Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Majster Bieda odszedł...['] ['] [']

Kultura, różne | Serio

18.06.2005 zmarł Majster Bieda

miast komentarza cytat z gazety Nowiny Gazeta Codzienna:

Majster Bieda

Władek Nadopta, samotnik, który w poszukiwaniu wolności poznał wszystkie ścieżki w Bieszczadach... To o nim jest ta pieśń

Autobus zatrzymał się gdzieś między Ustrzykami Górnymi a Wetliną. Mężczyzna w wiatrówce wysiadł, rozejrzał się, przerzucił podręczną torbę przez ramię i ruszył przed siebie szukać przeznaczenia. Bez pieniędzy, przyjaciół, samotny wśród gór. Kilka dni później na jego drodze stanął człowiek, który okazał się wyznacznikiem dalszych losów tajemniczego wędrowca. Połączył ich wspólny posiłek pod gołym niebem - dwie pajdy razowego chleba ze słoniną.
Był początek lat 60 i żaden z nich wtedy nawet nie śnił, że obaj staną się legendą za życia. O Lutku Pińczuku, gospodarzu schroniska na Połoninie Wetlińskiej napisano już wszystko. O Władku Nadopcie przeciwnie - zawsze żył na uboczu i chadzał ścieżkami, o których wiedziały tylko wilki i rysie. Ale to właśnie on stał się symbolem bieszczadzkiej wolności, i to jego wybrał na bohatera swojej piosenki Wojciech Bellon, lider i założyciel Wolnej Grupy Bukowina.

"Skąd przychodził, kto go znał,
kto mu rękę podał,
kiedy nad rowem siadał,
wyjmował chleb,
serem przekładał
i dzielił się z psem"

Życie nie pieściło Władka od kołyski. Wcześnie poznał smak sieroctwa, głód i nędzę. Żeby przetrwać, musiał opuścić rodzinny Lwów i wyruszyć na wędrówkę. Miał 13 lat, jedno ubranie i gitarę. - To ona uratowała mnie od śmierci, bo dzięki niej miałem co jeść - wspomina Nadopta. - Gdzie ja ludziom nie przygrywałem, i w Przemyślu, i na Podhalu, i nawet nad morzem. A kiedy stęskniony wróciłem wreszcie do Lwowa, niedługo po mnie weszli Niemcy.
Na przymusowych robotach w Rzeszy spędził całą wojnę. Harował na roli, przy kopaniu grobów, przy sadzeniu drzew. Polskę zobaczył na nowo w 1946 r., trafił do Łodzi, później na Śląsk - wprost do kopalni. Ale do fedrowania nie był stworzony. Zostawił więc kilof, wsiadł do pierwszego autobusu i pojechał w Bieszczady. - Żeby być bliżej ojcowizny - mówi.
Z kilofa przerzucił się na motorową piłę - poszedł wycinać las. Na początku lat 60. w ślad za Nadoptą przybyło w Bieszczady setki ludzi szukających dobrego zarobku. Wytrzymywali tylko ci, co nie dali się wódce. Władek też się nie dał. Może dlatego, że nienawidził hoteli robotniczych, gdzie gorzałka lała się strumieniami.
- Żeby mieć spokój od natrętnych pijaków, wynajmowałem kąt u miejscowych gospodarzy - opowiada. - Czasem w Cisnej, czasem w Wetlinie, innym razem w Kalnicy lub Strzebowiskach. Dużo nie potrzebowałem, byle było na czym głowę położyć i gdzie zgotować strawę.
Kiedy w lesie nastawał martwy sezon na cięcia, Władek brał plecak, kilka konserw i przemierzał bieszczadzką puszczę szukając zrzuconych przez jelenie poroży. A w tym był mistrzem nad mistrzami, znajdował wieńce tak ogromne, że nie był w stanie ich sam udźwignąć.
Bywało, że przez tydzień nie wracał do wsi na nocleg. W zimne noce budował naprędce szałas z gałęzi albo zakopywał się w pełnym siana paśniku. Gdy było cieplej, kładł się spać wprost na ziemi a bladym świtem mył się w lodowatym strumieniu. Nie szukał wygód - wolał obcować z naturą, bo ta dawała mu poczucie wolności. - Ciągle gdzieś go nosiło - wspominają znajomi. - Jakby się dusza w nim trzepotała i kazała wciąż szukać nowych wrażeń.
Góry i las karmiły Władka, odkąd tu przyjechał. Ale sam nie wpadł na to, że ze zbierania jagód i grzybów można nieźle żyć. Miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Lutka Pińczuka, bo kiedy siedząc na rowie jedli chleb ze słoniną, to właśnie Lutek namówił go, by zaczął handlować leśnym runem. - Robota była od świtu do zmierzchu - opowiada Nadopta. - Wtedy zrywało się jagody gołymi rękami, dopiero po jakimś czasie dorobiłem się zbieraczki. Potrafiłem zebrać w ciągu dnia kilkadziesiąt kilogramów borówek i wieczorem wszystko sprzedać.

