Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Mała Moskwa ***

Film | Recenzje

mala_moskwa_plakat.jpgSzkoda, ale film, który od dawna chciałem zobaczyć i co do którego byłem pewien, że mi się spodoba – okrutnie mnie zawiódł. Nie oznacza to, że nie należy go oglądać – aż tak źle nie jest – zresztą być może powodem mojej oceny są wygórowane oczekiwania, ale denerwuje mnie wręcz, że taki świetny temat tak banalnie „spalono”.

Mała Moskwa - dramat, Polska, 2008, 119 min

reżyseria: Waldemar Krzystek
scenariusz: Waldemar Krzystek
obsada:

  • Swietłana Chodczenkowa jako Wiera
  • Lesław Żurek jako Michał
  • Dmitrij Ulianow jako Jura

Próbowałem się zastanowić, dlaczego niewiele z tego pomysłu wyszło i mam dwa podejrzenia:

  • Scenariusz. Film jest o niczym, bo o miłości nie jest, o przyjaźni (nieprzyjaźni) Polsko-Radzieckiej też nie jest, obraz rzeczywistości z lat 60-tych rysuje bardzo marny a drugoplanowe postacie radzieckich towarzyszy (politruk itp.) są tak schematyczne, że aż szczypie. Historia była niezła, ale wymknęła się spod kontroli. Jest albo za dużo (jakby scenarzysta nie wierzył, że zrozumiem między wierszami) albo za mało scen (na opowieść epicką). Powoduje to, że film – mimo iż dotyczy na prawdę dramatycznych spraw – wcale taki „dramatyczny” nie jest.
  • Aktorzy. Film, żeby był dobry – wymaga dobrych aktorów. A takich w „Małej Moskwie” niestety nie ma. Jedyny jaśniejszy punkt to Wiera (Swietłana Chodczenkowa), przesympatyczna i subtelna, ale … cały czas zagubiona. W ogóle wszyscy w filmie są pogubieni i jeśli to było zamiarem reżysera i miało oznaczać, że czasy były takie „pogubione”, to może nie był to zły pomysł, ale granie tego cały czas z „rozszerzonymi oczyma” czy na „durniłkę” (czyli tęsknota za rozumem) to banał. W efekcie większość emocji musiałem przyjmować „na wiarę”, bo z ekranu wcale tego nie czułem.

Może nieco niesprawiedliwie, ale chętnie był odradził. Zobaczcie jednak, na pewno nie zaszkodzi, bo Wiera śpiewa „Panny Madonny” przecudnie a Pan Romek mógł się w końcu pomylić.

Pan Romek się chyba myli

Nie zgadzam się absolutnie, film jest dramatyczny i pokazuej jak skomplikowane i trudne były losy polsko-radzieckiej przyjaźni, bo w końcu za tę przyjaźń ona zapłaciła życiem, co więcej została niesłusznie potępiona przez córkę. Po drugie to jest na pewno film o miłości bo to właśnie miłość uruchamia cały dramat.
Co do aktorów nie zgodzę się po dwakroć, Swietłana był piękna, kobieca, delikatna i twarda zarazem, prawdziwa postać o słowiańskiej duszy, a Lesław Żurek udowodnił, że jest bodaj najlepszym aktorem młodego pokolenia, zupełnie bez zadęcia, jakiejś emfazy i cwaniackiego uśmieszku, po prostu zwykły chłopak, o takich w polskim kinie najtrudniej.
Jedyna chyba wada całego przedsięwzięcia to beznadziejny plakat.
Zdecydowanie polecam, kolejny dobry film o współczesnej historii polski. Według mnie cztery gwiazdki!

Czyli dobrze!

Właściwie to się cieszę, że się pomyliłem. Jeszcze przed obejrzeniem filmu byłem do niego nastawiony (bardzo) pozytywnie i "smętna" recenzja wynikła najprawdopodobniej z zawodu, jaki film mi sprawił. Może:

