“Kind of Blue” jest płytą jazzową, bez wątpienia NAJ pod każdym względem. Najbardziej znaną, najlepszą, najbardziej znaczącą, najsłynniejszą, najczęściej kupowaną itp.itd. Nasłuchacie się wkrótce o niej sporo, bo zbliża się właśnie 50-ta rocznica sesji nagraniowej „Kind of Blue” i będą się o niej wypowiadać (już to robią) najsłynniejsi muzycy i inni „ludzie z branży”. Dlatego się pospieszyłem i właśnie wypowiadam.
„Kind of Blue” jest płytą dla każdego, w każdym wieku i na każdą okazję. Na dobrą sprawę jest to płyta łatwa i nawet jazzowego nowicjusza posłuchanie nie zaboli, prosta jak drut, tzn. zupełnie pozbawiona jakichś wyszukanych chwytów, skojarzeń czy podtekstów, ale … jest to tak wyrafinowana łatwość i prostota, że aż boli. No a słuchając – kurcze – z każdym kawałkiem i prawie każdym taktem ogarnia człowieka, powoli, lecz wyraźnie – podziw i ZACHWYT.
Płytę nagrali: Cannonball Adderley - Sax (Alto), Paul Chambers – Bass, Jimmy Cobb – Drums, John Coltrane - Sax (Tenor), Miles Davis - Trumpet, Bill Evans - Piano oraz Wynton Kelly – Piano. Byli to (żyje tylko Cobb) najwybitniejsi muzycy jazzowi tamtych (i późniejszych) lat i to w swej szczytowej formie. Miles postawił w tym projekcie na improwizację, co oczywiście dla jazzu nie jest czymś niezwykłym, ale niezwykłe jest jak daleko muzycy się w tym posunęli. Otóż proszę Państwa na płycie „Kind of Blue” nie ma melodii. Trudno w to uwierzyć, ale nie ma. Są zarysy, są akordy, są kapitalne akompaniamenty sekcji rytmicznej do fenomenalnych improwizacji trąbki i saksofonów, ale melodie to nie są. Co więc jest? Otóż proszę Państwa na płycie „Kind of Blue” jest NASTRÓJ. Cudowny, udzielający się i ogarniający nastrój melancholii. Nie tej ze smutkiem czy przygnębieniem – nie. Tej z zadumą czy nawet zmysłowością. Cała płyta, naprawdę cała – jak jakaś suita – promieniuje tą PEWNEGO RODZAJU MELANCHOLIĄ, której płyta zawdzięcza swój tytuł i dzięki której jest tak uwielbiana.
Niedawno wydano specjalną wersję „Kind of Blue” na DVD (posiadam) z przepięknie oczyszczoną ścieżką dźwiękową i krótkim filmem, w którym są głównie współczesne wywiady i opinie o płycie, ale też fragmenty rozmów z sesji, ilustrowane archiwalnymi zdjęciami. Film – nieco górnolotnie – nazywa się „Made In Heaven”, ale tak sobie myślę, że z perspektywy 50-ciu lat, które minęły od nagrania, „niebiańskości” tym kilkudziesięciu minutom muzyki odmawiać nie wypada. Proszę słuchać i podziwiać.

Najnowsze komentarze
5 dni 22 godziny temu
1 tydzień 2 dni temu
7 tygodni 23 godziny temu
7 tygodni 3 dni temu
7 tygodni 3 dni temu
7 tygodni 3 dni temu
7 tygodni 3 dni temu
7 tygodni 4 dni temu
7 tygodni 4 dni temu
7 tygodni 4 dni temu
7 tygodni 4 dni temu
8 tygodni 3 dni temu
8 tygodni 3 dni temu
8 tygodni 4 dni temu
9 tygodni 6 godzin temu