Temat „wyszedł” – choć nie bezpośrednio – od naszego przyjaciela Kazika z Berlina. Kilka dni temu Monika z kolegami była na koncercie Radiohead w Berlinie i ni stąd ni z owąd pojawił się temat „gdzie śpimy po koncercie”. Na wieść, że „ … trudno, jak nic nie znajdziemy, to wrócimy”, zimny dreszcz przeszedł mi po plecach i nie pozostało mi nic innego jak poprosić Kazika o pomoc. Spisał się świetnie i w ciągu kilku godzin (dosłownie!) załatwił miejsce, gdzie przygarnięto MUC Monikę i jej towarzystwo. Niniejszym serdecznie dziękuję i pozdrawiam.
Przy okazji rozmawiałem z Kazikiem chwilę przez telefon (m.in. oczywiście o muzyce) i zwierzyłem mu się, że coś ostatnio na nic ciekawego nie mogę trafić. Na to Kazik powiedział (cytuję z pamięci) „ ... a po co ci coś nowego? Mało to starych, świetnych płyt jest do słuchania?”. Chwilę pomyślałem, … kurcze – chłopak ma rację. Mam dziesiątki „wielkich” płyt, których w ogóle nie słucham, i to tylko z tego powodu, że są z zamierzchłych czasów. Słusznie?
Niesłusznie! Postanowiłem więc, że wbrew całemu światu, pędzącemu wciąż do przodu popędzę nieco do tyłu, poszukam w pamięci i wytypuję 10 płyt, które wstrząsnęły światem. Wybór miał być całkowicie nieobiektywny, ale postanowiłem, że:
„Ocywiście” pojawił się „mały” kłopot. Kiedy już wstępnie wybrałem listę i policzyłem … Dobra, zacząłem wyrzucać … Znowu policzyłem - no nie, nie dam rady … Jestem za stary i chyba sentymentalny, bo tego, co mną „wstrząsało” jest zdecydowanie za dużo! Na szczęście „małpa nie cielę” i sobie poradziła. Podzieliłem wszystkie „wstrząsy” na wstrząsy młodości, wieku średniego oraz dojrzałości. Stwierdziłem też, że w wieku dojrzałym albo słucham więcej i łatwiej mną wstrząsnąć, albo byle co mną wstrząsa, bo do ostatnich wstrząsów musiałem zaliczyć więcej niż 10 płyt.
Postanowiłem tez, że dla wzmocnienia efektu (napięcie, ciekawość) będę umieszczał płyty po jednej. Ha!

Były to najlepsze czasy rocka a ponieważ miałem ze 20 lat, trudno, żebym słuchał czegoś innego. Nagrywało się wtedy wszystko z radia (miałem DSTL 202) na taśmy i słuchało za pomocą „szafy grającej” ZK-140. Niemniej muzyka ta pochodziła z płyt, z których kilka do dziś wyraźnie pamiętam. Od tego czasu minęło wystarczająco dużo czasu, żeby móc ocenić moc „wstrząsu”, więc zarówno wybór, jak i klasyfikacja były względnie łatwe.
Do dziś pamiętam ten jesienny wieczór w „Trójce”, kiedy Piotr Kaczkowski prezentował płytę „Ciemna strona księżyca”. Płytę wspaniałą, dopieszczoną pod każdym względem, ważną. Niemniej … „Ciemna strona”, choć wielka, nie uczyniła mnie fanem Pink Floyd. Z tego też powodu, jako wstrząs i do słuchania, zaproponowałem bajecznie zrealizowany album koncertowy „Delicate Sound of Thunder”, na którym usłyszycie „żywe dźwięki” z „Ciemnej strony” („Time”, „Us and Them”, „Money”) genialne „Shine On You Crazy Diamond” i moje ulubione wykonanie „Wish You Were Here”. W tym ostatnim grają 2 gitary akustyczne, ale tak, że .. Nie umiem tego opisać, ale słychać, jakby w pewnych momentach dwaj gitarzyści grali nuty w takcie na przemian. Najpierw lewa, potem 2 razy prawa i wreszcie lewa. Nie mam pojęcia, jak to można wyćwiczyć, ale kiedy tego słucham, dreszcz przechodzi mi po plecach. Zarówno „Ciemna strona” – w młodości, jak i zacznie późniejsza „Sound of Thunder” zwróciły mą uwagę na Pink Floyd. Piękna, niebanalna muzyka do słuchania dla każdego i przy każdej okazji.
„…W domu, znowu w domu
Lubię tu być, kiedy tylko mogę
Gdy do domu wracam zziębnięty, zmęczony
Dobrze jest kości ogrzać przy kominku
Daleko, za łąkami Słychać bicie dzwonu
Co wieczornych nawołuje do modlitwy.
Do wysłuchania cicho szeptanych magicznych zaklęć” (fragment „Time” w tłum. Tomasza Beksińskiego)
Dla mnie samego jest to pewna niespodzianka (że tak wysoko wyszło), nie da się jednak zaprzeczyć, że zarówno zespół „Ten Years After” oraz jego „szybkoręki” gitarzysta Alvin Lee byli – przynajmniej przez jakiś czas – moimi znaczącymi ulubieńcami. Dziś, z perspektywy „starszego” już nastolatka, niewiele z tej fascynacji pozostało, ale … „A Space In Time” jest nadal zupełnie OK.
Alvina Lee, jak każdy, usłyszałem po raz pierwszy w legendarnym nagraniu „I'm Going Home” z Woodstock i ono pasowało gitarzystę „Ten Years After” na szalonego hippisa diabelsko sprawnego w przebieraniu po strunach, specjalistę od długaśnych, ekstatycznych solówek a opinie tą potwierdziły i utrwaliły „50 000 Beneath My Brain” i boskie „Love Like a Man” z doskonałej płyty „Cricklewood Green”. I kiedy wydawało mi się, że „wszystko już wiem”, nagle niespodzianka – „A Space In Time”. Płyta zdecydowanie inna, niehałaśliwa, bez szaleńczych nastrojów, bardziej „popowa” niż wszystkie inne płyty TYA, ze sporą dawką akustycznych gitarowych riffów (Alvin, co z tabą??). No i z BAJECZNYM, REWELACYJNYM „I'd Love to Change the World”. To jest, w moim skarbczyku muzycznym, coś na kształt „Little Wing” Hendrix’a, tyle tylko, że bardziej dopracowane (fakt!) i brzmi lepiej. Krótki (3:44), treściwy, z typowymi dla Alvina popisami, ale stonowanymi i lekko w tle (Alvin, co z tobą??). Następne „Over the Hill” jeszcze bardziej nietypowe, ze smyczkami jak u późnych Beatlesów. Świetna muzyka, piękne, bogate brzmienie, najlepszy Alvin, jakiego znam i w ogóle jeden z lepszych rockowych (nie-progresywnych i nie-koncepcyjnych) albumów. Serdecznie polecam.
Film „Kabaret” widziałem w kinie w czasach, kiedy do kina chodziłem często, nie aż tak znowu często, żeby „Kabaret” oglądać aż 5 razy (w kinie!). A jednak. Spowodował to raczej jakiś zbieg okoliczności (np. na maratonie z „Absolwentem”, którego nie widziałem, był „Kabaret”, który chętnie zobaczyłem jeszcze raz.) niż premedytacja, ale i film i muzykę z niego zapamiętałem doskonale. Po wielu latach (79-80) trafiłem na płytę ze ścieżką dźwiękową z filmu. Na „kołowym” sylwestrze, „Kocio” (przewodnik o takim pseudonimie) już dobrze po północy (i nieźle wstawiony) puścił tę płytę na cały regulator i … nie ma mocnych. Przy „Tomorrow Belongs to Me” wszyscy wstawali i pozdrawiali wyimaginowanego „wodza” w uniesieniu. To – mimo sylwestra – raczej obciach i nie ma się czym chwalić, ale sugeruje jaką nieprawdopodobną siłę ma ta muzyka (i słowa!). Wtedy, po raz pierwszy, bo dziś sprawdziłem to już na wielu filmach, zdałem sobie sprawę jak mocno, może nawet mocniej niż obraz, przemawia do nas dźwięk.
W filmie, niesamowity cherubinek Oliver Collignon – jako młody nazista - śpiewa (głosem Pana Marka Lambert’a, aktora, który śpiewał także w „Kabarecie” wystawianym na Broadway’u):
…
The babe in his cradle is closing his eyes
The blossom embraces the bee
But soon says the whisper, arise, arise
Tomorrow belongs to me
Now Fatherland, Fatherland, show us the sign
Your children have waited to see
The morning will come
When the world is mine
Tomorrow belongs to me
Tomorrow belongs to me
Tomorrow belongs to me
Tomorrow belongs to me
Ta ostatnia zwrotka, powtarzana coraz głośniej i głośniej, ze 3 razy, przy coraz hałaśliwszym akompaniamencie trąb, werbli i śpiewana przez coraz większą liczbę głosów to jedna z najbardziej przejmujących scen w filmie (i piosenek na płycie). Jak z tych „dzieciątek w kołysce” i „pszczółek” może wypływać groza i przerażenie? Nie wiem, ale wypływa!
Jasne, że ścieżka dźwiękowa z „Kabaretu” bez – dziś już nieco zamglonych, zatartych w pamięci – obrazów z filmu nie brzmi już tak samo, ale nieprawdopodobnych „Mein Herr”, „Money, Money”, „Maybe This Time” czy tytułowego „Kabaretu” - w wykonaniu Lizy Minelli i boskiego Joel’a Grey’a - z przyjemnością można zawsze posłuchać. To w dziedzinie klasycznej piosenki kabaretowej najwyższa półka światowa. A wiem, co mówię, bo mam także te piosenki w wersji „Broadway Cast” i … nie czepiam się, ale jest to zupełnie inna bajka. To zasługa aranżacji i wykonawców, z których co najmniej jeden - Joel Grey – był w filmie w życiowej formie i w parze z Lizą stworzył duet wszechczasów. Bob Foss świetnie to „skręcił”, Maciej Zembaty ( i Wojciech Mann?) kapitalnie przetłumaczył teksty piosenek i … mieliśmy do oglądania w latach 70-tych film genialny. Tak genialny, że nawet na obozie naukowym w Nowym Sączu (1978), kiedy oglądałem „Kabaret” po raz piąty, usta miałem rozdziawione z wrażenia. A ponieważ jest to w końcu film muzyczny, to muzyka z „Kabaretu”, mająca niemały udział w tej genialności, tak mną wstrząsnęła, że pamiętam ją - „Ladies und Gentlemen” - do dziś.
O zespole „Led Zeppelin”, dawno niesłuchanym, przypomniałem sobie przy okazji wydanej kilka lat temu składanki „How the West Was Won”. Dwupłytowy album jest kompilacją starych, niepublikowanych nagrań zespołu dokonanych w czasie koncertów w Stanach i jest to majstersztyk cyfrowej obróbki dźwięku, czyszczenia (usuwania szumów) i montażu. Jak można nagrania sprzed ponad 35 lat doprowadzić do takiej doskonałości, nie wiem, ale w związku z tym naprawdę warto ich posłuchać.
Do rzeczy. Oczywiście, że nie ta płyta „How the West Was Won” wstrząsnęła mną w młodości. Piosenkę „Whole Lotta Love” (z „Led Zeppelin II”) usłyszałem po raz pierwszy w pierwszej klasie technikum, ale nie wiedziałem jeszcze nawet, kto to gra. Widocznie braki nadrabiałem wtedy szybko, bo płytę „Led Zeppelin IV” już pamiętam, a że jest to płyta z przebojem przebojów, balladą ballad i riffem riffów – to jej już nigdy nie zapomnę.
Chętnie napisałbym coś o „Stairway to Heaven” (bo to jest tym czymś), ale poddaję się - nie mam śmiałości wypowiadać się na temat takiego „zjawiska”. W Wikipedii znalazłem, że „W Topie Wszech Czasów Programu III Polskiego Radia utwór zawsze zajmuje miejsce w pierwszej trójce, w tym pięć razy znalazł się na szczycie zestawienia (1994, 1995, 1997, 1998 i 2007)”. Dodam tylko, że nuty (!) do „Schodów” sprzedają się do dziś i to w tempie ok. 15tys rocznie.
