Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Imię róży - wywiad z reżyserem *****

Film | Recenzje

Na DVD z „Imieniem róży” zaciekawił mnie - chyba jeszcze bardziej niż sam film - wywiad z reżyserem. „Wywiad” to zresztą złe słowo i „zaciekawił” także, bo dokument z Jeane-Jacques’em Annaud trwał 1:50 i wciągnął mnie chyba nie mniej niż sam film. Jeśli nawet wziąć pod uwagę, że sporo faktów w nim zawartych to marketing i reklama, to i tak przedstawiono w nim obraz nieprawdopodobnego wprost „krzątactwa” związanego z filmem.

Czy ono jest konieczne? Pewnie nie, bo jeśli widz traktuje mnichów w habitach trochę jak smoki z bajki, to i tak wysiłek uprawdopodobniania wszystkiego do perfekcji i absurdu wygląda na niepotrzebny. Tylko tak wygląda, bo w rzeczywistości jest on sposobem na budowanie „świata”. Taki świat wcale nie musi być prawdziwy, za to musi być „kompletny”, nawet w, z pozoru nic nie znaczących szczegółach. W „Imieniu Róży”, podobnie jak w Tolkienie - wiesz, że takiego świata nie ma, a mimo to czujesz, masz wrażenie, jakby był. Jest to nieco tajemnicze, ale sądzę, że dzieje się to za sprawą dbałości o drobiazgi dotyczące postaci, wnętrz, wydarzeń itp. Można jak Tolkien - zupełnie zmyślać - ale jest inne wyjście - wiernie odtwarzać. Niemniej i jeden i drugi przypadek wymagają niezwykłego krzątactwa (pracowitości) i wiary w to (szacunku), że końcowy efekt w znacznym stopniu zależy ilości energii włożonej w każdy szczegół. Tylko jedna rzecz mnie niepokoi. Gdzie tu twórczość i artyzm oraz boska dekadencja, no gdzie?

Niezależnie od wszystkiego, Jeane-Jacques mnie ujął i zaciekawił. W wypowiedziach był (wydawał się) prawdziwy i zaangażowany (a może to zaleta dobrego dokumentu?). Jest rzadkim, wśród ludzi sztuki, przypadkiem bardzo miłej równowagi pomiędzy „świśnięciem” a zdrowym rozsądkiem. Dla porównania, Wajda jest nieco za mocno „świśniety” a Zanussi, zdecydowanie za mocno racjonalny. Podobne, jak Jeane-Jacques, wrażenie zrobił na mnie kiedyś Russell Crowe - w wywiadzie z nim w Actors Studio. Bardzo się wyróżnił spośród całej plejady pozerów, która się w tych wywiadach przewinęła (to seria nadawana na Ale Kino), bo, o ile pamiętam, nie wypowiedział ani jednej podejrzanej „mądrości” (... mój tata zawsze powtarzał, że najlepiej rąbać drzewo o świcie ...) - widocznie też się jakoś da - mówił ciekawie, dowcipnie i niegłupio. Natomiast, ale tak niestety podejrzewałem, wyjątkowym pozerem wydał mi się Jammie Fox (genialna rola w Ray'u), którego wizytę w Actors Studio oglądałem ostatnio. Przepowiadam mu niebywałą karierę, choć nie jest to wcale to, co tygrysy lubią najbardziej - za to takich „country boys” uwielbiają amerykanie. W jednej 30-to minutowej rozmowie: płakał (niedawno zmarła mu matka), śpiewał „Georgia on My Mind” i parodiował Morgana Freeman’a. Nie pamiętam ANI JEDNEGO zdania, które wyglądałoby choć trochę na prawdziwe, autentyczne i po prostu „Jammiego”. Tylko show!

Filmu dokumentalnego -

Filmu dokumentalnego - wywiadu z reżyserem - nie widziałam. Za to, mając za sobą książkę "Imię róży" (byłam nią oczywiście zachwycona), do oglądania filmu zasiadłam z dużym zaciekawieniem. Jak reżyser poradzi sobie ze scenariuszem, w którym akcja toczy się w ciemnościach, a większość bohaterów, nawet w jasnym świetle, nie jest rozróżnialna (zakonnicy w habitach, zakapturzeni)? Poradził sobie.

Wywiad z reżyserem - właśnie.

Otórz włąśnie najciekawszym wątkiem wywiadu jest to "jak rezyser poradził sobie" z wyzwaniem jakim na pewno jest "Imię róży". Nawet nie wyobrażałaem sobie ile pracy przed filmem to wymagało! Np. wybór klasztoru (w rzeczywistości były dwa "prawdziwe" i jeden zbudowany), projekt i budowa dekoracji i wiele innych.

A wręcz zupełnie "odlotowy" jest fragment o doborze aktorów. Było to tak:

Ponieważ film przygotowywano bardzo długo, aktorzy a w szczególności ich agenci mieli sporo czasu aby pomęczyć reżysera. Jednym z najbardziej aktywnych był agent Sean'a Connery. Jaques Annaud (jak i Umberto Eco) nie mieli nawet zamiaru rozmawiać z "Agentem 001" - wydawało się idiotyczne, by "nasłynnejszy szpieg świata" grał zakonnika. Unikali Sean'a jak mogli, ale agent okazał się na tyle upierdliwy, że po pewnym czasie poddali się i zgodzili się na spotkanie. Annaud umówił się z Sean'em w Monachium - spotkał się z nim po raz pierwszy.

Opowiada tak.
Wszedł postawny, przystojny mężczyzna o pięknym niskim, męskim głosie. Kiedy wziął do ręki scenariusz i przeczytał fragment - po prostu mnie zatkało. To był wymarzony Baskerville! Wprost idealny do tej roli. Kiedy opowiedziałem to Umberto w rozmowie telefonicznej, w słuchawce na chwilę zapadła cisza ... a potem usłyszałem - O Boże!

RN