Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Pomorze 2008 - O wakacjach

pomorze_2008_jezioro_wasosz.JPGPierwszą część wakacji mamy za sobą. Tym razem wybraliśmy na miejsce wypoczynku Pomorze Zachodnie. To akurat rejon Polski, gdzie była najgorsza pogoda tego lata. Przedwyjazdowe prognozy nie były zachęcające, ale co robić. Szczęśliwie cowieczorne doniesienia meteorologów, że na Śląsku i w ogóle na południu i wschodzie kraju będą upały i słońce, a na północnym zachodzie nadal zimno i pada, nie sprawdzały się. Fakt, że dni plażowych nie było, temperatury raczej „rześkie” ale na to akurat nie narzekaliśmy (z naszej grupki jedynie ja wolałabym trochę bardziej dogrzać swoje kości, reszta nie uznaje opalania się i takich tam). Najważniejsze, że nie było opadów ciągłych, tylko dwa razy nas zlało, a słońca wcale nie było mało.

pomorze_2008_nad_jeziorem.JPGpomorze_2008_zamek_wasosz.JPGPierwszy tydzień urlopu spędziliśmy w małej miejscowości koło Złocieńca i Czaplinka. Na terenie Pomorza coraz więcej poniemieckich pałaców, zdewastowanych przez szabrowników, zaniedbania, czy też niewłaściwe użytkowanie (często przejmowały je PGR’y na magazyny, a w najlepszym przypadku były wykorzystywane jako budynki kolonijne - sama jako dziecko spędzałam kolonie w takim pałacu i do dzisiaj pamiętam wrażenie jakie robiły na mnie pięknie rzeźbione, okrągłe schody drewniane prowadzące na piętro), przechodzi w ręce prywatne. W takim właśnie pałacu, w którym nowi właściciele otworzyli pensjonat, zamieszkaliśmy. Budynek jest ich własnością od niedawna, więc podziwialiśmy jak sporo już inwencji, pracy, no i pieniędzy włożyli, aby obiekt doprowadzić do aktualnego stanu. Wyremontowano pokoje, do każdego dobudowano łazienkę. Sukcesywnie wyposażają go w stylowe meble, obrazy. Jest już całkiem przyjemnie, a gospodarze okazali się przemiłymi ludźmi. Starali się być z jednej strony niewidoczni, abyśmy czuli się nieskrępowani, a zarazem w jakiś przedziwny sposób znajdowali się zawsze w odpowiednim miejscu, gdy czegoś potrzebowaliśmy. Nawet wyprzedzali nasze oczekiwania. Co rusz zaskakiwały nas efekty działania dyskretnej „niewidzialnej ręki”. Gdy na przykład zaplanowaliśmy spędzić wieczór w pałacowej piwniczce, zaadoptowanej na kameralny klub, czekała tam na nas zaparzona herbata, filiżanki i kieliszki w odpowiedniej liczbie. Posiłki jadaliśmy we wspaniałej sali, pewnie kiedyś balowej i były całkiem smaczne.
pomorze_2008_rowery_polczyn2.JPGpomorze_2008_rowery_polczyn1.JPGOkolica nadawała się świetnie na wycieczki rowerowe. Zdecydowaliśmy się zabrać z domu swoje własne pojazdy, więc przyjemność z jazdy była wielka. Tym środkiem transportu zwiedzaliśmy okoliczne zabytki, a przede wszystkim podziwialiśmy i oddychaliśmy otaczająca nas przyrodą.

Bardzo ciekawą wycieczką, tym razem samochodową, było zwiedzenie Bornego Sulinowa. Ciekawiło nas jak wygląda ten „zaprieszcionnyj rajon”, owiany legendą, którego do niedawna nie było na mapach i w atlasach samochodowych. Teren 18.000 hektarowego poligonu był opisany w ewidencji gruntów jako „tereny leśne”. Każda możliwa droga dojazdowa do miasta kończyła się szlabanem przy którym czerwonoarmiści składali kierowcy propozycję nie do odrzucenia: „zawracać”.

pomorze_2008_kafe_sasza.JPGpomorze_2008_poligon.JPGHistoria miasta związana jest z dwoma wielkimi armiami. Zostało zbudowane na początku lat 30’tych XX wieku, od początku zaprojektowane dla potrzeb Wehrmachtu. Żołnierze niemieccy opuścili miasto nagle, w trakcie walk o Wał Pomorski, pozostawiając je w stanie nienaruszonym (to jedna z niewyjaśnionych tajemnic tego miejsca). Następnie teren ten stał się najbardziej strzeżoną, zamkniętą bazą wojsk radzieckich (potem rosyjskich). W ostatnich latach Borne Sulinowo przeszło kolejną gwałtowną transformację zmieniając się w polskie, cywilne, rozwijające się turystycznie miasteczko, z aspiracjami uzyskania statusu uzdrowiska. W miejscu opanowanym do niedawna przez wojsko – zmieniały się tylko mundury, aktualnie jedynym mundurem jaki można spotkać na ulicach jest mundur leśnika, może harcerza. Z miasta zniknęły napisy pisane cyrylicą, liczne pomniki Lenina. Udało nam znaleźć ślady „okresu radzieckiego”, ale o wyraźnym charakterze komercyjnym. Odwiedziliśmy restaurację „ U Saszy” gdzie wypiliśmy herbatę z samowara i niby oryginalny kwas chlebowy, obsłużeni przez wystylizowaną na „ruską dziewuszkę” kelnerkę (opryskliwego podejścia do klienta nie musiała udawać i grać).