Prócz legendarnych „Schodów”, szanownej uwadze Państwa polecam, pierwszy na płycie, „Black Dog” z przecudnej urody – nie wiem jak to nazwać - „synkopowanym bębnem” (w rocku?). Bohnam na perkusji i Page na gitarze w niektórych fragmentach grają „nie w fazie” schodząc się przepięknie, kiedy słuchający już, już był pewien, że się … no kurcze, pomylili. Świetne. Potem czadowy „Rock and Roll” i (ze „Schodami w środku”) końcowe, nieomal romantyczne - „Going to California” oraz „When the Levee Breaks” z wyraźnymi, mocnymi bębnami i harmonijką Plant’a w tle. Rewelacyjna, różnorodna i niebanalna, choć nieco głośna i „monumentalna” muzyka. Bardzo zachęcam do posłuchania, bo - jak mnie – z pewnością ujmie (czy też porazi) Was pomysłowość i mistrzowskie wykonawstwo (Uwaga! Gra tylko trzech!).
P.S. Uprzedzając - słuszne skądinąd – uwagi Mirka .. „dlaczego tylko ten album”, informuję, iż wiem, że wszystkie 6 pierwszych płyt Led Zeppelin (1969-1975) to arcydzieła. Jest to najprawdopodobniej zasługa genialnego i bezkompromisowego Jimmy Page’a, który, opierając się jakimkolwiek wpływom i modom, stworzył niedościgniony wzór hard-rockowego gitarzysty a wraz z kolegami – takiegoż (tzn. hard-rockowego) zespołu. Coś jednak, z tego zestawu arcydzieł, po prostu bardziej zapamietałem.
Tak, choć trudno powiedzieć, żeby w latach 70-tych wstrząsnęła mną płyta „Wolnej Grupy Bukowina” muszę ten krążek z początku lat 90-tych zaliczyć do wstrząsów mej młodości, bowiem „WGB” usłyszałem po raz pierwszy w klubie w akademiku („Piast” – ten pierwszy od strony stołówki) gdzieś na pierwszym roku (wiosna 1974). Piosenki ich krążyły w 2-gim (bootlegi na kasetach – był to rarytas) czy nawet 3-cim (śpiewniki – także, choć nieco mniejszy rarytas) obiegu, ale - nawet jeśli było to tylko wybrane „środowisko” - były przez wiele lat niezwykle popularne i aż trudno w to uwierzyć, jak wino „ulepszały” się z czasem. Pod koniec studiów był to już repertuar i obowiązkowy i kultowy. Trudno mi napisać, szczególnie w naszym towarzystwie, coś odkrywczego o „WGB”, Wojtku Bellonie, czy ich piosenkach. Przynajmniej Wojtek jest już dziś „postacią encyklopedyczną”, co - jeśli przypomnę sobie szczegóły ich „kariery” – wydaje się jakieś abstrakcyjne.
Przez wiele lat słyszałem te piosenki tylko w górach (w radiu jeszcze nie) i to z którejś-tam ręki. Sam byłem taką „którąś-tam ręką” popularyzując „Majstra Biedę”, „Mechodziany” („Bez Słów”) czy „Rzekę” na rajdach i obozach. Jak mogłem? Ano byłem młody i bezczelny i wydawało mi się, że wiem (słyszałem) „jak to leci”. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy nabywszy pierwszy egzemplarz „Bukowiny” (Pamiętam do dziś! W hurtowni „Takt” w Rybniku) usłyszałem, że … no kurcze, jednak „tak to leciało”.
A dziś? Teraz właśnie słucham „Nocnej Piosenki o mieście” i w Last.fm wyświetla mi się - Uwaga! 131 653 odsłuchań (utworów WGB) w Last.fm:
W moim programie do katalogowania płyt (Media Monkey - można w nim automatycznie odszukać informacje o płycie w Internecie, ściągnąć okładkę oraz pozostałe dane) mam:
a w „Amazonie” można kupić „Złota Kolekcja (Best Of)” za $10.95 :
„Bukowiny” niestety nie ma - “Amazon” pisze, że „This item has been discontinued by the manufacturer.” - ale za to jest ciekawa recenzja (w języku english oraz po polsku, choć bez ogonków).
Plyta absolutnie kultowa, otoczona rodzajem czci grupa, jej pierwszy i najlepszy album, obawiam sie jednak, ze jest to muzyka i poezja niezrozumiala dla nikogo, kto nie slyszal jej w jej naturalnym srodowisku, gdzies w przerwie wloczegi, posrod ludzi, ktozym nie przejdzie przez mysl pytanie po co im chodzenie po gorach, nie zrozumieja jej ludzie, ktozy w natloku codziennosci nie uciekaja mysla w kraine, gdzie wciaz sie idzie, ale do nikad nie dazy, gdzie jest sie otwarty na przelotne wrazenie, chlonie sie piekno zmyslami, uczuciem i wiara, a naiwnosc ta nie jest karana, jest warunkiem przezycia czegos niezwyklego, o ile nie zmiesza sie tego z rzeczywistaocia, nie skazi bezlitosnym jadem deprywacji i konsumpcji. Nie znajda tam nic dla siebie ludzie, dla ktorych miasto, zwarty tlum, blask cywilizacji i zadza posiadania jest " Droga, prawda, zyciem".
Jest to lektura zupelnie obowiazkowa dlaa tych, co zarazili sie bakcylem szukania wolnosci w gorach, ktozy rozumieja osaczenie w miescie, ale wsrod ludzi, co nie rozumieja tego, to moze sie wydawac banalne i niezrozumiale. Tego typu "chorobe" lapie sie w bezposrednim kontakcie z zarazonymi ludzmi.
Choć nie ze wszystkim się zgadzam, sam bym lepiej tego nie ujął, więc cytuję i serdecznie polecam płytę wszystkim zarażonym. Dodam tylko, że krążków „Bukowina” kupiłem co najmniej 5, z których co najmniej 3 wysłałem za granicę. Wszyscy, a nie mam powodu przypuszczać, że kłamali, mieli łzy w oczach, kiedy płytę przesłuchiwali po raz pierwszy. „W XX lat później”! Jestem pewien, że nawet w najśmielszych snach, Pan Wojtek takiego czegoś by nie wymyślił.
Zespół Emerson, Lake & Palmer był na początku lat 70-tych jedną z bardzo rozpoznawalnych i niezwykle popularnych, „progresywnych supergrup”, tzn. tworzyli go czołowi członkowie innych, wcześniej znanych (i także popularnych) zespołów i to po to, żeby zagrać coś bardzo niebanalnego. Krążyły plotki, że zespół miał się nazywać HELP od „Hendrix, Emerson, Lake & Palmer”, ale projekt ten nie wszedł nawet w fazę prób z powodu przedwczesnej śmierci Hendrix’a. A szkoda, bo brzmienie EL&P, zdominowane agresywnym keyboardami Ketih’a Emersona, nie mogło stać się „moją muzyka”. Pewnie na „keyboard” mam jakiś uraz i mimo, iż w latach 70-tych był on niezwykle „trendy”, jakoś go nie polubiłem. Za to polubiłem, i to bardzo, niesamowity głos wokalisty Greg’a Lake’a.
Płytę „Obrazki z wystawy”, pamiętam akurat bardzo dobrze. Podejrzewam, że trochę z powodów pozamuzycznych. Ogromną zaletą rocka progresywnego, było to, że przez czasem nawet dziwne zainteresowania muzyków, pełnił on ewidentną misję edukacyjną. Nie byłem wtedy jakoś bardzo „niewykształcony” muzycznie a i tak o Modeście Musorgskim dowiedziałem się po raz pierwszy (nie tylko ja) przy okazji płyty „Obrazki z wystawy”. Miałem nawet wrażenie, że ten XIX-wieczny rosyjski kompozytor, autor suity „Obrazki z wystawy”, na kanwie której powstał album, został „odkryty” przez zespół. Przynajmniej dla szerszej widowni.
„Obrazki” są albumem koncertowym nagranym w City Hall w Newcastle i to jest ogromna jego zaleta. Jest bowiem szansa, że przy słuchaniu „udzieli” się Wam atmosfera wydarzenia i nieznośne „wizgi” mooga będą nieco bardziej znośne. A te męczarnie wynagrodzi Wam kilka niezapomnianych wokali Lake’a – w „Promenade2”, „The Sage” czy „The Great Gates of Kiev”.
Jeśli jakimś cudem udałoby się Wam posłuchać płyty King Crimson a po niej EL&P, zrozumiecie, co oznacza powiedzenie „jak niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Piękna, melodyczna, bogata brzmieniowo płyta „Na zamku Karmazynowego Króla” – z chórami, flecikami i długaśnymi utworami - była niewątpliwie „softcore'owym” zwiastunem rocka symfonicznego i jazz fusion, którego „hardcorowym” następcą były „Obrazki z wystawy”. Oba zespoły „łączy” głos Greg’a Lake’a, ale też zainteresowanie – a to już jest autorstwa Roberta Fripp’a, założyciela „King Crimson” - nowymi brzmieniami i poszerzaniem obszaru zainteresowań muzycznych.
Co ciekawe, zespół „King Crimson” nie zdobył nigdy jakiejś wielkiej popularności i nie miał masowej publiczności, za to jego debiutancki album „Na zamku Karmazynowego Króla” jest powszechnie uważany za jeden z ważniejszych w historii rocka i za jeden z najbardziej inspirujących wielu innych wykonawców rockowych a nawet jazzowych w latach 70-tych. Nie można i nie wypada go nie znać! Serdecznie więc polecam – szczególnie ballady „I Talk to the Wind” i “The Court of the Crimson King” z niezapomnianymi wokalami Greg’a Lake’a.
Trzy płyty: “Na zamku Karmazynowego Króla” (1969), “Obrazki z wystawy” (1972) i “Dzwony rurowe” (1973) to kamienie milowe progresywnego- i symfonicznego rocka, ale „Dzwony” wyróżniają się wśród nich (już w 1973!!) dodatkowymi efektami marketingowymi.
Wręcz legendy krążą o nagraniu tej płyty, której Oldfield jest nie tylko jedynym autorem, ale prawie jedynym wykonawcą. Legendy o 16-to ścieżkowym Ampex’ie, na którym po kolei nagrywano instrumenty, o cudach, jakich dokonywano w celu osiągnięcia odpowiednich efektów (np. nagrywanie z inną a odtwarzanie z inną prędkością). Plus okładka inspirowana obrazami belgijskiego surrealisty Rene Magritte’a, ze słynnym żartem z tyłu: „This stereo record cannot be played on old tin boxes no matter what they are fitted with. If you are in possession of such equipment please hand it into the nearest police station.”
W efekcie dało to legendarny, niezapomniany album nawet do dziś, moim zdaniem, robiący wrażenie. Uwielbiam wręcz koniec pierwszej części – z „mistrzem ceremonii”, w której głos Pana Vivian’a Stanshall’a (angielskiego barda i poety) po kolei zapowiada instrumenty włączające się do gry: "Grand piano; reed and pipe organ; glockenspiel; bass guitar; double speed guitar; two slightly distorted guitars; mandolin! Spanish guitar, and introducing acoustic guitar, plus... tubular bells". Przy monotonnym akompaniamencie basów (Ravel !!) każdy z nich „pojawia się” w lewym kanale i wolno „przechodzi” – oczywiście w scenie muzycznej – z lewa na prawo, gdzie grają razem. Trwa to z 8 minut i jak suspens w thrillerze - prowadzi do finałowej ekstazy z dzwonami rurowymi. Dla mnie bomba i ekstaza.
