Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Recenzje filmowe

Film | Recenzje

Tajemnica Brokeback Mountain ****
Naprawdę dobre amerykańskie kino, klasycznie opowiedziana historia o miłości. Jak powiedział Ang Lee odbierając w zeszłym tygodniu Oskara dla najlepszego reżysera : "mam nadzieje, że ten film opowie wam coś nie tylko o miłości gejowskiej, ale o milości wogóle" i ja twierdzę, że mu się udało. Grający główne role aktorzy świetni, ale prawdziwą zaletą filmu są piękne zdjęcia górskich pejzaży. Wychodzi z tego swoiste połączenie melodramatu i westernu. I nie martwcie się nie będziecie ani zniesmaczeni (no może jest taka jedna scena seksu na początku, która bierze widza tak trochę z zaskoczenia), ani znudzeni. To się ogląda raczej jak Casablancę. Film przełomowy rownież w tym sensie, że po raz pierwszy wprowadził temat gejowskiej miłości na szeroki i oficjalny ekran.

Capote ****
Trudno uwierzyć, ale w tym roku Amerykanie zrobili nawet kilka niezlych filmów. Rzeczywiście, glówną zaletą filmu, jest kreacja aktorska Philipa Seymoura Hoffmana. Film ma oczywiście wysoką wartość edukacyjną, jeżeli nie wiedzieliście kim był i co zrobił Truman Capote, to tu macie wszystko wylożone w lekkiej i przystępnej formie. Film jest zatem interesujący już ze względu na samą postać Capotiego, ale jego prawdziwą atrakcją jest opowieść o tym jaką cenę płacimy za geniusz i za napisanie książki, która zmieniła oblicze amerykańskiej literatury. Bardzo polecam.

Czas, który pozostał ***
Ostanio kino chyba przeżywa jakiś rozkwit, bo nie dość, że Amerykanie robią dobre fily to Francuzom też się udaje. Reżyser filmu Francois Ozon to oczywiście ukochane dziecko młodego francuskiego kina. Dotychczas raczej lubił zabawy gatunkowe z udziałem gwiazd francuskiego kina "8 kobiet" czy "Basen". Tym razem zdecydował się na film prosty i kameralny. Bohater jest wziętym fotorgafem gejem, ma 31 lat i dowiaduje się, że ma raka i za jakieś 3 miesiące umrze. I o tych ostatnich miesiącach jest ten film. Nie ma tu żadnych fajerwerków i nawet niczego bardzo odkrywczego na temat sensu życia. Jednak udaje się Ozonowi sprytnie i odrobinę przewrotnie zamknąc fabułę, a końcowa scena choć przynosi śmierć bohatera zostawia nas raczej z poczuciem pokrzepienia niż smutko. Piękny prosty film.

W rytmie serca *****
Kolejny francuski film, który zresztą w tym roku zgarnął wszystkie najważniejsze Cezary (nagrody Francuskiej Akademii Filmowej). Do polskich kin wchodzi za niecałe dwa tygodnie, ja miałam okazję zobaczyć go w Paryżu jeszcze w lecie zeszłego roku i przyznam, że to najlepszy film jaki widziałam w 2005 roku.
Wychodzi na to, że jednak najprostsze historie najlepiej w kinie się sprawdzają. Tu fabuła zakrawa niemal na banał: zły pan, który zajmuje się handlem nieruchomościami, prowadzonym w co tu dużo mówić, huligański sposób, odkrywa w sobie talent muzyczny odziedziczony po matce. Staje się utalentowanym pianistą, a siła muzyki sprawia, że staje się lepszym człowiekiem.
I trudno wytłumaczyć jak to się udało reżyserowi, ale jako widzowie całkowicie wierzymy w tę jakże banalną i cukierkową historię, a na dodatek przejmuje nas ona do głębi. Tajemnica jak ostatnio przeczytałam w pewnej dobrej recenzjii kryje się podobno w metodzie zastosowanej przez reżysera, która jest po prostu klasycznie rozumianym filmowym realizmem. Od zdjęc poczynając, a kończąc na konstrukcji fabuły, ktora rozgrywa się linearnie, a każdy gest ma swoją przyczynę i skutek. Niesamowita, analiza człowieka wogóle, tego wszystkiego co sprawia, że jesteśmy tym kim jesteśmy lub, że w każdym momencie jeżeli tylko chcemy możemy to zmienić. Lektura obowiązkowa tej (miejmy już nadzieję) wiosny. Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby tego filmu nie zobaczyć i nie pokochać.