"Śmiał się do słońca,
śpiewał do gwiazd,
drogę bez końca, co przed nim szła
znał jak pięć palców, jak szeląg zły".

Rzeczywiście, nie było i nie ma w Bieszczadach miejsca, gdzie nie stanęłaby stopa Władka Nadopty. Wiedział o każdym kamieniu, wąwozie, leśnym wykrocie. Na pamięć potrafił wskazać, gdzie niedźwiedzie mają gawry, gdzie wilczyce rodzą młode i gdzie jelenie przychodzą na rykowisko bić się o łanie. Nawet dziś, kiedy już po górach za często nie chodzi, bo wiek słuszny i sił mało, mógłby egzaminować młodych przewodników ze znajomości terenu.
- Nieprzypadkowo goprowcy korzystali z jego wiedzy - opowiadają przyjaciele. - Ilekroć pomagał im szukać zaginionych turystów, nigdy ich nie zawiódł. Miał "nosa", jak nikt.
Ratownicy odwdzięczyli się Władkowi - w 1999 roku uhonorowali go odznaką "Zasłużony dla ratownictwa górskiego". Kiedy przypinali mu ten order, popłakał się jak dziecko, a razem z nim ci, którzy to widzieli.
- On z nami był od początku, w chwilach dobrych i złych, tego się nie zapomina - mówi Leszek Berezka, zastępca naczelnika GOPR.
W 82-letnim życiu Nadopty to pierwsza pochwała. Ale zasłużył na nią znacznie wcześniej - kiedy przecierał innym dzikie szlaki, wypalał węgiel drzewny w mielerzach. I kiedy podczas roboty w Lesku nie dał się zmusić do rozbiórki greckokatolickiej cerkwi. - Chyba by mi ręka uschła - zarzeka się. - Byli jednak tacy, którym powieka nie drgnęła, gdy niszczyli święty przybytek.
Po tym zdarzeniu jeszcze głębiej schował się w górach - zamieszkał w szałasie na Przełęczy Wyżnej. Już był uznanym zbieraczem runa, więc kiedy dowiedział się o nim pułkownik Kazimierz Doskoczyński, w latach 70. wielki łowczy PRL i szef rządowych ośrodków wypoczynkowych w Bieszczadach, zawarł z Nadoptą umowę na dostawy grzybów. Nie dla siebie ich potrzebował, lecz dla swoich gości - Gierka, Jaroszewicza, Kiszczaka. Targał więc Władek całe kosze maślaków, rydzów, kozaków, a pułkownik grosza nie żałował. - Nic do niego nie miałem, dopóki nie zabił mi z dubeltówki psa - opowiada Nadopta. - Niby za płoszenie zwierzyny. A przecież to był zwykły kundelek, ledwo odstawał od ziemi. Tak się wkurzyłem, że przeszedłem na handel z turystami. Płacili mniej, ale na pieniądzach mi nie zależało.
Pies miał na imię Pikolo i nigdy nie odstępował swojego pana. Kiedy ktoś obcy zbliżał się do samotni Władka, Pikolo siedział cicho jak mysz pod miotłą. A potem nagle wyskakiwał zza węgła i darł przybyszowi spodnie na strzępy. - Ubaw był po pachy - śmieje się Nadopta.

Na Przełęczy Wyżnej spotkał Władek człowieka, dzięki któremu został legendą. Długowłosy chłopak z gitarą był dużo młodszy, ale od razu przypadli sobie do gustu. Niejedno piwo razem wypili, niejedną noc przegadali. Chłopak pochodził z Buska Zdroju i nazywał się Wojtek Bellon.
- Przyjeżdżał w Bieszczady szukać twórczej weny, zawsze "goły i wesoły" - mówi Władek. - Chciał, by jego ballady pachniały górami, więc w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej przesiadywał całymi tygodniami. Nawet się tam na parę miesięcy zatrudnił, a potem został kandydatem na ratownika GOPR.
To właśnie w schronisku, przy naftowej lampie, napisał większość swoich piosenek. Wśród nich tą, którą aż do przedwczesnej śmierci w 1985 roku uważał za ulubioną i najważniejszą - Majstra Biedę. Nadopta długo nie wiedział, że to o nim. Dopiero, gdy przypadkiem w radiu usłyszał dedykację, zrozumiał, że odtąd nie będzie już Władkiem, lecz właśnie Majstrem Biedą.
- Zawsze był szanowany, ale od tej chwili także nietykalny - wspominają w Bieszczadach. - Nawet w knajpie w Ustrzykach Górnych, gdzie w owym czasie mordobicie było rozrywką na porządku dziennym i gdzie gęsto "ścielił się trup".
Władek nie lubił takich scen. Bo chociaż był z lasu, twardy jak buk, to brzydził się przemocą i opilstwem. Pewnie dlatego wolał samotność, ale nie taką, by zupełnie stronić od ludzi, lecz taką, która dawała poczucie wolności i pozwalała oprzeć się pokusom.