Zespól „Extra Ball” poznałem na (festiwalu?) „Chemikaliach kulturalnych”, które przez kilka lat moich studiów organizowane były na naszym wydziale. Niektóre imprezy, głownie koncerty, w ramach „Chemikaliów” odbywały się w szacownym budynku starej Chemii i nazywały się „Koncertami na schodach”. Dosłownie na schodach - miedzy głównym holem a pierwszym piętrem. Tam po raz pierwszy usłyszałem Pana Jarosława Śmietanę i do dziś – o Boże! Tyle lat! – jestem jego fanem. Na płytę „Go Ahead” trafiłem już trochę później niemniej przez wspomnienie z tego pierwszego spotkania z „Extra Ball”, zaliczam ją do wstrząsów młodości. Na początku zespół tworzyli studenci PWSM w Katowicach i mimo, że działał dość krótko przewinęła się w jego składzie cała plejada polskich jazzmanów.
Zabijcie mnie, ale nie pamiętam czy miałem jej winylową wersję. Raczej nie, bo wtedy płyty z serii „Polish Jazz” był to rarytas, więc „Krakowski festiwal jazzowy” czy boskie „Kocham Cię Anno” znałem najprawdopodobniej z radia (taśmy). Dziś mam reedycję płyty na CD i … wierzcie mi, że brzmi ona całkiem nieźle. Może dlatego, że jest to porządny jazz „głównego nurtu” (wtedy) a Pan Jarosław nie przesadza z gitarą. W efekcie mamy piękną, niebanalną płytę jazzową, którą spokojnie mogę polecić na różne okazje – dla mnie głównie wspomnieniowe, bo mi się nieodłącznie kojarzy z tymi „Chemikaliowymi” schodami.
Tak naprawdę nie wiem, dlaczego trudno było mi ustalić, czy (i która) któraś z płyt Beatlesów wstrząsnęła mną w młodości. Może było to za wcześnie (dla mnie), razem z Beatlesami usłyszałem bowiem i Animals’ów i „Procol Harum” i całą masę innych zespołów. „Za chwilę” Beatlesi przestali już grać a mnie wciągnął zupełnie inny rock. Muzyka Beatlesów była dla mnie trochę jak dźwięk tykającego ściennego zegara. Z jednej strony zawsze „słyszalna”, z drugiej – wiem, że to bardzo niesprawiedliwe - jakoś mało frapująca. Może z wyjątkiem ….
Wiosną 1970 roku wprowadziłem się do internatu Technikum Chemicznego w Gliwicach. Internat znajdował się na zapleczu ul. Chorzowskiej przy ogromnym placu (z ogródkami działkowymi) otoczonym kamienicami. Najwyraźniej na ten plac wychodziły okna mieszkania jakiegoś zakręconego fana Beatlesów, bo – pamiętam jak dziś – całymi dniami słychać było na tym placu „Abbey Road”.
Jak to było możliwe, nie wiem (wystawiał głośniki do okna?), ale nasłuchałem się „Something”, „O! Darling”, „Here Comes the Sun” i innych, jakbym sam miał tę płytę.
Co ciekawe - jakiś znak - na tym moja przygoda z „Abbey Road” się nie skończyła. Jakiś czas temu Zbyszek prosił mnie bym mu doradził jaką płytę ma kupić na prezent dla kolegi. Kolega ten był fanem Beatlesów, więc wszystkie płyty miał, ale wpadł mi w oko wydany pod koniec lat 90-tych album „Anthology 3” z niepublikowanymi nagraniami z sesji, także „Abbey Road”. Dla normalnego człowieka to wydawnictwo będzie raczej niestrawne, ale dla fana? Okazało się, że pomysł był trafiony a kolega tak się tymi dziwami zachwycał, że i mnie się udzieliło. Są to w żaden sposób nieobrabiane taśmy (raczej odnalezione resztki) z sesji nagraniowych – z rozmowami, żartami i oczywiście muzyką. Głównie próby i ćwiczenia. Sporo jest tam utworów z „Abbey Road” w tym bajecznie komiczne wykonanie „O! Darling”, z potwornie fałszującym i „niewyciągającym” McCartney’em. Jak z tego dało się (w końcu) zrobić to, co pamiętamy z płyty – nie mam pojęcia. Nieco obniżono tonację, Paul wypił 3 surowe jajka? Przemiana jest doprawdy fantastyczna.
Oczywiście „Anthology 3” nie polecam – to ciekawostka – ale „Abbey Road” można posłuchać a „O! Darling”, np. na przytulaną prywatkę, jest akurat.
Królami lat 80-tych byli „Dire Straits” oraz „The Police” a nowe płyty ich liderów - Marka Knopflera’a i Stinga – do dziś budzą mą ciekawość, choć – przyznaję się bez bicia – już nie te emocje. Nadal prawie nie miałem płyt i choć adapter już miałem (i wieżę 3016 - taką jak obok!), wciąż podstawowym źródłem informacji o muzyce było radio. Najważniejszymi płytami tych lat są z pewnością:
Kiedy po raz pierwszy (oczywiście w “Trójce”) usłyszałem:
A long time ago came a man on a track
Walking thirty miles with a sack on his back
And he put down his load where he thought it was the best
Made a home in the wilderness … (i tu kurli-szurli na gitarce)
…
Then came the churches, then came the schools
Then came the lawyers, then came the rules
Then came the trains and the trucks with their load
And the dirty old track was the telegraph road
…
No, po prostu szczęka mi opadła. Niemal fizycznie „zobaczyłem” Jeremiasza Johnson’a (czyli Redford’a z filmu z 1972 roku), poczułem powiew wiatru i usłyszałem szum wody. I choć „Telegraph Road” (z której pochodzi cytat) z Jeremiaszem wiele wspólnego nie ma – tak (z wiatrem i wodą – czyli ekologicznie), do dziś, już zostało.
Płyta „Love Over Gold” nie jest ani najpopularniejszą płytą „Dire Strais”, ani nie zawiera największych przebojów zespołu, jest jednak, bez wątpienia, jego najlepszą płytą. Płytą bez słabych punktów, wystarczająco refleksyjną i równocześnie melodyjną, żeby można ją było słuchać zawsze i wszędzie. Poza tym, czyż może być sympatyczniejsze przesłanie niż to z pięknej tytułowej ballady?
…
It takes love over gold
and mind over matter
to do what you do that you must
when the things that you hold
can fall and be shattered
or run through your fingers like dust
…Since you’ve gone I’ve been lost without a trace
I dream at night’ I can only see your face
I look around’ but it’s you I can’t replace
I feel so cold’ and I long for your embrace
I keep crying baby’ baby please’…
Już nie pamiętam gdzie po raz pierwszy usłyszałem „Every Breath You Take” i choć znałem już Stinga i „The Police”, „Synchronicity” – niekoniecznie najlepsza płyta zespołu – zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. „The Police” był dla mnie sporym zaskoczeniem, bo ostre, nerwowe, prawie „punkowe” brzmienie zespołu nie powinno mnie – zdecydowanego wielbiciela rockowego „main stream’u” – w ogóle zainteresować. A jednak. Nie wiem, czy było coś w wysokim, ostrym głosie Stinga, czy w szorstkim, hałaśliwym, ascetycznie rytmicznym brzmieniu kapeli, ale z pewnością było to coś nowego, świeżego i przyciągającego. I choć „Message In the Bottle”, „Walking on the Moon” (z „Reggatta de Blanc”) czy “Don’t Stand So Close to Me” (z „Zenyatta Mondatta”) to nie były kawałki, które Pan Romek by sobie zanucił, ale po usłyszeniu nie dało się już o nich zapomnieć.
„Synchronicity” była pierwszą płytą CD, którą usłyszałem na żywo (czyli nie przez radio), ale znałem ją już wtedy na pamięć więc nie to zadecydowało o jej pozycji na mojej liście wstrząsów. Zadecydowała piosenka „Every Breath You Take”. Nie byłem już wtedy rozczulającym się nad sobą nastolatkiem („Yesterday”) i widocznie znudziły mi się nieco „kurli - szurli” ballady o miłości („Romeo and Juliet”), bo „Every Breath …” mnie po prostu poraziło. Jeszcze dziś czuję lekki dreszcz, kiedy jej słucham, a wtedy? Była ona (i cała płyta „Synchronicity”, z „King of Pain”, „Wrapped Around Your Finger” czy „Tea in the Sahara”) jakimś ożywczym powiewem i widocznie uosabiała niepokoje „dojrzałego nastolatka” żyjącego w najbardziej syfiastym okresie PRL’u oraz potrzebę ucieczki do jakiegoś innego, autentycznego, lepszego świata. Nigdy tego nie zapomnę i choć „Synchronicity” mało się już nadaje do słuchania dla „starszych nastolatków”, polecam ją na chandrę i wieczór wspomnień z czasów, kiedy piło się niedopędzony bimber z „instalacji” w kuchni. Mnie pomogła.
Kiedyś myślałem sobie, że lata 80-te były stracone dla prawdziwej muzyki, bo moi idole młodości już przestali (przestawali) grać a nad światem zawisły ciemne, ponure chmury … dyskotekowej sieczki. Teraz zaś myślę, że to był początek nowej ery w muzyce rockowej, której jednego z przedstawicieli (Stinga) już przypomniałem a drugiego właśnie przypominam. Podobnie jak „The Police”, „U2” także przyciągało, zaciekawiało brzmieniem i charyzmatycznym solistą. Nie próbuję zgadywać, czy „Joshua Tree” jest „naj” zespołu, dla mnie była bez wątpienia jego najważniejszą i najbardziej charakterystyczną płytą.
Wiadomo nie od dzisiaj, że gitarzyści prześcigają się w poszukiwaniu nowych „charakterystycznych” brzmień, ale to, czego dokonał The Edge (Dave Evans) z U2 naprawdę zasługuje na uwagę. Tak rozpoznawalnej gitary, nawet dla laika, nigdy nie słyszałem, a kiedy po raz pierwszy ją usłyszałem – już mnie mieli. „Joshua Tree” zaczyna się od trzech numerów z „dzwonkami” (tak to nazywam, bo lepiej nie umiem – gitara The Edg’a nie tyle gra, co raczej „dzwoni”): „Where the Streets Have No Name”, „I Still Haven't Found What I'm Looking For” i “With or Without You” i dla nich samych można się w płycie zakochać. Oraz w „dzwonkach” The Edg’a i niesamowicie do nich pasującym patetycznym głosie Bono. Co ciekawe i Sting i Bono będący najbardziej chyba rozpoznawalnymi głosami lat 80-tych, obaj masowo uwielbiani, wybrali zupełnie inne „drogi rozwoju”. Sting był i do dziś jest raczej wykonawcą klubowym a Bono? Bono proszę państwa jest … najlepszym artystą stadionowym, jakiego znam. Naprawdę. On świetnie się czuje w tłumie (mega-tłumach) a specyficzne „scenariusze” piosenek – wolno, spokojnie, głośniej, jeszcze głośniej.. – wprost genialnie nadają się na plenerowe występy. Nawet niecodzienne, bardzo „zsyntetyzowane”, dźwięki gitary były jakby wymyślone do tworzenia ścian dźwięku na stadionach a najlepszym tego dowodem jest koncertowe (z orkiestrą!) nagranie „One” (piosenki z płyty „Achtung Baby”) uważane ponoć za „Best live ever”. No i oczywiście piosenka „Miss Sarajevo” (do filmu o Ineli Nogic, autentycznej miss z czasów wojny w Jugosławii), którą Bono wykonywał razem z Brianem Eno oraz Pavarottim. Świat na kolanach - to mu się (Bono) musiało podobać! Mnie już mniej, bo nie jestem amatorem stadionów, ale płytę „Joshua Tree”, choć muzyka na niej jakaś specjalnie lekka nie jest, bardzo serdecznie Państwu polecam, bardzo serdecznie.
