Debiutuję. To moja pierwsza recenzja na tym portalu, proszę więc o wyrozumiałość. A czego ma dotyczyć? Koncertu. Wspomniany odbył się już troszkę temu i szczerze powiedziawszy miałem nadzieję że Romkowi uda się zapomnieć, iż się podjąłem (w chwili słabości) recenzji, ale niestety nie zapomniało Mu się, przysłał maila przypominacza, no więc nic mi nie pozostaje jak usiąść i napisać małe conieco.
Zdarzenie miało miejsce 27 kwietnia 2009 w niewielkiej salce Klubu Pracowników naszej szacownej Alma Mater. Na tyle niewielkiej, iż jakoś do końca nie wierzyłem, że koncert dojdzie do skutku. Ale doszedł. Punktualnie o 18 na salę wszedł Leszek Możdżer, skłonił się i usiadł przy fortepianie.
Może zanim przystąpię do rzeczy to jeszcze słów kilka o układzie sali. Pierwszy raz spotkałem tam takie rozstawienie krzeseł:

Bardzo mi się to spodobało, gdyż trzy rzędy krzeseł dla widzów dają jakieś poczucie bliskości z wykonawcą. Bożena cieszyła się, że będziemy mogli obserwować mimikę artysty, jednak radość okazała się przedwczesna – długie włosy zasłaniały twarz Leszka Możdżera, która odkrywała się właściwie tylko gdy przestawał grać. Trzeba było więc skupić się na Muzyce, a było na czym. Możdżer zaczął od Komedy, trudno się zresztą dziwić, taki teraz czas. Jak się później okazało, na Komedzie też zakończył. Koncert był bardzo minimaxowy, czyli jak mawia Piotr Kaczkowski minimum Słów, maximum Muzyki. Słowa pojawiały się z rzadka, ale kilka komentarzy można było wyłowić.
Zabrzmiał Zdrowy Kołłątaj, później troszkę Chopina. Kilka standardów, Charlie Parker. Również porcja muzyki łatwej i przyjemnej: Polskie Drogi Kurylewicza z lekkim komentarzem politycznym. Dalej już było tylko trudniej. W pewnym momencie, pośród grzmotów, ciemności i błyskawic zaczęły bardzo delikatnie przebijać bardzo znajome dźwięki. Połaskotały tylko i ucichły. Hmm, skąd ja to znam, pomyślałem sobie. Szkoda, że już odpłynęły. Ale po chwili powróciły. Mocniej. I był to Konieczny, Grande Valse Brillante, i oczywiście Ewa D. I powracały jeszcze kilka razy, silniejsze i silniejsze, aż w końcu był tylko Konieczny i Możdżer, i Demarczyk w głowie. Cudowne... A później jeszcze trochę klasyki, czyli Bach i Chopin. A spod wspomnianych włosów twarz zakrywających dobiegała czasem delikatna wokaliza. Pojawiła się też przez chwilkę Nokia Tune, gdy komuś zagrało w kieszeni. A może to było tylko echo....
Możdżer używał (oprócz fortepianu) również ręcznika (podobnie jak w czasie koncertu z Makowiczem, tyle że nie schował go już by nie psuł kadru) oraz szklanek. Pozwoliło mu to na wydobycie dźwięków raczej niewydobywalnych przez instrument w standardowym użyciu. Co zwracało szczególną uwagę to asynchroniczność rąk: jedna w ogóle nie zakłócała gry drugiej, nieomalże nie wiedziała co robi druga, zresztą czasami miał ich chyba ze trzy czy cztery, choć umiejętnie to ukrywał.
No i przyszedł czas końca (jak to zwykle bywa), i czas bisów. Pierwszy bez kłopotu. Przy drugim nazwał publiczność wymagającą czyli najbardziej wkurzającą. I w celu ostudzenia zabrzmiała kołysanka z Dziecka Rosemary... Trzeciego bisu już nie było tylko długi ukłon...
Tyle zapamiętałem z tego cudownego wieczoru. Pewnie wiele pominąłem. Proszę więc o uzupełnienia. Śmiało mogę jednak powiedzieć, że był jeden z lepszych koncertów w jakich miałem okazję uczestniczyć...
Irek

Najnowsze komentarze
7 godzin 56 minut temu
8 godzin 42 minuty temu
10 godzin 23 minuty temu
3 tygodnie 1 dzień temu
3 tygodnie 1 dzień temu
4 tygodnie 3 dni temu
6 tygodni 1 dzień temu
6 tygodni 6 dni temu
6 tygodni 6 dni temu
6 tygodni 6 dni temu
7 tygodni 4 godziny temu
7 tygodni 8 godzin temu
10 tygodni 2 dni temu
10 tygodni 2 dni temu
11 tygodni 18 godzin temu