  • … za wiele się spodziewałem i konfrontacja oczekiwania (wspomnień, wyobrażeń) - z może niezłym, ale tylko filmem wyszła słabo. Wiedziałem mniej więcej, o czym film będzie i wydawało mi się, że będzie to – przynajmniej nieśmiała – próba przedstawienia relacji radziecko-polskich w innym niż tradycyjny (okupacja), nieco jaśniejszym świetle. Wydaje mi się, że tego właśnie brakuje (i potrzeba), bo „Szarika” do takich „przedstawień” nie zaliczam.
    Jakoś bardzo się nie pomyliłem, bo obecność towarzyszy w „Małej Moskwie” jest zupełnie pozbawiona „okupacyjnego” charakteru. Nasza, polska zaś, pozbawiona charakteru martyrologicznego i chwała za to autorom filmu.
  • … tylko mi się wydawało, że postacie są sztuczne i banalne (znaczy szablonowe). To by było nieco dziwne, bo - jako dyletant - powinienem łatwiej "dać się nabrać". Niestety, wojskowi z "wywiadu": jeden głupi i tchórz, drugi głupi i „niby” twardy - wydali mi się tak sztampowi, jak z jakiegoś filmu z Bondem. W ogóle wszyscy Rosjanie (przynajmniej osobniki męskie), byli zbyt "drewniani" jak dla mnie, a jak na słowiańskie dusze, drewniani wręcz beznadziejnie. Jedyna słowiańska dusza - Wiera - tego wrażenia niestety nie naprawi. Poza tym, w takim „wydaniu”, u żadnego z radzieckich towarzyszy kandydata na przyjaźń polsko-radziecką jakoś nie widzę. Nie widzę też podstaw do sentymentów (a to ciekawy wątek – w końcu Jura wraca też „do Polski”, nie tylko na grób Wiery), które w końcu były źródłem całej historii.
  • … wyłącznie mnie drażni (i to bardzo) typowa niespójność: "wadza" wie wszystko - ludzie natomiast nic. Niczego takiego nigdy w historii nie było, już prędzej na odwrót, i mnie wprost rozjusza taka wizja świata. Do nagromadzenia „sprytnych lisów” po jednej stronie (zła) i „niewinnych gąsek” po drugiej (dobra) wolno pozwolić sobie tylko w romansidłach Danielle Steel lub bajach fantasy. Niestety w filmie "Moja Moskwa" właśnie na tym (i to tylko na tym) opierają się dramaty.
    Moim zdaniem Wiera zapłaciła życiem nie za przyjaźń polsko-radziecką a za niewiedzę. Że z radziecką "wadzą" można może walczyć, ale nie można z nią igrać. A kiedy "wadza" tupnęła nogą - ой! „Я не знала!” Żeby tylko ona – biedna – nie. Wszyscy, nawet nasi, polscy żołnierze byli coś za mocno zdziwieni, że "wadza" tupie i gryzie. Zdziwieni? W 1968 roku? Mądre to nie jest i nie jest też (wspólna głupota) jakimś sensownym powodem do powstawania relacji typu przyjaźń (polsko-radziecka). Kto wie, może wspólne zagrożenie, bezradność wobec niego, nawet naiwność (sam sobie przeczę) jest właśnie tym czymś, co nas łączy a przynajmniej zbliża. Niestety sam muszę to sobie „dopowiadać”, bo – pieronie (postanowiłem używać zamiast „kurde” – bo to mówi Doda) – ja w filmie tego wątku wcale nie dostrzegam.

Na koniec zaznaczę, że byłem w takiej „Moskwie”. Nie tej „Małej” w Legnicy, ale w mikroskopijnej w lasach niedaleko Wędrzyna (lubuskie). Było to niesamowite doświadczenie, bo takiego połączenia wyraźnego, skrajnego wręcz oddzielenia i (równocześnie) jakiejś niejasnej, tajemniczej więzi nigdzie już potem nie spotkałem. Czy możecie sobie wyobrazić, że w kilkutysięcznym „osiedlu” składającym się z 5-ciu kamienic (bloków) z polskimi i kilkunastu z radzieckimi oficerami, NIGDY nie spotkałem żadnego Rosjanina w polskiej części osiedla. A murów i płotów – akurat tam – nie było. Ani zakazów. Taki „dobry” obyczaj.

Nie dziwicie się już, że niesamowicie byłem ciekaw, co o tym magicznym „razem a osobno” powiedzą autorzy „Małej Moskwy”. Odpowiedzi (skąd i dlaczego) wprawdzie nie znalazłem, ale znalazłem atmosferę „drewnianości” i bezradnej naiwności – słusznie, i ta część naszych „stosunków” jest ok. Jest też dość oczywista. Nie znalazłem natomiast wielu śladów tej tajemniczej więzi a ona mnie najbardziej interesowała. Bo wcale nie jest taka oczywista.