Można śmiało powiedzieć, że Pana Erica znam „od dziecka”, bowiem o ile sobie dobrze przypominam, kiedy zacząłem chodzić do technikum w Gliwicach po raz pierwszy słyszałem o zespole „The Cream” (Eric Clapton, Jack Bruce i Ginger Baker). Niestety zainteresowanie muzyką, które wyniosłem z domu nie obejmowało takiego „kosmicznego” repertuaru i (choć potem szybko nadrobiłem zaległości) Eric z tamtych lat (1968-69) jakoś mną nie wstrząsnął. Tak, oczywiście, że pamiętam „Layl’ę” (1970), piosenkę, którą Pan Clapton nagrał z zespołem „Derek and the Dominos”, ale … gdybym powiedział, że pamiętam płytę „Layla and Other Assorted Love Songs”, to bym skłamał. Co innego Layl’a.
Pod koniec lat 60-tych Clapton zaprzyjaźnił się z Beatles’ami, szczególnie z Georgem Harrison’em, któremu podgrywał nawet w "While My Guitar Gently Weeps". Harrison z kolei brał udział w nagraniach „The Cream” i tak by się to pięknie toczyło, gdyby Clapton nie był się … zakochał. I to w kim? W żonie przyjaciela, bo Pattie Boyd, obiekt amorów Pana Eric’a, była żoną Harrison’a od 1966 roku. Ha!
Był wtedy taki trend, że chłopcy z Liverpool’u (i inni także) interesowali się kulturą wschodu, więc nic w tym dziwnego, że Clapton trafił jakoś na arabską wersję „Love Story”. To wyciskające łzy romansidło z 7-go wieku nosi tytuł „Layla and Majnun” a zlepek „Manjun Leyla” można przetłumaczyć, jako „oszalały na punkcie Leyl’i”. No! Ta historia musiała Panem Eric’iem wstrząsnąć. A co robi artysta, kiedy jest wstrząśnięty a nawet szaleje z miłości? Oczywiście pisze piosenkę. Wyobrażam sobie, jak, we łzach (złości lub gorzej), wyciąga starego, poobijanego „stratocaster’a” i majstruje jeden ze swoich największych przebojów (27 miejsce na liście największych piosenek wszechczasów magazynu „Rolling Stone”). Uwaga dziewczęta! Jeśli myślicie, że „Layla” to łzawa i ckliwa ballada to się mylicie. To świetny, ostry, prawdziwie rockowy kawałek – jak na prawdziwego rockowego gitarzystę przystało.
Ale to jeszcze nie koniec!
W 1977 roku Harrison rozwodzi się z Panią Boyd i .. jak myślicie? Dziewczęta piszczą, bo marzyły zawsze o takich mężczyznach, którzy nie tylko kochają do szaleństwa, piszą piosenki (wiersze, itp.), ale kochają długo i trwale. Tak. Dwa lata później, w 1979 roku Clapton żeni się z Pattie Boyd (!) a na ślubie są – jak fajnie – wszyscy Beatlesi (prócz Lenona).
Natomiast nieco wcześniej wydaje swoją kolejną – tą „wstrząśnieniową” płytę. „Slowhand” (czyli wolna ręka) to estradowe przezwisko Claptona nawiązujące do jego niespiesznego, nie-wirtuozerskiego, „klasycznego” (w tym bluesowym znaczeniu) stylu gry na gitarze. „Slowhand” to ta płyta Claptona, która najbardziej ujęła mnie swą nietypowością. Historii z Panią Pattie wtedy jeszcze nie znałem, więc tym bardziej wydała mi się ciekawa i do dziś zresztą, uważam ją za jedną z najlepszych płyt Claptona. Ale … właściwie dlaczego Claptona i jego płytę z 1977 roku umieściłem w latach 80-tych? Bo na płytę i w ogóle Claptona trafiłem (po raz któryś – widocznie byliśmy sobie przeznaczeni) przy okazji jego koncertów w katowickim Spodku (1979). Koncerty miały być 2, z których odbył się niestety tylko jeden. Clapton był świadkiem, jak MO „radziło” sobie z tłumem napierającym na estradę. Oczywiście w ruch poszły pałki i gaz łzawiący – a to dla byłego hippisa i światowca było nie do przejścia. Obraził się, spakował, wyjechał i przez 15-ście następnych lat o występach w Polsce nawet nie chciał słyszeć.
Teraz najlepsze. Wiecie, że za odwołany koncert, nikt (z fanów) jakoś specjalnie na Claptona się nie obrażał? Bo wtedy proszę Państwa nie kasa się liczyła, ale „opór”. Więc kiedy trafiliśmy na takiego, który się władzy - ha, ha - „postawił” to już był naszym bogiem. A z tym „stawiającym” się Erick’iem jakoś bardzo gładko wchodzi mi się w lata stanu wojennego, stąd „Slowhand” kojarzy mi się - i będzie - z Jaruzelskim raczej niż z Gierkiem.
Ale to jeszcze nie koniec!
Na płycie „Slowhand” jest przecudnej urody ballada - „Wonderful Tonight” - znowu, kurcze, skomponowana dla Pani Patti (jak długo tak można?). Tym razem jednak jest to kawałek łzawy i ckliwy, jakim z pewnością nie była „Leyla”.
Jaki z tego wniosek?
Łatwo było przewidzieć, iż chciałem wykazać, że - mój idol - Pan Eric jest na wszystkie okazje. Jeśli potrzebujecie go na spokojny wieczór przy lampce wina - polecam „SlowHand”, ale kiedy potrzebujecie nieco życia i energii, „Layla and Other Assorted Love Songs” będzie jak znalazł.
To chyba pierwszy – „chronologiczne – przypadek płyty jazzowej, która mną wstrząsnęła i to tak, że (przynajmniej tak mi się wydaje) do dziś pamiętam okładkę tej, wtedy jeszcze „czarnej” płyty. Państwo „dyrektorostwo” z pewnością to pamiętają – na „Weather Report” trafiliśmy razem na wakacjach w 1980 roku u naszego znajomego w Budapeszcie. „Jurek” w właściwie Görgy, był nieco zakręconym audiofilem i puszczał nam (m.in.) tę płytę kilka razy. Była to reedycja wydana przez Supraphon pod tytułem „Zeme Ptaku”. „Puszczał” to nieco złe słowo, bo odbywało się to z namaszczeniem a nawet polewaniem, umieszonej już na talerzu adaptera płyty, specjalnym płynem zabezpieczającym przed porysowaniem. Sprzęt miał niezły, więc nieźle to brzmiało, zapamiętałem i … już w lepszych czasach próbowałem tę płytę nabyć. Nie było wtedy Google, AllMusic itp., więc z uporem maniaka szukałem w sklepach płytowych czegoś „Weather Report” z „ptakiem” czy z „ziemią” w tytule. Bezskutecznie - tu „Supraphon” nieco mnie zmylił - bowiem w oryginalnym tytule albumu ani „ptaka” ani „ziemi” nie ma. Ale…
Sprzedawcami musiały być w tych sklepach jakieś głupki, bo największy przebój z płyty „Heavy Weather”, i w ogóle największy przebój, wręcz jazzowy „standard”, grupy „Weather Report”, to – bez jaj – „Birdland” (czyli „Zeme ptaku”).
„Weather Report” wywodzi się – przynajmniej przez osoby głównych twórców: Wayne’a Shorter’a i Joe Zawilnula’ - z późnego, jazz-rockowego, nurtu eksperymentów Miles’a Davis’a (brali udział w nagraniach „In a Silent Way” oraz „Bitches Brew”). Jak silne były to wpływy świadczyć może fakt, że jeszcze w 1977 roku, na 8-smym już albumie grupy wciąż słychać jeszcze tego „elektrycznego” Miles’a a nawet okładka „Heavy Weather” stylowo nawiązuje do „Bitches Brew”. To nieźle świadczy o „mistrzu” (wyprzedził czas), ale trzeba przyznać, że jego „uczniowie” też nieźle się spisali. Pod koniec lat 70-tych byli dyktatorami mody jazzowej (w sensie muzycznym, nie strojów!), a nagrania kwartetu „Weather Report” to absolutny kanon muzyki „fusion”. To oni stworzyli – podobnie jak Stan Getz jazzową Bossa Nowę – ten gatunek muzyki jazzowej i utrwalili jego obecność w historii jazzu.
Do dziś płyta „Heavy Weather” brzmi świetnie (genialnie), cała bez wyjątku, więc serdecznie ją Państwu polecam. Jest to dość nietypowy w jazzie - przynajmniej wtedy - przypadek brzmienia „zespołowego”. Bez solówek, genialnie dopracowany brzmieniowo i starannie „rozpisany” na instrumenty. Tylko perkusja nie „śpiewa”, bo nawet Jaco Pastorius na basie gra linie melodyczną w „A Remark You Made”. W ogóle bas sporo na płycie „gra”.
Nie jest to muzyka na romantyczne wieczory, ale nawet Ci, którzy nie przepadają za wibrującymi dźwiękami keyboardu Zawinula’ – „Birdland” (pierwszy utwór na płycie) POWINNI usłyszeć. To jest, w jazzie, odpowiednik „Everybody Loves Somebody” – nie wypada nie znać.
„The Modern Jazz Quartet” był – jak wszystkie „zjawiska” kontrowersyjne – pewnym fenomenem w jazzie lat 70- tych. Nadchodził już jazz elektryczny a tu, jakby nigdy nic, dwaj czołowi wykonawcy z MJQ (Milt Jackson – wibrafon i John Lewis - fortepian) zaproponowali repertuar „super cool”. Chłodek, nastrój, stonowany klimat. Gdzie tu kontrowersja? W osobach Jackson’a i Lewis’a, którzy pochodzili jakby z różnych światów muzycznych, a płyta „Blues On Bach” jest wynikiem (próby) ich zintegrowania. Bluesowego, amerykańskiego w wydaniu Milt’a Jackson’a i klasycznego, europejskiego w osobie Jona Lewis’a (był z wykształcenia pianistą klasycznym) a w zaszczytnym dziele tej integracji muzycy posunęli się aż tak daleko, że … w kilku utworach Lewis gra nie na fortepianie a na klawesynie. Czy i jak wyszło?
Na płytę (nagranie na kasecie) trafiłem u znanego nam dobrze „inżyniera” S. gdzieś w latach 80-tych i jazzowe improwizacje oparte na tematach Bacha, np. „Precious Joy” (Jesu, Joy of Man’s Desiring. BWV147), „Tears from the Children”, wydawały mi się wtedy czymś fantastycznym. Przez te ponad 30 lat, które upłynęły od wydania „Blues On Bach”, flirty jazzu z muzyką klasyczną nie tylko spowszedniały, ale też są bardziej dojrzałe i nic dziwnego, że „Blues On Bach” nie brzmi już tak odkrywczo. Powiem więcej. Muzyka klasyczna całkiem nieźle się ma i stawia niezwykle wysokie, stale rosnące wymagania wobec jej interpretatorów. Najlepiej świadczy o tym fakt, że od czasu do czasu (za to całkiem regularnie), dowiaduję się, że ten czy ów jazzman „poległ” w potyczce z klasyką („poległ”, to nie znaczy, że nie da się tego słuchać, znaczy tylko tyle, że „poszedł w kicz”). Na szczęście są też pozytywne przykłady. Wprawdzie płyta „Blues On Bach” MJQ takim dobrym przykładem nie jest, ale w końcu nie jest to muzyka Bacha a muzyka Bachem inspirowana. I to się do dziś całkiem nieźle broni. Serdecznie polecam, a tym, którzy nigdy płyty nie słyszeli (zazdroszczę), obiecuję, że ich (pozytywnie) zaskoczy.
, cover.jpg)
Zespół „Fleetwood Mac” jest podobnie jak „The Roling Stones” czy też Lenin – wiecznie żywy, więc nic dziwnego, że – po całych latach, od „Albatrosa”, którego po raz pierwszy usłyszałem na praktykach robotniczych – w końcu mnie trafił. Muzyka „Fleetwood Mac”, taki „podrzędny niby-rock”, nigdy mi jakoś nie leżała aż pewnego wieczoru, w Katowicach, na Rodockiego w „Wieczorze płytowym” prowadzonym przez Tomasza Szachowskiego usłyszałem …. „Tango In the Night”. To jest proszę Państwa arcydzieło „podrzędnej niby-rockowości” z melodycznymi piosenkami, świetnym brzmieniem i genialnymi wokalami „panienek”: Christine McVie oraz Stevie Nicks. Plus wpadająca w oko okładka w stylu Henri Rousseau - sukces murowany.
