w wykonaniu Niemena, był kompletny. Idealny. Najprawdopodobniej – jak „Yesterday” – jest nie do ugryzienia (poprawienia) i pojawia się na płycie w postaci pięknej, „sunącej” ballady z „szuuuu szuuuu” na bębnach, ale tylko (aż?) tyle.
Dla mnie odkryciem jest natomiast „Bema pamięci rapsod” (przezywaliśmy go w szkole „żałosny”), który widocznie nie był aż tak „kompletny” i w wykonaniu Trio (zwracam uwagę na fenomenalny bas Oleszkiewicza) przeobraził się w niezłą jazzową balladą. Podobnie jest (też nie lubiłem!) z „Ciuciubabką” – pierwszorzędnie przerobioną na rockabill’owy przebój – jakby żywcem wzięty z repertuaru Jerry Lee Lewis’a. Lubiłem natomiast „Stoję w oknie”, lecz nawet nie śniło mi się, że z tej raczej nudnej „lajery” da się zrobić coś tak cudownie rytmicznie kołyszącego. Brawo, super, aha!

Z niemałym zdziwieniem odnotowałem fakt, iż w ostatnim numerze miesięcznika „Audio”, jako „płytę miesiąca” zaproponowano ostatnią płytę Diany Krall.
Czemu ze zdziwieniem? „Audio”, w każdym numerze publikuje recenzje kilkudziesięciu (!) płyt z różnych obszarów muzyki, ale głównie nagrań jazzowych oraz muzyki klasycznej. Nie zawsze kupiłbym (a nawet posłuchał) „płytę miesiąca”, bo zdarza się, że są to nagrania zbyt awangardowe – jak dla mnie – lub spoza zakresu mich zainteresowań muzycznych, ale nie przypominam sobie, żeby Panowie z „Audio” się pomylili. Jeśli miałem okazję to sprawdzić, mieli rację. Są też wymagający w ocenach. Aż tak dokładnie tego nie badałem, ale 5 gwiazdek w kategorii „wykonanie” zdarza się bardzo rzadko (ostatnie wydanie „Kind of Blue” Miles’a Davisa miało 6 gwiazdek), a 5 gwiazdek w „nagraniu” chyba jeszcze nie widziałem. Jeśli więc jakaś płyta ma 5+4, to jest to świetna, wyjątkowa, doskonale nagrana płyta.
„Quiet Nights” Diany jest rzeczywiście doskonale nagrana, ale – na Boga! – jest to płyta „smut” jazzowa. Czy „smut” jazzowa” płyta (jak i Disco-Polo’wa) nie może być wyjątkowa? Pewnie może, ale – ludzie - nie na 5 gwiazdek! Pani Krall jest w świetnej formie, śpiewa rzeczywiście zmysłowo (jak bym się chciał przyczepić – przesadnie zmysłowo), prawie szeptem (a dobrze słychać), ale… to jest proszę Państwa tylko gładkie „posuwanie” przy kiczowatym akompaniamencie smyczków i flecików. Starszej młodzieży może będzie się to podobało, ale …
Przypominam sobie taką scenę z filmu „Ray”. Kiedy jedna z wokalistek zespołu, z którym grał Ray Charles po raz pierwszy usłyszała orkiestrowe nagranie „Georgia in My Mind” szczęka jej opadła i jednym słowem je podsumowała – CRAP. A to, proszę Państwa było 50 lat temu.
Trochę szkoda, bo Pani Diana ma „potencjał”, ale wydaje mi się, że ktoś jej źle doradza i popycha nie w tą stronę, w którą trzeba. Widać to wyraźnie na koncertowym DVD z występu Diany Krall w Paryżu. Na „Live In Paris” Pani Diana gra na fortepianie w kwartecie (gitara, bębny i bas) + dodatkowa gitara akustyczna. Pierwsze 20 minut jest DOSKONAŁE (np. „All or Nothing at All” – rewelacja), potem do gry i śpiewu wtrącają się wibrafon (jeszcze OK), smyczki (już gorzej), ale rzadko, nieagresywnie i - wciąż jest zupełnie nieźle, szczerze mówiąc – bardzo dobrze. Świetne jest „Devil My Care” i fenomenalnie swingujące „East of the Sun (And West of the Moon)”. Psuje się pod koniec koncertu, kiedy coraz częściej i coraz więcej przynudza orkiestra. Zbadałem sprawę i nawet wiem, kto za to odpowiada. Człowiek nazywa się Claus Ogerman i jest, pochodzącym z Raciborza, znanym orkiestratorem i aranżerem. Od lat 50-tych przynudza na płytach Franka Sinatry, Antonio Carlosa Jobim’a i to byłoby całkiem niegroźne, ale ostatnio uwziął się na Panią Krall. „Crap’owe” klimaty z płyty „The Look of Love” (lekko), z DVD „Live In Paris” (tylko fragmenty) a w szczególności z płyty „Quiet Nights” (ojoj!) są właśnie jego autorstwa.
Może Diana Krall marzy o tym, żeby zostać drugą Celine Dion (wiem, przesadzam, Celine nie swinguje a Diana owszem i to świetnie) – nie wiem. Jeśli tak, to „żegnaj Genia”, ale … może jednak nie, bo taka np. „Girl in the Other Room” z fenomenalnym cover’em „Temptation” Toma Waits’a (jest tam taki boski fragment, kiedy Pani Diana śpiewa „ …made from dreams” mniej więcej jak „mejd fłom dzims”) świadczyłaby o tym, że nie wszystko stracone. Wielkich nadziei nie ma, bo – wiem to z jej wypowiedzi – idolem Diany jest Nat King Kole, a Nat, och Nat, proszę Państwa, to jeden z najpiękniejszych, najcieplejszych, najbardziej rozpoznawalnych i … najbardziej zmarnowanych głosów męskich w historii muzyki rozrywkowej.
“Quiet Nights” nikomu nie zaszkodzi. Rzeczywiście doskonale brzmi i jeśli komuś nie przeszkadza „festiwalowy dzwon”, będzie się podobać. Niemniej, gdyby ktoś chciał polubić Panią Dianę, zdecydowanie polecam „Live In Paris”, albo którąś ze starszych płyt: „Steppin Out”, „Love Scenes”czy „Girl in the Other Room” – nadal będzie to lekki, kawiarniany jazz, ale przynajmniej bez Pana Ogerman’a.
To kolejna płyta z Bill'em Frisell'em, na którą trafiłem przy okazji katowickiego koncertu. Podobnie jak na, sygnowanej przez Bill'a, płycie "Gone, Just Like a Train" i tutaj gra trio: gitara, perkusja, bas. Chyba mam "chopla" na tym punkcie, bo już pytałem Was czy pamiętacie zespół "Cream"? Grali w nim: Eric Clapton na gitarze, Jack Bruce na basie i .... Ginger Baker na perkusji.
"Going Back Home", blusowo-rockowe oczywiście nie jest, bo stylistycznie ton nadaje jej Bill, który na płycie gra świetnie i typowo dla siebie "szeroko" (od melodyjnego "Rambler'a" poprzez awangardowe "In The Moment" do rockowego "East Timor") a doskonale mu wtórują Ginger (genialna perkusja w "Ramblerze" i wielu innych) oraz Charie Haden (świetne partie w "Straight, No Chaser" Thelonius'a Monka). Razem mamy fajny, nietrywialny ale i niespecjalnie awangardowy jazz. Tylko słuchać!
Ojcze! Jesteś niesamowity. Zagadkowa piosenka posiada portugalski tytuł „Cançao da estrada sem fim”, czyli … jest to raczej „Piosenka z niekończącej się drogi” i śpiewa ją – jak pięknie odgadłeś – brazylijski gitarzysta Paulinho Garcia. Piosenka pochodzi z płyty „Fragile”, na której Pan Garcia gra na gitarze i śpiewa razem z … Grażyną Auguścik (oboje są teraz z Chicago). Tak więc sięgnięcie do repertuaru … „Naszej Basi Kochanej” nie było aż takie tajemnicze.
Co ciekawe, jak napisałeś, są dwie wersje tej piosenki, nie wiem jednak, która z nich jest tą „pierwszą”, przynajmniej mnie nie udało się tego wyjaśnić. Może Tomek (TWW) ustali czy z „Dźwięku” powstała „Piosenka z niekończącej się drogi” czy może odwrotnie?
A gwiazdki daję za przypomnienie o NBK, które skutkowało zamówieniem reedycji płyt zespołu. Niestety ta kultowa, „zielona” w wydaniu na CD (oryginał czarno-biały, Polskie Nagrania 1979), z „młodymi” głosami jest (wydaje się) nie do nabycia, ale i tak „Sambę sikoreczkę”, „Sen znaleziony w lesie” (Rąbkiem ciemności …) i „Za szybą” (Całkiem spokojnie …) – jakby nie – mam. Nie mogę się oprzeć: Samba sikoreczka.
8 lutego 2006 roku ukazała się (a czekała na wydanie wiele lat!) najnowsza płyta Billa Frisell’a, tym razem w duecie z innym awangardowym jazz’manem, Jack’iem DeJohnette. Słuchając jej po raz pierwszy (mam od wczoraj) kolejny raz nie mogę się nadziwić jak można „zrobić” jazz we dwójkę! Płycie – mimo, że jest Bill’a – daję tylko 4 gwiazdki, bo choć akceptuję to, że muzyka na płycie (jest niełatwa i zróżnicowana) nie musi mi się podobać "w całości", połączenia takich bzdur jak „Cat and Mouse”, „Cartune Riots” czy „One Tooth Shuffle” z kapitalnym „Ode to South Africa” czy pięknym „After the Rain” – wybaczyć nie mogę. Zawsze byłem zwolennikiem kupowania albumów a nie pojedynczych piosenek (taka teraz moda), bo wydaje mi się, że w całym zestawie utworów jest jeszcze (może być) jakaś dodatkowa myśl, refleksja, nastrój. Niestety, te krótkie 3 utwory na płycie psują mi ten nastój – zupełnie niepotrzebnie.
W lawinie z Berlina spadła na mnie – m.in. – stara bardzo (1974) płyta Jana Garbarka w kwartecie z Keith’em Jerrett’em (kompozytor, fortepian), Palle Danielsson’em i Jon’em Christensen’em. Różne miałem wyobrażenia na temat jazzu w europie w latach 70-tych (takie sobie), ale ta płyta - oraz inne tego kwartetu - spowodowała, że zrobiło mi się głupio.
Jest to muzyka prawie sprzed 30-tu lat, ale jak to brzmi! Chciałbym - dziś - usłyszeć coś takiego, np. w Hipnozie. Jest na płycie - mój ulubiony – kawałek „The Windup”. Ostre, dynamiczne, rytmiczne. Bajecznie perfekcyjnie zagrane przez wszystkich bez wyjątku. Nie mogę w to uwierzyć, ale Jarrett gra tam tak, jakby w studio było DWÓCH PIANISTÓW. Nie żartuję! Jeśli to nie jest jakiś „wielośladowy” trik (a nie jest), to … czapki z głów i szkoda, że wtedy nie było Bugsy, Hipnozy, Muzycznej Owczarni i innych takich miejsc. Ekstaza!
Jak nie przepadam za solowym fortepianem w jazzie, tak fortepian + sekcja rytmiczna, to już inna bajka. Z tej serii trafiłem ostatnio na płytę młodego szwajcarskiego pianisty Jean-Paul’a Brodbeck’a i bardzo przypadła mi ona do gustu. Niezwykle zwykła, ale nietrywialna muzyka na nocne słuchanie – bez zbędnej wirtuozerii, nowoczesnego „atakowania” i wodotrysków. Trio jazzowe z fortepianem to tak wyeksploatowany zestaw, że wydaje się niemożliwe, żeby po kilku taktach słuchanie się nie znudziło. A jednak Brodbeck’owi chyba się to udało i wkładam płytę do przegródki obok Hołowni i Możdżera. Takie wysokie loty, jak Pana Leszka to nie są, ale z czystym sumieniem polecam.
W portalu polskiego radia znalazłem następującą recenzję Pana Marcina Gokieli:
... Podstawą muzyki AlasNoAxis jest oczywiście mocno osadzona sekcja rytmiczna. Obok lidera współtworzy ją Skuli Sverisson na elektrycznym basie. Tworzą zgrany, otwarty na eksperymenty, interesujący duet. Ich gra jest na tyle luźna, by pozostawić miejsce na swobodę wypowiedzi pozostałym muzykom, a jednocześnie na tyle charakterystyczna i szczególna, by stworzyć ramy wyrazistego brzmienia grupy.
Głównym solistą jest klarnecista i saksofonista tenorowy Chris Speed. Jest to muzyk mocno zainspirowany Coltrane’em. Jego zadbane i różnorodne brzmienie, bogate umiejętności melodyczne oraz wyczucie na pomysły partnerów, nadają muzyce AlasNoAxis odcień jazzowego wyrafinowania. Skład grupy uzupełnia islandzki gitarzysta Hilmar Jensson, który z kolei wprowadza element rockowej zadziorności, i skłonność do eksperymentów brzmieniowych a la Hendrix. Jego partie znakomicie współbrzmią ze zdecydowanymi frazami Speeda, dając w efekcie naturalne i interesujące połączenie.
Kompozycje nie są formalnie przesadnie wyrafinowane. To proste melodie, nierzadko po prostu dwa czy trzy akordy czy pomysłowy riff. Punkt ciężkości spoczywa na znakomitym wykonaniu oraz bezpretensjonalności. Słychać znakomite porozumienie muzyków i świadomość celu, do jakiego dążą. Jazz to zasadniczo prosta muzyka, i Black akcentuje jej rozrywkowy, ludowy aspekt...
Wszystko się zgadza, za wyjątkiem „Black akcentuje jej rozrywkowy, ludowy aspekt”. Przesada. Z pewnością nie była to muzyka rozrywkowa, choć rzeczywiście kompozycje nie były przesadnie wyrafinowane. Zabawa dźwiękami i nastrojami kojarzy mi się ze współczesną muzyką poważną – w jej wydaniu minimalistycznym (np. Philips Glass). Jakby coś się zaczynało…. nadal się zaczyna … teraz się zacznie … i koniec. „Hot” – mimo, że głośny - ten jazz zdecydowanie nie był.
Niemniej, NIEPRAWDOPODOBNIE WYSOKI poziom wszystkich bez wyjątku muzyków wprost emanował ze sceny. A perfekcyjne zgranie oraz odczuwalna łatwość grania i oszczędnego operowania elektroniką bardzo wciągały. Koncert dość długo się rozkręcał, ale końcówka to był obłęd! Podziw i ukłony – głównie dla Pana Jim’a, który zza perkusji rzeczywiście potrafił być liderem, a kapitalne nagłośnienie w Hipnozie (nic nie brzęczało, mimo, że zespół gra głośno, perkusja niczego nie „zabiła”) sprostało doskonałości muzyków. Super.
Płyty zespołu niestety nie kupiłem bo:
Płyta od kilku miesięcy towarzyszy mi niemal codziennie. Ma w sobie uniwersalny urok przyciągający zarówno dziadka jak i wnuczka. Młody Pizzarelli wydobywa z gitary ciepłe i tkliwe dźwięki, od czasu do czasu uzupełniając je ujmującym wokalnym unisono. Kwintet akompaniuje artyście trochę staroświeckim, leniwym swingiem - co w żadnym wypadku nie może być poczytane jako wada. Brzmienie gitary i zespołu jest doskonale zharmonizowane. Wyeksponowane zostały tylko partie wokalne. Wyeksponowane nie tylko przez realizację nagrania, ale i przez nienaganną dykcję Pizzarelli’ego. Świetna okazja, żeby w końcu zrozumieć całe teksty amerykańskich evergreenów.
Repertuar płyty stanowią na przemian: rytmiczne, swingujące, beztroskie pioseneczki i sentymentalne ballady (żaden zatem koncept album). Większość to standardy sprzed półwiecza, uzupełnione o dwa jedynie utwory autorskie – utrzymane zresztą w jednakowym eleganckim, staromodnym stylu. Wszystkie bez wyjątku to muzyczne perełki. W kategorii błahych największe wrażenie zrobił na mnie Lemon Twist. Piosenkę w 1955 roku napisał Bobby Troup (ten od Route 66). Tekst jest po prostu doskonale nieistotny i błahy. Wysławia zalety zdrowotne i smakowe cytryny. Połączenie struktury rytmicznej utworu z rozkosznymi rymami, a nawet zaakcentowaną przerzutnią (rymem łamanym?) - rozbawi największego ponuraka.
even a skeptic replies that here's a suggestion you can't resist, a cool drink with ice is improved with some sli- ces of lemon twist1 If Dreams Come True - Goodman, Mills, Sampson 3:50 2 The Lady's in Love With You - Lane, Loesser 2:43 3 Everything Happens to Me - Adair, Dennis 3:46 4 Lulu's Back in Town - Dubin, Warren 2:56 5 Something to Remember You By - Dietz, Schwartz 4:53 6 Lemon Twist - Troup 3:54 7 Lost April - DeLange, Newman, Spencer 4:11 8 Problem - Leonhart 5:45 9 The Rare Delight of You - Molaskey, Pizzarelli 4:03 10 A Shine on Your Shoes - Dietz, Schwartz 3:33 11 Indian Summer - Dubin, Herbert 4:06 12 Be Careful, It's My Heart - Berlin 2:39 13 September in the Rain - Dubin, Warren 4:01 14 I Predict (2001) - Molaskey, Pizzarelli, Shearing 2:42 15 Lucky to Be Me - Bernstein, Comden, Green 3:38
Recording Date: Jan 24, 1975
1 Part I - Jarrett, 26:01
2 Part II A - Jarrett, 14:54
3 Part II B - Jarrett, 18:14
4 Part II C - Jarrett, 6:56
--------------------------------------
Manfred Eicher - Producer
Keith Jarrett - Piano, Composer
Martin Wieland - Engineer
Barbara Wojirsch – Design
Release Date: Sep 26, 2006
Recording Date: Sep 26, 2005
1 Part I - Jarrett, 9:56
2 Part II - Jarrett, 3:32
3 Part III - Jarrett, 4:44
4 Part IV - Jarrett, 5:19
5 Part V - Jarrett, 9:54
6 Part VI - Jarrett, 6:50
7 Part VII - Jarrett, 8:35
8 Part VIII - Jarrett, 5:19
9 Part IX - Jarrett, 8:25
10 Part X - Jarrett, 9:46
11 The Good America - Jarrett, 6:47
12 Paint My Heart Red - Jarrett, 8:30
13 My Song - Jarrett, 8:04
14 True Blues - Jarrett, 7:00 (... posłuchaj)
15 Time on My Hands - Adamson, Gordon, Youmans, 7:30
--------------------------------------------------------------------------------
Manfred Eicher - Executive Producer
Keith Jarrett - Piano, Producer, Photography
Sascha Kleis - Design
Martin Pearson - Engineer
Richard Termini - Photography
George Wein - Producer
Gdzieś od początku lat 90- tych, oprócz występów solowych, Keith Jarret udziela się często jako członek tria Keith Jarrett (fortepian), Gary Peacock (bas) i Jack DeJohnette (perkusja). Wszyscy członkowie tria to najwyższa półka z tych wyższych półek jazzowych a ich częste indywidualne „wycieczki” w różne inne obszary jazzu jakoś nie zaszkodziły wieloletniej współpracy.
Oba polecane tytuły to płyty płyt, jazz jazzu. Nie mam wprost słów żeby opisać jakie zrobiły na mnie wrażenie. Muzyka równocześnie lekka i łatwa a równocześnie wartościowa, bo słuchamy „piosenek, które ja już znam” w bardzo, bardzo niebanalnych interpretacjach. Dla każdego i na każdą okazję.
Starsi panowie bawią się tematami po mistrzowsku z fantazją i z humorem (podśpiewują a raczej pojękują nawet) co bardziej może widać na „lżejszej”, „Tokyo’96”, za to 2 płytowy album „Tribute” ma dodatkowy podtekst – jest hołdem złożonym wybitnym wykonawcom jazzowym. Nie będę przynudzał, ale zapewniam, że warto posłuchać oryginałów, żeby móc ocenić z jaką kategorią „coverów” mamy do czynienia. „Cover” to zresztą bezsensowne określenie dla jazzu, bo tam prawie wszystko jest „coverem”, niemniej interpretacje – niemal kultowych wykonań - np. „Smoke Gets in Your Eyes” (Hawkins) czy „It's Easy to Remember” (Coltrane) naprawdę robią wrażenie. Wrażenie robi także poziom na jaki wszyscy trzej panowie wznoszą się – bez wysiłku i wręcz w zabawie – w tym wspólnym graniu. Mistrzostwo świata … z przymrużeniem oka.
Release Date: Sep 15, 1998
Recording Date: Mar 30, 1996
1 It Could Happen to You - Burke, VanHeusen, 11:38
2 Never Let Me Go - Evans, Livingston, 7:02
3 Billie's Bounce - Parker, 8:07
4 Summer Night - Dubin, Warren, 7:37
5 I'll Remember April - DePaul, Johnston, Raye, 10:20
6 Mona Lisa - Evans, Livingston, 3:16
7 Autumn Leaves - Kosma, Mercer, Prevert, 7:58 (... zobacz)
8 Last Night When We Were Young/Caribbean Sky - Arlen, Harburg, Jarrett, 9:55
9 John's Abbey - Powell, 5:50
10 My Funny Valentine/Song - Hart, Jarrett, Rodgers, 7:16
----------------------------------
Jack DeJohnette - Drums, Drums (Snare), Performer
Manfred Eicher - Producer
Michael Hofstetter - Cover Design
Keith Jarrett - Piano
Gary Peacock - Bass, Performer
Kuni Shinohara - Photography
Toshio Yamanaka - Engineer
Recording Date: Oct 15, 1989
1 Lover Man [Lee Konitz] - Davis, Ramirez, Sherman - 13:14
2 I Hear a Rhapsody [Jim Hall] - Baker, Fragos, Gasparre - 11:19
3 Little Girl Blue [Nancy Wilson] - Hart, Rodgers - 6:05
4 Solar [Bill Evans] - Davis - 9:32
5 Sun Prayer [Keith Jarrett] - Jarrett - 14:15
6 Just in Time [Charlie Parker] - Comden, Green, Styne - 10:07
7 Smoke Gets in Your Eyes [Coleman Hawkins] - Harbach, Kern - 8:26
8 All of You [Miles Davis] - Porter - 8:08
9 Ballad of the Sad Young Men [Anita O'Day] - Landesman, Wolf - 7:02
10 All the Things You Are [Sonny Rollins] - Hammerstein, Kern - 8:57
11 It's Easy to Remember [John Coltrane] - Hart, Rodgers - 7:08
12 U Dance [Keith Jarrett] - Jarrett - 10:46
--------------------------------
John Coltrane - Performer
Miles Davis - Performer
Jack DeJohnette - Drums, Performer
Manfred Eicher - Producer
O. Fries - Engineer
Coleman Hawkins - Performer
Keith Jarrett - Piano, Performer
Jan Erik Kongshaug - Engineer
Lee Konitz - Performer
Anita O'Day - Performer
Charlie Parker - Performer
Gary Peacock - Bass, Performer
Sonny Rollins - Performer
Nancy Wilson - Performer
Barbara Wojirsch - Cover Design
Zachwycałem się już wcześniej płytą koncertową tria Keith’a Jarrett’a (Tokio ’96) więc o „Whisper Not” (zapis z koncertu w Paryżu, w 1999 roku) w zasadzie nic nowego powiedzieć się nie da, oprócz och-ów i ach-ów, ale jest ona dość ważna w dorobku artysty. Jest pierwszą płytą koncertową wydaną po długiej (ze 3lata) chorobie na … niemoc twórczą. I to taką, że 50-letni już wtedy Jarrett nawet nie podchodził do fortepianu.
Z zaciekawieniem posłuchałem płyty i muszę powiedzieć, że każdemu życzyłbym – choć wiem, że to nieprzyjemne bardzo - takiej „niemocy”, po której można osiągnąć aż taki poziom świeżości, napięcia i perfekcji. Płyta zawiera 13 NOWYCH (tzn. są to standardy, ale dotąd nie nagrywane przez Trio) i 1 stary, „When I Fall In Love”, kawałek. Oczywiście – to wynikało z okoliczności – recenzenci zwrócili uwagę na te „energetyczne” numery, a ja – bo pierwszy raz słuchając płyty jeszcze o niczym nie wiedziałem – na zupełnie nieprawdopodobne wykonanie utworu „Poinciana” (spopularyzowanego przez innego wybitnego pianistę, Ahmada Jamala). Nie mam słów. „Poinciana” to sam w sobie piękny kawałek, z „jungle’owym” rytmem modnym w latach 40-tych, ale Peacock i DeJonette nadają mu taki nowoczesny beat a Jarrett przygrywa tak śpiewnie i soczyście zarazem, że … ach - łzy miałem w oczach. No i nie da się tego słuchać bez kołysania … jakąś częścią ciała. Wprost super!
Mam wprawdzie kilka płyt duetu Jarrett (65, fortepian) i Haden (73, bas), więc nie jest on jakąś osobliwością, ale … po pierwsze poprzednie płyty pochodzą sprzed 30-tu lat, po drugie dopiero na „Jasmine” muzycy grają naprawdę tylko we dwójkę. Zestawienie fortepian + bas egzystuje w jazzie, ale w charakterze czegoś osobliwego (w znaczeniu „ambitnego”) toteż z nastawieniem na „koncept album” i bez zastanawiania nabyłem ostatnią płytę „króla” fortepianu.
Bardzo się zdziwiłem. Otrzymałem bowiem najlepszą płytę do kawy, jaką znam. Z niebanalnymi improwizacjami Jarreta z lekka swingującego w towarzystwie powłóczystego basu Hadena. „Niebanalnie” powoduje, że nie wstyd tego słuchać a „swingująco”, że w trakcie przechodzenia do kuchni po następną porcję tiramisu (np.) nachodzi człowieka chęć by zakołysać biodrami.
To dobry wstęp nie jest, więc wypada moje kawowe wrażenie uzasadnić. Ja wiem, że panowie mają razem prawie 140 lat i trudno, żeby coś jeszcze zaatakowali. Mimo wszystko budzi mój lekki niepokój (przesadna?) MELODYCZNOŚĆ, z jaką muzyka wręcz spływa, delikatnie i oszczędnie, z głośników. Nie ma w tym nic złego, ale tak chłodno, „po skandynawsku”, Jarrett nigdy nie gra i tylko solowa płyta „The Melody at Night, with You” [1990] nieco taki styl przypomina.
Klasa obu muzyków powoduje, że cokolwiek by nie nagrali, będzie niezłe. Tak więc i „Jasmine” jest niezłą płytą, ale nagromadzenie „z lekka”, „powłóczyście”, „delikatnie” i „oszczędnie” (sam napisałem!) na jednym krążku jest, przynajmniej dla mnie, przesadą. Płytę spokojnie polecam i jestem pewien, że się spodoba. Szczególnie OD, któremu w niczym nie przeszkodzi (nawet w pisaniu jakiejś recenzji). Mnie też w niczym nie przeszkodziła i mimo iż uważam, że muzyka powinna jednak przeszkadzać (pochłaniać, frapować) daję aż 4 gwiazdki, bo … to jest nieludzko dobry, zupełnie nieprzeszkadzający jazz. No i … kocham Jarreta.
Debiutuję. To moja pierwsza recenzja na tym portalu, proszę więc o wyrozumiałość. A czego ma dotyczyć? Koncertu. Wspomniany odbył się już troszkę temu i szczerze powiedziawszy miałem nadzieję że Romkowi uda się zapomnieć, iż się podjąłem (w chwili słabości) recenzji, ale niestety nie zapomniało Mu się, przysłał maila przypominacza, no więc nic mi nie pozostaje jak usiąść i napisać małe conieco.
Zdarzenie miało miejsce 27 kwietnia 2009 w niewielkiej salce Klubu Pracowników naszej szacownej Alma Mater. Na tyle niewielkiej, iż jakoś do końca nie wierzyłem, że koncert dojdzie do skutku. Ale doszedł. Punktualnie o 18 na salę wszedł Leszek Możdżer, skłonił się i usiadł przy fortepianie.
Może zanim przystąpię do rzeczy to jeszcze słów kilka o układzie sali. Pierwszy raz spotkałem tam takie rozstawienie krzeseł:

To właśnie Komeda! Tak mogłaby brzmieć najkrótsza recenzja ostatniej płyty Pana Leszka. Bo? Bo mnie Komeda kojarzy się jednak z romantyzmem. Nie tyle muzycznie, choć też, ale przede wszystkim, przez czasy, w jakich Komeda w Polsce żył i tworzył. Film „Niewinni czarodzieje”, jeden z niewielu „niepolitycznych” filmów Wajdy, jest romantycznym obrazem pokolenia, czy też środowiska Komedy – przyznaję moim ulubionym obrazem. Natomiast płyta Możdżera – obrazem (widzianym po wielu latach) spuścizny jednego z tych „niewinnych czarodziei”. Także romantycznym i także ulubionym.
Prócz oryginałów, mam kilka płyt „z Komedą” i w tym towarzystwie płyta Możdżera mocno mnie zaskoczyła. Komeda Możdżera jest bowiem nad wyraz liryczny. To jeszcze nie powód (do zaskoczenia), bo Możdżer jako taki jest liryczny (Komeda zresztą też), ale utwory Komedy Pan Leszek zinterpretował jak „piosenki”, tzn. uwypuklił ich „melodyczność”. Wiem, gmatwam, motyw z „Noża w wodzie” ma w końcu kilka taktów, ale może on być tematem do mniej czy bardziej nowoczesnych, rytmicznych interpretacji, albo i nie …
No i jest jeszcze sprawa wyboru. Pan Leszek wybrał te nastrojowe, melodyjne utwory Komedy i znakomicie je wykonując (przy czym - uwaga! - nie "wytwarzając" żadnych dziwnych dźwięków i w ogóle zbyt wielu dźwięków - gra po prostu na fortepianie), mocno zaakcentował ich poetyczność. Piękna płyta, serdecznie polecam.
Ciekawostki.
Po amatorsku, ale śledzę – tak mi się przynajmniej wydawało – co się dzieje na rynku płytowym, szczególnie jazzowym i zwłaszcza polskim. Widocznie jestem jakiś pokrak, bo jak mi ta płyta mogła umknąć – doprawdy nie wiem.
„Lost Keys” to album nie tylko nominowany do Fryderyka 2011 (Jazz/Debiut roku), ale – i to najważniejsze – album znakomity. Jak Pan Maciek, który dopiero w 2010 roku dostał dyplom (trąbka) Akademii Muzycznej we Wrocławiu był w stanie zrealizować aż tak przemyślany projekt, nie wiem, ale „Lost Keys” zwraca uwagę dojrzałością, żywiołowością i … brzmieniem. Dojrzałością, bo to jest jazz nieomal „mainstreamowy”, ale też pełen inwencji, mocno improwizowany (czytaj „melodii nie ma”), z perfekcyjnie dozowanym emocjami (czytaj „nie nudzi się”). No i jest w tej muzyce jakaś tajemnicza energia, żywiołowość właśnie, która wciąga i powoduje, że po wysłuchaniu płyty ma się pewien niedosyt, chęć dalszego słuchania.
Nie mam powodu nie wierzyć donosom, że nagranie realizowano ‘ad hoc’, (prawie) bez użycia przygotowanych kompozycji, co tylko świadczy o profesjonalizmie wykonawców. No i o ich kreatywności, bo jak na „nieprzygotowane” wszystko zrealizowane jest akurat bardzo dobrze. Trąbka jazzowa jest (może być) dość nużąca i naprawdę trzeba mieć wyczucie, żeby słuchacza nie zmęczyć. W kwartecie służy do tego sekcja rytmiczna (fortepian, bas i bębny) a ta na płycie Macieja Fortuny … jest doprawdy rewelacyjna. Przemysław Raminiak (fortepian, lider RGG), Andrzej Święs (basista) i Frank Parker, który gra na perkusji … wręcz niewiarygodnie.
Co ciekawe, to wcale nie są jakieś popisy czy szalone solówki a i tak (może „dlatego”) mocno zaznaczonym rytmem muzycy potrafią zbudować w utworach niezwykłe napięcie. Potrafią też stworzyć samą „atmosferę”, nastrojową i odprężającą, pomiędzy tymi intensywniejszymi fragmentami. A któryby to fragment nie był – brzmi spójnie i doskonale.
Kawiarniany jazz to nie jest, choć „do kawy” też słuchałem, i niekoniecznie jest „do zakochania” od pierwszego razu, za to, czym więcej się go słucha, tym bardziej intryguje. I tym więcej fascynuje ten wyborny przykład iście zespołowego grania. Serdecznie polecam.
A było to tak ...
W komentarzu do Jose Gonzalesa Zuzia napisała, że "Płytę Jose Gonzalesa usłyszeliśmy parę tygodni temu podczas kolacji w knajpie, bardzo mi się spodobała". Pochwalę się, że też byłem w knajpie i też usłyszałem płytę, która bardzo mi się spodobała. Wykonawczynię rozpoznałem - była to Madeleine Peyroux - ale płyty z takimi fajnymi kawałkami (szczególną mą uwagę zwróciła piosenka "Looking for (The Heart of Saturday Night)" Toma Waits'a) jeszcze nie słyszałem. Oho! Pewnie jakaś nowa (myślę sobie).
Po powrocie do domu sprawdzam w allmusic.com ... jest. Hurra! "Half the Perfect World" z 2006 roku. Z "Everybody's Talking", "Looking for (The Heart of Saturday Night)", wszystko się zgadza. Gdzie kupić? Zaraz, zaraz, chyba ... widziałem już taką okładkę (widzialem?). Puszczam więc Media Monkey (to taka moja baza danych płyt), sprawdzam - Artysta | Madel.. Ja p.. własnym oczom nie wierzę - mam tę płytę od 16 września!
Do rzeczy. "Half the Perfect World" to 3-cia płyta Pani Madeleine, młodej Amerykanki o niezwykle charakterystycznym głosie. Charakterystycznym tym, że do złudzenia przypomina głos Billie Holiday. Taki bonus MUSI zadziałać, przynajmniej za pierwszym razem, więc i pierwsza płyta "Dreamland" była dość popularna w Stanach, ale dopiero dwie następne wykazały, że Madeleine Peyroux ma także talent i wcale nie nadużywa bonusu w postaci niezwykłego głosu.
Najnowsza płyta zawiera kilka kompozycji Pani Peyroux, ale jest tam też kilka boskich cover'ów (choćby tytułowy "Half the Perfect World" Cohen'a) z moim ulubionym Tomem Waits'em. Wszystko bardzo blusowe, jazzujące i stonowane, bardzo nastrojowe. Sporo akustycznej gitary, czasami smyczki i archaiczny hammond, który powoduje, że słyszę ... cholera, no Billie.
Niezależnie od wszystkiego jest to typowy "After Hour", czyli badzo dobra płyta na letnie wieczory i romantyczne nastroje. A ponieważ nic nie jest przesadzone, ani przesłodzone, serdecznie polecam.
Manu Katché to jeden z tych muzyków, których prawie wszyscy słyszeli, ale mało kto zna jego nazwisko. Taka sytuacja dotyczy wielu, często znakomitych instrumentalistów, którzy jako mistrzowie drugiego planu wspomagają wielkie gwiazdy rocka i popu. Perkusję naszego bohatera możemy usłyszeć w przebojach Petera Gabriela, Dire Straits, Robbie'ego Robertsona z The Band, Stinga czy Tori Amos.
Również fanom jazzu jego nazwisko nie powinno być obce. Katché jest bowiem stałym współpracownikiem Jana Garbarka - nagrali oni wspólnie już pięć albumów w barwach monachijskiej firmy ECM. Kilka lat temu szef tej oficyny Manfred Eicher zaproponował mu nagranie pierwszej płyty autorskiej dla tej wytwórni (nie pierwszej w ogóle - bo taką była wydana w 1992 "It's About Time"). Po długich poszukiwaniach wybrano skład zespołu towarzyszącego perkusiście. Wybór padł na wspomnianego Garbarka i... trzy czwarte Kwartetu Tomasza Stańki (Tomasz Stańko, Marcin Wasilewski, Sławomir Kurkiewicz).
To cud, że trafiłem na tę płytę – zawdzięczam to ostatnio „zaliczonemu” koncertowi perkusisty Jim’a Black’a i wywołanemu nim zainteresowaniu perkusistami. A byłaby to wielka szkoda, bo już bardzo dawno nie słyszałem tak dobrej muzyki, tak idealnie pasującej do mojego jazzowego gustu. Piękna, liryczna, niebanalna – nawet Stańko i Garbarek, znani z ostrego brzmienia, pokazują na niej inną „twarz”. Obaj „suną” takie cudne frazy, że aż łza się w oku kręci. Szczególnie w wypadku Garbarka jest to ewenement, bo jak dotąd kojarzyłem go z grą bardzo agresywną i bardzo wysoko. Mimo, że są z najwyższej półki, obaj soliści nie dominują w nagraniach i charakterystycznego, „zrelaksowanego” brzmienia nadaje im świetna sekcja rytmiczna (fortepian, bas i bardzo, bardzo dobry Katche – ach!), jednym słowem CUD. Po prostu nie mam słów.
Nie chcę być bezczelny (a jednak jestem), ale „w moim skarbczyku” umieszczę tę płytę wraz z nagraniami kwintetu Miles’a Davis’a (taki sam skład - m.in. z Johnn’em Colrtane’m na saksofonie).
Najnowsza płyta Michael Bublé jest na tyle agresywnie reklamowana, że podszedłem do niej (z góry) z niechęcią (no… nieufnością) i odłożyłem na półkę „nie słucham”. Na szczęście coś mnie podkusiło i jednak posłuchałem a jeszcze większym szczęściem było to, że (przypadkiem) zacząłem od „Jingle Bells”. Ho, ho? Czyżbym się aż tak pomylił?
Nie, aż tak się nie pomyliłem, aż tak dowcipnie i z ikrą we wszystkich pozostałych przypadkach nie jest. Ale jest wystarczająco dowcipnie jak na „christmasowy” miks, a dodatkowo jest – co mnie mile zaskoczyło – inteligentnie. Bowiem Pan Bublé zgrabnie uciekł przed świąteczną nudą błyskotliwie manewrując cytatami i stylami.
Tak więc „Jingle Bells” to Siostry Andrews (łatwe do uzyskania przy pomocy Puppini Sisters, które pięknie pomagają), „All I Want for Christmas Is You” to melancholijna Mariah Carey z kolei „Baby Please Come Home” to rockowa (!) wersja tejże, polka „Holly Jolly Christmas” to Burl Ives a szalony, nowoorleański „Blue Christmas” to udana parodia Elvisa. Panu Bublé udało się nawet, co niezwykłe, nie przynudzić w „parowozowych” (tu, tu, tuturu) „White Christmas” i swingujących „Winter Wonderland” a lekko „jungle’owy” „Frosty the Snowman” z siostrami Puppini czy hałaśliwy, meksykański „Feliz Navidad” … doprawdy przezabawne.
Skrzypki są, ale nie przeszkadzają, Pan Michael doskonale „sprzedaje” swój (świetny) głos zarówno w tych nostalgicznych jak i temperamentnych kawałkach, nic – tylko słuchać. Mogą być – widocznie – także intrygujące „christmasy”. Sam jestem zaskoczony, że czym więcej słucham, tym bardziej mi się podoba a ponieważ dawno tak się nie bawiłem, więc bez wahania daję 4 gwiazdki i serdecznie polecam.
Mam kilka płyt tego włoskiego trębacza jazzowego, aranżera i kompozytora [rocznik 1961], ale jakoś nie było okazji do ich recenzowania. Natomiast ostatnia jego płyta – jak wskazywałby tytuł – rzeczywiście doskonale nadaje się na melancholijne wieczory i w związku z tym do „polecania” w naszym towarzystwie. (?)
Mam bowiem wrażenie, że o ile na koncercie prawie każdy z chęcią zaakceptuje to, że go jazz „zaatakuje”, po płytach – nieco przesadnie – spodziewamy się, że nas utulą. Sam przyznaję, że słucham jazzu głównie (ale bez przesady) jako tła i wtedy nieagresywność decyduje o przydatności płyty do użytku, niemniej mam i taką potrzebę, żeby – jeśli się jednak wsłucham – muzyka mnie nie zanudziła. Czyli równocześnie chcę być „tulony” i „zaciekawiany”. To trudne zadanie, bo najlepiej tuli kawiarniany kicz (który równocześnie najbardziej złości) a najłatwiej zaciekawiają intensywne improwizacje, przy których czytać Polityki się nie da.
Jest też taki jazz, niestety rzadko, który tuli ogólnie a zaciekawia szczegółami. Czyli coś sobie tam melodyjnie „leci” a kiedy się wsłucham, pięknie mnie coś zaskakuje – bas, perkusja, oryginalne przejścia, skojarzenia itp. To jest właśnie „Songlines, Night & Blue” na której trąbka Fresu tuli, saksofon Tracanny subtelnie przyciąga uwagę a sekcja rytmiczna ładnie „obejmuje w ramy”. Świetna muzyka na wszystkie okazje, serdecznie polecam.
Release Date: Feb 8, 2005
Recording Date: Apr 2004
1 Osmosis, Pt. III - Motian, 5:58
2 Sketches - Motian, 2:35
3 Odd Man - Motian, 4:16
4 Shadows - Motian, 3:30
5 I Have the Room Above Her - Hammerstein, Kern, 5:34 (... posłuchaj)
6 Osmosis, Pt. I - Motian, 3:30
7 Dance - Motian, 4:05
8 Harmony - Motian, 7:08
9 The Riot Act - Motian, 4:41
10 The Bag Man - Motian, 5:33
11 One in Three - Motian, 7:09
12 Dreamland - Monk, 5:50
------------------------------------------------------
Manfred Eicher - Producer
James Farber - Engineer
Bill Frisell - Guitar
Sascha Kleis - Design
Robert Lewis - Photography
Joe Lovano - Sax (Tenor)
Paul Motian - Drums
Aya Takemura - Assistant
Thomas Wunsch - Cover Photo
Release Date: Sep 13, 2005
Recording Date: Jan 2004-Feb 2004
1 Ton Sur Ton - Elias, Johnson, 5:55
2 Apareceu - Elias, 6:04 (... posłuchaj)
3 Shades of Jade - Elias, Johnson, 7:40
4 In 30 Hours - Elias, 6:10
5 Blue Nefertiti - Johnson, 7:14
6 Snow - Elias, 8:24
7 Since You Asked - Johnson, 3:18
8 Raise - Johnson, 6:35
9 All Yours - Elias, 4:11
10 Don't Ask of Me (Intz Mi Khntir) - Mailyan, 5:13
------------------------------------------------------
Joey Baron - Drums
Manfred Eicher - Producer
Eliane Elias - Piano, Producer
Joe Ferla - Engineer
Marc Johnson - Double Bass
Sascha Kleis - Cover Design
Robert "RX Lord" Lewis - Photography
Joe Lovano - Sax (Tenor)
Alain Mallet - Organ
Brian Montgomery - Assistant
John Scofield - Guitar
Podobnie jak Pana Dutkiewicza, „siostry” Puppini usłyszałem w TVP Kultura (czerwcowy koncert w ramach tegorocznej edycji Plus Grand Prix Jazz Melomani w Łodzi), tyle, że dość dawno (jeszcze w sierpniu). O „zwykłej” porze na ciekawe programy, czyli 23:45. Nie gniewam się (że tak późno), bo apetyczne panie Marcella Puppini, Stephanie O'Brien i Kate Mullins stylizujące się na „ryczące 40-tki” (co by to nie znaczyło), bardzo efektownie przyciągają repertuarem przedwojennym (siostry Andrews), oraz nowszym – wykonywanym w przedwojennym stylu. Jak można przyciągnąć repertuarem przedwojennym? Ano można, czego najlepszym przykładem jest Rod Stewart z całym zestawem „songbooków” wydanych ostatnimi laty. Bo? Bo to były – po prostu, zwyczajnie – świetne melodie.
Nie tylko. Na przykładzie „sióstr” widać także, że wcale nie przeżyła się (czy też odżyła) i sama maniera „subtelnie i miękko”, co by oznaczało, że lud zmęczony jest już nieco dość powszechnie występującą drapieżnością. Oczywiście „lud” starszych nastolatków.
Tak więc siostry Puppini „subtelnie i miękko” wykonują wszystko – prócz ”Piaskowego ludka” czy boogie-woogie także zupełnie współczesne kawałki: „Wuthering Heights” (Kate Bush), „I will Survive (Gloria Gaynor) czy „Heart of Glass” (Blondie), a ponieważ w śpiewaniu pomaga im całkiem niezłe kombo, w którym nic nie atakuje tylko akompaniuje po prostu (nawet na pile!), wychodzi świetnie, kulturalnie i sympatycznie. Żadna „wielka” muzyka to nie jest i oczywiście Panie „pozują”. Wziąwszy jednak pod uwagę, że pozują profesjonalnie (stroje, plakaty itp. – wszystko „w stylu”), śpiewają bezpretensjonalnie i brzmią oryginalnie, bez wahania daję 4 gwiazdki za pomysł i realizację.