Wnioski ogólne? Wynika z tego, że wracają czasy klasycznie konstruowanego, prostego kina, które jak widać jednak jest najlepsze. Żadne techniczne fajerwerki, postmodernistyczne nawiązania i lynchowskie zachwiania fabularne z takim kinem nie wygrają.

Re: Hoffman i Ozon

  • Philip Seymour Hoffman
    Jakiś czas temu zwróciłem uwagę na tego aktora w - skądinąd niespecjalnie wielkim - filmie Flawless. Wtedy przyszło mi na myśl, że są, w tej zatrutej komercją ameryce, tacy aktorzy - np. Woody Harrelson, ze starszych Robert Duvall, Morgan Freeman - których w durnych filmach jakoś nie widuję, którzy na specjalnie wysokim świeczniku nie sterczą, za to każda ich rola robi dobre wrażenie. W przypadku Seymour'a Hoffman'a mogła to być sprawa "drugoplanowości", ale po "Capotim" wszystko jest jasne - to świetny aktor i bardzo dobrze.
  • Ozon
    Tu jestem trochę zdziwiony, bo nie mogłem widzieć filmu "Czas, który pozostał" a ... jakbym widział. Film był francuski, bohater był starszy, "ważne" sprawy stały się nagle nieważne, a końcowa scena śmierci wśród przyjaciół, w ogrodzie - wzruszająca. Jasne, że "Time to Leave" to nie jest, ale ... jakiś remake, czy co?

RN

Czas, który pozostał

Myśle, że mówisz o filmie "Inwazja barbarzyńców" kanadyjskim, aczkolwiek też po francusku. Tam bohater był już jednak bardziej zaawansowany wiekiem, miał dorosłe dzieci itp.
A u Ozona bohater ma 31 i jest po prostu w kwiecie wieku, poza tym mniej tu ironii i szyderstwa z tych "pseudo ważnych spraw", ktore ostatecznie okazują się bez znaczenia. Obiektywnie (jeżeli to możliwe) stwierdzam, że "Inwazja barbarzyńców" jest jednak lepszym filmem niż "Czas, który pozostał".

The Barbarian Invasion (Les invasions barbares)

A byłem tak blisko!
Jesteś dobra! Przeszukałem "All Movie" w poszukiwaniu filmów z kluczem "cancer", "terminal-illness" i ... na liście "podejrzanych" znalazłem oczywiście "The Barbarian Invasion", ale w ogóle nie wziąłem go pod uwagę. Jak mogłem przypuszczać, że niezły film może mieć tak idiotyczny tytuł! "Pachniał" mi durną komedią SF (teraz podejrzewam cele marketingowo - reklamowe).

Film widziałem najprawdopodobniej na Canal+, ale szybko z niego zniknął (za dobry?) i nie mogłem go odszukać. Nie pamiętałem ani tytułu ani reżysera ani nazwisk aktorów i już dawno zrezygnowałem z poszukiwań, aż tu nagle ... fajnie!. Recenzji nie napiszę, bo film już ledwie pamiętam, ale dobrze zapamiętałem zaskoczenie jakie wywołała na mnie odwaga potraktowania skrajnie poważnych spraw w prowokacyjnie dowcipny sposób i ... efekt jaki to dało.