Borne Sulinowo zawsze owiane było tajemnicą, czemu zresztą trudno się dziwić biorąc pod uwagę historię miasta. Jedna z nich pochodzi z „okresu radzieckiego”. Wojska te oficjalnie nie posiadały w Polsce rakiet strategicznych z głowicami atomowymi ale pozostały po nich w pobliżu poligonu potężne silosy rakietowe, w których najprawdopodobniej było to "nie istniejące" uzbrojenie.

Wzbudzająca najwięcej emocji i czekająca na swoje wyjaśnienie, jest legenda mówiąca o istnieniu podziemnego miasta. Rozpowszechniona jest teoria, że pod miastem zlokalizowane są m.in. kolej wąskotorowa, zakład produkcyjny, podziemny magazyn oraz szereg ciągów komunikacyjnych. Poza tym istnieć miałyby kompleksy schronów, tuneli i wiele innych pomieszczeń. Nie ma bezpośredniego dowodu że powyższe obiekty istnieją, choć z drugiej strony trudno uwierzyć żeby militarne miasto, w którym mieszkało kilkanaście tysięcy żołnierzy nie miało choćby jednego schronu przeciwlotniczego, a tych właśnie w mieście po prostu nie ma. Nawiasem mówiąc na ten akurat temat wysłuchałam dość obszernego reportażu w radio, dwa dni po powrocie z wakacji – to też jakieś tajemnicze?

pomorze_2008_marianowo.JPGNa drugi tydzień urlopu przenieśliśmy się do miejscowości Marianowo niedaleko Stargardu Szczecińskiego. Troszkę zaskoczyła nas lokalizacja „Chlebowego domu”. Oglądając go na zdjęciach w internecie wyobrażaliśmy sobie, że stoi gdzieś w polu, daleko od innych zabudowań. Tymczasem to dom przy głównej ulicy miasteczka, w samym centrum. Ta niedogodność dawała się we znaki tylko wczesnym rankiem, gdy pierwsze samochody nie pozwalały mi pospać dłużej. Z tyłu domu była dość duża działka rekreacyjna, więc mieliśmy gdzie posiedzieć na łonie natury. Inna sprawa to „zagospodarowanie” tego terenu. Parafrazując okrzyk, który wydał kiedyś jeden ze znajomych zerkając do bagażnika naszego samochodu, ujmę to tak: do pedantów to nasz gospodarz nie należał. Te, może niezbyt pochlebne, pierwsze wrażenia rozwiały się dość szybko. Gospodarz okazał się miłym człowiekiem z gatunku „pozytywnie zakręconych”. Do jego licznych zainteresowań i pasji należało gotowanie. Efekty tej umiejętności przywieźliśmy ze sobą do domów – chleb domowego wypieku, szynki, wędzone schabiki, pikle, no i gdzieś tak po 2 kg każdy na sobie. Na to ostatnie osiągnięcie wpływ mieli niewątpliwie nasi dwaj „najsłodsi” panowie, czyli Romek i Kornel, którzy szukali co rusz pretekstu aby nasze drogi prowadziły przez Stargard Szczeciński. A tam była taka kawiarenka ze wspaniałym „Malinowym czarem” – bita śmietana z malinami.

pomorze_2008_szanty.JPGPrócz doznań dla podniebienia pan Aleksander zadbał też o coś dla duszy. W Marianowie uczestniczyliśmy w kilku bardzo przyjemnych kulturalno-artystycznych imprezach. Już pierwszego wieczora gospodarz zachęcił nas do pójścia na festyn przy kościele. Na całkiem przyzwoicie skonstruowanej scenie, z bardzo dobrym oświetleniem (impreza ciągnęła się od popołudnia do późnej nocy) i nagłośnieniem wystąpił jako pierwszy zespół „Czerwony Tulipan”. Dali świetne przedstawienie dostosowując się do różnorodnych gustów spodziewanych słuchaczy. Prócz znanych nam piosenek z nurtu „Kraina Łagodności”, były też całkiem wesołe parodie. Następny punkt programu był raczej kiepski ale ponieważ prezentowali się obcokrajowcy (dwaj starsi panowie z Niemiec w repertuarze Boba Dylana) w dodatku mieszkający w naszym domu, więc cierpliwie wysiedzieliśmy. Na koniec ponad dwugodzinny koncert dali chłopak i dziewczyna grający na gitarach – całkiem nieźle, jak stwierdzili znający się - i śpiewający szanty, Okudżawę, Wysockiego, a także kompozycje gitarzysty. Chłopak ma łatwość nawiązywania kontaktu z publicznością, zapraszał do wspólnego śpiewania tak, że bawiliśmy się świetnie.