Krótko przed Świętami, w „Tygodniku Kulturalnym” (TVP Kultura) usłyszałem o nowej płycie Tria Marcina Wasilewskiego. Co więcej z niemałym zdziwieniem dowiedziałem się, że ten znany już w świecie zespół ma równie dobrego, choć nie tak sławnego, „konkurenta” i to w Polsce!
RGG (Raminiak, Garbowski, Gradziuk) też stanowią klasyczne trio fortepianowe, podobne jak Trio Wasilewskiego i też, krok po kroku wspinają się na szczyty jazzowej instrumentalistyki. To nieprawdopodobny zbieg okoliczności, że oba zespoły wydały bardzo dobre, nowoczesne, nastrojowe płyty … w tym samym czasie. Z jednej strony szkoda, z drugiej możliwość tak ewidentnego porównania, tak dobrych polskich muzyków jest naprawdę wielką przyjemnością.
Płyty przyszły w środę, słucham i podziwiam, ale – doprawdy – nie da się (bardziej) wyróżnić którejś z nich. „Faithfull” jest nieco bardziej miękka, z wyeksponowanym, „tulącym” fortepianem, na „One” imponuje różnorodność i trochę intensywniejsze brzmienie zarówno fortepianu jak i (może przede wszystkim) basu i perkusji. Na razie Wasilewski bardziej koi (a z nim perkusja „cicho mnię szura”), ale podejrzewam, że też szybciej mi się znudzi a Raminiak rozgrzewa i podejrzewam, że rozgrzewać będzie długo. Już jestem zakochany w boskich bębnach Gradziuka. Obie płyty serdecznie polecam a przy okazji informuję, że chyba coś drgnęło na rynku płytowym. Płyty są do kupienia poniżej 40 zł, co w przypadku Wasilewskiego („ECM” – jedna z przodujących wytwórni jazzowych) było (sporym) miłym zaskoczeniem.
Stan Getz, jeden z moich ulubionych instrumentalistów jazzowych, zmarł w 1991 roku i o ile łatwo znaleźć jego płyty, dużo trudniej znaleźć Getz’a „na wizji” moda na kasety video (DVD jeszcze nie było) przyszła bowiem wtedy, gdy Pan Stan najlepsze lata miał już za sobą.
Łatwo domyślić się, że mimo wszystko upolowałem jakiś film, ale jakież było moje zdziwienie, kiedy po obejrzeniu okazało się, że to film nie tyle ze Stanem Getz’em a …. Nagranie – marnawe – pochodzi z koncertu w Sztokholmie w 1983 gdzie Getz (saksofon tenorowy), podtatusiały Pan z brzuszkiem, grał razem z innym gigantem West Coast’u – Chet’em Bakerem (śpiew, trąbka). Co więcej, to Baker wydaje się liderem i wyraźnie „gasi” Stana Getz’a na scenie, więc przyszło mi na myśl, że warto poświęcić parę słów właśnie jemu.
W jednej z recenzji napisałem, że Keith Jarrett „… jest, moim zdaniem, jednym z najładniej się starzejących się Panów. Zazdroszczę”. Chet wręcz przeciwnie. W Sztokholmie ma tyle lat, co ja teraz i … w ciemnej ulicy raczej spotkać nikt by go nie chciał. Po prostu – margines. Tym bardziej szokujące jest to w zestawieniu z ciepłym, lirycznym głosem i pięknym, nastrojowym brzmieniem jego trąbki.
Baker to bardzo ciekawa, ale kontrowersyjna postać w jazzie. Był jak Riedel – „nienaprawialnym” narkomanem i trudnym, nieprzewidywalnym partnerem. Do grania, ale także dla wytwórni płytowych. Czy z tego wynika, że wydał mało płyt – ależ nie! Miał spore wydatki, więc wydał ich nieprawdopodobne ilości (ok. 500 – z czego połowa za życia), ale prawie wyłącznie w niszowych, mało znanych wytwórniach. Sporo koncertował, miał niewątpliwie talent do podobania się i „romantycznego” brzmienia, a ponieważ (niepotrzebnie) nie „poszerzał horyzontów” stąd nie znam nikogo, komu nie podobałaby się jego gra na trąbce. Koncert w Sztokholmie też się wszystkim spodoba i nikomu się nie znudzi, bo jest … krótki (54min). Dla zainteresowanych – publikuję pierwszy „kawałek” – Just Friends.
Przyznam, że (trochę szkoda) odkrywcą tego albumu nie jestem. „Mostly Coltrane” jest bowiem płytą miesiąca w ostatnim numerze „Audio”. Co więcej, spośród wielu płyt, które ostatnio spotkałem, przynajmniej jazzowych i tych „nowych” jest płytą zdecydowanie się wyróżniającą, może nawet najlepszą, jaką słyszałem. Jest to jazz bezlitośnie wysokich lotów, pełen napięcia, emocji i wigoru, co jest tym bardziej ciekawe, że Steve Kuhn jest pianistą naprawdę bardzo „dorosłego” pokolenia (rocznik 1938) i o aż taką energię nie podejrzewałbym go. Może dlatego, że dobrał do nagrania muzyków prawie o pokolenie młodszych, a może dlatego, że „dziadek” Kuhn ma po prostu aż taką ikrę i nerw, wyzwaniu jakim jest nagranie muzyki Coltrane’a – przynajmniej jakoś niebanalnie, pomysłowo i świeżo – nadspodziewanie dobrze sprostał.
Co ciekawe, zawsze to powtarzam, wena się „udziela” i o ile w przypadku Joey Barona to mnie nie dziwi, bo jest on jednym z czołowych współczesnych perkusistów (i to słychać, oj jak dobrze), zaskoczył mnie – bardzo pozytywnie – Joe Lovano. To dość znany i niezły saksofonista (pisałem zresztą o nim), ale kojarzył mi się nieco bardziej „rozrywkowo”. To nic złego (granie jazzu i lekkiego i ambitnego), ale żeby angażować się do jakiegoś projektu po to, by na saksofonie grać Coltrane’a trzeba mieć nie lada odwagę. No i jakiś pomysł.
Tu dygresja. John Coltrane jest legendą jazzu i to tak znaczącą, rozpoznawalną i osłuchaną, że z jednej strony łatwo coś zagrać „Coltranowato” – Wesoły Romek (jak każdy dyletant) się ucieszy, bo rozpozna, a z drugiej trudno – bo każdy jazzman też rozpozna, ale przewróci oczyma i westchnie. Pojawia się dylemat – jeśli to nie ma być jakiś komercyjny „songbook” typu „Coltrane for Lovers”, to jak to zrobić? I drugi – gdzie to nagrać?
Płytę wydała wytwórnia ECM, w której rządzi niejaki Manfred Eicher. Jak Aleksander, szef wielki, mądry, ale straszny. Sam słyszałem (w wywiadach), że artyści nagrywający w ECM … po prostu się go boją, bo na jazzie zna się jak nikt, i nie tylko kiczu, ale nawet jakieś drobnej słabości nie przepuści. By więc nagrać Coltrane’a w ECM trzeba: bardzo chcieć i naprawdę mieć pomysł.
Dziadka Kuhna dobrze rozumiem. Grał w kwartecie Johna Coltrtane’a … ale tylko przez 2 tygodnie (zastąpił go McCoy Tyner). To trochę plama (w życiorysie) i sam bym się czuł w nastroju „a ja ci pokażę”. Niemniej Kuhn ma łatwiej, jest pianistą i – nieco automatycznie – mistrzowi w drogę nie wchodzi. Zatem pomysł był taki, by zagrać Coltrane’a w zespole, któremu brzmienie nadaje fortepian. Ale Cotrane bez saksofonu (nawet, jeśli nie dominuje w brzmieniu), to jakby Wielka Pardubicka bez koni, a dla saksofonisty taka konfrontacja z mistrzem to dramat. Na szczęście artyści mają takie dusze, że ze strachu (najczęściej) lub z miłości (często) potrafią wznieść się na wyżyny. Tak jest też na płycie „Mostly Coltrane”, gdzie i Kuhn i Baron i Lovano są w najwyższej formie a Finck wtóruje im całkiem nieźle.
„Mostly Coltrane” to nie jest jakiś lekki jazz. Nie jest to też (na szczęście) jazz ekscentryczny, ale trzeba mieć nastrój, żeby się wsłuchać i posmakować. Mimo to serdecznie ją wszystkim polecam, nawet tym, którzy się jazzu trochę boją. Albowiem jest to jazz „referencyjny” – bez udziwnień, eksperymentów, elektryczności i fuzji, za to współczesny i na bardzo wysokim poziomie.
Release Date: Feb 11, 2003
Recording Date: Sep 30, 2002-Oct 5, 2002
1 Big Eater, Anderson 3:53
2 Keep the Bugs Off Your Glass and the Bears Off Your Ass, King 5:49
3 Smells Like Teen Spirit Cobain, Grohl, Novoselic 5:57
4 Everywhere You Turn, Anderson 4:56 (...posłuchaj)
5 1972 Bronze Medalist, King 5:20
6 Guilty, Iverson, 5:35
7 Boo-Wah, Iverson 3:55
8 Flim, James 4:05
9 Heart of Glass, Harry, Stein 4:47 (...posłuchaj)
10 Silence Is the Question, Anderson 8:11
----------------------------------------------------------------------
Reid Anderson Bass
The Bad Plus Producer
Yves Beauvais A&R
Tchad Blake Producer, Engineer, Mixing, Photography
Josh Cheuse Art Direction, Design
Steve Collier Cover Painting
Chris Floyd Photography
Ethan Iverson Piano
David King Drums
Bob Ludwig Mastering
O zespole pisałem już przy okazji płyty „These Are the Vistas” a ponieważ po koncercie w Hipnozie wrażenie - zasadniczo - nie zmieniło się, więc tam odsyłam zainteresowanych.
Specjalnie napisałem „zasadniczo”, bo jakieś nowe odczucia jednak mam. Czy wszystkie pozytywne (?) - nie wiem, nie mniej jeszcze bardziej wpływają one na ocenę „NIEZWYKŁY, REWELACYJNY”. Ci, którzy nie byli niech żałują (żałuj Kaziu!), a żeby choć trochę mogli się "wczuć" polecam klip z utworem, który był w Katowicach i o którego tytule szeroko rozpowiadał się Pan Iverson. Wziął się ponoć od wiceprezydenta Dick'a Cheney'a - miłośnika paskudnego napoju Pinata.
| The Bad Plus - Cheney Pinata |
Czołową postacią w zespole wydaje się perkusista David King. Już płytom „The Bad Plus” nadaje on – w ogromnym stopniu - brzmienie i niepowtarzalny charakter, ale na koncercie ! Legendy o sprzedawaniu duszy „diabłu” są stare jak świat i często tłumaczono tym niezwykłe możliwości muzyków (Paganini, List, Robert Johnson) - a i oni jakoś specjalnie nie protestowali. Jeśli w ogóle jest coś na rzeczy, to David King jest najlepszym przykładem DIABOLICZNIE SPRAWNEGO perkusisty. I nie tylko o to chodzi, że „bije” szybko i mocno – robi to nieprawdopodobnie POMYSŁOWO.
Drugim muzykiem, który definiuje brzmienie „The Bad Plus” jest pianista Ethan Iverson – kolejna niebanalna indywidualność. Najdziwniejsze jest to, na co zwrócił uwagę Ojciec Dyrektor, że on właściwie NIE GRA na fortepianie. „Podaje” akordy (awangarda – więc także nie w tonacji), zaznacza linie melodyczne (lewą i prawą ręką), generuje atmosferę. Gra niezbyt „gęsto”, lirycznie – rzadko, monumentalnie – częściej, dynamicznie i rytmicznie – często. Zawsze natomiast – oryginalnie. Podobieństwa do niczego i nikogo nie znalazłem.
Żeby taka dwójka – wyjątkowych oryginałów i indywidualistów – mogła jakoś razem zgrać potrzebny jest jakiś element łączący i – tak mniemam – jest nim trzeci członek „The Bad Plus”, „cichy wspólnik” Reid Anderson. Jak on w potoku dźwięków z prawej (Iverson) i z lewej (King) daje sobie radę z tymi wszystkimi łamańcami rytmicznymi kolegów – nie wiem, ale nie tylko daje. „Zejścia” do wspólnego grania są tak fantastyczne, że ręce aż same podrywają się do oklasków.
Ależ piekny pomysł! Płytę odnalazłem oczywiście przy okazji poszukiwań źródeł zainteresowania Billa Frisell'a Betles'ami. Tu okazało się, że uczestniczył on w realizacji podobnego projektu, ale dotyczącego The Rolling Stones. Płyta bardzo dobra, nastrojowo zróźnicowana i doskonała do słuchania ale nie dam jej 5 gwiazdek - za saksofon. Tim Ries otrzymuje (5) za pomysł i realizację (jak udało mu się zgromadzić w jednym miejscu tyle gwiazd!) ale tylko (3) za przynudzanie saksofonem, czasami jak z kawiarni - razem (4). Za najlepszy kawałek na płycie uważam "Paint It Black", ale jest nieco za długi na słuchanie w sieci, natomiast gorąco polecam "Wild Horses" - w którym jestem zakochany.
Ostatnio słucham coraz więcej muzyki poważnej (czy też raczej klasycznej) i … zaczynam mieć kłopot z poleceniem czegoś do słuchania, jeśli to akurat nie jest płyta z gatunku „Classical”.
Łatwo powiedzieć, że coś mi się podoba, albo nie – jestem duży i nie muszę się tłumaczyć – ale znacznie trudniej uzasadnić DLACZEGO, a przynajmniej w recenzji jakoś trzeba (wypada) to zrobić. Tej zimy, razem z płytami kwartetu „Ebene”, wpadł mi także w ręce album J.E. Gardinera z Koncertami Brandenburskimi Bacha. „Wpadł”, to nie jest dobre słowo, bo wydawcy muzyki klasycznej nie mają żadnych oporów w ustalaniu nikczemnych cen na płyty, ale nagrania Gardinera były tak wychwalane, że się nie oparłem.
A powód (oparcia się) był. Koncertów Brandenburskich, których jest tylko 6, mam wiele: 2 wydania płytowe (Neville Marriner oraz Benjamin Britten) i 2 na DVD („Freiburguer Barockorchester” oraz Karl Richter), muzyka znana – więc? Oczywiście muzyka poważna, to nie jazz i kolejne wykonanie „Air” z Suity Orkiestrowej Nr 3 Bacha jest po prostu „arią na strunie G” i tyle. Czy na pewno? No nie. Bowiem nawet „klasyczna” muzyka jest „interpretowalna” i w sporej części, MUSI nieść ze sobą myśl nie tylko kompozytora, ale i wykonawcy. Oczywiście, jeśli wykonawca taką myśl ma.
Pan Gardiner taką myśl miał. Koncerty Brandenburskie są łatwe do słuchania, ale nie do grania, więc pierwsza myśl była oczywista – doskonali instrumentaliści, czyli „English Baroque Soloists” z rewelacyjną skrzypaczką, Kati Debretzeni. Druga zaś nie aż taka oczywista.
6 koncertów (nazwanych później Brandenburskimi) Bach napisał dla znanego melomana, margrabiego Brandenburgii, Christiana Ludwiga w latach 20-tych XVIII wieku. Miały być one zestawem „marketingowo-reklamowym”, pomocą w poszukiwaniu pracy, więc stanowią „festiwal” możliwości kompozytorskich Bacha. W tych 6 koncertach o różnym charakterze, słabo związanych ze sobą muzycznie i na różne składy instrumentalne zawarł Bach cały grad pomysłów muzycznych. Przede wszystkim rozbudowane polifoniczne partie na „głosy”, sporo wirtuozerskich partii solowych i nowatorskie (wtedy) eksperymenty brzmieniowe.
Niezależnie od tego, jak bardzo byłyby one przemyślane, koncerty miały być (wtedy) przede wszystkim muzyką ROZRYWKOWĄ. Takie też, są – są nawet taneczne – i na tym polega, tak sądzę, drugi, ten niebanalny, pomył Gardinera. W jego wykonaniu Bach jest barwny, jasny i taneczny, w przeciwieństwie do klasycznych interpretacji, znacznie bardziej, nawet przesadnie „mszalnych”. Mój ulubiony, 3 – ci koncert, tylko na instrumenty smyczkowe (pierwowzór kwartetu smyczkowego?), a szczególnie jego III część Allegro (4:19 min. bardzo szybkiego allegro!), trudno jest wysłuchać bez dreszczyku zachwytu nad sprawnością zespołu i bez podrygiwania w takt muzyki. A Pani Kati? W koncercie 4-tym, głównie flecikowym, daje taki popis w III części, że … aż miło.
Tak więc, mimo iż – jaki Bach jest – każdy wie, miło posłuchać tego Bacha w znakomitym wykonaniu, świetnie nagranego i bosko brzmiącego. Serdecznie polecam.
Oczyma wyobraźni słyszę komentarz OD na widok tytułu pierwszej płyty – chybaś zgłup! – i sam przyznaję, że omawianie kolejnego nagrania tak osłuchanego hitu muzyki klasycznej zakrawa na bezczelność. Ale …
Orkiestra kameralna „I Barocchisti”, najprawdopodobniej za sprawą fertycznego „konduktora” Diego Fasolisa – z wyglądu przypominającego raczej kilera z gangu pruszkowskiego niż specjalistę od muzyki Vivaldiego czy Bacha – dokonała cudu. Tchnęła w to wysłużone arcydzieło muzyki programowej taki ładunek emocji i takie mnóstwo pomysłów, że TEGO Vivaldiego nie da się odsłuchać na spokojnie. Albo się go pokocha albo znienawidzi, nie przesadzam. Jest to bowiem Vivaldi TAK MOCNO niekonwencjonalny, tak niezwykle zinstrumentalizowany a programowość, czy też ilustracyjność oryginału szwajcarscy (włoscy) muzycy tak przerysowali, że wszystko razem trąca nieomal o kicz czy też profanację.
Trochę przesadzam – dla efektu – ale wierzcie mi, taka np. 3 część „jesieni” jest, jak na polowanie przystało, ubarwiona mocno rogami (jak u Mozarta) i obojami a muzycy dosłownie trzaskają strunami imitując strzały myśliwych. Koniki w drugiej części „zimy” tak pięknie kłusują, że łza się w oku kręci a w wiosennej zabawie (3 część) – trąb wprawdzie nie ma, tyko flety i oboje – słychać wyraźne reminiscencje Hendlowskich „fajerwerków” i „wody”. Wszystko okraszone wirtuozowskimi popisami oraz dowcipami, oczywiście skrzypcowymi, Pana Galfetti, a także precyzyjnie – w końcu szwajcarzy – i pięknie nagrane. Aż miło słuchać i … oglądać, bo płyty mają niebanalne, wcale nie barokowe okładki.
Jeszcze lepsza, bo zawiera mniej, albo w ogóle nieznane (np. koncert mandolinowy!) utwory, jest druga część pierwszej oraz cała druga płyta. Niezwykle mi się spodobał ten „niebarokowy” – czyli nie nudnawy – barok, mocno niekonwencjonalny (i pewnie kontrowersyjny) i obie płyty z czystym sumieniem polecam Państwa szanownej uwadze. Wierzcie mi, niełatwo trafić na aż tak wciągające wykonanie tak mocno klasycznej muzyki.
A najzabawniejsze jest to, gdzie płyty kupiłem. Uwaga! W sklepie muzycznym OVI, czyli „Nokii”, gdzie królują raczej Hannah Montana, Shakira i Lady Gaga. Takie czasy!
 - Le quattro stagioni, cover.jpg)