Sentyment do „Tango In the Night” mam ogromny, ale muszę przyznać, że nie jest on ściśle muzyczny (lub nie tylko muzyczny). Płytę bowiem usłyszałem w pierwszym bodaj „Wieczorze muzycznym” wysłuchanym przy pomocy nowej wieży (tej 3016), w stereo (było wtedy tylko kilka audycji radiowych nadawanych w stereo) i to przez słuchawki. Wrażenia, jakie wtedy miałem, nie da się opisać. Tego nie da się nawet zrozumieć. Nie da się też opisać ani zrozumieć mojej fascynacji osobą Stevie Nicks, wokalistki zespołu, która była połączeniem ezoterycznej, prawie secesyjnej postaci z mocnym, trochę zachrypniętym, czasami wręcz drapieżnym głosem. Żeby choć trochę „temat” przybliżyć, oprócz okładki albumu załączam zdjęcie Stevie, za to z magazynu „Rolling Stone” i to w wykonaniu Annie Lebowitz. A „Tango In the Night”? Polecam szczerze, bo to niezła płyta, niewymagająca i doskonała do słuchania przy wielu okazjach a „Seven Wonders” – wręcz świetne.
Bob Dylan i ja – tak można by zatytułować tę nieśmiałą próbę zrelacjonowania mojej admiracji mistrza i wyjaśnienia, dlaczego tak długo zainteresowanie Dylanem się rodziło, bo w czasach młodości – szczerze – jego płyt nie umieściłem.
Najlepsze czasy Dylana przypadły na lata mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, więc z oczywistych względów mnie ominęły. Potem świat ogarnęła gorączka rocka, który nie tylko działką Dylana nie był, za to był moją i ten, kto nie grał na Fenderze (ewentualnie na Gibsonie) z kręgu moich zainteresowań automatycznie wypadał. Jasne, że słyszałem „Blowin' in the Wind” czy „Mr Tambourine Man”, kto nie słyszał, ale … chyba miałem wrażenie, że to muzyka „historyczna”. Dopiero po dłuższym czasie doszło do mnie, że nie ma muzyki „historycznej” – jest tylko muzyka dobra lub zła. Dziś to już wiem na pewno, ale wtedy takie rozpoznanie dopiero we mnie się rodziło i kiedy wreszcie Dylan we mnie trafił, na szczęście dość późno, chyba z większą przyjemnością niż w młodości, mogłem się nim cieszyć.
Bo „cieszenie się Dylanem”, to proszę Państwa nie jest prosta sprawa. Bob, MUC Monika nazywa go (złośliwie, bo wie, że tatuś się denerwuje) człowiekiem-kozą, jest bowiem najgorszym wykonawcą swoich piosenek. Z biegiem lat się poprawiał (udoskonalał), ale ten styl z pierwszej połowy lat 60-tych – no, trzeba naprawdę polubić, żeby go znieść. Niemniej, jest w tym jakaś magia, bo niezaprzeczalna siła i żywotność tych piosenek (wiem, wiem) wprost porażają. Tak. A ponieważ porażają nie tylko mnie, starego, ale i młodych oznacza to, że fenomen Dylana nie tyle polega na nim samym (jak np. Nat King Cole), lecz na jego spuściźnie.
Z tej całej spuścizny wybrałem – i jest to dość nietypowy przypadek z całej serii, bo z samą płytą mam słabe skojarzenia, mam je raczej z utworami – płytę „Freewheelin' Bob Dylan”, najstarszą płytę Dylana, którą posiadam (w ogóle drugą jego płytę). „Freewheelin'” plus „Bringing It All Back Home” plus „Highway 61 Revisited” to jest, proszę Państwa, niekończące się źródło inspiracji, fascynacji i refleksji na temat tego, czym muzyka (z poetyckim tekstem) była, jest i może być. Kanon muzyki w ogóle, a „akademikowej” (tak nazywam to, co wkrótce, z inspiracji Dylana, rozwinęło się w stanach – Don McLean, Simon & Garfunkel itp.) w szczególności. Słowo „kanon” (wzór, norma, reguła) pachnie nieco Bachem, ale zachowując proporcje, bardzo błędne to skojarzenie nie jest. Bo?
Na płycie „Freewheelin' Bob Dylan” są następujące utwory (poza „Corina, Corina”, wszystkie Dylana):
Co najmniej 4 z nich („Blowin' in the Wind”, „Girl from the North Country”, „A Hard Rain's a-Gonna Fall” i „Don't Think Twice, It's All Right”) są dziś już „kultowe” i są nieustającym źródłem inspiracji i przedmiotem interpretacji. O każdej z nich dałoby się napisać parę słów, a co najciekawsze – jak w przypadku „Don't Think Twice, It's All Right” czy „A Hard Rain's a-Gonna Fall” – są do dziś AKTUALNE (w sensie „i dziś dałoby się to tak powiedzieć, tak to ująć”).
Jest chyba najsłynniejszym „protest-songiem” Dylana. Znajduje się (m.in) na ścieżce dźwiękowej filmu „Forrest Gump” (w wykonaniu Joan Baez) a najlepszy „cover” słyszałem w wykonaniu Stevie Wonder’a. To piosenka, której legenda narodziła się najprawdopodobniej w Wietnamie i zaowocowała w niezliczonych wykonaniach i interpretacjach. Także jazzowych (np. Stan Getz, wiele big-bandów). Inne znane mi „tytuły” tej piosenki to: niemieckie „Wieviele Strassen” czy polskie „Odpowie Ci wiatr” (np. młodej Maryli Rodowicz).
Znajduje się także na płycie Dylana “Nashville Skyline”, gdzie Bob wykonuje ją w boskim duecie z Johny Cash’em. Pamiętacie piosenkę “Scarborough Fair” (Simon & Garfunkel)? Zaczyna się od słów:
„Are you going to Scarborough Fair?
Parsley, sage, rosemary, and thyme.
Remember me to one who lives there,
she once was a true love of mine.”
….
Natomiast w „Girl from the North Country” Dylan śpiewa:
„If you’re traveling in the north country fair,
Where the winds hits heavy on the borderline,
Remember me to one who lives there,
she once was a true love of mine.”
….
To nie przypadek, ponieważ Dylan usłyszał balladę „Scarborough Fair” w Anglii (przed nagraniem „Freewheelin'…”) i był „pod jej wpływem”.
Powszechnie uważana za piosenkę pacyfistyczną, w gruncie rzeczy (czy też głównie) jest kontestacją przemysłu zbrojeniowego. Jest „ciężka” i mroczna, więc gładko przeszła do repertuaru „metalowych” i hard-rockowych kapel a później upodobały ją sobie także zespoły „grunge’owe” - często np. wykonywał ją na koncertach zespół Pearl Jam.
Słynna piosenka o opadzie (radioaktywnym). Dylan zaprzecza takiej „nuklearnej” interpretacji, sugerując zupełnie inne znaczenie. „Hard Rain” ma być potokiem kłamstw i bzdur zalewającym nas z radia i gazet (dziś z telewizji). Niezły „cover” (instrumentalny) Billa Frisell’a na płycie „East West” i równie dobry Edie Brickell ze ścieżki dźwiękowej filmu „Born on te Fourth of July”.
To tekst skierowany najprawdopodobniej do Suze Rotolo (dziewczyny Dylana – tej z okładki albumu), napisany mniej więcej w tym czasie, kiedy rozstawała się (a przynajmniej para miała trudny okres) z Dylanem. Najlepszy (rewelacyjny) „cover” w wykonaniu Susan Tedeschi.
Słowa:
It ain't no use to sit and wonder why, babe
It don't matter, anyhow
And it ain't no use to sit and wonder why, babe
If you don't know by now
….
Don't think twice, it's all right.
cisną sie na usta w tak wielu przypadkach życiowych, że mi po prostu dech zapiera. Nie to, że rady Pana Dylana są wciąż żywe i aktualne (Szekspira też są), ale że można je streścić w kilku słowach.
Odświeżony stary barowy blues „Corrine, Corrina”, znany z popowego wykonania Deana’ Martin’a oraz niezliczonej liczby innych. To jest blues, więc nic dziwnego, że jakoś specjalnie głęboki (w warstwie tekstowej) nie jest i trochę podobny do innych. Np. Eric Clapton na płycie „Tears In Heaven” śpiewa:
Alberta, alberta,
Where you been so long?
Alberta, alberta,
Where you been so long?
Aint had no loving
Since youve been gone.
….
Alberta, alberta,
Girl, you're on my mind.
Alberta, alberta,
Girl, you're on my mind.
Aint had no loving
Such a great long time.
Natomiast Dylan:
Corrina, Corrina,
Gal, where you been so long?
Corrina, Corrina,
Gal, where you been so long?
I been worr'in' 'bout you, baby,
Baby, please come home.
…
Corrina, Corrina,
Gal, you're on my mind.
Corrina, Corrina,
Gal, you're on my mind.
I'm a-thinking about you, baby,
I just can't keep from crying.
Różnica (w słowach) niby niewielka, a jednak. Clapton (wtedy już dojrzały mężczyzna) myśli o Albercie, ale brakuje mu (raczej) bzykania a Dylan (wręcz chłopczyk) też myśli (o Corrinie), ale niczego mu (raczej) nie brakuje tylko się martwi i płacze. Tak to z wiekiem zmienia się podejście do kobiet.
Z bólem nie polecam płyty Boba Dylana „Freewheelin' Bob Dylan”. Jeśli ktoś zna i ceni Dylana, zna także „Freewheelin'”, natomiast młodzież na tym archaicznym brzmieniu się – mim zdaniem – nie pozna (no… może nie poznać) i spowoduję tylko szkody (jak w przypadku MUC Moniki, którą „starym” Dylanem raczej zniechęciłem). Na pierwsze spotkanie polecam, z czystym sumieniem i przyjemnością:
Najsłynniejsza płyta koncertowa trzech słynnych gitarzystów dość łatwo „wpadła” mi do dziesiątki „wieku średniego”, ale – zabijcie mnie – zupełnie nie mogę sobie przypomnieć okoliczności pierwszego spotkania z nią. Jest to tak znany i popularny album, a muzyka z niego, przynajmniej we fragmentach, tak długo krąży w radio, że najprawdopodobniej prędzej usłyszałem „te dźwięki” niż samą płytę.
Nie mam wątpliwości, że „Friday Night in San Francisco” jest arcydziełem. Arcydziełem koncertowo-publicznościowo-nagraniowym. Wyjaśnię to słowami Paco De Lucii, który w jednym z wywiadów tak skwitował pytanie o kulisy nagrania tej płyty (cytuję z pamięci). „Proszę Pana. Występuję kilkadziesiąt razy rocznie. Raz na rok zdarza mi się wyjątkowo udany koncert. Raz na kilka lat, kiedy ja sam jestem w wyjątkowej formie, trafia się na tyle rzadko spotykana publiczność, że wytwarza się niespotykana atmosfera, porozumienie i emocje. Jakie jest prawdopodobieństwo, że właśnie wtedy ekipa nagrywa taki koncert? To cud.”
To bardzo skromna wypowiedź, pasująca zresztą do formatu muzyków, którzy „Friday Night in San Francisco” nagrali.
