Niepotrzebnie się wyrwałem, parę dni temu, że mój kolejny artykuł jest tuż – tuż, bo teraz czuję się sforsowany i niekoniecznie uda mi się napisać, to co chciałem, wystarczająco lekko. Historia jest dość długa, ale mam nadzieję, że nie nudna, więc posłuchajcie.
Gdzieś w okolicach imienin Bożenki dostałem od naszego znajomego z Berlina wzruszający list, w którym Kazik zaniepokoił się (zrozumiałem, że serio i nawet się wzruszyłem) moim całkowitym milczeniem w portalu. „Czy coś się stało? Żyjesz?” itp.
Na szczęście, po zabawowych imieninach mogłem spokojnie odpowiedzieć, że mam się całkiem dobrze, tyle, że od nowego roku:
- Mój stopień zajętości (a myślałem, że był duży!) wzrósł – oj! – znacznie;
- Postanowiłem zmienić - nieco - tryb życia i przejść na weekendy „bez komputera”;
W efekcie, jeśli kiedyś miałem czas na napisanie czegoś, to go już teraz nie mam.
Nic nie ma jednak tylko złych stron, więc i weekendy „bez komputera” mają dobre strony. Np? Słucham dużo więcej muzyki niż kiedyś. Bo? Nabyliśmy na początku roku „amplitunero-odtwarzaczo-dvd pokazywacz” Yamaha. Wprawdzie jakiś audiofilski zestaw to nie jest, ale … wreszcie nabrało sensu słuchanie muzyki poważnej, jazzu, czy oglądanie DVD z koncertami.
Jak się Kaziu o tym wszystkim dowiedział (o naszym imieninowym mandacie i „amplitunero-odtwarzaczo-dvd pokazywaczu”) … otrzymałem kolejną paczkę z Berlina. Oglądamy i słuchamy od dwóch tygodni a jedyne z czym mogę to porównać, to … potop. Tym razem spadła bowiem na mnie cała lawina płyt i filmów. Jasne, że o nowych płytach napiszę. Jasne, że jak najszybciej, ale – tytułem zapowiedzi - żeby podbić napięcie opowiem tylko o jednym z minionych wieczorów, kiedy udało nam się obejrzeć 2 filmy.
Pierwszy był z koncertu Jacka Johnsona (!!!) w Japonii. Tu powiem tylko tyle, że jak zobaczyliśmy STADIONY wypełnione po brzegi i śpiewające razem z Jackiem np. „F-Stop Blues”, natychmiast przeszła nam ochota do zaliczania Johnsona do wykonawców „niszowych” (a było tak fajnie!).
Drugi - „The Art of Improvisation” - to film dokumentalny, oczywiście mocno ilustrowany muzyką, którego bohaterem jest Keith Jarret. Nooo. Jest na tym filmie 8 minutowy fragment z koncertu tria Jarret, Peackock, DeJonette. Ja jestem „zakręcony” na punkcie jazzu, więc moja opinia nie jest specjalnie miarodajna, ale wyobraźcie sobie, że po kilku minutach Marysi, jak to się brzydko mówi, „opadła szczęka” i powiedziała (cytuję z pamięci) - „Ten Jack Johnson to jest bardzo fajny, ale to? …. To jest dopiero muzyka!! Po prostu obłęd!!”.
Zazdrościcie troszkę, co? A jeśli tak, to serdecznie zapraszam – na „muzyczno-filmowy” wieczór.

Najnowsze komentarze
1 dzień 4 godziny temu
1 dzień 5 godzin temu
1 dzień 6 godzin temu
3 tygodnie 1 dzień temu
3 tygodnie 1 dzień temu
4 tygodnie 3 dni temu
6 tygodni 2 dni temu
7 tygodni 3 godziny temu
7 tygodni 6 godzin temu
7 tygodni 16 godzin temu
7 tygodni 1 dzień temu
7 tygodni 1 dzień temu
10 tygodni 3 dni temu
10 tygodni 3 dni temu
11 tygodni 1 dzień temu