30-tego sierpnia 1969 w Queen Elizabeth Hall w Londynie odbył się koncert, na którym wykonano Kwintet fortepianowy A-dur Pstrąg op. 114, a wykonawcami byli (dwudziestoparoletni wtedy): Daniel Barenboim, Itzhak Perlman, Pinchas Zukerman, Jacqueline du Pré i Zubin Mehta.

“Ebene” to francuski zespół, który uważany jest obecnie za jeden z najlepszych młodych kwartetów smyczkowych. Pierre Colombet (1 skrzypce), Gabriel Le Magadure (2 skrzypce), Mathieu Herzog (altówka) i Raphael Merlin (wiolonczela) założyli go w 1999 r., gdy studiowali jeszcze w Akademii Muzycznej w Boulogne-Billancourt. Śmiało można powiedzieć, że kwartet ma na koncie więcej nagród niż płyt, bo wydał dopiero kilka płyt a tylko jedna ostatnia, „Ravel, Debussy & Faure” zdobyła wiele nagród, m.in. – „Recording of the Year” (Gramophone Magazine) i „Kammermusik-Einspielung des Jahres” (ECHO-Klassik).
Wprawdzie wybrane przeze mnie płyty zawierają nagrania utworów kameralnych kompozytorów (prawie) XX wiecznych, nie znaczy to jednak, że „Ebene” nie brał na tapetę także typowych klasyków (np. płyta „Haydn, Quators a Cordes”). Ale …
Albo mnie jakoś bardzo kusi muzyka z przełomu XIX i XX w., podoba mi się ona zanadto i jestem mało krytyczny, albo – co byłoby logiczne – młodzi po prostu lepiej ją rozumieją i łatwiej wnoszą coś nowego do bardziej współczesnego repertuaru, pozostawiając klasyków klasycznych (np. wiedeńskich) … dziadkom (grzecznie i elegancko).
Kwartety Bartoka znałem już wcześniej i nie jest to łatwa (czy raczej lekka) muzyka, bo nasycona emocjami, pełna napięcia i niezwykle ekspresyjna. Wyobrażam sobie jak świetnie musi to brzmieć na żywo, kiedy nie tylko słychać, ale i widać jak chłopcy „się starają”. Nie wiem tego na pewno, ale podejrzewam, że Bartok nie jest łatwy do grania, bo mało „śpiewny” i zawikłany rytmicznie, tym bardziej podziwu godna jest odwaga, z jaką kwartet „Ebene” do Bartoka podszedł. Wyszło wybornie, jędrnie, wręcz młodzieżowo. Serdecznie polecam, ale na specjalne okazje.
„Ravel, Debussy & Faure” to, chronologicznie, następna płyta po Bartoku i … no proszę państwa. To jest zupełna rewelacja. Kwartety Debussy’ego i Ravela także znałem (tzn. mam ich nagrania), ale musze przyznać, że z taką pomysłowością (wręcz dowcipem) i z takim wyczuciem nastroju (bo zarówno Ravel jak i Debussy – impresjoniści – byli pełnymi inwencji „nastrojowcami”) trudno się mierzyć. W ogóle muzyka tych 3 francuskich kompozytorów jest wyjątkowo urzekająca i świetna do słuchania a w przypadku „Ebene” dochodzi do tego jeszcze niecodzienne i niebanalne wykonanie. Są fragmenty zniewalająco śpiewne i słodkie, inne zaś temperamentne, jakby muzycy podekscytowani byli granymi nutami. Jak się w to wsłuchać – niezła zabawa i prawdziwa uczta (melomana). Serdecznie polecam, zwłaszcza tym, którzy muzyki poważnej, szczególnie tej bardziej współczesnej trochę się boją. Dla przykładu:
Ravel - Kwartet F dur, 2. Assez vif - Très rythmé (…posłuchaj)
Nie mogę się oprzeć i zdradzę, iż wiem, że zainteresowania członków „Ebene” nie ograniczają się tylko do muzyki poważnej – z prawdziwie młodzieńczym zapamiętaniem grają i ŚPIEWAJĄ, co tylko się da. Czy to jest praktyczne nie wiem, sympatyczne na pewno, ale … o tym następnym razem.
To druga płyta zespołu, który powstał około 2000 roku w Nowym Yorku. Oczywiście najważniejszy jest tu Antony, drag queen, transeksualista, którego głos kojarzy się ze śpiewem kastrata. Trudno sprecyzować jaki to rodzaj muzyki, czytałam raz, że to rock, potem znowu, że pop.
Zapewne żaden czad to, to nie jest, raczej właśnie jakiś pop, soul, może trochę jazzu, taka muzyka o raczej kabaretowym rodowodzie, gdzie zresztą Antony zaczynał swoją karierę. Teksty autorstwa Antonego są raczej osobliwe: "One day I'll grow up I'll be a beautyful woman... but for today I am a boy". Wszystko to zaśpiewane głosem kastrata z charakterystycznym dla babć w kościele vibrato. Nie uwierzycie, że mogłoby się wam to spodobać, ale się spodoba, bo z tej muzyki tchnie niesamowity spokój, jakiś szczególny rodzaj ukojenia. Coś niesamowitego na zimowe (nadal) wieczory.
Zresztą o jakości płyty świadczy też fakt, że 40% piosenak to duety z samą śmietanką queerowego i nowojorskiego show buisnessu z Lou Reedem na czele. Najbardziej ujmujący kawałek to zdecydownie "You Are my Sister" śpiewany w duecie z Boyem Georgem. Poza tym we wszystkich rankingach plyta ma najwyższe bądź prawie najwyższe oceny, a więc po prostu nie wypada jej nie posłuchać...
Raczej przypadkiem, bo płytę koncertową “One More Car One More Rider” znam i mam już od dawna, zainteresowałem się DVD z trasy koncertowej Pana Eryka w 2001 roku. Przypomnę tylko, że to właśnie ta seria koncertów, na których Clapton wykonuje spopularyzowane przeze mnie „zagadkowe” „Over the Rainbow”.
Nie będę Was epatował zachwytem nad Erykiem, nie chcę (choć muszę) też męczyć Was namawianiem do słuchania tych piosenek, które „my już znamy”, ale … z ogromną przyjemnością polecam ten właśnie DVD, gdyż – przynajmniej moim zdaniem – jest to najlepszy występ Claptona, o jakim wiem oraz jaki słyszałem (a mam kilka). Koncert w „The Staples Center” w Los Angeles nie tylko Claptonowi „wyszedł” świetnie, ale nie mniej świetnie wyszedł też filmowcom i … dźwiękowcom. Nagranie jest wprost FENOMENLNE. Dźwięk krystaliczny, kapitalnie zbalansowany, słyszalne najdrobniejsze szczegóły nie wyłączając „słabego” głosu Claptona oraz odgłosów na sali. A w przypadku koncertu rockowego wcale nie jest to takie łatwe, bo 3 gitary, 2 keyboardy i perkusja zdecydowanie mają skłonność do wytwarzania hałasu i jazgotu raczej niż dźwięku.| Wonderful Tonight |
To druga płyta Pani Feist – kanadyjki o nieco pokrętnym rodowodzie muzycznym (czego to nie próbowała!), która śpiewa dokładnie tak jak wygląda – tajemnicza energia za pozornie kruchym i łagodnym głosem. Płyta jest z 2004 roku i wpadła mi w ręce zupełnie przypadkiem, za to od razu przypadła mi do gustu. Pierwsze trzy utwory są tak genialne, że mnie zatkało. Całe szczęście, że reszta nie trzyma aż tak wysokiego poziomu, bo bym się zasłuchał na śmierć. Niezwykły głos, zróżnicowane, niebanalne kompozycje, ciekawe aranżacje - bardzo serdecznie polecam.
Szczególnie polecam ją Justynie – zmęczonej kolejnymi płytami kolejnych śpiewających p.. (anieniek). Myślę, że płyta Feist się wyróżnia - i choć nie potrafię pokazać palcem czym (może róznorodnościa i oryginalnością brzmienia) z zainteresowaniem czekam na jej kolejną płytę, "Open season", która ma się ukazać 25 kwietnia, czyli jutro.
Oczywiście może się okazać, że Feist - jak Alanis Morisette - będzie autorką jednej prawdziwej płyty i nadal będą nas gnębić kolejne płyty kolejnych śpiewających p.. (anieniek). Oby nie.
Release Date: May 18, 2004
1 Gatekeeper Feist, Gonzales 2:16
2 Mushaboom Feist 3:44 (...posłuchaj)
3 Let It Die Feist 2:55 (...posłuchaj)
4 One Evening Feist, Gonzales 3:36
5 Leisure Suite Feist, Gonzales 4:07
6 Lonely Lonely Feist, Scherr 4:10
7 When I Was a Young Girl Traditional 3:08
8 Secret Heart Sexsmith 3:49
9 Inside and Out Gibb, Gibb, Gibb 4:17
10 Tout Doucement Clausier, Mercadier 2:31
11 Now It Last Haymes 3:16
----------------------------------------------------
Annette Aurell Photography
Tyler Clark Burke Art Direction, Design
Julien Chirol Trombone
Renaud Letang Producer, Engineer, Mixing
Thomas Moulin Assistant
Kolejną płytę Pani Feist mam już prawie miesiąc, ale dotychczas nie miałem odwagi o niej napisać. „Odwagi”, bo się trochę wstydzę. W recenzji do „Let It Die” napisałem:
Szczególnie polecam ją Justynie – zmęczonej kolejnymi płytami kolejnych śpiewających p.. (anieniek). Myślę, że płyta Feist się wyróżnia - i choć nie potrafię pokazać palcem czym (może różnorodnością i oryginalnością brzmienia) z zainteresowaniem czekam na jej kolejną płytę, "Open season", która ma się ukazać 25 kwietnia, czyli jutro.
Oczywiście może się okazać, że Feist - jak Alanis Morisette - będzie autorką jednej prawdziwej płyty i nadal będą nas gnębić kolejne płyty kolejnych śpiewających p.. (anieniek). Oby nie.
Już Pani Feist nie polecam Justynce (ani nikomu), płyta „Open Season” bowiem, to żenada. Przypadkowa zbieranina wytrzaśniętych skądś 3-4 nowych nagrań + mordercze remix’y piosenek z poprzedniej płyty. A najbardziej mnie złości to, że aż 4 razy zamordowano moją ukochaną piosenkę „Mushaboom”.
Dla porządku zamieszczam info płyty a dla ilustracji fragmenty 2 najbardziej znienawidzonych remix’ów, niemniej proszę - spuśćmy na ten wyczyn Pani Feist zasłonę miłosierdzia.
Już dość dawno temu (w zimie) miałem coś w rodzaju „kryzysu płytowego”, tzn. odnosiłem wrażenie, że każda kolejna płyta, na którą trafiłem wydawała mi się jakoś dziwnie znajoma. Jasne, że to nic wielkiego, ale sprowadzało mnie na manowce słuchania staroci - tyko one nie wydawały mi się znajome, one BYŁY znajome.
Zacząłem desperackie poszukiwania nowych dźwięków i coś tam z mniejszym czy większym skutkiem odkryłem, ale prawdziwym zaskoczeniem był amerykański zespół rock’owy Hootie & the Blowfish, o którym nic dotąd nie słyszałem, a którego „Cracked Rear View” znalazłem na liście najlepszych albumów rockowych lat 90-tych.
Faktycznie to świetna, głośna, rytmiczna muzyka, nieco w stylu Spingsteen’a czy Mellencamp’a, … mimo wszystko płyta „Cracked Rear View” jest po pewnymi względami wyjątkowa. Jest na niej kilka doskonałych piosenek (a nie ma słabych), świetne gitary i doskonały głos Darius’a Rucker’a. Tu ciekawostka: wokalista „Hootie” to krótko ostrzyżony, łysawy murzyn - co jest chyba wyjątkiem, bo czarnoskórych rock’manów (nie mówiąc o łysawych!) jakoś sobie nie przypominam (... zobacz).
Może „Cracked Rear View” nie był to żaden przewrót w muzyce, lecz w natłoku „podrzędnych niby-rockowych” zespołów wyróżnia się zdecydowanie. Przypominam, że lata 90-te była to złota era zespołów grunge’owych i zagrać coś porządnie, świeżo a przy tym „normalnie”, nie była to taka prosta sprawa.
Mam płytę w aucie, słucham jej dość często i jakoś mi się nie nudzi.
Release Date: Jul 5, 1994
1 Hannah Jane Bryan, Felber, Rucker ... 3:33
2 Hold My Hand Bryan, Felber, Rucker ... 4:15
3 Let Her Cry Bryan, Felber, Rucker ... 5:08 (... posłuchaj)
4 Only Wanna Be With You Bryan, Felber, Rucker ... 3:46
5 Running from an Angel Bryan, Felber, Rucker ... 3:37
6 I'm Goin' Home Bryan, Felber, Rucker ... 4:10
7 Drowning Bryan, Felber, Rucker ... 5:01
8 Time Bryan, Felber, Rucker ... 4:53
9 Look Away 2:38
10 Not Even the Trees Bryan, Felber, Rucker ... 4:37
11 Goodbye Bryan, Felber, Rucker ... 4:05
12 Sometimes I Feel :53
---------------------------------------------------------------
Jean Cronin Art Direction
David Crosby Vocals (bckgr)
Dean Felber Piano, Guitar (Bass), Vocals, Clavinet
Gloria Gabriel Producer
Don Gehman Producer, Engineer, Mixing
Lili Haydn Viola
Mike McLaughlin Photography
John Nau Piano, Organ (Hammond)
Wade Norton Assistant Engineer
Gena Maria Rankin Production Coordination
Darius Rucker Guitar (Acoustic), Percussion, Vocals
Eddy Schreyer Mastering
Jim Sonefeld Percussion, Piano, Drums, Vocals, Glasses
Liz Sroka Mixing Assistant