W roku 1980 wszyscy oni byli już dobrze ograni, osłuchani i dojrzali muzycznie. Niekoniecznie u szczytu sławy (przynajmniej u di Meoli), ale na tyle pewni siebie, że mogli sobie pozwolić na lekkość i poczucie humoru. To na płycie „Friday Night in San Francisco” słychać wyraźnie. Np. w boskim „Short Tales of the Black Forest” jest taki moment, w którym wplatają – wśród śmiechów i owacji – bluesową wersję „Różowej pantery”. Poza tym cała trójka była wtedy (co nie znaczy, ze dziś nie jest) wprost diabelsko sprawna technicznie. To też słychać na płycie i robi wrażenie. Dorzucę tylko, że wirtuozerskie granie na gitarze solo nie jest sprawą łatwą, ale wirtuozerskie granie we trójkę – jest czymś na granicy niewykonalności. Ponieważ „trójce z San Francisco” się to udało (wykonać), płytę – jako najlepszy „gitarowy” album świata – serdecznie polecam. Nie można go nie znać.
Wprawdzie teatr „Na Tagance” widziałem już w latach 70-tych, na muzykę Wysockiego a dokładnie płytę z jego nagraniami trafiłem znacznie później. Z pewnością miałem „winylowego” Wysockiego, ale dziś nie mogę odnaleźć ani informacji o tej płycie, ani jej okładki, więc proponuję jeden z albumów, które mam – „Utwory zebrane”. Jest to – w sensie nagrania – najbardziej zbliżona do tej, którą pamiętam, bardzo „uczesana” wersja Wysockiego, w której nie fałszuje gitara (akompaniuje nawet jakieś kombo) a sam Wysocki jest znacznie mniej demoniczny niż mógłby być. Osobiście, przynajmniej dziś, najbardziej cenię sobie nagrania bootlegowe, bowiem one znacznie dosadniej oddają charakter twórczości Wysockiego. Do słuchania, przyznaję, nadają się one słabo, gdyż pochodzą głownie ze starych, słabej jakości nagrań z niezliczonych (także nieoficjalnych) występów Wysockiego. W ZSRR nazywało się to SAMIZDAT i jest tego sporo - sam mam ponad 3 godziny „sfilmowanego” Wysockiego.
O fenomenie Wysockiego oraz Okudżawy wspomnieliśmy już dyskutując przy okazji recenzji kultowej „Bukowiny” – jako o rosyjskich odpowiednikach WGB, czy w ogóle fenomenu piosenki „turystycznej”. Po zastanowieniu myślę, że niesłusznie. Już OD oprotestował porównywanie totalnie amatorskiego polskiego nurtu turystycznego z – jakby nie było – zawodowcami. Ja dodałbym do tego, przynajmniej w przypadku Wysockiego, istotę jego tekstów, temperament oraz … jego aktorstwo. Wysocki był po prostu opowiadaczem, często (przynajmniej na występach) komentował utwory i w ogóle lubił się „wypowiadać”. Nie napisałem lubił „nauczać”, bo aż tak daleko może się nie posunął, ale … był blisko. Wysocki głównie „występował”, nic dziwnego, że śpiewanie nieco lekceważył a granie lekceważył bardziej niż „nieco”. Chyba wiedział, że miał genialny głos i cokolwiek nie „wykona” i tak świat ma u stóp.
| Dlaczego Aborygeni zjedli Cook’a |
Kiedy „odkrywałem” Wysockiego, fascynowała mnie jego „męskość” i „twardość” a ponieważ znałem niewiele jego piosenek, głownie zwróciły mą uwagę – to pewnie odchylenie – te „górskie”: „Скалолазка”, „Вершина” czy „Песня о друге”. Dziś, kiedy wiem więcej, widzę, że góry były dla Wysockiego jak wojna, areną zmagań, miejscem bohaterskich wyczynów i – to nieco straszne – sposobem na zweryfikowanie męskości, odwagi, heroizmu. W tym bardzo różnił się od Okudżawy, który w przeciwieństwie do Wysockiego na wojnie był i wojnę traktował, jako zło samo w sobie, całkowicie bez patosu. Drugim, obok tego „wojennego”, motywem w twórczości Wysockiego były piosenki „błatniackie”, czyli, mówiąc bardzo w przybliżeniu, ze świata „odrzuconych” – jak nasz „Felek Zdankiewicz”. To już bardzo specyficzny, rosyjski nurt i – muszę przyznać – z WGB i w ogóle naszą, polską poetyką „turystyczno-ogniskową” wiele wspólnego nie ma.
Co by o Wysockim nie powiedzieć, był postacią nietuzinkową, posiadaczem genialnego głosu, autorem genialnych tekstów i ich niezapomnianym wykonawcą. Serdecznie polecam.
Lata 90-te (+) to, przynajmniej w moim życiu muzycznym, „epoka” jazzu. Widocznie od dawna miałem takie nieuświadomione tęsknoty a łatwość dostępu do płyt (prawdziwych) i muzyki w ogóle (mp3) pozwoliły je po prostu (tęsknoty) zrealizować. Źródłem źródeł stał się Internet a łatwość szukania (co by tu jeszcze …) i sprawdzania (czy na pewno to miałem na myśli?) uczyniła ze mnie nieco „pogiętego” dźwiękofila.

Z konieczności oczywiście sporo muzyki słucham na komputerze i to często przez słuchawki, ale mam wrażenie, że to mimo wszystko nie to. Nie wiem, może jestem już niereformowalnym starcem, ale czuje wtedy jakąś sztuczność. Jakbym jeździł nie samochodem a na symulatorze - idealnym, ale symulatorze. Oczywiście trudno zarzucić coś wtedy jakości, ale właśnie jakość podejrzewam o to niejasne wrażenie. Wychowałem sie w czasach magnetofonów taśmowych, radia oraz pierwszych płyt CD, które w porównaniu z dzisiejszymi były nieśmiałymi - ale może przez to idealnymi - próbami wiernego zapisywania dźwięku. Przez lata cyfrowa obróbka sygnału (mastering) tak sie rozwinęła, ze "wierności" juz mało kto poszukuje, poszukuje sie efektów i bajerów. Pytanie, czy jest w ogóle to coś, czemu mamy byś "wierni"? Moim zdaniem nie ma. W muzyce klasycznej, jazzie - może jeszcze, ale taki np. Club, Lounge, Ambient? Gdzie tam jest "oryginał"? Słuchawki wrażenie "efektowości" raczej pogłębiają (szczególnie, kiedy jak ten durny maniak używa się odtwarzacza z efektami DSP - "Ambience", "3D Sourround", "Dynamic Boost", "Hyperbass") niż osłabiają - stad moje obiekcje. Dobrze głośno, przez dobre głośniki chyba podoba mi się jednak bardziej, ale ... to juz tylko marudzenie (i marzenie).
Ale do tematu. Najważniejszymi płytami tego okresu są:
O Panu Frisell’u pisałem już wiele, także o tym, że po raz pierwszy usłyszałem go w pięknej ścieżce dźwiękowej filmu „Finding Forrester”. Przez film (przecudnej urody „Coffaro's Theme” z płyty „Bill Frisell Quartet”) trafiłem do płyt Pana Bill’a, z których – tak pamiętam – najwcześniej i najbardziej przypadła mi do gustu „Gone, Just Like a Train”. Do dziś jest moją ulubioną płytą Frisell’a i kiedy zastanawiam się dlaczego (nie stale, ale czasem sobie o tym myślę), przychodzi mi na myśl moja inklinacja do brzmienia rockowej gitary. Właśnie na „Gone...” gitara Pana Bill’a, która mówiąc między nami „umie zagrać wszystko”, gra najbardziej rockowo. Miejscami tak rockowo, że prawie wyłamuje się z ram jazzu, który Pana Bill’a stale kusi i któremu ulega, lecz nie bałwochwalczo. To nie pierwsza „wycieczka” w stronę innych gatunków („Nashville” - country), za to wyrazista i „soczysta”.
Kiedy się więcej nad tym zastanawiam, nie przychodzi mi na myśl nikt poza Bille’m Frisell’em, kto tak sprytnie i dowcipnie potrafi się bawić dźwiękiem gitary i tak wypełnić nim przestrzeń. Na płycie „Gone, Just Like a Train” gra tylko trio (gitara, bas, perkusja), a tylko w jednym – tytułowym – utworze jest wszystko. Od prawie kawiarnianych melodyjek, przez jazzowe plimknięcia (flażolety też), do ostrego przesterowanego hard-rockowego solo. Piękna, ciekawa i różnorodna muzyka do słuchania i podziwiania. Uwaga! Z przebojowym „Egg Radio” pochodzącym z awangardowej płyty „Bill Frisell Quartet”, ale jak świetnie zaaranżowanym na rockowe „power trio”. Ah! Łza się w oku kręci!
O Jarrecie oraz o tym, dlaczego tak późno go poznałem, pisałem już w naszym portalu, więc nie będę nudził. Chcę tylko zwrócić uwagę, że choć genialny pianista jest w trio niewątpliwym liderem, to pozostałych muzyków nie tylko nie wypada, ale nie wolno marginalizować. Wierzcie mi (mam 25 płyt tego tria), to jest zupełnie NIEPOWTARZALNY zespół. Zgrany i rozumiejący się do szaleństwa a przy tym, jak przystało na prawdziwych „starszych” nastolatków, nie tylko zespół wrażliwych i eleganckich muzyków, ale też niezłych jajcarzy.
Album „Tribute” (2 CD), o którym już zresztą pisałem, pełen bajecznie nastrojowych i lirycznych wręcz kawałków, jest tego najlepszym dowodem.
Na drugim CD jest arcyciekawa wersja „All the Things You Are” Sonny Rollins’a, zaczynająca się od fortepianowego solo Keith’a. Szybkiego, energicznego, typu „nikt nie wie, o co chodzi”. Fajnie, ale solo się przedłuża … tempo nie maleje, trudno zgadnąć, do czego to zmierza. Nagle, po ponad 2 minutach – jajcarz Keith – robi takie relaksujące „zejście (się)” z basem i perkusją, że … ręce same się rwą do oklasków (nagranie jest koncertowe i to słychać) a po plecach przechodzą ciarki. Przepraszam, ale porównanie tego z orgazmem samo mi się nasuwa. Dodając magicznie „przydymione” „Smoke Gets in Your Eyes”, spokojnie i szeroko „płynące” „It's Easy to Remeber”, rytmiczne „U dance” i inne, otrzymujemy – w postaci „Tribute” – 2 godziny bajecznego, pięknego i bardzo niebanalnego jazzu. Tylko słuchać i podziwiać i wielbić.
Trzecie, jeszcze medalowe miejsce zajmuje – w czasach dojrzałości – płyta kubańskich „dziadków”. Kiedy po raz pierwszy ją usłyszałem, choć jeszcze nie wiedziałem o co chodzi, swym niezawodnym zmysłem wyczułem, że coś w tym jest - mimo iż nie jestem amatorem muzyki latynoskiej. „Amatorem” to eufemizm, więc tym bardziej zdziwiło mnie, że kawałki w zasadzie podobne do „Cielito Lindo” (u nas „Teraz jest wojna”) czy „Malaguena” nie tylko mnie nie drażnią, ale zaciekawiają i skłaniają do poszukiwań.
Szukałem niedługo, bo wszystko się wyjaśniło w dokumentalnym filmie Wima Wendersa pod tym samym tytułem. Opowiada on o muzykach z hawańskich klubów z lat 40-tych, którzy zupełnie zapomniani całkiem nieźle się trzymają i czekają tylko żeby na nowo „ktoś ich odkrył”. A odkrył a właściwie odszukał ich Ray Cooder (o którym już kiedyś pisałem), namówił do nagrań a pierwsza płyta Rubéna Gonzáleza, Compay’a Segundo i Ibrahim’a Ferrer’a (oraz innych) – „Buena Vista Social Club” odniosła niespodziewany, za to światowy sukces. W samą porę, bo najważniejsi wykonawcy nie dożyli 10-tej rocznicy wydania płyty.
Wszyscy Ci Panowie przeżyli w biedzie i zapomnieniu kilkadziesiąt koszmarnych lat za Fidela, ale prawdziwym powodem do podziwu jest to, że do później starości zachowali takie zasoby pogody ducha i optymizmu, że aż trudno uwierzyć. I to na płycie, w ich muzyce „słychać”. Słychać też radość, że grają i że „coś się dzieje”. Słucham płyty od czasu do czasu licząc na to, że i mnie się z coś z tego nastroju udzieli. I wam polecam.