"Nikt nie pytał, skąd się wziął,
gdy do ognia się przysiadał.
Wtulał się w krąg ciepła jak w kożuch,
znużony drogą wędrowiec boży.
Zasypiał długo gapiąc się w noc".

Tak mijał Władkowi rok za rokiem. Włosy mu posiwiały, a zmarszczki poorały twarz. Siedział raz nad potokiem, moczył obolałe nogi i ni stąd, ni zowąd naszła go refleksja, że przez te ćwierć wieku w Bieszczadach niczego się nie dorobił. Wciąż nie miał własnego dachu nad głową, żadnych oszczędności i tylko tę wolność wyśnioną jeszcze w dzieciństwie. - Ona była dla mnie wszystkim, nie myślałem o dobrach materialnych. Gdybym chciał, dziś miałbym na własność piętrowy dom, samochód i jeszcze by mi zostało. Ale pieniądze nie trzymały się mojej kieszeni.
Na starość postanowił, że chociaż trochę sobie odłoży - na czarną godzinę. Bo niby ma tę rentę za robotę w lesie i przy wąskotorowej kolei, ale to raptem 420 złotych. Za mało, by przeżyć, za dużo, by umrzeć.
Więc wrócił Władek do zbieractwa, osiadł w sezonowej chałupce pod Małą Rawką i jaśniej zobaczył swoją przyszłość. - Oczy błyszczały mu z radości, gdy widział, jak turyści zajadali jego borówki - wspomina Ryszard Denisiuk z Cisnej. - Lecz te same oczy zachodziły smutkiem, kiedy połoniny pokrywał śnieg.
- Tu zima trwa pół roku, a każdy dzień wydaje się wiecznością - mówi Nadopta. - Kiedyś bywało inaczej, weselej, ale i czas biegł innym rytmem, według praw młodości.
Żeby nie oszaleć z bezczynności, umyślił sobie, że odwiedzi syna na Śląsku. Już pierwszego dnia pobytu poczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego, po trzech był z powrotem w górach. - Ja chyba nie umiem żyć gdzie indziej, tęsknota mnie zjada.
Poszedł mieszkać do przyjaciół, ale i tam był niejako z musu. - Zawsze powtarzał, że nie chce być dla nikogo ciężarem - wspomina Maria Oskarbska z Wetliny, która wraz z mężem przygarniała Nadoptę w zimowe miesiące. Przygarniali go wszyscy, bo Władkowi nikt nie odmówił.

(...)

Choroba dopadła go nagle - we śnie. Karetka, szpital, kroplówka. Lekarz zawyrokował - zapalenie płuc. Dodatkowo przyplątała się astma. Leżał Władek w białej pościeli i widział już nad sobą śmierć, lecz chyba wyprosił łaski u Boga, bo po dwóch miesiącach wstał o własnych siłach. Nie był sam - najbardziej mu oddani zachęcali, by zamieszkał u nich na stałe. Odmówił. - Ze starym człowiekiem same kłopoty, po co ktoś ma się mną zamartwiać - tłumaczy.
Ze szpitala pojechał w góry już tylko po rzeczy. Zmieściły się w jednej torbie. W domu dla samotnych dostał pokój z telewizorem, fachową opiekę i jedzenie. I zamknął się w sobie jak nigdy. W Bieszczadach prorokują, że jeśli wiosną nie wróci pod połoniny, zgaśnie tak szybko, jak świeca na wietrze.

.... i zgasł rok później 18.06.2005, i nastąpił taki rok, smutny rok tak widać trzeba.. nie przyszedł Bieda zieloną wiosną miejsce gdzie siadał zielskiem zarosło.....

Dziękujemy

Bardzo dziękujemy - chyba wszyscy znajomi zgodzą się ze mną - za piękne słowa o Majstrze. Kiedy zobaczyłem Twój post, natychmiast przypomiałem sobie komunikat o śmierci Pana Nadopty, ale jak ten słoń Trombalski ....

Fajnie, że Ty pamiętałaś, bo "Majster Bieda" jest (był) nam wszystkim - przez piosenki WGB - bardz bliski.

RN

wspomnienie

Oczywiście słyszałam informację o śmierci Majstra Biedy ale tak wsiąkła w codzienność. Dopiero artykuł mnie "zatrzymał" i wzruszył, co tu dużo mówić, do łez. Dziękuję.
Bożena

majster bieda

czy ktos ma moze jego zdjecie?

Re. Zjęcie

Chodzi Ci o jakies większe? Większe niż to, które umieściła Justyna?

RN

hmm, dopiero teraz to

hmm, dopiero teraz to zdjecie zauwazylem!