Chyba nie zwróciłbym uwagi na płytę, gdyby nie recenzja, w której przeczytałem:
It's tempting to say something facile like "beauty meets the beast" in writing about this collaboration between former Belle & Sebastian member Isobel Campbell and Mark Lanegan, best known for his work with Screaming Trees and Queens of the Stone Age….
Rzeczywiście, projekt przypomina ewidentnie „Murder Ballads” Nick’a Cave’a z Kylie Minogue, ale jest znacznie „lżejszy”, co by oznaczało, że Pan Lanegan aż taką bestią nie jest (bo Pani Campbell urody i anielskiego głosu nie brak).
Dałem płycie aż (4), bo jest to wprawdzie tylko lekki pop, ale zyskuje przy każdym kolejnym słuchaniu – co oznacza, że „coś w tym musi być”. Co ciekawe, muzycznie płyta jest tak eklektyczna – od folku przez kabaret do prawie „festiwalowego dzwonu” (a te instrumenty!) – że wydaje się niemożliwe, żeby to utrzymać w kupie. A jednak! I tym „czymś” jest najprawdopodobniej bardzo udane połączenie demonicznego głosu Pana z przesłodkim głosem, a w zasadzie szeptem, Pani. Serdecznie polecam.
Release Date: Mar 7, 2006
1 Deus Ibi Est Campbell 2:51
2 Black Mountain Campbell 3:10
3 The False Husband Campbell 3:53
4 Ballad of the Broken Seas Campbell 2:42
5 Revolver Lanegan 2:40
6 Ramblin’ man Williams 3:29 (... posłuchaj)
7 (Do You Wanna) Come Walk with Me? Campbell 3:27 (... posłuchaj)
8 Saturday's Gone Campbell 4:37
9 It's Hard to Kill a Bad Thing McCulloch 2:53
10 Honey Child What Can I Do? Campbell, Shaw 3:44
11 Dusty Wreath Campbell 3:44
12 The Circus Is Leaving Town Campbell 5:35
----------------------------------------------------------------
Geoff Allen Whip
Joshua Blanchard Guitar (Acoustic), Engineer
Norm Block Drums
Claire Campbell Violin
Isobel Campbell Piano, Cello, Glockenspiel, Harpsichord, Vocals, Producer, Tubular Bells, Mixing
Autumn DeWilde Photography
Chris Geddes Organ (Hammond)
Ross Hamilton Bass, Double Bass
Mark Lanegan Vocals
Sean Magee Mastering
Jim McCulloch Guitar
John McCusker Violin, Soloist
Paul Leonard Morgan String Arrangements
Eddie Nappi Bass
Dave Paterson Engineer, Mixing, Assistant Producer
David Robertson Percussion, Conga, Bodhran
Eric Weaver Engineer
No .. to największe moje zaskoczenie płytowe ostatnich lat! Nie przesadzam! W gorączce Rock’n Rollowej trafiłem na płytę dziadka J.L Lewisa (ur. 1935!) wydaną w ubiegłym roku. Wiadomo, dziadki wydają ostatnio płyt na kopy często, jako wsparcie, zapraszając inne gwiazdy do duetów (jak np. Ray Charles). Na pierwszy rzut oka Lewis postąpił podobnie – na płycie grają bowiem (np.): Jimmy Page, BB- King, Bruce Springsteen, Mick Jagger, Neil Young, Robbie Robertson, John Fogerty, Keith Richards, Ringo Starr, Merle Haggard, Kid Rock, Rod Stewart, Willie Nelson, Eric Clapton, Little Richard, Don Heleny, Kris Kristofferson.
Jednak nie tylko o tę plejadę gwiazd – rocka, bluesa i country – chodzi. J.L. Lewis nie gra na płycie swoich starych kawałków (a miałby co i mógłby!), tylko numery gwiazd, które zaprosił (i kilka innych)! I wiecie jaki jest tego efekt? Gasi prawie wszystkich bez wyjątku! Rozumiem, że łatwo zgasić Neil’a Young’a (ma leciutki głosik) czy Claptona (to niesłychanie spokojny człowiek), ale Fogerty’ego (z Credence Clearwater Revival), którego nikt jeszcze nie przekrzyczał, czy Jagger’a? Trudno to sobie wyobrazić, ale Lewis’owi – do czego się nie zabierze – wszystko wychodzi. Szalony „Rock and Roll” (Led Zeppelin) z Jimmy Pagem, Sweet Little Sixteen (chyba mój ulubiony numerek – bo pamiętam go w wykonaniu Ten Years After ) z Ringo czy leki blusik „Just a Bummin' Around” z Merl’em Haggard’em. To, że Lewis fantastycznie interpretuje „I Saw Her Standing There” – to przecież czysty rock&roll - to oczywiste, ale walczyk „What Makes the Irish Heart Beat” brzmi nie gorzej (a może nawet lepiej) niż w wykonaniu np. Van Morrison’a. Niesamowita, energetyczna, porywająca muzyka. Doskonały repertuar, bardzo dobra, ciekawa i zróżnicowana nastrojowo płyta. Fenomenalna – do skakania i przytulania - na jakąś letnią prywatkę z tańcami.
Tak na poważnie. Jakby to powiedział Tomek, żaden „concept album” to nie jest … chociaż pomysł skonfrontowania rocka, bluesa i country nie uważam za taki oczywisty. Odrobinę to bezczelne, ale świetnie wyszło, moim zdaniem głównie za sprawą genialnie akompaniujących muzyków (ach te gitarki!) oraz wyraźnie zapalonego do tego pomysłu mistrza J.L Lewis’a. Co okładka z płonącym fortepianem świetnie oddaje.
Na koniec muszę się jednak przyczepić. Jestem zachwycony albumem i serdecznie go wszystkim polecam, ale … chyba jeszcze nie spotkałem tak koszmarnie zmasterowanej płyty. Ja to słyszę, a w efekcie bezsensownie i beznadziejne niepotrzebnie psuje mi to przyjemność słuchania.

Już ponad 3 lata temu zachwycałem się i próbowałem Was zainteresować „dziadkiem” Jerry Lee Lewisem. Natomiast niedawno, jakiś miesiąc temu, Mirek polecił mi ostatni, „jeszcze ciepły” krążek Lewisa, „Mean Old Man”, który niewiele się zastanawiając od razu kupiłem i od tego czasu przesłuchałem już kilka razy. Cóż…
Gdybym nie był już dawno pisał peany na cześć starszego Pana, z pewnością napisałbym je teraz (na prawdę) – to świetny, „muzykalny” zestaw niezłych piosenek wykonanych przez doborowy komplet dobrze brzmiących wykonawców. Jak na mój gust „Mean Old Man” jest za mocno „countrowy”, czyli za dużo grają na dwa, ale muszę przyznać, że płyta nie jest gorsza niż poprzednia. Niestety (ależ jestem czepialski!) … „old school’owe” duety (czy też cety) zaczynają mi się (chyba) przejadać. To doskonale brzmi, znakomicie się słucha, ale przypomina mi nieco psa kręcącego się za własnym ogonem. Bardzo śmieszne – za pierwszym razem.
Powiem tak. Zadziwia mnie samego jak kapitalnie brzmią te kawałki sprzed półwiecza w nowoczesnej instrumentacji (Ach! Te gitarki) i równocześnie mnie to nieco irytuje. Nie umiem bowiem odróżnić ziarna od plew, czyli „body” (ile na tym można zarobić) od „soul” (fajnie byłoby znów zagrać „Roll Over Beethoven”). Wiem, mam kompleks inżyniera Mamonia i chciałbym, żeby podobały mi się NIE TYLKO te piosenki, które ja już znam a ciągle się łapię na tym, że podobają mi się TYLKO.
Pogderałem trochę, ale z czystym sumieniem „Mean Old Man” mogę polecić. Babciom sentymentalnym „Please Release Me (z Gillian Welch)”, tym nieco bardziej fertycznym „Sweet Virginia (z Keith’em Richards’em)” a dziadkom – oczywiście – Rockin' My Life Away (z Kid Rock & Slash). A młodzieży? No cóż, sfatygowane głosy starszych nastolatków wyraźnie na płycie słychać (czy też raczej to, że są sfatygowane). Na prywatce po północy się „nada”, ale tak na „trzeźwo”?
Wcale nie żartuję. Naprawdę myślałem, że John Fogerty, rocznik 1945, jeśli w ogóle jeszcze gra, to tylko na nerwach swojej żonie. A jednak gra. Ten były członek zespołu „Creedence Clearwater Revival” jest posiadaczem jednego z najbardziej charakterystycznych głosów, jakie znam, przy czym jest to głos - nie wiem jak to „delikatnie” nazwać – co najmniej „przenikliwy”. Nie chodzi o to, że krytykuję, albo było w tym coś złego, o nie! CCR to był zespół, który grał łatwo, lekko, przyjemnie i … bardzo, bardzo głośno, a najgłośniejszym „instrumentem” był w nim właśnie głos wokalisty.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłem, że pan Fogerty nie tylko jeszcze gra – bardzo „klasycznie” rockowo i zupełnie nieźle – na gitarze (wielu gitarach, naliczyłem z 10-sięć), ale do tego śpiewa! Jak za młodu przejmującym, dźwięcznym, wysokim (lirycznym?) tenorem. Takim, od którego robi się gęsia skórka a dziewczętom miękną nogi. Na koncercie, który odbył się na 60-cio lecie artysty, w Los Angeles, zespół grał głównie stare, znane od ponad 40-tu lat przeboje. Nie oszczędzając energii (do zasilania wzmacniaczy oraz swojej), więc nic dziwnego, że sala po prostu oszalała.
Moment kulminacyjny nastąpił gdzieś w połowie, po serii „Hej Tonight”, „Down On the Corner”, „Centerfield” a potem „Up Around the Band” (z pięknym riffem) publiczność miała obłęd w oczach i niewielu wytrzymało na siedząco.
| Down On the Corner |
Wszystko wskazywałoby na to, że od dawna powinienem być wielbicielem tego piosenkarza – niebanalne teksty, niebanalna muzyka, fajne rockowe gitarki w tle, charakterystyczny (jak u uwielbianego przeze mnie Pana Marka) brak głosu. Ponieważ zaciekawił mnie bardzo „Fistfull of Love„ Antony’ego z Lou Reed’em, ponownie postanowiłem sprawdzić, czy mi się przypadkiem gust nie zmienił - już dawno temu próbowałem bowiem słuchać Reed’a, ale mnie to nie porwało.
Tak. Gust mi się (trochę) zmienił i po kilkudniowym słuchaniu wybrałem do „polecenia” trzy historyczne płyty Lou Reed’a. Są bardzo różne od siebie, co bardzo dobrze świadczy o artystycznej ewolucji Pana Reed’a, za to wszystkie bez wyjątku bardzo dobre. Choć nadal mnie ta muzyka nie porywa - może muszę ich jeszcze posłuchać, a może po prostu teksty (u Reed’a ważne!) są dla mnie nieco niedostępne „mentalnie” - z przyjemnością polecam.



Nie mogę nie odnotować faktu, że dokładnie w moje urodziny (23 października) ukazała się kolejna autorska płyta Marka Knopfler’a. Nikogo nie rzuci na kolana, nawet mnie – bezkrytycznego fana – nie rzuciła, ale … zaczynam podejrzewać, że albo Pan Marek się na stare lata zakochał, albo ma pod opieką jakieś grzeczne nastolatki (bo niegrzeczne słuchają jazgotu!) i z myślą o nich nagrał taką piękną, nieomal kawiarnianą płytę.
Pan Marek znany jest, już od dawna, z autentycznej fascynacji muzyką country i „Kill to Get Crimson” od tego bardzo nie odstaje. Nie brakuje więc na płycie rytmicznych melodyjek do zanucenia (nawet walczyków), ale znalazłem też nowe elementy – retrospektywne. Pan Marek czytał pewnie w Internecie o ostatnich urodzinach Marysi i rozczulił się nad brzmieniem klasyków - „The Shadows” słychać np. pięknie w piosence „Punish the Monkey” a na okładce płyty (zaprojektowanej na podstawie obrazu Johna Bratby ‘Four Lambrettas and Three Portraits of Janet Churchman’) widnieją skutery … Lambretta. Jesteśmy jasnowidzami, czy co?
Wszystko – jak przystało na rówieśnika naszego OD - bardzo stonowane z mnóstwem charakterystycznych dźwięków wielu gitar. „Wielu” gitar, bo jak się dobrze wsłuchać, to na 12 piosenek trudno znaleźć ten sam a nawet podobny akompaniament. Obiecuję, że jak się wsłuchacie, ale dopiero gdzieś za 3-4 razem, bardzo wam się spodoba.
Płyta wydana została w 2000 roku. Zespół nagrał od tego czasu już dwa nowe, dobre studyjne albumy. Ten jednak był pierwszym, tworzącym całkiem nową estetykę.
W latach dziewięćdziesiątych muzyka Radiohead konstrukcyjnie przypominała melodyjne piosenki Blur i Oasis, ubierając je w nieco mniej brytyjskie aranże (wpływ stylu grunge). W tamtych czasach, kilka ich singli wywalczyło nawet całkiem wysokie pozycje na listach przebojów, a ponura ballada Creep stała się międzynarodowym hymnem ludzi zakompleksionych.
Kid A zrywa z rockowym kanonem. Gitary elektryczne wędrują gdzieś w tło, a w wielu utworach w ogóle znikają. Płaczliwy głos Thoma Yorke raz chowa się w cieniu syntetycznych dźwięków i trzasków a raz atakuje rozpaczliwym krzykiem - wypełniając całe spektrum brzmienia. Niektóre utwory wsparła regularna, jazzowa sekcja dęta, inne ciążą w kierunku psychodelicznym, jeszcze inne zaaranżowano zupełnie minimalistycznie.
Mimo tak dużego zróżnicowania, następujące po sobie utwory składają się w spójną całość. Mroczne, depresyjne i przejmujące teksty współgrają z dramaturgią muzyki. Dla mnie Kid A to album wizjonerski – coś niemal na miarę Dark Side of the Moon. Podobnie jak w przypadku innych genialnych płyt, kolejne słuchania nie przynoszą znużenia. Wręcz przeciwnie, odkrywają nowe warstwy znaczeń i skojarzeń. Z każdym odtworzeniem, wyjaśniają się kolejne, nieczytelne wcześniej struktury dźwięków.
Piękna, subtelna płyta. Wkłada się ją do odtwarzacza a z głośników płynie Islandia. Sigur Ros - jedno z moich najwspanialszych odkryć muzycznych w ostatnim czasie. To dopiero pierwsza ich płyta, której wysłuchałam, a już ujęli nie bogactwem dźwięków i instrumentów; majestatyczne tony organów, tajemnicza gitara grana smykiem, subtelne partie instrumentów dętych, harmonijki, kwartetu smyczkowego i przejmujące głosy wokalistów.
Agaetis Byrjun to coś w stylu New Age, czyli tego, co robi Dead Can Dance*, ale bardziej miękko i delikatnie, bez wschodnich nalotów. Jak baśnie Północy snują się kolejne utwory, pozostawiając po sobie spokój i ukojenie.
Muzyka idealna do tęsknienia, przytulania, rozmyślania i pracy.
Posłuchaj
Jestem zafascynowana i będę śledzić kolejne poczynania zespołu, mam nadzieję, że tak jak Agaetis Byrjun, będą warte wzmianki w serwisie RN.
Dane zespołu:
Sigur Rós (w isl. róża zwycięstwa), islandzki zespół alternatywny założony w Reykjaviku w 1994 roku. Jon Birgisson (Jónsi - gitara/wokal), Georg Holm (Goggi - gitara basowa) i Agust (perkusja) wygrali kontrakt z lokalną wytwórnią Bad Taste, w której wydali swój pierwszy album Von (Nadzieja) w 1997 oraz kolekcję remiksów Von Brigði. W 1998 do zespołu dołączył Kjartan Sveinsson (Kjarri - keyboard). Powstała w nowym składzie płyta Ágætis Byrjun (1999; Dobry start) odniosła wielki sukces. Od tego czasu popularność Sigur Rós wzrasta, a sam zespół grał m. in. z Radiohead. W 2002 ukazała się płyta ( ).
* to moje osobiste zdanie, nie upieram się przy tym porównaniu, ale miałam kłopot z odnalezieniem jakiegoś precedensu muzycznego.
Sting w latach mej dojrzałej młodości, tzn., kiedy nie byłem już nastolatkiem, był niewątpliwie moim muzycznym idolem i jak to z idolami bywa (wszystko, co ich dotyczy „czujemy” bardziej niż w przypadku zwykłych, po prostu lubianych muzyków), naraził mi się okrutnie ćwiczeniem yogi, pasaniem krów na zamku w Szkocji itp. podobnymi bzdurami, które zupełnie mi nie pasowały do „ciętego” wokalisty z The Police. Dobił mnie, w 1999r roku, albumem „A Brand New Day” z arabskimi klimatami – od tego czasu obraziłem się i nie kupiłem ani nie wysłuchałem żadnej jego płyty. Taki jestem s…
Jakież było moje zdziwienie, gdy trafiłem ostatnio na DVD z koncertu „All This Time”, który odbył się w Toskanii. Jasne, że nie jest to ten „cięty” Sting z „The Police”, ale …
Zabrał się do koncertu zawodowo, tzn.:| Every Breath You Take |
No … to jest temat, z którym mentalnie zmagam się już od (bardzo) długiego czasu. Pierwsze bowiem odczucie jakie nasuwa mi się przy okazji zespołu „The Black Keys” jest typu „starzec oszalał” a ponieważ szaleństwem nikt się dobrowolnie nie chwali, to i ja się powstrzymuję przed przyznaniem, że mi się taka (też) muzyka podoba. Są i inne powody milczenia. Dana Auerbacha i Patricka Carneya (bo „The Black Keys” to duet) po raz pierwszy usłyszałem zachęcony dawno temu recenzją Pana Mana w Polityce. Skąd inąd wiadomo, że Pan Man też jako „starzec oszalał” i jak się komuś podoba to, co Pan Man puszczał („puszczał”, bo już nie słucham Trójki) w Trójce w sobotnie poranki, to … sami wiecie. Wolałem milczeć.
Od tego czasu minęło kilka lat, zespół wydoroślał i z garażowego (dosłownie) projektu pary zapaleńców stał się nieomal kultowym przedstawicielem alternatywnego rocka i ugruntował swą pozycję na listach przebojów oraz – Dan i Pat – na listach celebrytów.
„The Black Keys” to jest jak na dzisiejsze czasy dość mocne dziwactwo, bo muzyka ich charakteryzuje się zupełnie nie technologicznym brzmieniem. Bezlitośnie prosty bęben, „ciężka”, chropawa i mało finezyjna gitara (na koncertach rzeczywiście grają we dwóch) za to … całkiem niebanalne pomysły muzyczne. Co w tym takiego?
„Technologia to niszczyciel emocji i prawdy. Okazja nie czyni twórczym. Ułatwi tylko wszystko i pozwoli wrócić Ci do domu wcześniej, ale nie sprawi, że będziesz bardziej kreatywny.” [tłum. RN]
Te słowa Jacka White’a z – także mocno alternatywnego duetu – „White Stripes” bardzo często porównywanego z „The Black Keys” znakomicie moim zdaniem oddają istotę kontrastu pomiędzy hardwarem a softwarem (czy też body i soul). Jasne, że nie-technologia, jak i technologia jako taka nic nie „czyni”, ale jeśli nadaje wyraz muzyce, samej w sobie pełnej inwencji – to już jest coś. W gruncie rzeczy, ze swą garażowością „Keys” wcale nie są rewolucjonistami. No, może i buntownicy, za to z prawdziwie tradycjonalistycznym spojrzeniem na muzykę i wyraźnym osłuchaniem. Już od pierwszych płyt od czasu do czasu nawiązywali – co mnie ujęło – do czasów „brytyjskiej inwazji”, np. w PRZECUDNEJ URODY „cover’ze” piosenki „Act Nice and Gentle” zespołu „The Kinks”.
Na „Brothers”, znacznie bardziej „uczesanej” niż poprzednie, takich kontekstów jest więcej (Garry Glitter w„Howlin' for You”, The Kinks w „Tighten Up”, The Rolling Stones w „Unknown Brother” i soulowy „Never Gonna Give You Up”) a ponieważ – o ironio! – jej umiarkowana undergroundowość raczej ułatwia percepcję (w końcu i mnie ośmieliła), płytę serdecznie polecam. To REWELACYJNY, niebanalny, wciągający rock. Na tło do nocnych Polaków rozmów album zdecydowanie się nie nadaje, ale – jeśli istnieje okazja do „podkręcenia” wzmacniacza – będzie świetnym motywem do decybelowej zadumy. Gdyby …. gdyby tak przypadkiem komuś się ta muzyka spodobała (albo kogoś zainteresowała), zapraszam do innych, tych wyszukanie zgrzebnych albumów zespołu, tych, w których się zadurzyłem:
TBK - You Are the One [Magic Potion, 2006] (… posłuchaj)
TBK - Act Nice and Gentle [Rubber Factory, 2004] (… posłuchaj)