RN

Recenzje filmowe / Tajemnica Brokeback Mountain

Z listy widziałem na razie tylko Tajemnicę Brokeback Mountain. Choć już widzę, że koniecznie i szybko muszę nadrobić W rytmie serca. Podpisuję się obiema rękami pod Monikową recenzją Tajemnicy ... . Dałbym nawet maksimum gwiazdek, od wielu miesięcy żaden film tak mnie nie poruszył. Jak trafnie zauważyła Monika, istotą filmu jest prawdziwe pokazanie miłości. Nie miłości gejowskiej, ale miłości uniwersalnej. Pokazanie wyrzeczeń, zazdrości, roli miłości cielesnej w miłości w ogóle, pokazanie asymetrii uczuć w związku – o tym jest film. Mądry film – pozycja obowiązkowa do obejrzenia dla każdego wrażliwego człowieka. Treść to trochę Romeo i Julii a trochę Love Story – kochankowie wobec braku akceptacji świata. Dodatkowo; piękne, surowe górskie krajobrazy w tle opowieści pozwalają lepiej skupić się na treści i zrozumieć przesłanie. Wiekopomne dzieło. Tak na marginesie, ponieważ film spodobał się zarówno publiczności jak i prasowym recenzentom, bardzo ciekaw byłem opinii Moniki. W ramach nonkonformizmu autorki, spodziewałem się raczej ostrej krytyki i cieszę się, że jej nie znalazłem.

--
tomek

Nonkonformizm i inne...

Nie chodzi o to żeby być nonkonformistą tylko rzetelnym krytykiem...

Co do innych filmów, to niedawno obejrzeliśmy z tatą i Marysią film "Kumple". Piszę w tym miejscu, bo temat na forum jest dość stary i pewnie nikt by nie zauważył, że coś napisałam, a tego bym nie zniosła.
Pamiętam, że bardzo go Tomku polecałeś i dałeś mu nawet (o zgrozo)pięć gwiazdek. Tu podeprę się autorytetem, tzw. środowiska, bo akurat na zajęciach omawialiśmy ostatnio nowe kino Skaandynawskie i wszyscy zgodnie doszliśmy do wniosku, że film "Kumple" jest dość słaby i po prostu naiwny.
Oczywiście nie mam nic przeciwko takiemu eskapistycznemu kinu, gdzie życie jest piękne, wszelkie problemy da się rozwiązać, a miłość wszystko zwycięża. Ale powiedzmy sobie szczerze... nie jest to jakieś kino wysokich lotów. Fajnie tak się czasmi podnieść na duchu i pomyśleć, że życie może być jednak piękne, ale to jednak dość pretensjonalny punkt widzenia.
Także, film oglądało się przyjemnie, choć czasami niestety był nazbyt naiwny. Miejmy po prostu nadzieję, że twórca nie rościł sobie prawa do objawiania jakiejś życiowej prawdy, a jedynie chciał nam zaszczepić odrobinę optymizmu.

O Matko Boska!

Jeszcze wczoraj wieczorem chciałem napisać:

  • Że w minioną niedzielę byliśmy w wypożyczalni i Monika "wydłubała" gdzieś na półce "Kumpli" - czyli, że recenzowanie filmów w portalu ma jak najbardziej sens.
  • Że po słowach "W ramach nonkonformizmu autorki, spodziewałem się raczej ostrej krytyki i cieszę się, że jej nie znalazłem" - jakbyś włożył kij w mrowisko - ucierpi autorytet MUC Moniki jako bezlitosnego krytyka i BĘDZIE MUSIAŁA coś "zjechać". Dostało się biednym "Kumplom".

Kumple
Film był całkiem OK, w sam raz na niedzielny wieczór i niewątpliwie był takim filmem, który każdemu musi się podobać. Ma uroczy happy end (zbyt uroczy?), ale ... własciwie dlaczego mam się tego czepiać.

