Druga część tegorocznych wakacji minęła, a dla mnie ostatnia (Jestem urlopowym bankrutem. Na koncie „dni do wykorzystania” - 0 czyli nic! A dopiero zaczyna się październik).
Urlop pogodowo był wyjątkowo paskudny. Gdzieś tydzień przed naszym wyjazdem nastąpiło załamanie pogody. Zrobiło się zimno i zaczęło lać. Nawet myślałam sobie: dobrze, że to teraz, a nie na nasz wyjazd. „I tu się ksiądz proboszcz….”. Lało dalej, nieprzerwanie, cały czas. Dla albinosa wrażliwego na działanie promieni słonecznych byłoby to wymarzone miejsce i czas ale normalnego śmiertelnika taki długotrwały czas bez słońca przyprawia o depresję. Traci się wiarę, że epoka lodowcowa już jest za nami. Dopiero w przedostatnim dniu naszego 10 dniowego wyjazdu zrobiło się, powiedzmy, stabilnie bezdeszczowo, ale słońce zaświeciło dopiero ostatniego dnia, w dniu powrotu.
Aura zdecydowanie pokrzyżowała nasze plany. Kilka dni, gdy nie dało się zupełnie wyjść w góry, spędziliśmy wałęsając się po skansenach, muzeach, cukierniach i restauracjach. Zwiedzanie Skansenu taboru i urządzeń kolejowych w Chabówce w strugach deszczu do największych przyjemności nie należy.Skansen w Zubrzycy, który większość z nas widziała już wielokrotnie, z perspektywy czasu i zwiedzonych większych, ciekawszych i w słonecznej pogodzie, nie robi już takiego wrażenia.W Nowym Sączu, prócz muzeum, odwiedziliśmy powstające w ramach programu finansowanego przez Unię Miasteczko Galicyjskie (na razie odwiedza się tylko dom garncarza, fotografa i straż pożarną) oraz zabudowania kolonistów ze Szwabi. Wstyd się przyznać ale największe wrażenie z Sącza pozostawiła wizyta w Domu Pierogów w Ratuszu. Już samo ciasto pierogowe jest tam pierwsza klasa, a wybór nadzień niespotykany. Najbardziej oryginalne, z nadzieniem z pokrzywy, ogórecznika i parmezanu, wybrali - chyba nie byłoby to trudne do odgadnięcia - Monika i Tomek.
Jeszcze w temacie okołopogodowym. Na uznanie zasługuje postawa naszego kolegi Romka. Nie wymigał się niedawną operacją kolana i narażając się na liczne niedogodności, nie zważając na szpetną aurę, przyjechał z nami. I nie jest wcale Jonaszem - o co mogłaby być posądzona osoba unieruchomiona, nie bardzo zainteresowana dobrymi warunkami pogodowymi - bo nie zaobserwowano rozstąpienia się chmur po wcześniejszym wyjeździe Romka i Marysi.
Na tym wyjeździe warunki bytowe były szczególnie istotne (jeszcze raz odwołanie do pogody i kolana Romka). A pod tym względem było różnie.
Dwór na Wysokiej koło Jordanowa

Pierwsze trzy noclegi zarezerwowaliśmy (no, dobrze, żeby nie było jak z tym koniem i woźnicą z dowcipu - zarezerwował OD) w Dworze na Wysokiej. Byliśmy tam z Andrzejem jakieś 10 lat temu, przejazdem, bo zaciekawił nas reportaż w TV na ten temat. We wspomnieniach zatrzymaliśmy obraz właścicieli dworu - szczęśliwą, wielodzietną rodzinę muzyków, która z wielkim zapałem prowadziła remont niedawno zakupionego, zdewastowanego zabytku. Z entuzjazmem opowiadali o wielkich planach na przyszłość.
Tym razem na miejsce dotarliśmy późnym wieczorem. Ciemno, mokro, głucho wszędzie. Dopiero wskazówki telefoniczne sąsiadki, która miała nas przyjąć (naszego gospodarza nie było przez dwa dni) doprowadziły nas do Domu Gościnnego, gdzie mieliśmy nocować. Jeszcze z drogi poprosiliśmy o zagrzanie w domku ale nawet ciepło mrugający kominek nie poprawił naszych humorów. Zastaliśmy zabałaganione wnętrze, do spania barłogi z siennikami, na tym jakieś szarobure dery, poogryzane kołdry. Oczami wyobraźni widzieliśmy wylęgarnię pcheł, wszy, pająków, myszy. Łazienki, wygospodarowane w karykaturalnie małych zakamarkach pod schodami, były brudne.
