Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Jim Black (AlasNoAxis) w Hipnozie *****

Muzyka | Recenzje

Jim Black.jpgW portalu polskiego radia znalazłem następującą recenzję Pana Marcina Gokieli:

... Podstawą muzyki AlasNoAxis jest oczywiście mocno osadzona sekcja rytmiczna. Obok lidera współtworzy ją Skuli Sverisson na elektrycznym basie. Tworzą zgrany, otwarty na eksperymenty, interesujący duet. Ich gra jest na tyle luźna, by pozostawić miejsce na swobodę wypowiedzi pozostałym muzykom, a jednocześnie na tyle charakterystyczna i szczególna, by stworzyć ramy wyrazistego brzmienia grupy.

Głównym solistą jest klarnecista i saksofonista tenorowy Chris Speed. Jest to muzyk mocno zainspirowany Coltrane’em. Jego zadbane i różnorodne brzmienie, bogate umiejętności melodyczne oraz wyczucie na pomysły partnerów, nadają muzyce AlasNoAxis odcień jazzowego wyrafinowania. Skład grupy uzupełnia islandzki gitarzysta Hilmar Jensson, który z kolei wprowadza element rockowej zadziorności, i skłonność do eksperymentów brzmieniowych a la Hendrix. Jego partie znakomicie współbrzmią ze zdecydowanymi frazami Speeda, dając w efekcie naturalne i interesujące połączenie.

Kompozycje nie są formalnie przesadnie wyrafinowane. To proste melodie, nierzadko po prostu dwa czy trzy akordy czy pomysłowy riff. Punkt ciężkości spoczywa na znakomitym wykonaniu oraz bezpretensjonalności. Słychać znakomite porozumienie muzyków i świadomość celu, do jakiego dążą. Jazz to zasadniczo prosta muzyka, i Black akcentuje jej rozrywkowy, ludowy aspekt...

Wszystko się zgadza, za wyjątkiem „Black akcentuje jej rozrywkowy, ludowy aspekt”. Przesada. Z pewnością nie była to muzyka rozrywkowa, choć rzeczywiście kompozycje nie były przesadnie wyrafinowane. Zabawa dźwiękami i nastrojami kojarzy mi się ze współczesną muzyką poważną – w jej wydaniu minimalistycznym (np. Philips Glass). Jakby coś się zaczynało…. nadal się zaczyna … teraz się zacznie … i koniec. „Hot” – mimo, że głośny - ten jazz zdecydowanie nie był.

Niemniej, NIEPRAWDOPODOBNIE WYSOKI poziom wszystkich bez wyjątku muzyków wprost emanował ze sceny. A perfekcyjne zgranie oraz odczuwalna łatwość grania i oszczędnego operowania elektroniką bardzo wciągały. Koncert dość długo się rozkręcał, ale końcówka to był obłęd! Podziw i ukłony – głównie dla Pana Jim’a, który zza perkusji rzeczywiście potrafił być liderem, a kapitalne nagłośnienie w Hipnozie (nic nie brzęczało, mimo, że zespół gra głośno, perkusja niczego nie „zabiła”) sprostało doskonałości muzyków. Super.

Płyty zespołu niestety nie kupiłem bo:

  • Była hm, hm ... droga (60zł)
  • Nie umiem sobie wyobrazić gdzie i jak, poza salą klubową z profesjonalnym nagłośnieniem, można (jest sens) takiej muzyki posłuchać.