Czy, gdyby kolega od komputera np. umarł ze strachu w telewizji byłoby to mniej naiwnie, bardziej prawdziwie? Czy, gdyby główny bohater nie skoczył wreszcie - po długich "cierpieniach młodego Wertera" - za dziewczyną do wody to co? To dość naiwny chwyt, ale film od początku utrzymany jest w lekkiej konwencji. "My się wszystkiego boimy, my się na razie tylko tak bawimy" i naiwne rozwiewanie strachów nawet mi pasuje. "Strachy" kumpli były naiwne, to i ich pokonywanie nie może (a na pewno nie musi) być jakieś bardzo serio - film w końcu nie jest o dojrzewaniu na barykadach Powstania Warszawskiego. A twórca może (choć oczywiście nie wiem tego na pewno) chciał powiedzieć, że dojrzewa się zawsze i wszędzie a okoliczności tego dojrzewania - nawet prozaiczne - nie oznaczają, że to nieważne i mniej się liczy.

Oglądałem ostatnio film "9-ta kompania" (też niezły), w którym radzieccy (jeszcze) chłopcy dojrzewają w Afganistanie. Hmm... apoteoza wojny, jako źródła prawdziwej męskości jest mi obca. Co jest bardziej prawdziwe - "mięczak" w metrze czy pod gąsienicami czołgu? I który bardziej "stwardniał" - ten, który przyznał się (sam przed sobą), że w koncu jest k... ojcem, czy ten, który bez już bez mrugnięcia okiem wypruje serię z automatu prosto w "ducha"? No, który?

RN

Mięczaki i twardziele

Filmu "9-ta" kompania" nie widziałam, ale powiem szczerze, że ten mięczak w metrze z filmu "Kumple" jest dla mnie tak samo nieautentyczny jak twardziel z filmu wojennego.
Zresztą przemawia tu przez ciebie tato po prostu schematyzm myślenia czyli, że jak film szwecki i jeszcze wesoły, no to wiadomo kino artystyczne czyli ho, ho... A jak film wojenny to już od razu głupia sieczka, no i bee... Wstyd!

Re: Mięczaki i twardziele

Piszesz:
... jak film szwecki i jeszcze wesoły, no to wiadomo kino artystyczne czyli ho, ho... A jak film wojenny to już od razu głupia sieczka, no i bee...

Odwrotnie! Zasugerowałem, że w przypadku gatunku serio (np. film wojenny, masakra, krew, ofiary), łatwiej "przepchnąć" jakąś głębszą myśl (dojrzewanie, "twardnienie") a w przypadku "komediowym" do wszystkiego podchodzimy raczej lekko. I słusznie.

Mimo wszystko bronię "Kumpli", bo zauważyłem w nim całkiem sensownie zarysowany problem "wiecznych dzieci", czyli ludzi nie aż tak młodych a żyjących - w obawie przed rzeczywistością, czy w jakiejś innej obawie - jak nastolatki. Jakaś praca, jakieś wino, jakaś dziewczyna. Aż przychodzi taki moment ...
Ani to problem skandynawski ani jakiś specjalnie nowy a film aż tak głeboko - żeby uznać go za dzieło - problemu nie porusza. Wcale zresztą nie odebrałem filmu jako "kino artystyczne", raczej wydawał mi się on "offowy" - może ze względu na aktorów, którzy pachnieli mi szkołą albo nawet kółkiem teatralnym. To wszystko bardzo mi w "Kumplach" gra - temat, aktorzy, happy end. Jakby młodzeż nakęciła film o młodzieży dla młodzieży. Czego się czepiać?

Aha!
A jak film wojenny to już od razu głupia sieczka...
Nie słyszałem, żeby ktokolwiek (łącznie ze mną) np. filmy "Lecą Żurawie", "Ballada o żołnierzu", "Łowca jeleni", "Pluton" czy "Underground" zaliczył do "głupiej sieczki", więc ... bez przesady.

RN
P.S. więcej już na temat filmu "Kumple" nie piszę. Prosze mi zadać jakies inne zadanie.