Okazało się, że koncert był częścią większej kulturalnej imprezy odbywającej się już kolejny raz w Marianowie. Na plener malarski, organizowany przez szkołę artystyczną ze Szczecina, zjechali artyści z różnych stron świata. Mieliśmy okazję zaprzyjaźnić się z nimi, spędzając wspólnie wieczór na zorganizowanej przez naszego gospodarza kolacji. Potem byliśmy zaproszeni na wernisaż poplenerowy, który odbył się w Kościele, zakończony poczęstunkiem na plebanii.
pomorze_2008_rowery_marianowo2.JPGpomorze_2008_rowery_marianowo1.JPGW Marianowie znowu czynnie spędzaliśmy czas zwiedzając okolice na rowerach. Udało się nam wreszcie zaliczyć prawdziwy, emocjonujący spływ kajakowy. Tym razem poziom wody był odpowiedni, rzeka niczego sobie, pogoda nie najgorsza. Miało być miło i przyjemnie. „Drawa jest jedną z najładniejszych do spływania rzek w Polsce” zachwalał nasz ekspert kajakarstwa – Kornel. Spływ po Drawie jest podzielony na etapy, całość może trwać 14 dni. Rzeka ma fragmenty o różnym charakterze. Miejscami wije się leniwie wśród szuwarów, są odcinki tak meandrowane, że do ostatniego momentu nie wie się gdzie będzie skręcała, a jest też odcinek górski. Nie miałam żadnych wątpliwości, że etap na jednodniowy spływ, który wybrali dla nas panowie, nie będzie trudny. Zadałam tylko tak sobie pytanie: „oczywiście my tego górskiego fragmentu nie wybieramy?” Było ono retoryczne, więc brak odpowiedzi i jakiejkolwiek reakcji nie wzbudził moich podejrzeń.

pomorze_2008_drawa2.JPGpomorze_2008_drawa1.JPGZaczęło się niewinnie (dla jednych, bo dla niektórych, którzy nie lubią wody w nadmiarze akurat stresująco) od przepłynięcia spokojnym jeziorkiem do ujścia Drawy. Potem zaczęły się pojawiać przeszkody w postaci przewróconych drzew, wystających głazów. Miejscami nurt robił się dość żwawy. Chwilami trzeba było się kłaść do kajaka, żeby zmieścić się pod przeszkodą, a czasami przepychać kajak nad nią. Jakoś szło i dość dobrze opanowaliśmy wiosłowanie ale na jednej z przeszkód nie wymanewrowaliśmy z Andrzejem i nasz kajak płynął prosto na sterczący z wody konar. Ratując się przed nabiciem na pal zasłoniłam się wiosłem, co spowodowało złamanie żebra i błyskawiczne odwrócenie kajaka do góry dnem. Andrzej siedzący z tyły wypadł podczas obrotu, a ja z zaklinowanymi w dziobie nogami, spłynęłam głową w dół. Z dużym trudem zdołałam uwolnić się z kajaka, kopiąc nogami o kanty. Potem jeszcze trochę mordowałam się aby wydostać się z bardzo rwącego i głębokiego nurtu w tym miejscu, na spokojniejsze i płytsze wody. Całe zdarzenie było dość niebezpieczne, a więc skutki w postaci pękniętego żebra, poobijanych nóg, utraty bluzki, zamokniętych dokumentów i telefonu komórkowego można uznać za minimalne.

Nie były to zresztą jedyne straty jakie ponieśliśmy w trakcie spływu. Romka komórka zaginęła nieodwracalnie w Drawie, po wykonaniu przez jej właściciela efektownej ewolucji w wodzie, a wykąpana w rzece cyfrowa lustrzanka, droga rzecz, pożyczona przez Romka na ten wyjazd od Zbyszka, odmówiła dalszej współpracy.

Wyjątkowo szybko minęły tegoroczne wakacje, pewnie dlatego, że spędzaliśmy czas w sposób urozmaicony i czynny. Oczywiście był też czas na leniuchowanie, czytanie książek i gazet (Miśki bez codziennej prasówki po prostu czują się jak bez tlenu), no i „nocne Polaków rozmowy”. Dobrze, że jeszcze druga część urlopu jeszcze przed nami.

Jestem wzruszony i ....

pełen podziwu. Piękne i wyczerpujące sprawozdanie z wakacji autorstwa Bożenki jest najlepszym przykładem, że dla chcącego nie ma nic trudnego. Troszkę się wtrąciłem dodając kilka zdjęć.

Pozdrawiam, wielbię i ... błagam. Weźcie przykład z Bożenki!

RN

Dziękuję

Dziękuję za ilustracje do sprawozdania.

Zdjęcie, na którym siedzicie na trawie z Marysią, dostaje moją tegoroczną nagrodę pierwszego stopnia w kategorii "zdjęcia parowe".

Od paru dni strasznie długo trwa otwieranie strony,logowanie się itd. Czy to coś tylko u mnie, czy jakiś sabotaż na naszej stronie?
Bożena