Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Dojrzałość, nr 06. Miles Davis – Kind of Blue [1959]

Muzyka

D06Miles Davis - Kind of Blue, cover.jpg“Kind of Blue” jest płytą jazzową, bez wątpienia NAJ pod każdym względem. Najbardziej znaną, najlepszą, najbardziej znaczącą, najsłynniejszą, najczęściej kupowaną itp.itd. Nasłuchacie się wkrótce o niej sporo, bo zbliża się właśnie 50-ta rocznica sesji nagraniowej „Kind of Blue” i będą się o niej wypowiadać (już to robią) najsłynniejsi muzycy i inni „ludzie z branży”. Dlatego się pospieszyłem i właśnie wypowiadam.

„Kind of Blue” jest płytą dla każdego, w każdym wieku i na każdą okazję. Na dobrą sprawę jest to płyta łatwa i nawet jazzowego nowicjusza posłuchanie nie zaboli, prosta jak drut, tzn. zupełnie pozbawiona jakichś wyszukanych chwytów, skojarzeń czy podtekstów, ale … jest to tak wyrafinowana łatwość i prostota, że aż boli. No a słuchając – kurcze – z każdym kawałkiem i prawie każdym taktem ogarnia człowieka, powoli, lecz wyraźnie – podziw i ZACHWYT.

Płytę nagrali: Cannonball Adderley - Sax (Alto), Paul Chambers – Bass, Jimmy Cobb – Drums, John Coltrane - Sax (Tenor), Miles Davis - Trumpet, Bill Evans - Piano oraz Wynton Kelly – Piano. Byli to (żyje tylko Cobb) najwybitniejsi muzycy jazzowi tamtych (i późniejszych) lat i to w swej szczytowej formie. Miles postawił w tym projekcie na improwizację, co oczywiście dla jazzu nie jest czymś niezwykłym, ale niezwykłe jest jak daleko muzycy się w tym posunęli. Otóż proszę Państwa na płycie „Kind of Blue” nie ma melodii. Trudno w to uwierzyć, ale nie ma. Są zarysy, są akordy, są kapitalne akompaniamenty sekcji rytmicznej do fenomenalnych improwizacji trąbki i saksofonów, ale melodie to nie są. Co więc jest? Otóż proszę Państwa na płycie „Kind of Blue” jest NASTRÓJ. Cudowny, udzielający się i ogarniający nastrój melancholii. Nie tej ze smutkiem czy przygnębieniem – nie. Tej z zadumą czy nawet zmysłowością. Cała płyta, naprawdę cała – jak jakaś suita – promieniuje tą PEWNEGO RODZAJU MELANCHOLIĄ, której płyta zawdzięcza swój tytuł i dzięki której jest tak uwielbiana.

Niedawno wydano specjalną wersję „Kind of Blue” na DVD (posiadam) z przepięknie oczyszczoną ścieżką dźwiękową i krótkim filmem, w którym są głównie współczesne wywiady i opinie o płycie, ale też fragmenty rozmów z sesji, ilustrowane archiwalnymi zdjęciami. Film – nieco górnolotnie – nazywa się „Made In Heaven”, ale tak sobie myślę, że z perspektywy 50-ciu lat, które minęły od nagrania, „niebiańskości” tym kilkudziesięciu minutom muzyki odmawiać nie wypada. Proszę słuchać i podziwiać.

ciekawa jestem

Ciekawa jestem tej płyty. Czy mnie , takiego "parweniusza muzycznego" to zchwyci? Czy wyczuję ten nastrój przy braku melodii, jak piszesz? Po ostatnim koncercie w Hipnozie, utwierdziłam się w przeświadczeniu, że jednak jestem jak inż. Mamoń: "lubię te piosenki, które już znam", a w każdym bądź razie przedkładam melodię nad najbardziej nawet wirtuozowskie wydawanie dźwięków. Ot ignorantka.

Kind of Blue

Droga Bożenko!

Występ Davida Murray'a w Hipnozie i "Kind of Blue" dzieli 50 lat a to w jazzie epoka i tych doświadczeń nie da się porównać. Murray w młodości filtrował z free-jazzem, i choć teraz jest uważany prawie za „główny nurt”, to „prawie” stanowi wielką różnicę (jak w przypadku „Żywca”). Jest to muzyka intrygująca i inspirująca, ale łatwa i przyjemna to ona nie jest.

Natomiast Miles Davis, który zawsze był awangardowym (nie w sensie gatunku muzycznego, ale w znaczeniu „poszukiwaczem”) muzykiem NIGDY z free-jazem nawet się nie zakolegował. Jasne, że „piosenki co ja już je znam” mało go interesowały, ale nastroje – jak najbardziej. Nigdy tego nie słyszałem, ale mnie osobiście Miles z tamtych czasów (bo było „wielu” Milesów), kojarzy się trochę z Debussy’m i w ogóle z impresjonizmem – jest podobnie „atmosferyczny”. Może muzyka łatwa to złe określenie, ale muzyka przyjemna jest to na pewno i – co zakrawa na paradoks – wpadająca w ucho. To jest tak. „So What” raczej nie zanucisz, ale nie ma takiego słuchacza, który po wysłuchaniu „Kind of Blue”, choć raz, nie rozpozna tego utworu po kilku pierwszych taktach. Już po wstępie sekcji rytmicznej z fantastycznym powtarzającym się motywem basowym wspartym akordami na fortepianie i „miotełkami” na perkusji. Podobnie w „Blue In Green”. Z pewnością zapamiętasz akordy fortepianu i pierwsze takty trąbki (które może i da się zanucić), ale głównie zostanie WRAŻENIE, czegoś nieziemskiego, lirycznego a nawet wytwornego – jak z IMPRESJONISTYCZNEGO obrazu.

RN