Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Babel ****

Film | Recenzje

babel.jpg"Babel" to trzeci z kolei film Alejandro Gonzaleza Inarritu. Zgodnie z zamierzeniem reżysera i scenarzysty ma on być dopełnieniem trylogii rozpoczętej przez "Amorres perros" i kontynuowanej w "21 gramach". Stąd Inarritu trzyma się konsekwentnie swojej dotychczasowej estetyki. Opowiada trzy, a właściwie cztery powiazane ze sobą historie rozgrywające się rownocześnie na trzech kontynentach. Dwie historie: amerykańskiego małżeństwa na wakacjach i pasterskiej rodziny rozgrywają się w Maroku, trzecia ma mejsce częściowo w USA, częściowo w Meksyku, a tłem czwartego opowiadania jest Tokyo.
Zdecydowanie na pierwszy plan wybija się historia marokańska. Pewnie dlatego, że jest najbardziej dramatyczna, grają w niej hollywoodzkie gwiazdy (Brad Pitt, Cate Blanchet) i porusza wążki obecnie temat spotkania kultury Zachodniej i muzułmańskiej.
Wątek meksykański wydaje się mało wyrazisty i właściwie trudno określić, co autor miał na celu w nim pokazać. Wniosek, że chodzi o uprzedzenia Amerykanów wobec Meksykańczykow wydaje mi się, jak na Inarritu dość płytki.
O dziwo najbardziej poruszająca wydaje się nowela japońska. Być może dlatego, że z punktu widzenia Europejczyka jest najbardziej egzotyczna i przesiąknięta duchem Japonii. Z jednej strony opowiada historię dylematów człowieka współczesnego, z drugiej pełna jest tego co kojarzy nam się z Japonią tradycyjną: spokoju, dystansu, minimalizmu.
Sam reżyser twierdzi, że "Babel" to film o braku komunikacji międzyludzkiej i problemach jakie z tego wynikają. Myślę, że nie chodzi tu tyle o komunikację, ale wogóle o bycie "ludzkim". W tym świetle zachodni turyści nie różnią się zbyt wiele o marokańskich pasterzy. Z drugiej strony, może nawet niejako wbrew zamierzeniom reżysera, film ukazuje ogromne różnice istniejące między poszczególnymi kulturami. Wniosek to dość zaskakujący, szczególnie w czasch myślenia w kategoriach globalnych. Nasuwa się więc myśl, skąd inąd głoszona przez niektórych badaczy współczesnego świata, że globalna jest być może gospodarka, ale nie kultura.
Z tej konfrontacji kultur można jeszcze wysunąc jedno stwierdzenie: problem polega po prostu na tym, że niektórzy ludzie myślą, a inni po prostu nie. Ci zazwyczaj, którzy są bardziej cywilizowani myślą więcej i jakoś bardziej budzą naszą sympatię.
Zdaje sobie sprawę, że byc może zabrzmi to rasistowsko (Jacek twierdzi, że jestem wykapaną Orianą Fallaci), ale czy sami nie przyłapaliście się na tym, że więcej sympatii budzi w was głuchoniema japońska dziewczynka niż brudni marokańscy chłopcy strzelający dla zabawy do autobusu?
Wydaje się więc, że największą siłą filmu "Babel" jest to, że zmusza nas on do refleksji nad otaczającym nas światem, ale właśnie w sensie globalnym. I choć może niektóre pytania wydadzą się nam odrobine pretensjonalne, myślę, że i tak warto choćby na dwie godzinny trwania filmu poddać się pewnej zadumie i jeszcze raz kilka problemów przemyśleć.

Filmu wprawdzie ...

nie widziałem, ale do dyskusji mogę się przyłączyć.

Co najmniej 3-ci już raz Pani Oriana Fallaci pojawia się w kontekście porównania z Moniką. Czy to coś znaczy – nie wiem, ale w stwierdzeniu „więcej sympatii budzi w was głuchoniema japońska dziewczynka niż brudni marokańscy chłopcy strzelający dla zabawy do autobusu” nie czuję rasizmu lecz (co może jeszcze gorsze!) – „niezdrową, wręcz chorobliwą fascynację czystością”.

A całkiem poważnie. Rozpoznanie „Ci zazwyczaj, którzy są bardziej cywilizowani myślą więcej i jakoś bardziej budzą naszą sympatię” chyba dość wyraźnie skompromitował ostatnio Woody Allen w „Match Point”. Cywilizowani wielbiciele opery, znawcy Dostojewskiego i Strawińskiego nie wzbudzili jakoś naszej sympatii a – dla kontrastu – bohaterowie „Transylwanii”, jakoś tak. Może wobec tego związek „ucywilizowania” z „człowieczeństwem” nie jest – na szczęście – aż taki prosty.

RN