Już od dłuższego czasu Marcin karmi mnie różnymi swoimi muzycznymi odkryciami, które zazwyczaj można podciągnąć pod tajemniczą kategorię muzyki "indie" (nie chodzi tu o muzykę hinduską, ale o skrót od "independent" czyli niezależny). W kategorii tej mieści się większość zespołów lansowanych przez MTV2, czyli niezależnych młodych chłopców, którzy grają rocka, zazwyczaj bardziej melodycznego niż zbuntowanego. Często w krótkim czasie udaje im się wejść na salony i już wtedy nie są "indie", za to stają się słodkimi chłopakami z gitarami, do których wzdychają nastolatki i panie po 40tce. (vide przypadek zespołu Kings of lion).
Amerykański zespół The National, na razie "indie" pozostał, choć powstał ponad dziesięć lat temu, a swoją debiutancką płytę, o której ówcześnie chyba mało kto słyszał, wydali w 2001 roku. Płyta The Boxer jest czwartą w dorobku zespołu i jak dotychczas chyba najbardziej udaną, dzięki niej stali się sławni. Jak wnoszę chociażby z faktu, że zespół The National wystąpi na tegorocznym Off Festivalu w Mysłowicach jest to zespół raczej dla młodych ludzi. Otóż nic bardziej błędnego. The National grają muzykę zdecydowanie dla starych ludzi, co oczywiście należy im odnotować in plus. Nie są to żadne młodzieżowe jazgoty, ale porządne rockowe kawałki, melodyczne i raczej balladowe. Wokalista śpiewa pięknym niskim głosem, a nie świergocze jak James Blunt. Słychać też w muzyce The National Amerykę. Niektóre utwory nadające się idealnie do jazdy samochodem Guest Room przypominają trochę styl Bruce'a Springsteena. Zdecydowanie jednak polecam piękne ballady Fake Impire i Green Gloves, Racing Like a Pro.
Gdyby (tak np.) ktoś zabierał się za pisanie kompendium polskiego rocka – „koń jaki jest, każdy widzi” mógłby spokojnie napisać przy haśle „Voo Voo”. Bo? Opisywanie, od lat tak dobrze znanego, osłuchanego i popularnego zespołu chyba większego sensu nie ma (chyba, że dla młodzieży). Jakaś specjalnie wysoka półka to nie jest, muzyka ani odkrywcza, ani szczególnie popularna, ale – za to przez całe wręcz lata – legendarny Waglewski z kolegami trzyma poziom, nie ulega trendom i „wrasta” – jak jacyś Beatlesi – w ucho. Trochę to niesprawiedliwe – jak ktoś czegoś nie sknoci, to otacza go milczenie – ale sprawiedliwości na świecie nie ma.
Ostatnimi czasy nie można chyba (tzn. ja nie mogę) wyróżnić w muzyce jakichś obowiązujących trendów czy mód, bo ich pewnie wiele, za to wśród młodzieży starszej, po 50-tce wyraźny jest raczej trend finansowy – grać „ładnie”, żeby się (możliwie) wszystkim podobało. Nawet Pan Waglewski, bardzo przecież oporny uległ (płyta „21”) „usmyczkowieniu”. Czepiam się, ale smyczki, czy też flety w rocku doprowadzają mnie do szewskiej pasji.
Wyobraźcie sobie jakież było moje zdziwienie, kiedy Mirek (ten „nasz”) podesłał mi próbki ostatniej płyty Voo Voo. Z ogromną przyjemnością szanownym krewnym i znajomym królika donoszę, że aktualnie Pan Waglewski RŻNIE. Nie, nie to, co macie na myśli (). RŻNIE na gitarze. Co go podkusiło, nie wiem, ale na ostatniej płycie nawet „łi ła ba di” Pospieszalskiego pojawiają się w minimalnym stopniu. Nie, żeby nic innego nie grało, ale brzmienie nadają jednak bębny i gitara. Co ciekawe, Pan Waglewski nawet „soluje” („Zbroja”, „Za głupi”) o co bym go nie podejrzewał i – przynajmniej w kilku utworach („Mało mnie rusza”, „Wyć się zachciało”, „…wojownicy”) – poszedł w brzmienie garażowe (zamiast ciszy słychać brum kilowatowych wzmacniaczy – piękne), co znakomicie kontrastuje z wiekiem wykonawców i także obecnymi, typowymi dla Voo Voo „filozoficznymi” balladami „Osioł”, „Język, gęba, strój” (niezłe) czy „To, co zostanie”, z której cytat – podejrzewam – pójdzie w lud.
Większośc z tego,
Co dziś ważne na świecie.
Za kilka lat,
utonie w klezecie.
Ciekawa, urozmaicona płyta, z ewidentnym tytułowym przebojem – serdecznie polecam, dołączając inną – moją ulubioną – filozoficzną złotą myśl (sporo!) z płyty:
Giną myśli,
Idee i czyny.
Dobrzy ludzie i sukinsyny.
Wszystko znika – a zostaje muzyka.
….
To, co było ważne niebywale,
Dziś nie rusza.
Nie rusza Cię wcale
Wszystko znika – a zostaje muzyka [„Nico”].

No pięknie, wyznaczyłeś mnie do napisania recenzji, którą z nawału innych zajęć odłożyłem na wieczór, a Ty sam ją już właściwie napisałeś w komentarzu, do którego wszystkich odsyłam.
Co ja tu mam dodawać? Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Zabawa była przednia, kogo nie było stracił miły i radosny wieczór. Dla nich właśnie warto napisać w jakim składzie zespół wystąpił:

Mateusz Pospieszalski jak zwykle dobrze bawił publiczność. Mam nadzieję że nie zagalopuje się za bardzo w tych free-solówkach, bo faktycznie John’em Zorn’em nie jest, a to co mu w tej chwili wychodzi, brzmi dobrze i świetnie pasuje do reszty muzyki Voo Voo.
Waglewski, tembr głosu ten sam, brzmienie gitary to samo, czyli bardzo OK.
Szkoda że perkusista miał tak ubogi sprzęt (dobre określenie "plecakowy"), bo aż brakowało przejść po kilku bębnach, nie tylko po werblu, bębenku i kotle. Na szczęście jego kunszt muzyczny ratował wszystko i stukał naprawdę świetnie. Pamiętacie go z czasów kiedy grał jeszcze w takich starych zespołach jak Armia, Israel, Brygada Kryzys, Moskwa czy 2Tm2,3? Już tam dawał niesamowitego czadu, w Pszczynie pokazał że na kilku bębnach też potrafi nieźle "łupać". Z drugiej strony gdyby postawili bogatsze instrumentarium kilku, fanów nie mogłoby ich w ogóle usłyszeć w klubie Bugsy's, bo musieliby stać na zewnątrz.
Bardzo ciekawie zaprezentował się grecki basista Karim Martusiewicz, szalenie interesujące popisy na czymś co przypominało połączenie gitary basowej z kontrabasem. Wydaje się że sporo wniósł do muzyki Voo Voo. Zresztą dokonał on wspólnie z Mateuszem Pospieszalskim wszystkich aranżacji utworów które wysłuchaliśmy.
Ogólnie promocja nowej płyty "21" wypadła znakomicie!!!
Słuchając nowych instrumentacji starych przebojów nie można się nie zachwycić, a biorąc pod uwagę fakt że została ona zrealizowana z towarzyszeniem Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy "Aukso" pod dyr. Marka Mosia i że zaproszono do jej nagrania Małgorzatę Walewską i Tomasza Stańko, należy ją więc wszystkim gorąco polecić.
Kończąc, zacytuję wcześniejszą wypowiedź Zuzi, "a kto nie był ten trąba"
Ostatnia zagadka przyszła mi do głowy, kiedy przypadkiem trafiłem na DVD z jubileuszowego koncertu zespołu „Wishbone Ash”. Mówiąc szczerze – mocno się zdziwiłem. Znałem i lubiłem ten zespół, ale jego muzyka – może poza najlepszym albumem „Argus” – nigdy nie była na topie jakichś list a sam zespół specjalnie sławny czy popularny także nie był. Podejrzewam, że nikt już nie odtworzy skojarzenia, które mi się nasunęło, więc … z żalem podaję rozwiązanie.
Zespół został założony w 1969 roku przez basistę Martina Turnera i perkusistę Steva Uptona i jak łatwo się domyślić, ich pierwszym zadaniem założycielskim musiało być dokooptowanie gitarzysty – w zamiarze jednego, bo kapela miała być typowym rockowym „power trio”. Do castingu stanęło wielu zdolnych chłopców, ale aż dwóch było aż tak zdolnych, że „komisja”, nie mogąc zdecydować się, kogo wybrać, wybrała obu. Andy Powella i Teda Turnera (zbieżność nazwisk z basistą). Tak to przypadkiem, już na samym początku zespół zrealizował największy swój wynalazek – „bliźniacze gitary prowadzące” a Powell i Turner, wraz z nimi „Wishbone Ash”, dzięki temu mocno charakterystycznemu brzmieniu przeszli do historii muzyki rockowej.
Cytowana piosenka „Everybody Needs a Friend” pochodzi z albumu „Four” [1973] i wiąże się z nią całkiem ciekawa historia.
W roku 1974, na parterze DS. „Piast” uruchomiono nowoczesne studio Studenckiego Radia Centrum (dziś ORS) skąd zaczęto nadawać audycje do – najpierw do kilku, potem do wszystkich – akademików. Sprzętu grającego w akademikach było wtedy jak na lekarstwo, więc dosłownie całe rzesze mieszkańców akademików słuchały tego, co nadawano przez radiowęzeł. Programów, przynajmniej na początku (pamiętam jeszcze jesień 1974) było niewiele, ale jednym z lubianych i bardzo popularnych był … wiadomo – „koncert życzeń”. Na początku roku akademickiego przeprowadziliśmy się ze Staszkiem do nowego pokoju w „Karolince”, gdzie słuchaliśmy Radia Centrum dość często i przyszło nam do głowy, że gdyby trochę się postarać, to z „koncertu życzeń” (np.) można by zrobić całkiem fajną audycję radiową. Wystarczy … składać odpowiednie życzenia.
Działało to tak, że pisało się życzenia (oraz tytuły piosenek) na kartkach, zanosiło je do studia radiowego w „Piaście” i z dużym prawdopodobieństwem można było założyć, że wieczorem zostaną wyemitowane właśnie te „wybrane” piosenki. Naturalnie, że musieliśmy nieco kombinować. Nie wypadało się zbyt często w „Piaście” pojawiać (więc używaliśmy podstawionych „listonoszy”), musieliśmy wymyślać zakochane koleżanki, tajemniczych wielbicieli itp. bzdury (więc ćwiczyliśmy wyobraźnię), ale zabawa – choć nie trwała zbyt długo – była świetna i uczyniła z nas nałogowych słuchaczy Radia Centrum. Niemożliwie więc, żebym nie zapamiętał, że sygnałem muzycznym („dżingli” jeszcze wtedy nie było) radiowego „koncertu życzeń” była piosenka … „Everybody Needs a Friend”, którą przez wiele lat słychać było wieczorami po akademikach. Utwór wpada zresztą w ucho i pięknie brzmi w nim modelowa „podwójna” gitara solowa.
Wracając do DVD, zdziwiłem się, że zespół w ogóle jeszcze gra i – co najciekawsze – całkiem nieźle. Zdziwienie miało jakiś sens, bo z oryginalnego składu zespołu pozostał jedynie Andy Powell (ten Pan z łysiną i w okularach), niemniej brzmienie – porównuję ze starymi płytami – udało się nieźle zachować. Koncert – świetnie nagrany i dobrze sfilmowany w kapitalnym wnętrzu teatru muzycznego „O2 Shepherds Bush Empire” (a nie jakimś stadionie) – zupełnie serio serdecznie polecam. Wprawdzie sam zaproponowałem mało zachęcający tytuł „Z archiwum rocka”, prawda, ale … dopiero podczas słuchania i oglądania zdałem sobie sprawę z tego, jaki to był znakomity rock!
| Blind Eye |
Zamiast odpowiadać na Wasze, niczym nieuzasadnione ataki, postanowiłem po prostu napisać o Panu Andrzeju.
…Dalekie są kraje i bliskie są kraje,
Gdzie Dżamble pędzą życie,
Zielone głowy mają, niebieskie ręce mają,
I po morzu pływają w sicie…
…Far and few, far and few,
Are the lands where the Jumblies live;
Their heads are green, and their hands are blue,
And they went to sea in a Sieve… (Edward Lear)
Jakiś czas temu zdobyłem zestaw płyt z dorobkiem Andrzeja Zuchy p.t. „C'est La Vie”. Średnia ocen, które dałem różnym płytom nie wychodzi 4, ale rozumiem, że w takim zestawie muszą być płyty lepsze i gorsze, dodaję więc ½ gwiazdki za pomysł i krytykuję fakt, że w zestawie nie znalazła się, bardzo charakterystyczna, piosenka o Alibabie.
Nie wytrzymałem długo i jeszcze w trakcie zachwycania się dwupłytowym albumem z koncertu Cohen’a w Londynie, zamówiłem DVD z koncertu. Dziś przesyłka dotarła do mnie i … teraz już wiem na pewno. To jest NAJLEPSZY KONCERT, który widziałem. O muzyce pisałem, nie będę zanudzał, napiszę natomiast o tym, co na DVD można „zobaczyć”.
Koncerty, jak wiadomo, są świętami – artystów i widzów (słuchaczy, fanów). Te święta mogą być – prócz tego, że udane lub nie – ludyczne (McCartney), dęte (750-lecie Krakowa), poważne (Keith Jarrett w Kolonii), szalone (Dżem w Spodku) itd. Podczas koncertów artyści: nauczają (Niemen), często kokietują (Rod Steward), dość często (dziwne, ale fakt) dystansują się (Nirvana w MTV) a najczęściej fascynują się sami sobą (…nie podam)
| "Tower of Song" |
Mówię to z żalem a nawet pewnym onieśmieleniem. „Śpiewać każdy może” – wiadomo – tylko nie jestem pewien, czy zaraz trzeba to nagrywać. Nawet biorąc pod uwagę moje bezkrytyczne uwielbienie mistrza, to, że płyta jest (mam nadzieję) tylko żartem oraz, że „christmasy” są w końcu międzypokoleniowe i ponadczasowe – nie ma zmiłuj – nie będę jej bronił. Zawsze, ze wszystkiego można „coś” zrobić (dowodem dwie niedawno recenzowane płyty), ale … trzeba mieć jakiś pomysł a w tym przypadku – mistrz zagrał „jak stał”. Niestety nie wszystkie piosenki z płyty są takie „barowe” jak ta z zagadki (szkoda, może byłoby to „coś”). W większości są to znane do bólu „Winter Wonderland”, „Silver Bells” i inne, tyle tylko, że …. śpiewa je Bob Dylan (?). Jak Dylan może śpiewać „I'll Be Home for Christmas” pewnie się domyślacie? W związku z tym płytę „Christmas in the Heart” spokojnie można pominąć przy zakupach świątecznych a piszę o niej w zasadzie na wszelki wypadek – żeby komuś nie przyszło do głowy sprezentować mi ją na gwiazdkę (gdyby – tak zupełnie przypadkiem – przyszło). Płyta pewnie nie jest aż taka zła, ale jeśli już miałbym dokonać jakiegoś „świątecznego” porównania, ona mi przypomina ozdoby choinkowe z … piaskowca. Mnie nie wzięło.
Wprawdzie w wywiadzie w sierpniowym numerze „Rolling Stone Magazine” Dylan powiedział, że „współczesne nagrania są okropne i nawet piosenki z jego ostatniego albumu brzmią znacznie lepiej w studio niż na płycie” - nie w tym rzecz, bo płyta nagrana jest akurat świetnie. Piosenki są OK, teksty pewnie także, choć nieco przydługie - może z tego powodu, nawet kiedy je czytam nie rozumiem ni w ząb, bo zanim skończę, zapominam, co było na początku. Wszystko, także gitarki, bardzo „Dylanowe”, ale – może poza pierwszym na płycie „Thunder On the Mountain”- trochę brakuje mi w tym życia. Mistrz ma już 65 lat, więc niby to nie dziwne, ale jakoś nie przywykłem (jeszcze) do takiego „smut” Dylana.
Choć trochę ponarzekałem płytę gorąco polecam, bo świetnie się nada na „intelektualne” prywatki - kilka kawałków można nawet przetańczyć (jest i walczyk !) - a „niewprawnych” może zachęci (?) do częstszych kontaktów z „Boskim Bobem”. Dlaczego „Boskim”? Bo jak Dylan coś napisze … to zaraz się w świecie robi szum.
Płyta zaczyna się od świetnej „Thunder On the Mountain”, która - prorokuję - będzie przebojem, a w której z ogromnym trudem i poświeceniem (dykcja nie jest silną strona Dylana) „wysłyszałem”:
I was thinkin' 'bout Alicia Keys, couldn't keep from crying
When she was born in Hell's Kitchen, I was living down the line
I'm wondering where in the world Alicia Keys could be
I been looking for her even clear through Tennessee
Wprawdzie nie wiem o co chodzi (?), ale już widziałem wywiad z Alicją (wywiad typu Viva): - „Jak odbierasz to, że Dylan pisze o tobie w swojej piosence?” - „Jestem tym szalenie podekscytowana. .. I zaszczycona, że o mnie myśli”.
Są to przejaja, ale jakież piękne! W porównaniu np. z wiadomościami z … kolejnego dnia obrad Sejmowej Komisji Specjalnej. Czemu u nas nie ma Dylana!