O Pani Karrin Allyson już dawno pisałem w dziale muzyka, również o jej świetnej płycie ”Colage”, więc nie wypada mi się powtarzać. Powiem tylko, że choć za najlepszą płytę Pani Karrin do dziś uważam "Ballads, Remembering John Coltrane", to „Colage” była tą pierwszą, na której zaintrygował mnie jej magiczny głos i chyba ona wstrząsnęła mną najbardziej. Bardzo, bardzo polecam. Na wszystkie okazje.
Na Jacka Johnson’a trafiłem zupełnie przypadkiem, przy okazji jakichś poszukiwań w Internecie, ale od pierwszych taktów „Inaudible Melodies” (pierwszy utwór na płycie), kiedy usłyszałem jego ciepły głos i kapitalne brzmienie akustycznej gitary, wiedziałem, że mnie „ma”. Pan Jack szybko stał się naszym „wielopokoleniowym” ulubieńcem, co więcej nasze uwielbienie szybko rozprzestrzeniliśmy na kraje ościenne, bo pierwszy film Jacka („The September Sessions”) otrzymałem od Piotra (Niemcy) a dwa następne od Kazia (też Niemcy).
Wprawdzie dziś Pan Johnson jest już artystą „stadionowym”, co mniej lubimy, ale charakterystyczne brzmienie jego gitary dalej kusi i nęci, teksty nadal ma „sonetowe” (nie wiem jak to się fachowo nazywa – może jakaś podpowiedź? – ale rymy są nierówno, co kilka „linijek”) a głos wciąż magnetyzujący. Wprawdzie w naszym towarzystwie trudno polecać płytę „Brushfire Fairytales”, bo bardzo dobrze ją znamy, ale … czasami warto posłuchać „tych piosenek, które ja już znam”, do czego serdecznie zachęcam.
“Kind of Blue” jest płytą jazzową, bez wątpienia NAJ pod każdym względem. Najbardziej znaną, najlepszą, najbardziej znaczącą, najsłynniejszą, najczęściej kupowaną itp.itd. Nasłuchacie się wkrótce o niej sporo, bo zbliża się właśnie 50-ta rocznica sesji nagraniowej „Kind of Blue” i będą się o niej wypowiadać (już to robią) najsłynniejsi muzycy i inni „ludzie z branży”. Dlatego się pospieszyłem i właśnie wypowiadam.
„Kind of Blue” jest płytą dla każdego, w każdym wieku i na każdą okazję. Na dobrą sprawę jest to płyta łatwa i nawet jazzowego nowicjusza posłuchanie nie zaboli, prosta jak drut, tzn. zupełnie pozbawiona jakichś wyszukanych chwytów, skojarzeń czy podtekstów, ale … jest to tak wyrafinowana łatwość i prostota, że aż boli. No a słuchając – kurcze – z każdym kawałkiem i prawie każdym taktem ogarnia człowieka, powoli, lecz wyraźnie – podziw i ZACHWYT.
Płytę nagrali: Cannonball Adderley - Sax (Alto), Paul Chambers – Bass, Jimmy Cobb – Drums, John Coltrane - Sax (Tenor), Miles Davis - Trumpet, Bill Evans - Piano oraz Wynton Kelly – Piano. Byli to (żyje tylko Cobb) najwybitniejsi muzycy jazzowi tamtych (i późniejszych) lat i to w swej szczytowej formie. Miles postawił w tym projekcie na improwizację, co oczywiście dla jazzu nie jest czymś niezwykłym, ale niezwykłe jest jak daleko muzycy się w tym posunęli. Otóż proszę Państwa na płycie „Kind of Blue” nie ma melodii. Trudno w to uwierzyć, ale nie ma. Są zarysy, są akordy, są kapitalne akompaniamenty sekcji rytmicznej do fenomenalnych improwizacji trąbki i saksofonów, ale melodie to nie są. Co więc jest? Otóż proszę Państwa na płycie „Kind of Blue” jest NASTRÓJ. Cudowny, udzielający się i ogarniający nastrój melancholii. Nie tej ze smutkiem czy przygnębieniem – nie. Tej z zadumą czy nawet zmysłowością. Cała płyta, naprawdę cała – jak jakaś suita – promieniuje tą PEWNEGO RODZAJU MELANCHOLIĄ, której płyta zawdzięcza swój tytuł i dzięki której jest tak uwielbiana.
Niedawno wydano specjalną wersję „Kind of Blue” na DVD (posiadam) z przepięknie oczyszczoną ścieżką dźwiękową i krótkim filmem, w którym są głównie współczesne wywiady i opinie o płycie, ale też fragmenty rozmów z sesji, ilustrowane archiwalnymi zdjęciami. Film – nieco górnolotnie – nazywa się „Made In Heaven”, ale tak sobie myślę, że z perspektywy 50-ciu lat, które minęły od nagrania, „niebiańskości” tym kilkudziesięciu minutom muzyki odmawiać nie wypada. Proszę słuchać i podziwiać.
Moja przygoda z Brel’em zaczęła się bardzo późno, przy okazji słuchania nagrań Karrin Allyson. Była to piosenka „Ne Me Quitte Pas” (w angielskiej wersji nazywa się ona „If You Go Away”) i na tyle mnie zaciekawiła, że zacząłem drążyć. Nie mogłem znać Brel’a z młodości, bo jego twórczość nie leżała widocznie w żadnym z nurtów, którymi interesowali się prezenterzy polskiego radia. Nie był ani „młodą falą” ani „festiwalowym dzwonem”, więc piosenek Brel’a z radia sobie nie przypominam. Tym bardziej z płyt.
Czy szkoda? Chyba nie, bo na Brel’a … byłem za młody a nieznajomość języka – w tym przypadku – w zasadzie uniemożliwia kontakt z jego twórczością. Nadal nie znam francuskiego i „kontakt” z Brel’em mam raczej niezrozumiały, to znaczy sam nie rozumiem, na czym on polega. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że spodobało mi się wiele piosenek Brel’a, kusiły bardzo urozmaiconymi melodiami i pomysłami muzycznymi a także frapującymi wykonaniami (bo Brel był w tym dobry) i nie przeszkadzało mi to (i nadal nie przeszkadza), że ni w ząb nie rozumiałem, o co w nich chodzi.
Z tym „całkowitym nierozumieniem” to nie jest do końca prawda, bo sporo tekstów Brel’a znałem po angielsku. Był w Ameryce okres fascynacji jego twórczością i stąd pochodzi kilka Brel’owskich „evergreenów”: „If You Go Away” czy „Seasons In the Sun” (Le Moribond). Czyli niewiele rozumiałem, a i tak mi się podobało. Bo? Bo ufałem, że o coś w tych piosenkach chodzi – a to tygrysy lubią najbardziej. Tygrysy lubią też, jak „się kojarzy”, a czegoś bardziej paryskiego niż piosenka „La Valse a Mille Temps” nie umiem sobie w ogóle wyobrazić.
| La Valse a Mille Temps |
Po latach, za sprawą panów Młynarskiego oraz Nowaka (tego z „Raz, Dwa, Trzy”) okazało się, że miałem rację (oraz intuicję). Pisałem już o tym, ale przypomnę, że już przy pierwszym słuchaniu „Raz, dwa, trzy Młynarski” nie tylko rozpoznałem piosenkę, ale – jakież piękne – upewniłem się, że moje zaufanie nie było bezpodstawne. Tym, co mnie wręcz „poraziło” na płycie była „Piosenka starych kochanków” (w oryginale: „La Chanson Des Vieux Amants”). A wgląda to tak:
Rozświetlały burz rozbłyski
Miłość naszą ileś lat
Raz ty brałaś swe walizki
To znów ja ruszałem w świat
Lecz pokój, gdzie kołyski brak
Pamięta echa dawnych burz
I słów namiętnych do szaleństwa
Więc choć porażki pierwszej smak
Z twych warg uleciał dawno już
A z mych pierwszego smak zwycięstwa
Czy ty wiesz
Jedyna, czuła i najmilsza ma
Że ja od wschodu, aż do zmierzchu dnia
Wciąż bardziej cię kocham
Kłótnie schadzki przeprowadzki
Znaliśmy się do cna
Wpadaliśmy w swe zasadzki
Zastawione, gdzie się da
Ty miałaś kogoś, dobrze wiem
I jam też nie bez grzechu był
Lecz zawsze żyliśmy nadzieją
Że z pożegnania pierwszym dniem
Oboje dołożymy sił
By starzeć się, nie doroślejąc
Czy ty wiesz …. [Jacques Brel, tłum. Wojciech Młynarski]
Nie będę epatował Was wrażeniem, jakie odniosłem (Jezu, to o mnie!), ale podziwiam prostotę i przenikliwość, z jaką Brel – poeta – odnosi się do świata realnej, niełatwej, niepolerowanej miłości.
Wprawdzie do słuchania poleciłem „Quand On N'a Que l'Amour”, bo właśnie ta płyta mną wstrząsnęła i wywołała zainteresowanie Brel’em, ale jeszcze lepszy będzie dwupłytowy zestaw „Amsterdam: The Best of Jacques Brel”. W nim znajdują się i „La Chanson Des Vieux Amants” oraz – moim zdaniem – rewelacyjna piosenka „Amsterdam”. Prawdziwa opowieść o marynarzach, w której jest – bez litości – chlanie, szczanie i j… Tę piosenkę także przetłumaczył Młynarski i wprawdzie stała się takim „twardszym” szantem, lecz w wykonaniach, które słyszałem (Groniec, Zadrożny), albo w samej piosence, nie tak udanie przetłumaczonej, czegoś mi brakuje. Dokładnie brakuje szorstkości czy nawet brutalności, dzięki której w wykonaniu Brel’a „Amsterdam” bardziej przypomina„Obławę” Wysockiego niż marynarską (czy jakąkolwiek inną) balladę. Nie mogę się powstrzymać i zamieszczam „Amsterdam” w oryginalnym wykonaniu.
| Amsterdam |
Pan Jaromir – kto go nie zna – „pojawił” się w mojej świadomości na jednym z koncertów organizowanych w Trójce, prowadzonym (o ile pamiętam) przez Artura Andrusa. Nie przypadkiem zapamiętałem nazwisko prezentera, bo gdyby mi przyszło wymyślić jakiś pseudonim dla Nohavicy, byłby to Jaromir „Andrus” Nohavica.
Do słuchania poleciłem jedną ze starszych płyt Nohavicy – tę, która mną wstrząsnęła. Nabyłem ją na koncercie w Klubie Politechniki w Gliwicach i była ona bodaj pierwszą płytą Pana Jarka, którą miałem a z zakupem trafiłem w dziesiątkę, bowiem do dziś uważam ją za jedną z lepszych płyt cieszyńskiego barda. Podejrzewam, że to zasługa „kapeli”, z którą gitara i głos Nohavicy brzmią wyśmienicie.
Trochę mi głupio „przybliżać” wykonawcę tak dobrze znanego w naszym gronie, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tym, co mnie (i dotyczy to prawdopodobnie każdego) ujęło od pierwszego słuchania jest bajecznie ciepły, magiczny głos. Chwilę potem przychodzi do głowy i także „chwyta” muzykalność oraz poczucie humoru. Mam okazję śledzić twórczość Nohavicy od ponad dziesięciu lat i po dłuższym czasie przychodzi mi do głowy, że największą siłą Nohavicy jest wszechstronność. Nohavica nie jest ani przesadnie refleksyjny, choć nie brakuje w jego repertuarze piosenek poważnych, ani nadmiernie prześmiewczy, choć nie boi się on zuchwałego a nawet ludycznego żartu. Jak życie – Nohavica jest „wszelki”.
Boleśnie rozkochany w, mojej ulubionej, „Zatimco se koupes”:
| Zatimco se koupes |
Gdy się kąpiesz w wannie,
Myjesz sobie plecy
Złupiłbym starannie
Twą istotę rzeczy...
