Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Mam aparat !!!

Foto

Z wielką radością (i nie mniejszym zdziwieniem) informuję, że ... mam aparat. Nic nie pomogło i będę Wam jednak robił zdjęcia!

Historia jest taka:

  • Aparat został umoczony (był w plecaku) podczas spływu rzeką Drawą
  • Po wysuszeniu i stwierdzeniu, że nie działa, został oddany do serwisu Canon'a w celu naprawy. Na razie gwarancyjnej.
  • W serwisie stwierdzono, że:
    • W aparacie stwierdzono ślady wody - i to morskiej - co oznacza, że został zamoczony w wodzie a uszkodzenie na skutek zamoczenia nie podlega gwarancji
    • Na pytanie, czy wobec tego nie można go naprawić odpłatnie, serwis Canon'a odpowiedział (uwaga): nie bo tak wiele elementów elektroniki wymaga wymiany, że koszt naprawy przekraczałby koszt aparatu
  • Wobec tego zorganizowana została składka na nowy aparat, który przed Świętami zakupiłem i oddałem Zbyszkowi (prawowitemu właścicielowi tego utopionego)
  • Tak więc Wesołemu Romkowi zostały zwłoki w pudełku, które Wesoły Romek sprytnie przekazał MUC Monice w celu sprawdzenia, czy może w inteligenckim mieście Kraków nie ma takiego miejsca, w którym te zwłoki da się jeszcze raz sprawdzić.
  • Okazało się, że jest taki serwis a w nim stwierdzono (uwaga!): że aparat jest dobry, wymaga jedynie porządnego wyczyszczenia!!
  • Został więc wyczyszczony, w niedzielę go odebrałem, założyłem obiektyw, pamięc i .... DZIAłA! Na razie nie widzę braków.

I co Wy na to?

Super

Super acha. Jak dowodzi ten przykład nie tylko w sprawach diagnoz lekarskich należy mieć ograniczone zaufanie i się nie poddawać.
Czekam na Wasze zdjęcia z nart i Marysi-opiekunki z Igorkiem.

Pewnie serwis w Warszawie a

Pewnie serwis w Warszawie a jak wiadomo warszawiakom ufać nie można :) Tak czy siak gratuluję i życzę dużo czasu na zajmowanie się nową zabaweczką.

Serwis ...

faktycznie był w warszawie, ale ... różnica pomiędzy "wszystko zepsute" a "wszystko dobre", nawet jak na Warszawę wydaje mi się przesadą. To jest absurd w rodzaju "muszę wymienić samochód na nowy, bo akumulator już mi w zimie nie kręci". Poza wszystkim, to jest tylko przypadek, że Monika mieszka w Krakowie i mogła zanieść aparat do serwisu, bo nie jestem pewien (w właściwie jestem pewien, że nie), czy znalazłbym w sobie aż tyle energii na jeżdżenie i szukanie.

A propos. Niedawno oddałem (a właściwie wysłałem) do naprawy odtwarzacz Yamaha - do fabrycznego serwisu w Zielonce pod Warszawą. Kosztował mniej więcej tyle co aparat, także nie mógł być naprawiony na gwarancji, ale jakoś nikt nie mówił, że trzeba go wyrzucić. Po tygodniu, za 250zł, dostałem go w paczce z powrotem. Można? Widocznie tak.

RN

Re: Mam aparat !!!

Dołączam się do gratulacji z okazji cudownego odzyskania aparatu. Z utęsknieniem czekam na nowe reportaże fotograficzne na stronie.


Zdaje się, że mało której firmie opłaca się utrzymywać wykwalifikowany serwis w Polsce (Yamaha jak widać chlubnym wyjątkiem). Przy niskich kosztach masowej produkcji elektroniki w Azji, najczęściej obowiązuje następujący model napraw u autoryzowanego przedstawiciela:

  • Jeśli w ramach gwarancji - oddaje się klientowi całkiem nowe urządzenie (zazwyczaj dla niepoznaki w starej obudowie). Uszkodzony egzemplarz, bez wnikania w szczegóły, odsyła się do kraju pochodzenia lub po prosu wyrzuca.
  • Jeśli poza gwarancją - zniechęca się klienta wysoką ceną albo wykonuje manewr podmiany urządzenia (jak podczas naprawy gwarancyjnej) i obciąża opłatą zawierającą koszt wytworzenia, transportu urządzeniaoraz odpowiedni zysk.



Ostatnio z naprawy gwarancyjnej wrócił do mnie inny egzemplarz tego samego modelu telefonu, który zostawiłem w autoryzowanym serwisie. Stara obudowa pozostała. Wada którą zgłosiłem do naprawy - niestety też.

Yamaha

Czy jest chlubnym wyjątkiem?

W sklepie wyłącznego dystrybutora Yamahy ("Audioklan"), odtwarzacz, który kupiłem kosztował 1900zł. Ja wybrałem "tanią" ścieżkę i kupiłem go w internecie za (uwaga!) 1300zł. Z dwuletnią gwarancją, którą otrzymałem w paczce z odtwarzaczem i fakturą. Taki jestem!

Gdzieś po roku używania odtwarzacz przestał odtwarzać DVD z regionem 2 (Polska) co w zasadzie uniemożliwiło korzystanie z wypożyczalni. Żeby wypożyczoną płytę odtworzyć musiałem skopiować ją z usunięciem kodu regionu (region-free). Miał też kłopoty z odtwarzaniem DivX oraz SACD.

Po telefonicznych konsultacjach serwis ustalił, że to trywialne uszkodzenie lasera i poproszono mnie o wysłanie odtwarzacza w paczce.

Tu się zdziwiłem, bo po dwóch dniach serwis SAM zadzwonił do mnie z informacją (ha, ha), że ja niestety mam odtwarzacz, KTÓREGO NIE MA. Tzn. nie powinno go być w Polsce. Przemycony, kradziony - cokolwiek - a w takich przypadkach Yamaha gwarancji nie udziela. Mogę:

  • Oddać do do naprawy tam, gdzie kupiłem - "jakąś" gwarancję w końcu mam.
  • Zostawić w Zielonce do naprawy odpłatnej.

Wybrałem to drugie, tym bardziej, że cena była rozsądna a cała akcja trwała 4-5 dni. Na razie super.

Super? Niby tak, ale jak spojrzycie na ceny, to okaże się, że jeszcze jedna taka nieodpłatna naprawa zmieści się w różnicy pomiędzy ceną "dobrego" (który może być w Polsce) a "złego" (tego, który nie powinien być) odtwarzacza. Jest to więc inna "technologia" serwisowania na gwarancji - droga, ale przynajmniej jakiś sens w tym jest. Natomiast Canon - moim zdaniem - zabija się sam. Jeśli to ma tak wyglądać, może w ogóle gwarancją nie należy się nie przejmować i kupować sprzęt w USA? Albo, jak ja z Yamahą, skorzystać z jakichś podejrzanie tanich ofert w polskich portalach. Jeśli się coś stanie i tak trzeba (jak widać na moim przykładzie) szukać jakiegoś rozsądnego serwisu. Niekoniecznie firmowego.

RN