Świetna płyta na zimowe wieczory. Trochę mnie na niej słabi smyczkowy akompaniament, który ogólnie uważam za obciach, nie mniej głos i gitara Pana Damien'a - bardzo dobre. Zwracam uwagę na balladę "The Blower's Daughter", która pochodzi zresztą z filmu "Closer". Ją i całą płytę polecam szczególnie zakochanym Paniom.
Artist: Damien Rice
Album: O
Release Date: 2003
1 Delicate Rice 5:12
2 Volcano Rice 4:38
3 The Blower's Daughter Rice 4:44 ... posłuchaj
4 Cannonball Rice 5:10
5 Older Chests Rice 4:46
6 Amie Rice 4:36
7 Cheers Darlin' Rice 5:50
8 Cold Water Rice 4:59
9 I Remember Rice 5:31
10 Eskimo Rice 15:57
--------------------------------------------------------------------------------
Kristiina Aittokallio Translation
David Arnold Producer, String Arrangements
Caz Djembe
Melissa Ni Chionnaith Cover Design
Nicholas Dodd Conductor, Orchestration
Shane Fitzsimons Bass
Lisa Hannigan Assistant
Mark Kelly Guitar (Electric)
Lisa Paintings, Drawing
Colm Mac Con Lomaire Violin
Vyvienne Long Cello
Jean Meunier Piano, Improvisation
Natascha Photography
Steve Orchard Engineer
Damien Rice Bass, Clarinet, Guitar, Percussion, Piano, Drums, Vocals, Producer, Engineer, Mixing, Photography, Paintings, Drawing
Robyn Robins Mastering
Tomo Percussion, Drums
Karl Toomey Artwork
Jak juz zapewne wszyscy wiedzą mam koleżankę o imieniu Ania, która zajmuje się organzacją koncertów w fantastycznym katowickim klubie Hipnoza. To głównie dzięki niej ma dostęp do muzyki spoza tak zwnaego głównego nurtu. Od czasu do casu podrzuca mi nowe mniej lub bardziej ciekawe płyty. Jednym z ciekwaszych odkryć stała się dla mnie ostatnio płyta Jacaszek/Miłka pod tytułem "Sequel". Jakoże zawsze mam problem z zaklasyfikowaniem i opisaniem muzyki zwanej elektorniczną czy też klubową na początek przytoczę krótką recenzję z Gazet.pl:
"Sequel" to nowa płyta poetki Miłki Malzahn - laureatki między innymi Festiwalu Piosenki Studenckiej i Spotkań Zamkowych w Olsztynie oraz toruńskiego realizatora dźwięku Michała Jacaszka, znanego miłośnikom muzyki elektronicznej z autorskiej płyty "Lo Fi Stories". Znajdziemy tutaj czternaście poetyckich piosenek w których echa starego polskiego jazzu mieszają się z nowoczesną elektroniką, piosenką autorską i trip-hopem. Całość jest subtelną i wyciszoną opowieścią o zagubionej lub niedokończonej miłości, o uczuciach, marzeniach i snach. Poszczególne utwory są niczym kolejne odcinki urwanego kiedyś serialu, a tym, co decyduje o wyjątkowym charakterze płyty jest harmonijne współistnienie muzyki, słowa i wyobraźni słuchacza. Wyciszająca i na wskroś oryginalna płyta!
Recenzja na tyle trafna co i banalna. Ja ze swojej strony dodam, że jest to pewnego rodzaju Maria Peszek tyle, że w wydaniu naprawdę poetyckim. Nie ma tu częstochowskich rymów w stylu "pierzę cię miasto, jesteś jak stare ciasto", jest za do to kienialny wers w piosence "Gra towarzyska": "bierki na stół wstrzymujesz oddech, o piki bój, o harpun wojnę..." i wiele innych. Piękna i spokojna płyta do słuchania wieczorami. Merlin podaje, że kupują ją również słuchacze Grzegorza Turnaua, co jednych może zniechęcić innych zachęcić. Ja w każdym razie gorąco polecam!
Z przyjemnością informuję o pojawieniu się nowej płyty Jack'a Johnson'a i z przykrością zawiadamiam, że nie jest to płyta, której koniecznie chcielibyśmy posłuchać.
Może się czepiam, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, że pisanie piosenek dla dzieci ("Curious George" to film Mathew O'Callaghan'a, który animował także "Małą Syrenkę") może być czymś, co taki "buddy" jak Johnson koniecznie musi robić. Ponieważ jednak inny "buddy", Jaromir Nohavica, nagrał "Tri Cunici", jestem w stanie Johnson'owi wybaczyć. Na razie, bo mam nadzieję, że płyta jest tylko krótką wycieczką w krainę "masowego odbiorcy".
Muzycznie jest to po prostu Jack Johnson, fajne, ale bez zachwytów. Choć płyty słuchałem ze 2 razy, w zasadzie nie mam Wam co polecić. No, może pierwszą piosenkę - "Upside Down".
Z przyjemnością zawiadamiam o pojawieniu się nowej płyty Jacka Johnsona. Jak mówi sam Pan Jacek: “At this point in my life I weigh about 190 lbs and my ear hairs are getting longer. I also have a couple of kids. My wife popped them out, but I helped…”
Płyta jest jedną z lepiej nagranych, które ostatnio słyszałem – gitarki Pana Jacka brzmią na niej genialnie, ale jest to - niestety - główna o ile nie jedyna jej zaleta. Tylko się domyślam, że ma to jakiś związek z muzyką, ale ponieważ żonie Pana Jacka „wyskoczyło” ostatnio parę dzieci (w czym Pan Jacek - nie zaprzecza - pomagał), nastroje na płycie mamy słoneczne, akustyczne i mocno łagodne. „Mocno łagodne” jest eufemizmem, który oznacza, że Pan Jacek przynudza. Najlepiej określiła to Marysia, która po pierwszym słuchaniu zauważyła: „fajne kołysanki”. Rzeczywiście, mamy na płycie 14 bardzo ładnych, starannie nagranych kołysanek. Miłośnikom Jacka Johnsona będzie się podobało, ale też trudno będzie powstrzymać przed odruchem, żeby po przesłuchaniu „Sleep Through The Static” nie powrócić (ach!) do którejś z pierwszych płyt. Trzymam kciuki i 4 gwiazdki daję trochę na wyrost.

Z przyjemnością informuje, że ukazał się najnowszy album Pana Jacka Johnsona – „To The Sea”. Płytę ściągnąłem (7digital) dosłownie przed chwilą i jestem w stanie opisać jedynie pierwsze odczucie. Dziwne.
Niby nic złego się nie dzieje, ale Pan Jacek ewoluuje w kierunku, niestety, dość błahego pop-rocka. Szkoda, bo świetne, melodyczne kawałki w akustycznych aranżacjach były jego najsilniejszą stroną. Są i takie na płycie w postaci np. „No Good with Faces” czy „Turn Your Love”, ale w mniejszości, co jest tym bardziej smutne, że płyta jest ekstrawagancko krótka (41min). „To The Sea”, jak zwykle u Jacka, brzmi nieźle, ale drażnią mnie nieco – a zawsze podziwiałem – aranżacje piosenek. Jest i pianino i prawdziwe rockowe (takie z „przesterem”) gitary i jakieś dzwonki i tajemnicze fifulki a w końcu – szczątkowo, ale wtedy po co? – smyczki. Występuje też (niezły) chórek – jednym słowem prawdziwie dekadencki misz-masz. Ten kram (durnowate, za to śmieszne „At or with Me”, jamajskie „From the Clouds”, afrykańskie „The Upsetter” i wreszcie kiczowate „Only the Ocean”) nawet by mi się podobał, gdyby nie to, że kilka utworów na płycie wydaje się jakby „niedorobionych”, jakby skleconych na prędce na bazie jakiegoś (może i dobrego) pomysłu. Mam, a szkoda, wrażenie, że gdyby Pan Johnson nad nimi „poślęczał”, mogłyby być lepsze. Brakło czasu?
Płyta nie jest zła i być może za bardzo się czepiam, ale nieoparcie nasuwa mi się wrażenie, że padła ona ofiarą jakiegoś pośpiechu, nieuwagi czy też eksperymentu. Mimo to polecam, choć jakiegoś przebojowego kawałka na niej nie słyszę. Pan Jacek nieźle gra i ładnie śpiewa – będzie się podobać.
Koncert Nohavicy w Katowicach odbył się już ponad tydzień temu, ale dopiero teraz znalazłem trochę czasu by, choć krótko, o nim napisać. Mam z tym pewien kłopot, gdyż zwykle dywaguję na jakiś nowy temat (płyta, film, koncert itp.) i łatwiej wtedy znaleźć słowa czy popisać jakimś celnym spostrzeżeniem a o Panu Nohavicy, którego każdy dobrze zna, coś niebanalnego napisać trudno.
Sala. Teatr Korez (byłem w nim pierwszy raz) to jedno z najlepszych miejsc na kameralne występy, z jakim się spotkałem. Scena z widownią stanowią ćwiartkę koła o promieniu ok. 30m, przy czym sama scena to z 10m, a reszta to stromo, amfiteatralnie wznosząca się widownia. Piszę o tym, bo wydaje mi się, że widownia, na której z każdego miejsca dobrze widać i – przy świetnej akustyce – słychać, ma wartość.
Artysta. Pan Nohavica, a widziałem go na koncercie już ze trzy razy, był w poniedziałek w znakomitej formie. Nie tyle fizycznej, bo podróż z Ostrawy, przez „wielką wodę” (na południu zaczęła opadać dopiero we wtorek), jak sam powiedział, była długa i męcząca i było widać, że jest znużony. Za to nastrój? Jakby mu się udało uciec przed jakąś klasówką. Widocznie jest tego gatunku chłopcem, którego trudności hartują a w obliczu kłopotów wydziela mu się adrenalina. Nawiasem mówiąc Panu Jaromirowi adrenalina „cyka” dość obficie bez specjalnych bodźców, jest bowiem zawołanym – choć w zasadzie tylko śpiewa – kabarecistą, ewidentnie lubi występować i uwielbia „oczarowywać” (szczególnie panie na widowni). Oczywiście magia działa tym lepiej im bardziej „uda” mu się publiczność.
Publiczność. Ha! Dawno nie spotkałem na koncercie tak dobranej, świetnie reagującej i znającej się na rzeczy publiczności. Rozumiem, że na koncerty tego typu chodzą tylko fani (bo któżby inny), ale … ci fani z Katowic to była elita.
Repertuar. Jak przyznaje sam Pan Jaromir, mimo iż – tu moim zdaniem kokietuje – dość często zwraca mu się uwagę (niby kto?), że marnuje się w repertuarze ludycznym, bez tych „knajpianych” przyśpiewek nie potrafi się obejść. Może też i nie chce, bo wie jak to dobrze działa na scenie. Cały występ z refleksyjnymi kawałkami (np. „O łupieniu istoty rzeczy”) może by i słuchaczy zasmucił, kto wie? Przynamniej tak podejrzewa Pan Nohavica – choć myślę, że „sądzi po sobie” – a jego z pewnością by zasmucił, więc od czasu do czasu, jest w końcu subtelny, wytnie taki czy inny kawałek przy akompaniamencie nieśmiertelnej heligonki.
Jeśli sala jest świetna, artysta w formie, publiczność wyrobiona i w nastroju do zabawy a repertuar urozmaicony (w tym zabawowy) to co? Niech żałują ci, którzy na koncercie nie byli, bo – im więcej czasu minęło od koncertu, tym lepiej to widzę – był to NAJLEPSZY koncert Nohavicy, w jakim miałem zaszczyt uczestniczyć. Brawo i ukłony.
Uwielbiam jak mnie coś zaskakuje, ale choć różne rzeczy mogłem sobie wyobrażać o Leonardzie Cohen’ie (dzisiaj), nie sądziłem, że jest mnie w stanie zaskoczyć. NIE AŻ TAK. Proszę Państwa, wydana niedawno płyta „Live In London” jest nie tylko najlepszą płytą Cohen’a jaką znam, ale najprawdopodobniej najlepsza płytą koncertową, jaką w ogóle słyszałem.
Zadanie nie było łatwe. Jak za pomocą „Bird On the Wire”, „Hey, That's No Way to Say Goodbye” czy „ So Long, Marianne” 73 letni już Pan (eufemizm, Cohen jest bowiem rówieśnikiem Presley’a) mógłby rozruszać 20 tysięczną widownię? 20 tysięczną, bo koncert odbył się w ogromnej „London's O2 Arena” w lipcu ub. roku.
I tu pierwsze – największe – zaskoczenie, bo Pan Leonard (z pomocą Roscoe Beck’a – dyrektora muzycznego) poszedł…. „w muzykę”. Zebrał duży (25 osób!), niesamowity wprost zespół (genialny Javier Mas na instrumentach strunowych i rewelacyjny chórek - a w nim Sharon Robinson i Charley Webb) i wybierając najlepsze kawałki ze swojego, przeogromnego, repertuaru, stworzył święto GRANIA, ŚPIEWANIA i TAŃCZENIA, Tańczenia, bo nie umiem sobie wyobrazić, żeby się można było oprzeć przed kołysaniem biodrami a nawet (jeśli tylko byłoby trochę miejsca) przed porwaniem jakiejś dziewczyny do prawdziwego tańca. Cohen napełnił „O2” takim dźwiękiem, lekkością i uczuciem, że tylko pozazdrościć. Nikt się nie poci i nie wysila a muzyka brzmi wprost fenomenalnie.
Drugim zaskoczeniem jest sam Cohen. Mimo nieco wyblakłego (piękne angielskie „weathered”) już głosu, w świetnej formie, sympatyczny, dowcipny i skromny oraz - takie odniosłem wrażenie – troszkę rozemocjonowany, jakby zaskoczony niesamowicie gorącym, entuzjastycznym wręcz przyjęciem.
To plus świetna, ciepło i owacyjnie reagująca publiczność oraz perfekcyjny montaż (nic nikogo nie zagłusza, wszystko słychać w detalach) z doskonale zaakcentowanym głosem Cohen’a (trudne, bo Cohen momentami śpiewa prawie szeptem) dało REWELACYJNĄ, PORYWAJĄCĄ wprost płytę. Porywającą muzykalnością, frenetycznym nastrojem i tanecznością. Wiem, powtarzam się, ale wierzcie lub nie – cały ponad 2 godzinny koncert da się przetańczyć. Proszę słuchać, podziwiać i wielbić mistrza. Nie wiem wprawdzie, co powiedzą na to ortodoksyjni fani „piosenki autorskiej”, ale dla mnie – ten nieomal „stadionowy” Cohen – to bomba! Nie mogę uwierzyć.