Posiłki jadaliśmy we Dworze. Niestety i tam wyglądało podobnie. Dwór po prostu podupadł przez ostatnie lata.
Z gospodarzem, szczęśliwie dla niego, spotkaliśmy się dopiero trzeciego dnia, gdy już zadomowiliśmy się na tyle, że pierwsze wrażenie uległo złagodzeniu. Łóżka przykryte czystą pościelą okazały się całkiem wygodne. Największy pokój z kominkiem, gdzie spała młodzież, stał się przyjemnym pomieszczeniem na wieczorno-nocne biesiadowania. Myszy istniały realnie, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę, prócz jednego incydentu z pogryzionym szalikiem Moniki.
Właściciel jest pozytywnie zakręconym artystą, z mistycznie-religijnym fiołem – w ogrodzie odtworzył tajemniczy labirynt, wg mandali buddyjskiej, służący do medytacji. Współtworzy zespół grający na dawnych instrumentach. Sam gra na lutni i mieliśmy okazję wysłuchać koncertu w jego wykonaniu. Z ogromną pasją opowiadał nam o muzyce, historii regionu (na mój gust może za bardzo egzaltowany styl narracji), a na koniec zaprosił do piwnicy gdzie odśpiewał Bogurodzicę (wszystkie zwrotki), co jest jego cowieczornym rytuałem.
Dowiedzieliśmy się, że gospodarz ostał się sam na włościach. Rodzina najwyraźniej nie wytrzymała takiego życia, zmagania się z brakiem funduszy, trudów związanych z remontem. Szkoda, bo mogłoby to być magiczne miejsce.
Willa Akiko Nad Harklową
Na nowe miejsce przenosiliśmy się z wielkimi oczekiwaniami (Wreszcie się wykąpiemy, ma być też sauna, jacuzzi) i ciekawością (Czy wnętrze będzie w japońskim stylu, a może jedzenie?).
Z parkingu w Harklowej, gdzie zostawiliśmy samochody, zabrały nas dwa dżipy – tylko samochody terenowe mogą wjechać stromą, błotnistą i wąską drogą.
Pani Akiko Miwa przyjechała z Japonii 16 lat temu do Polski z dwoma córkami i, jak mówi, w Gorcach znalazła swoje miejsce na ziemi. Wybudowała tutaj trójkondygnacyjny drewniany dom w stylu góralskim, świetnie wkomponowany w krajobraz, z pięknie zagospodarowanym otoczeniem (brzydka pogoda nie pozwoliła nam na podziwianie tego w pełni) i z powodzeniem prowadzi pensjonat. Na pytanie jak poradziła sobie w obcym kraju, bez znajomości języka, mówi: „bezcielna jestem”. Podkładając pod to pejoratywne określenie przebojowość, odwagę, waleczność, upór i tak trudno wyobrazić sobie jak samotna kobieta poradziła sobie z załatwianiem formalności, zdobyciem materiałów budowlanych, najęła wykonawców itd.
Gospodyni okazała się przemiła, a nawet po japońsku ugrzeczniona. Mówi bardzo zabawnie po polsku. Dom jest urządzony po europejsku, elegancko, czyściutko. Pokoje mieszkalne przestronne, z łazienkami. Dostępne są pomieszczenia socjalne z kominkiem, telewizorem. W jednym jest nawet barek, aparatura do karaoke, biblioteka dobrze zaopatrzona i fortepian (wyobrażam sobie transportowanie tego instrumentu na górę - scena jak z filmu „Piano”) .
Zaraz po zakwaterowaniu rzuciliśmy się do łazienek. Jakie było nasze rozczarowanie gdy z prysznica popłynęła zimna woda. To nie orientalna specjalność tego miejsca tylko wysiadła pompa. Po chwili okazało się, że również piecyk w saunie, gdzie chcieliśmy się ogrzać przed kąpielą w zimnym, przepalił się. Dla biednej Akiko to był sądny dzień. Po raz pierwszy od jej przyjazdu do Polski miała taką awarię. „Przeplasiam. Siok, siok” - przepraszała nas, kłaniając się raz za razem. O operatywności gospodyni przekonaliśmy się następnego dnia. Nowy agregat i pompa zostały zakupione, wwiezione na górę, zainstalowane i wszystko wróciło do normy.
