Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Paulo Coelho – Pielgrzym *

Kultura, różne | Recenzje

Coelho Pielgrzym

Mała odmiana. Do beczki miodu z recenzjami ulubionych płyt i filmów dokładam łyżkę dziegciu. Zamiast na zachętę, będzie dla odstraszenia.

Przez wiele lat zwlekałem z czytaniem Coelho. Właściwie nie wiem czemu. Miałem świadomość jego poczytności. Słyszałem też opinie osób znajomych o wybitnym wpływie dzieł tegoż autora na ich życie, myślenie i sposób postrzegania świata. Szczególną, niemal biblijną czcią zdaje się być otoczony Alchemik.

Alchemika jakoś nie udało mi się dotąd zdobyć. Zamiast tego, przypadkowo, podczas kompletowania zestawu lektur na jedną z dłuższych podróży, spostrzegłem na półce księgarni (i natychmiast nabyłem) inną książkę Coelho: Pielgrzyma. Z wypiekami na twarzy zabrałem się do czytania.

Jako, że pan Coelho niezmiennie znajduje się na czele listy najbardziej poczytnych autorów w Polsce (oddając z rzadka palmę pierwszeństwa panu Whartonowi lub pani Rowling), spodziewałem się wybitnego tłumaczenia i formy szczególnie miłej polskiemu czytelnikowi (czyli na przykład mnie). Zawiodłem się srodze. Zawiodłem pod każdym względem.

Fabuła wykorzystuje motyw podróży. Opisuje pieszą pielgrzymkę głównego bohatera do sanktuarium Santiago Compostella. Fabuła jest jednak tylko pretekstem dla bombardowania czytelnika stekiem pseudo-filozoficznych uogólnień i banałów. Dodatkowo, w treść wplecione są niedorzeczne ćwiczenia religijno – mistyczno – gimnastyczne. Coelho w tandetny sposób łączy w swojej książce tradycję religii katolickiej z praktykami voodoo. Tworzy nowy katechizm opierający się na ślepej wierze w intuicję, przeczucia i sny.

Autor posługuje się (typową dla dzieci przedszkolnych) metodą narracji - zdradzając już w pierwszym zdaniu każdego akapitu całą jego treść. Podobnie wszystkie teoretycznie atrakcyjne wątki fabuły: walki, ucieczki i próby charakteru; nim się rozpoczną – z góry wiadomo jak się skończą. Dzięki doskonałemu odwróceniu zasad budowania napięcia – akcja jest tak mdła i przewidywalna, że więcej emocji dostarczyłoby prawdopodobnie czytanie fińskiej książki telefonicznej.

I to wszystko byłoby jeszcze do zaakceptowania, gdyby nie forma. Forma literacka wyrosła bezpośrednio ze stylu wypracowań szkolnych lizusa-gimnazjalisty. Nie wiem komu bardziej to zawdzięczamy – samemu autorowi, czy może tłumaczowi. Prawdopodobnie oboje włożyli sporo pracy, aby osiągnąć mistrzostwo niedołęstwa w posługiwaniu się językiem. Zdania są bełkotliwe. Ilość natrętnych powtórzeń tego samego wyrazu, woła o pomstę do nieba. Nieporadność i prymitywizm formułowania myśli sięga poziomu oficjalnych pism z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Obrzydliwość.

Jest też kilka elementów tragicznego komizmu (zawartych głównie w serii praktycznych porad Coelho). Poznajemy np. niezawodną metodę na oszukanie szatana. Jest instruktaż krok po kroku, jak zabijając bezpańskiego psa zasłużyć na życie wieczne; oraz cała masa bezcennych wskazówek bezładnie mieszających świat rzeczywisty z duchowym, umysł z ciałem, skutki z przyczynami.

Jedno czego się obawiam, to konsekwencje jakie może wywołać lektura tej książki u skrajnie naiwnych czytelników. Zafascynowani wygodną prostotą zasad zaproponowanych przez jarmarcznego pseudo-teologa, mogą zacząć mordować niewinne psy na ulicach i planować życie na podstawie snów czy ułożenia chmur na niebie.

Jak zniechęcić do czytania?

Piszesz wprawdzie "Zawiodłem się srodze ..." ale potem tak ciekawie, dowcipnie i przekonywująco charakteryzujesz książkę, że .... aż mam ochotę to dziadostwo przeczytać!

Jest to znany problem "dobrej rezenzji niedobrej książki" (filmu, płyty), której efekt trudno przewidzieć, bo po jakimś czasie pamiętamy tylko: ... Coello? Pielgrzym? ... Aha! Kiedyś Tomek o tym bardzo fajnie pisał w internecie!

Niemniej recenzja bardzo udana, podbiłeś poziom - oj, podbiłeś!

RN