Jeszcze przed wyjazdem do Grudziądza, w środę, byliśmy na kameralnym koncercie w Bugsys’. Kameralnym, oznacza atmosferę (mała sala, tylko dwóch muzyków), nie muzykę, bo – jak wiadomo – Pan Leszek jest znanym gitarzystą rockowym, takim prawdziwym, od stratocaster’a. Czytając plakaty bardzo się zdziwiłem a nawet zaniepokoiłem, bo wyraźnie napisane było: „acoustic gitar duo”. „Acoustic”? Leszek Cichoński?
Tu – jak zwykle w Bugsy’s – zostałem zaskoczony i – jak zwykle w Bugsy’s – pozytywnie. Pan Greene jest amerykańskim bluesmanem o kapitalnym ciepłym głosie, świetnie grającym na gitarze a choć zadaniem miał trudne, bo „robił” w zasadzie za orkiestrę, wywiązał się z niego znakomicie. Z kolei Pan Cichoński funkcjonował w tym duecie jako frontman i – nieszczególnie przejmując się, że faktycznie ma rękach akustyczną gitarę – proponował takie unisona na 15-tym progu (symbol, były i inne), że … ręce same się rwały do oklasków.
„Blues to zawsze blues jest, nigdy nie zawiedzie”, każdy niby o tym wie, ale to, czy proste, nieskomplikowane motywy porywają czy nie, zależy wyłącznie od wykonawców i … od atmosfery na sali. Muzycy byli w doskonałej formie, publiczność – już po pierwszych dwóch piosenkach – rozgrzana do czerwoności i to tak, że – jak w jazzie – biła brawa po każdej solówce czy bardziej emocjonującym fragmencie. Wprost super.
Tak się tym wszystkim podnieciłem, że w przerwie udałem się do artystów i … wykupiłem wszystkie dostępne „materiały audio i wideo”, z czym mocno przesadziłem, bo po powrocie do stolika okazało się, że … nie mamy już czym zapłacić za zamówione (i prawie wypite) piwo. Myślałem, że Marysia zemdleje. Na szczęście uratował nas Pan Makuchowski (właściciel Bugsy’s), do którego poszedłem (w końcu ta ja byłem winny) po pomoc i w efekcie … pożyczył nam 20zł.
Artyści też się tym (atmosferą, nie naszym brakiem pieniędzy) podniecili i doszło do tego, że … dopuścili do koncertu życzeń. Jak myślicie, co „zażyczyła” sobie publiczność? Oczywiście „Hey Joe” i choć muzycy zaręczali, że jeszcze NIGDY tego razem nie grali – wyszło świetnie i sala wprost szalała z zachwytu. Świetny, niebanalny, wciągający koncert. Dlaczego nie 5 gwiazdek? No … w końcu wieczór w Bugsy’s aż tak udany nie był, bo zabrakło nam 20zł.
Właśnie ukazała się najnowsza płyta Macieja Maleńczuka z zespołem „Psychodanicing”. Ponieważ Pan Maciej jest ulubionym artystą MUK Marysi, nie mogłem jej (płyty!) zignorować. Jest to dwupłytowy album nagrany na dwóch, co najmniej, koncertach. Pierwszym raczej rokowym i drugim typu „Sopot” (gdzie „kiczują” smyczki), co nawet mnie zaciekawiło, bo teraz z napięciem, ale bez przesady, oczekuję następnych płyt i zadaję sobie pytanie jak daleko – w parodii kiczu – posunie się jeszcze Pan Maciek.
Bo cały projekt („Psychodancing” [2008], „Psychodancing Vol. 2” [2000] + Psychodancing Live[2010]) jest jedną wielką apoteozą kiczu – przy czym w wydaniu żylastego Maleńczuka, posiadacza prawdziwie męskiego głosu i charakterystycznego kpiącego uśmieszku – jakoś mnie to specjalnie nie razi.
Tu dygresja. Ostatnią pozycją na ubiegłorocznej płycie „Psychodancing Vol. 2” jest wiązanka (medley), w której Pan Maleńczuk „poszedł po bandzie” i zdradził co (niby) mu się z prawdziwym dancingiem kojarzy. Jak na razie tak daleko się, na szczęście, nie posunął, ale … niechcący zadał świetną zagadkę.
Maciej Maleńczuk – Medley
Od czasu do czasu, ale bez przesady, dostaję z Rio (od Mariany, bo Wojtek się takimi „sprawami” nie zajmuje) wiadomości muzyczne. Są to raczej ciekawostki, bo w większości dotyczą interesującej, ciepłej, ale – jak dla mnie – muzyki „etnicznej”. Niemniej …
Jakiś czas temu Mariana przysłała mi klip z występów znanego brazylijskiego gitarzysty Caetano Veloso z młodą dziewczyną – właśnie Marią Gadu. O ile nieco przesłodzony Caetano jakoś specjalnie mnie nie zainteresował, to Maria – zdecydowanie bardziej. Odniosłem wrażenie, że partner świadomie ją „przytłacza” (czego, jak każdy w głębi duszy anarchista, nie lubię), zacząłem więc drążyć i tak trafiłem na jej debiutancką płytę. Ależ mnie zaskoczyła!
Muzyka z końca świata? I tak i nie. Bo Brazylijka Maria Gadu jest tak samo z końca świata jak Jack Johnson (w końcu z Hawajów), czyli muzycznie wcale nie.
Jest to lekka muzyka z rodzaju singer-songwriter, czyli coś, co tygrysy dość lubią, pełna przy tym temperamentu, różnorodna i bardzo dojrzała. Pani Maria – muzyczny „naturszczyk” kształcony głównie w barach Sao Paulo nieźle gra na gitarze i spokojnie zaśpiewa coś tylko przy jej akompaniamencie, ale … wcale nie boi się instrumentów i większość utworów na płycie ma mocno rozbudowane aranżacje. Najchętniej (i nie całkiem bez sensu – posłuchajcie „Laranja”) porównałbym Gadu do Pana Jacka, ale … się nie da. Bo?
Pan Jacek od pierwszej płyty miał swój charakterystyczny „styl”. Może się podobać lub nie, ale miał. Natomiast Gadu ma ich dużo. Podejrzewam, że jest bardzo osłuchana i wiele różnych „brzmień” ją inspiruje. Powoduje to, że Gadu nie sposób do „czegoś” zaliczyć. Niby wcale nie walczy, z tym, że jej kompozycje klasyfikuje się jako MPB (Musica Popular Brasileira) – w końcu to nie jest żaden ambitny „projekt”, tylko płyta do słuchania – ale i tak jakieś bardzo brazylijskie to nie jest. Tak mi się wydaje.
Co do jednego nie mam wątpliwości. Głos! Nie wiem czy to jest ten „angel voice”, o którym śpiewa Cohen (wiem – nie jest), ale robi wrażenie. Płytę serdecznie polecam, bo melodyjne, świetnie brzmiące piosenki Gadu na pewno Was nie znudzą a z pewnością rozgrzeją i … rozkołyszą.
Na fali wspomnień zamówiłem, a właśnie dostałem płyty NBK i Jacka Cygana („Cienie”). „Nasza Basia Kochana i Przyjaciele” nagrana została w 1993 roku na koncercie z okazji imienin Jurka Filara i zawiera – widocznie nie było ich tak wiele – większość znanych piosenek spółki Filar-Cygan plus kilka piosenek „przyjaciół”.
Niestety niewiele mnie na płycie zaskoczyło a liczyłem (słabo) na to, że po upływie lat (prawie 15-cie od pierwszej płyty) Pan Jurek otrzeźwieje i … może da spokój festiwalowym smyczkom i chórkom typu „Ali Babki”.
Bo już piosenki na pierwszej płycie NBK – moim zdaniem – skutecznie spłyca zespół Krzesimira Dębskiego (rozumiem – kolega Jacka Cygana) dręcząc smyczkami, co moim zdaniem w ogóle nie pasuje do „Snu znalezionego w lesie” czy „Samby sikoreczki”. Stresują też nużąco-agresywne chórki z „tarataaa” i „uauaaa” – ale dobra, są lata 70-te i taki styl na „estradzie” razi mało. Zresztą chórki nadawały NBK charakterystyczne brzmienie i może bez nich byłoby mniej fajnie (na pewno)?
Natomiast w 1993 roku? Smyczków nie mniej, lecz więcej a chórki („Za szybą”!) działają na nerwy bardziej. Rozumiem, że taki np. „Nasz Modigliani” (np.) może być równie dobrze „ogniskowy” jak i „estradowy”, ale mam wrażenie, że na „estradowo” (profesjonalnie) to jest dość marne a na „ogniskowo” (amatorsko) bardzo mocno przesadzone z instrumentami i aranżacjami.
Szkoda, bo Pan Filar głos ma świetny i ma (miał) talent do melodii. Skąd inąd wiem, że na (wielu) koncertach gra w minimalistycznych składach i dziwię się, dlaczego – nagrywając – kusi go „festiwalowy dzwon”. A Pan Cygan ostrzegał przecież wyraźnie:
„Może miał talent, ale to jeszcze nie powód,
żeby ubierać się nieprzyzwoicie. ” [Nasz Modigliani]
Uważam, niestety, że „Nasza Basia Kochana i Przyjaciele” to całkiem udane i z talentem napisane piosenki, ale … nieprzyzwoicie ubrane. Podejrzewam (złośliwie), że Panowie śpiewając:
„Życie jest darem od nielicznych dla wielu
od tych, którzy wiedzą i mają
dla tych, którzy nie wiedzą i nie mają.” [Nasz Modigliani]
mają na myśli, że to oni wiedzą, a ja nie, ale … chyba trochę przesadzili. A może źle odczytałem przekaz? Może inni widzą w tym, co ja odbieram za słabość, coś wyjątkowego?
Mimo wszystko, jak bym na „Naszą Basię” nie narzekał, płytę serdecznie polecam, bo nie wszystko jest „ubrane nieprzyzwoicie” a ogólne wrażenie ratują „przyjaciele”. Poza tym – hurra! – dowiedziałem się, że „Idę” (…tam, gdzie serca biją równiej) też jest autorstwa Filara (czego nie wiedziałem) a dodatkowo piosenka ta wykonana jest „jak należy”, czyli brutalnie, bez zbędnych udziwnień czy aranżacji i z pewnością przypomni Wam (mnie przypomniała) Wiewióra i wieczory w Chatce AKT.
Na płycie jest także ciekawostka. „Dźwięk” w wykonaniu Eli Adamiak a zaraz potem „Piosenka z niekończącej się drogi” w wykonaniu Jurka Filara. Jeśli miał to być konkurs, to był fair, bo w obu przypadkach przeszkadzają jakieś elektroniczne fifulki (W 1993 roku? Kto wtedy fascynował się jeszcze popiskiwaniem na klawiaturze?). Wygrał Filar.

Po raz pierwszy płytę usłyszałem w radiowej „Trójce”, gdzie Pan prezenter uznał ją za „fantastyczną” i choć zachwytu sam w pełni nie podzielam, spokojnie mogę ją Wam polecić na długie jesienne wieczory. Nie epatując porównaniami duetu śpiewających artystów z czymś tam (najbardziej „poetycki” to King-Kong and Bambi), mogę zapewnić przestraszone panie, że nie odnajdziecie na płycie śladu „screemer’a” Planta – bowiem atmosferę i brzmienie zdecydowanie nadaje jej Alison Krauss, bluegeass’owa (skrzypki, banjo, gitary slide i dobro) gwiazda o anielskim głosie.
Co skusiło Planta do udziału w tym projekcie, nie wiem, ale wyszło bardzo ładnie – dużo ładnych, melodyjnych piosenek i kapitalna instrumentacja. Kapitalna, bo nie tylko nie nadużyto folkowych instrumentów, ale nadzwyczaj zgrabnie podgrywają na niej gitarki w stylu … Billa Frisella.
Teraz już wiecie czemu płyta tak szybko mi się spodobała – po wysłuchaniu fragmentów w „Trójce” byłem pewien, że TO MUSI być Bill. Miałem ku temu rzeczowe podstawy, bo Pani Alison jest siostrą basisty Viktora Krauss'a, który ... wydał 2 (całkiem niezłe) płyty z Bill'em Frisell'em. Na płycie "Far from Enough" Viktora, pani Alison śpiewa przepiękną balladę "Big Log". Tak, ten "Big Log", który w Led Zeppelin śpiewał Robert Plant. Ach, jak ładnie mi się to wszystko układało...
Niestety, tym razem ksiądz proboszcz się c.. ale był bardzo blisko. Na płycie grają bowiem (m.in.): Greg Leisz (był na koncercie w Katowicach razem z Billem Frisellem) oraz Marc Ribot (bardzo „frisell’owa” ręka).
Najnowszą płytę Pana Toma mam już od dawna (niespodziewany prezent mikołajkowy - niniejszym składam pokłony darczyńcom), ale ponieważ nie jest to ani album „christmasowy” ani jakiś lekki „kawowy” (robię kawę i do wypicia nastawiam muzykę) musiał trochę poczekać na odpowiedni moment.
„Glitter and Doom” to świetnie zmontowana składanka z wielu różnych koncertów Waitsa w USA i Europie. Składa się z dwóch płyt – pierwsza z muzyką, druga z „gadkami”, czyli grobowo – dowcipnymi opowieściami Pana Waitsa, które uwielbia on wplatać w występy. Gadek niestety nie umiem ocenić, ale muzykę owszem i „Glitter…” uważam za jeden z lepszych albumów Waitsa od wielu lat. Jasne, że nie mam jakiegoś kompletnego przeglądu, ale z tego, co ostatnio słyszałem w jego wykonaniu, „Glitter…” podoba mi się najbardziej. Pisałem już, że żałuję (nieodwracalnego chyba) odejścia Pana Toma od wyraźnej stylistyki jazzowej, w której go uwielbiałem, ale … to tylko taki (mój) kaprys. Tym bardziej, że kawałki „z saksofonem” (niekoniecznie jazzowe) na płycie też są.
Informuje więc, że już starszy pan, który omawianą płytę wydał (?) na swoje 60-te urodzinki nie tylko nie spuszcza z tonu, ale i trzyma niesamowity poziom. Niespuszczanie z tonu oznacza, że za nic nie „mięknie” a nawet „twardnieje”. Jeden przykład – walczyk „Falling Down”, już w oryginalnie (z płyty „Big Time”) demoniczny i drapieżny, w nagraniu z Paryża jest naprawdę mocny – oj! – mocny. Podejrzewam nawet, że Pan Tom (z jakiegoś nieznanego mi powodu) postanowił … parodiować samego siebie. Bo jak – łatwo – sparodiować Waitsa? Zacharczeć i chrząknąć! Więc Pan Tom charczy ile wlezie – wiem, że nie brzmi to dobrze – ale za to jak barwnie! Prawdziwie demonicznie, np. w „Goin' Out West”, ale także nieomal zmysłowo, np. w „Green Grass”. Efekt trochę mnie zaskoczył i odnoszę wrażenie, że na skutek takiego przerysowania Pan Tom jest, w rzeczywistości, mniej upiorny niż się na pierwszy rzut oka (ucha) wydaje. Albo – jak ten Shrek – w ogóle nie jest upiorny, tylko straszy na niby, jakby uroczym być się chciało, ale nie wypada.
Natomiast trzymanie poziomu oznacza, że – jak zwykle – jest niebanalnie, frapująco, dość różnorodnie i jeśli nawet Waits sięga do starych utworów, to pomysłowo je „przerabia” (także instrumentacyjnie). Taki np. „I'll Shoot the Moon” z płyty „The Black Rider” jest w oryginale prawie zwiewnym kawałkiem (akordeonik i smyczki), natomiast ten z koncertu w Paryżu to zjadliwa, knajpiana wersja z ostrym saksofonem i trąbami.
„Płynie” to wszystko świetnie, jest doskonale zespolone – nagrania pochodzą z różnych koncertów a nie daje się zauważyć różnic w brzmieniu czy głośności poszczególnych utworów – i tak sobie myślę, czy nie jest jeden z lepszych albumów do polecenia tym, którzy niespecjalnie za Waitsem przepadają. Jest bowiem pełen, po prostu fajnych piosenek. Dla tych zaś, którzy Pana Toma lubią (czy też jak ja – podziwiają) to lektura obowiązkowa. Serdecznie polecam.

Nieco późno, ale za to uprzejmie, donoszę o pojawieniu się najnowszej składanki Toma Waits’a o pokrętnym tytule „Sieroty: rozrabiaki, beksy i skurczybyki” (??). Termin „składanka” jest mylący, bo jak na składankę na płycie zbyt wiele nowych utworów, przynajmniej niepublikowanych, ale tytuł pasuje - agresywnie, smutno, ponuro i mrocznie tęskno.
Jeśli ktoś lubi Pana Toma ostrzegam, że box (3CD+książeczka) jest makabrycznie drogi, ale jak Pan Tom coś wyda, to szum w mediach jest co najmniej taki jak przy nowej płycie Dylana, czyli święto i poruszenie. Może więc jest to i uzasadnienie dla tak zaporowej ceny – w Merlinie zestaw kosztuje bowiem 130zł (gigant.pl – 120zł). Ciekawe tylko jak z 32$ (88zł) w Amazon.com czy 27Euro (102zł) w Amazon.de zrobiło się 130 zł w Merlinie?
Jestem fanem Waits’a (nie jestem jednak fanem bezkrytycznym) i mam sporo jego płyt, ale niewiele z 56 piosenek w zestawie mnie istotnie zaciekawiło. Nie podzielam entuzjastycznych recenzji płyty. Bo? Bo nie umiem doszukać się jakiegoś głębszego sensu w tym projekcie a słuchając miałem nieodparte wrażenie bałaganu i przypadkowości. Ani to „gruba kreska” ani „otwarcie” i albo słuchałem nieuważnie, albo – skoro to „sieroty” - bałagan musi być? Pan Waits nie należy do artystów „uczesanych” więc pomysł, żeby uporządkować 3 płyty trzema podtytułami i tak należy uznać za genialny: Browlers – ostre i knajpiane, Bawlers – ballady i lamenty, Bastards – udziwnione i eksperymenty. Na wszelki wypadek, prowokacyjnie – może ktoś zaprotestuje, dałem 3 gwiazdki, bo płyta wydaje mi się nieco „z sufitu wzięta”. Wprawdzie – to przyznaję bez zastrzeżeń – Pan Tom jest w świetnej formie i jak na razie nic mu się nie wypala (a ma 58 lat!), fanom płyty jednak nie polecam, bo nie usłyszą na niej ani nic innego ani nowego a dla nowicjuszy, którzy chcieliby poznać Toma Waits’a, chyba znalazłbym kilka lepszych płyt.
Czepiam się, ale Tom Waits nie jest byle kim i wymagania wobec niego powinny być szczególne. Na pierwszej płycie – Browlers - bardzo spodobały mi się rockowe „Lowdown” i pijackie „Rains On Me”, cała druga – Bawlers – jest wprawdzie bez faworytów lecz zupełnie OK., za to obie są po prostu przydługie. Wziąwszy pod uwagę, że trzecią – Bastards – (przynajmniej na razie) prawie pominąłem w słuchaniu – mam wrażenie, że gdyby te 3 płyty trochę wymieszać i zrobić z nich jedną, byłby to GENIALNY album.

Z przyjemnością informuję, że „świat” oszalał na punkcie młodej francuskiej wokalistki ZAZ (Isabelle Geffroy). Szczerze mówiąc nie jestem aż tak pewien dlaczego, ale trochę się oczywiście się domyślam. „Świat” (np. nasza Justynka) jest już mocno zmęczony ciepło-kluchowatymi czy z drugiej strony hałaśliwymi, niby-progresywnymi projektami, w których zdecydowanie jednej rzeczy brakuje. Czegoś, co pozwoliłoby odróżnić jedną piosenkę od drugiej a nawet jeden „bardzo dobry” głos od drugiego.
O ile muzyka ZAZ – w stylu trudnym do określenia, za to mocno francuskim (!) – nie jest tym, co mogłoby mnie osobiście wciągnąć, muszę przyznać, że coś bezlitośnie wyróżniającego się w tym jest a głos Pani ZAZ…no. To już drugi, po Madeleine Peyroux, „zachrypnięty” wokal z Paryskiej ulicy (Dosłownie. Obie zaczynały na ulicy a skończyły w „Olimpii”) przy czym o ile Pani Madeleine jest dziś już raczej typu „lady” i trochę przynudza, Isabelle jest jeszcze typu „chrakterek”, więc intryguje i przyciąga. ZAZ ma repertuar, jak to w Paryżu, łatwy i raczej melodyczny, aranżacje proste a teksty, jak „treny” Jacka Johnsona, gęste są od słów. Ciekawe, że nawet jeśli Pani śpiewa wyłącznie w towarzystwie gitary, ciepłych kluch jakoś brak. Najprawdopodobniej z powodu głosu, bowiem głos Pani ZAZ (i ona sama) promieniuje taką niesamowitą energią, świeżością i spontanicznością, że aż miło słuchać. Tym bardziej miło, że nie jest to „festiwalowy dzwon” i smyczków (prawie) nie słyszałem. Moim zdaniem, na razie Pani Isabelle szuka swojej poetyki i to nawet słychać na pierwszej płycie, na której brzmienie ZAZ mocno „ulepszono” w porównaniu z charakterystycznym dla niej ulicznym minimalizmem. Dodano np. podejrzanie dużo instrumentów i chyba bardziej mi się podobało trio z basem i gitarą (szczęśliwie takie kawałki też są), choć przyznaję, że jazzujące „Dans Ma Rue” – z płyty – brzmi świetnie.
| Dans Ma Rue |