Na specjalne podkreślenie zasługuje jedzenie. Śniadania były europejskie ale pięknie podane, obfite. A obiadokolacje! Japońska kuchnia z mnóstwem dań (podawane z pałeczkami dla chętnych): zupa miso, ryby i mięsa ciekawie przyrządzane, jarzyny z nietypowymi przyprawami i sushi w takiej ilości, że ostatniej sztuki nikt już nie mógł zmieścić. Nauczyliśmy się nalewać i popijać ciepłą sake. Wykwintne kolacje kończyły się deserem i oczywiście zieloną herbatą. Dla całej naszej grupy była to niesamowita frajda (tylko Romek nie jest miłośnikiem „japońszczyzny” ale i on znajdował coś zjadliwego dla siebie).
Zgodnie uznaliśmy, że pobyt wart był pieniędzy, które zapłaciliśmy i bardzo żałowaliśmy, że tylko dwudniowy pobyt zaplanowaliśmy w tym miejscu, szczególnie gdy okazało się, że pani Akiko honorowo nie pobrała zapłaty za dzień z awariami.
Z willi udało się wyjść na całodniową wycieczkę górską na Lubań. Grupa szturmowa wróciła zadowolona po ośmiu godzinach chodzenia. Ale nawet pozostali na miejscu - Marysia i ja przeziębione, kontuzjowany Romek i Monika opanowana niemocą ogólną - nie narzekali. Muszę przyznać, że takie luksusowe chorowanie jeszcze mi się nie zdarzyło.
Koninki Poręba Wielka
Na ostatnie cztery dni przenieśliśmy się do Koninek. Zdecydowanie najmniej „zakątkowe” miejsce. Zwyczajny dom, w którym właściciele wynajmują letnikom kilka pokoi, bez silenia się na przyzwoite zaadoptowanie pomieszczeń do takich potrzeb. Szczególnie dał nam się we znaki brak przytulnego pomieszczenia typu świetlica, gdzie moglibyśmy wspólnie posiedzieć. Na weekend dojechali do nas Marcin, Zuza z Olkiem, Justyna z zaprzyjaźnionymi Mateuszami, więc było to tym bardziej dotkliwe.
Za to wycieczkowo był to najbardziej udany czas. Wykorzystaliśmy wszystkie możliwe do wyjścia w góry dni. Zaliczyliśmy Turbacz, weszliśmy na Kudłoń. Nawet w niedzielę, w dniu powrotu do domu, poszliśmy na Stare Wierchy. I było pięknie, bo wreszcie świeciło słońce, można było zdjąć kurtki, polary, rękawiczki.
Gorce są śliczne i nawet w taką pogodę widoki były. Udało się nawet parę razy wypatrzyć ośnieżone szczyty Tatr wśród chmur. To góry jakieś takie przyjazne do chodzenia, mało męczące. Naszego grupowego fotografa przy tym nie było, zresztą nawet w warunkach miejskich możliwości reporterskie Romka były na tym wyjeździe zdecydowanie ograniczone, bo laska w jednej ręce i utrudnienia ruchowe. Jeśli chodzi o zilustrowanie wyjazdu możemy więc liczyć na Tomka, który był na całym wyjeździe i Zuzannę, z weekendowych dni. Zobaczymy jak spiszą się nasi młodsi fotografowie (że to zbyt przejrzysta podpucha, no to co, oby poskutkowała).

Najnowsze komentarze
2 dni 21 godzin temu
3 dni 13 godzin temu
2 tygodnie 11 minut temu
2 tygodnie 1 dzień temu
3 tygodnie 6 dni temu
4 tygodnie 12 godzin temu
4 tygodnie 2 dni temu
4 tygodnie 2 dni temu
4 tygodnie 4 dni temu
9 tygodni 1 dzień temu
9 tygodni 2 dni temu
9 tygodni 3 dni temu
9 tygodni 3 dni temu
9 tygodni 3 dni temu
9 tygodni 5 dni temu