Gdy się tak oddajesz wodzie,
Chciałbym móc cię wziąć jak złodziej.
…
Fajka się dopala
Kawa stygnie
Krew się spienia.
Byłoby wspaniale
Gdyby serce popędliwe
Można mieć z kamienia.
…
[Jaromir Nohavica, tłum. Tolek Muracki]
Ironiczny w „Panie prezydencie”, poważny w „Sarajewie”, lekki i zwiewny w „Cukrarskiej bossanovie”, gorzki w „Gdy odwalę kitę” („Az to se mnu sekne”) czy komiczny w „Pastuchu” („Hlidac krav”). Przykłady można zresztą mnożyć. Taki repertuar – nienudny i niemonotonny – sprawia, że każda płyta Nohavicy jest ciekawa i z przyjemnością się jej słucha a każdy koncert jest okazją zarówno do zabawy jak i do namysłu.
Jeśli do tej uniwersalności „przesłania” dodam łatwość nawiązywana kontaktu z publicznością oraz dar omijania szerokim łukiem kolein show biznesu, nie dziwi, że w dość krótkim czasie Nohavica stał się artystą znanym, lubianym i szanowanym. Wbrew tzw. „prawom rynku”, czyli bez reklamy, marketingu i promocji. Dla mnie bomba!
„Rain Dogs” była pierwszą płytą Toma Waitsa, która wpadła mi w ręce i, o ile dobrze pamiętam, w ogóle pierwszym „spotkaniem” z magicznym i demonicznym głosem Pana Waitsa. Szybko mi się spodobał, zarówno jego głos jak i repertuar, a potem i sam Pan Tom, jako taki.
To bardzo ciekawa i w znacznej mierze enigmatyczna postać. Oczywiście raczej zgaduję niż wiem, ale jestem w stanie założyć się, że Pan Tom jest jednym z najlepszych „aktorów” (czy też zgrywusów) muzyków, jakich znam i jego wizerunek – diabolicznego autsajdera i inteligentnego kloszarda – jest błyskotliwie i precyzyjnie tworzony przez samego artystę na potrzeby świata zewnętrznego.
Wracam jednak do płyty. „Rain Dogs” to typowy „Waitsowy” majstersztyk genialne łączący przeróżne gatunki i formy. Od melodycznych, przebojowych „Jockey Full of Bourbon” czy „Downtown Train” poprzez countrowe „Blind Love”, poetyckie „Time”, rockowe (w stylu Lou Reed’a) „Hang Down Your Head” (jest nawet solo na gitarze) i „Union Square”, jazzowe „Walking Spanish”, kabaretowe (przedwojenne) „Tango Till They're Sore”, nieco awangardowe „Clap Hands”, „Big Black Mariah” czy „Rain Dogs” do kloszardowych „Cemetery Polka” i „Anywhere I Lay My Head”. Może nie we wszystkich przypadkach idealnie trafiłem, ale chciałem pokazać, że – jeśli się ma wenę – na jednej płycie da się zawrzeć ocean pomysłów muzycznych i morze pomysłów wykonawczych.
Łatwo mi sobie wyobrazić kogoś, kto nie lubi (a nawet nie cierpi) Toma Waits’a, faktyczne jest kontrowersyjny, ale fenomenalnej wyobraźni nikt mu nie odmówi. Może „Raind Dogs” to nie jest płyta na każda okazję, ale – na finezyjny wieczór muzyczny – serdecznie polecam.
Polecam też nieco starsze płyty Toma Waits’a. Nie one pierwsze mną wstrząsnęły, więc tylko o nich wspomnę. Pochodzą z najlepszego – moim zdaniem – „jazzowego” okresu Pana Toma i taka np. „The Heart of Saturday Night” [1974] czy „Small Change” [1976] (i inne, np. … STOP) to są proszę Państwa absolutnie genialne „concept” albumy. Nie jest to muzyka lekka i łatwa w odbiorze, bo twórczość Waits’a (z uwzględnieniem odmienności) najbardziej mi przypomina „Piwnicę pod Baranami”, gdzie trzeba BYĆ, żeby naprawdę USŁYSZEĆ. Mam taki program z holenderskiej telewizji, w którym – na podstawie repertuaru mniej więcej z „The Heart of Saturday Night” i „Small Change”– odbywa się nie koncert a całe przedstawienie. Niby Waits z zespołem po prostu gra i śpiewa, ale jest to zainscenizowane do tego stopnia, że Pan Tom ma nawet w kieszeni świerszyka, który widać, kiedy siada przy fortepianie. Niestety płyta tego nie odda. Nie odda też min, które Pan Tom stroi śpiewając i fałszując haniebnie na fortepianie „The Piano Has Been Drinking (Not Me)”. Albo „Warm Beer, Cold Women” (tu nie fałszuje) – a szkoda. Troszkę pokazać jednak mogę.
| Warm Beer, Cold Women |
Z tą płytą wiąże się ciekawa anegdota. Było to wtedy, gdy OD był w Stanach. Sporo ze mną wtedy e-mailował i w jednym z listów zawiadomił mnie o występie Makowicza w Rybniku (w Stanach wiedzieli a w Rybniku jakby mniej). Makowicz był impulsem – podczas szukania i sprawdzania w internecie ze zdziwieniem stwierdziłem, że pojawiła się wytwórnia, która wydaje remasterowane płyty Komedy (już od dawna szukałem, ale niczego nie znalazłem). Trafiłem na angielskie strony wytwórni – nazywa się Power Bros – i, choć ceny były tam haniebne, mimo wszystko zainteresowałem się kilkoma płytami Komedy, które były w ofercie. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale zanim coś wrzuciłem do koszyka (a mogłem), popstrykałem i jakoś trafiłem na numer konta bankowego (i nazwę banku). Matko Boska! Toż to „nasz” Kredyt Bank! Po nitce do kłębka i okazało się, że wytwórnia mieści się w … Rybniku. Jeszcze tego samego dnia (ceny w złotówkach nie były aż tak haniebne) stałem się dumnym posiadaczem płyt: „Filmy i ballady”, „Soundtrack from Polański” (a niedługo potem „Astigmatic”).
Na płycie są m.in. „soundtracki” z „Noża w wodzie” i „Dwóch panów z szafą”. Każdy zna motyw z „Noża w wodzie”, ale nie każdy wie, że jest też „Nóż w wodzie”, jako taki – długaśna, awangardowa wersja z trąbką, w której ślady „tej piosenki, którą ja już znam” pojawiają się gdzieś dopiero w 11-tej minucie. Dla ciekawych powiem, że ten ulubiony fragment z filmu też istnieje, jako taki, nazywa się „Ballad for Bernt” i był wydany na płycie „Polish Jazz (Vol. 3)”. W nagraniu (także ścieżki do filmu) brał udział tytułowy „bohater” utworu, Szwed Bernt Rosenberg a całe wręcz opowieści krążą o tym co Komeda z żoną musieli wyczyniać, żeby w 1962 roku, w PRLu, zaangażować „zachodniego” muzyka do pracy przy filmie.
Płytę „Filmy i ballady” polecam serdecznie, ale jako ciekawostkę, bo ścieżki dźwiękowe, które komponował Komeda są pisane raczej „do obrazu” niż do słuchania i frazy na płycie sprawiają wrażenie rwanych czy też niedokończonych. Zdecydowanie lepsza – do słuchania – jest płyta „Astigmatic”, najlepsza polska płyta jazzowa w historii. Natomiast jako przeglądową, dla zapoznania się z twórczością Pana Krzysztofa poleciłbym tę z serii Polish Jazz. W remasterowanej wersji na CD ma ona wszystko, co trzeba. I „Bernta” i przepiękne „Moją Balladę” oraz „Crazy Girl” i utwory z płyty „Astigmatic”.
Na Komedzie – uff – zakończyłem wielomiesięczną (pierwszy post z tej serii, o płycie „Ciemna strona księżyca” napisałem ponad rok temu!), katorżniczą pracę p.t. „10 płyt, które wstrząsnęły światem”. Z dziesięciu zrobiło się 30-ci a w pobitym polu zostały jeszcze takie płyty, że aż mi ich żal. Zanudzał już więcej nie będę, ale krótko tylko wspomnę o:
Genialne wykonanie genialnych suit wiolonczelowych Bacha. Już kiedyś zamęczałem tą płytą nasze towarzystwo, więc więcej nie mogę, zauważę tylko, że jest to muzyka na każdą okazję, nawet do śniadania, najlepiej na trawie.
Chyba najlepsza płyta pokolenia „naszych dzieci” jaką znam. Najdziwniejsze połączenie muzycznej wrażliwości i skrajnie emocjonalnego brzmienia z najbardziej zdystansowanym wykonawstwem, jakie spotkałem. Mam DVD z tego koncertu i wręcz przeraża mnie dysharmonia pomiędzy intrygującą, wciągającą muzyką a zupełnie „nieobecnym”, odległym Cobain’em. Płyta jest bezpieczna (nic nie widać) i z czystym sumieniem polecam.
To płyta Coltran’a, którą słyszałem jako jedną z pierwszych jego płyt. Historia jazzu, ale jakiego! To brzmienie – przynajmniej dla mnie – jest tym, co nazywamy jazzem i nie wierzę, żeby ktokolwiek mógł się oprzeć urokowi saksofonu Coltrane’a w tym wydaniu.
Ta płyta, z kolei, jest współczesną wersją „lekko-pół-średniego” jazzu dla każdego. Górna półka, za to jak przyjemnie! Współczesny saksofon tenorowy na każdą okazję.
To moje pierwsze spotkanie z Szymanowskim. Oba kwartety Szymanowskiego są dobrym przykładem współczesnej muzyki poważnej „dla ludzi”. Mnie się ta muzyka tak mocno kojarzy z górami, mgłami i świerkami, że aż mnie to dziwi i mam odruch ubierania „polaru”. Polecam serdecznie. Niekoniecznie przy pierwszym słuchaniu, ale przy trzecim na pewno zakochacie się w tych dźwiękach.
Przypadkiem (w sklepie emusic.com) trafiłem na tę dziwną i przypadkowo zebraną składankę, za to spore wrażenie zrobiła (na mnie) na płycie suita orkiestrowa „Colas Breugnon” Tadeusza Baird’a. Niebanalna i całkiem przyjemna do słuchania muzyka kompozytora, który był głównym pomysłodawcą i animatorem festiwalu „Warszawska Jesień”. Fajne nie? Gwarantuję, że sami się zdziwicie tą „warszawską jesienią”.
Oj! To prawdziwe zaskoczenie. Ahmad Jamal – dziś dziadziuś – jest pianistą, którego byłbym najprawdopodobniej wielbicielem, gdybym go wcześniej znał. Dziś, w konfrontacji z całą plejadą współcześnie grających, genialnych pianistów i pianistycznych trendów, Ahmad nie porywa już tak, jak mógłby, ale jego starsze płyty, „energetyczne” i intensywne w sposób, jaki lubię, polecam każdemu.
Wiadomo. Niebanalna, wciągająca i piękna płyta z najlepszych czasów polskiego rocka post-PRL’owskiego. Tylko słuchać i podziwiać.
Genialna interpretacja znanych piosenek Waill’a i Brechta. Mocne, intrygujące, nietuzinkowe. Na kolację przy świecach płyta się nie nadaje, ale do słuchania (nie do gadania przy niej) – jak najbardziej.
Moja ulubiona płyta, mojego ulubionego saksofonisty. Nietrywialny jazz kawiarniany (faktycznie nagrane w kawiarni) z okresu, kiedy ludzi takie coś w kawiarni wciągało i kiedy płyty słucham, trochę mi żal, że te czasy minęły. „Cafe Montmartre” jest współczesną kompilacją wielu nagrań ze słynnej kawiarni w Kopenhadze dokonanych pod koniec lat 80-tych. Polecam wszystkim panom do „obezwładniania” pań a paniom oczywiście też - do „omdlewania”.