Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Generał Nil

Film

General Nil.jpgDawno już nie zamieszczałam na portalu żadnych recenzji, choć kilka dobrych polskich filmów weszło w zeszłym roku na ekrany (Boisko bezdomnych, Rysa, 33 sceny z życia). Tym razem jednak chodzi o film, którego nie mogę pominąć milczeniem i nawet wobec panującego powszechnie w moim życiu braku czasu pragnę go zareklamować. Przede wszystkim dlatego, że w obecnie panujących nastrojach związanych z tak zwaną polityką historyczną, którą niestety zapoczątkował PIS, film o główno dowodzącym Kedywem (Kierownictwo Dywersji- zbrojne ramię AK organizujące głównie działania dywersyjne) generale Auguście Emilu "Nilu" Fieldorfie może się wydawać kolejnym nudnym gniotem, na który zostaną zapędzeni uczniowie szkół średnich. I może szkoda, że tak się nie stało, ponieważ film ten mówi o wiele więcej o skomplikowanych wojennych i powojennych losach narodu polskiego niż wszędzie reklamowany "Katyń".
Po pierwsze warto zaznaczyć, że "Generał Nil" jest po prostu filmem dobrym, to znaczy są w nim świetne zdjęcia, odpowiednia muzyka, zrytmizowany montaż, odpowiednio dobrany dzwięk i słychać co mówią aktorzy, a to już jak na polskie warunki oznacza prawie arcydzieło, a przynajmniej jest to dobry punkt wyjścia, żeby za pomocą tej ze znawstwem opanowanej techniki filmowej opowiedzieć ciekawą historię. I tak się też dzieje. Choć historia jest dość nieskomplikowana, opowiada życie generała Fieldorfa od 1944, poprzez aresztowanie pod fałszywym nazwiskiem i powrót do Polski w 1947 roku, aż do aresztowania w 1950 roku i skazania na karę śmierci (wyrok wykonano), to na jej tle udaje się reżyserowi poruszyć wiele istotnych problemów związanych z powojenną historią Polski: w jaki sposób formowała się władza ludowa, czy byli to Rosjanie, Żydzi, a może jednak Polacy, na co wobec tego byli narażeni AK'owcy i ich rodziny, jak w ogóle żyło się w tamtych czasach nawet najzwyklejszym ludziom. Do tego dochodzi sfera ideałów i honoru, poszukiwanie odpowiedzi na pytania, które prawie każdy sobie wtedy zadawał, czy chodzi o (prze)życie czy o lojalność wobec tego o co się walczyło, czy zostać czy wyjechać z Polski? Wszystkie te problemy w jakiś sposób zostają w filmie unaocznione, ale dzieje się to bez martyrologicznego patosu i to chyba jest główną zaletą filmu. Jak zwykle w takich przypadkach histoira choć opowiada o konkretnym człowieku, zyskuje pewien wymiar uniwersalny, a do tego jest doskonałą lekcją współczesnej historii Polski.
Poza tym na film składa się kilka genalnych scen, w miniaturze pokazujących na czym polegał "tamten"- totalitarny świat, jak chociażby scena posiedzenia sądu najwyższego. Przede wszystkim jest to jednak doskonała rola Olgierda Łukaszewicza, który ostatnio już trochę zapomniany cierpiał samotność w domu aktora, a który udowodnił, że nadal potrafi stworzyć żywą postać, której losy angażują nas emocjonalnie. Warto też wspomnieć o samym reżyserze Ryszardzie Bugajskim, który brawurowo rozpoczął karierę filmem, wszystkim nam chyba znanym "Przesłuchanie", potem zajmował się głównie teatrem telewizji, ale film "Generał Nil" świadczy tylko i wyłącznie o tym, że nadal jest wytrawnym reżyserem filowym, który w swojej twówczości postanowił zgłębiać skomplikowane losy Polski i Polaków w XX wieku.

P.S. Gwiazdek nie daję, to by jendak było jakoś tak niehonorowo.