Moi drodzy. Bożenka sama się trochę „wystawiła” pisząc piękny post o symetrii, mądry i słuszny, ale … tak słuszny, że wprost prowokuje do polemiki.
W starożytnej Grecji uważano, że piękno tkwi w symetrii… Symetria wywołuje w nas uczucie uporządkowania, ładu, daje komfort, bo mamy wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu.. To jest oczywiście prawda. Szczera i niepodlegająca dyskusji. Prawdziwe jest też stwierdzenie, że Są pewne zestawienia dźwięków, jeszcze nie układające się w melodię, które nasz mózg odbiera jako miłe, przyjemne. Inne mogą być zaskakujące, nawet zabawne, czy jakieś dziwne, o niektórych powiemy: „jeszcze strawne”…. Ale można usłyszeć „nutki” drażniące i wnerwiające. To też jest prawda. Gdzie więc polemika?
Sztuki wizualne.


Annie Leibowitz jest niezwykle znaną, bardzo dobrze opłacaną fotograficzką … celebrytów. Kiedyś, gdy pracowała dla magazynu „Rolling Stone” robiła zdjęcia genialne (nagi Lenon i Yoko) i pomysłowe (Whoopi Goldberg w wannie z mlekiem), teraz … hm. Obok załączyłem (wybrałem złośliwie):
- Woody Allen i Penelope Cruz.
- Sean Connery.
- Rachel Weisz.
Pierwsze – świetne, drugie – byłbym bardzo dumny, gdybym ja sam takie zrobił (co nie jest komplementem dla Pani Leibowitz), trzecie – no niestety, „Jeleń na rykowisku”. To jest „symetria”, o której pisze Bożenka. Wszystko jest na swoim miejscu, starannie, wręcz bajecznie skomponowane. Czysto, gładko i cudnie. Niemniej jest to świat, którego … po prostu – nie ma! Może chcielibyśmy, żeby taki był, ale nie jest. Trudno mi zaprzeczyć, że kusi on (ten świat) i nęci i łatwo – ale to już nieostrożne stwierdzenie – tę tęsknotę skwitować: „a komu to szkodzi”. Zobaczmy.

James Nachtwey jest niezwykle znanym, bardzo dobrze opłacanym fotografem … wojennym. Pisałem już o nim, więc teraz przypomnę, że robi najstraszniejsze zdjęcia, jakie kiedykolwiek widziałem. Genialne, przejmujące, drażniące, odbierające spokój. Obok załączyłem (wybrałem litościwie):
- Nikaragua 1984.
- Czeczenia, Ruiny Groznego, 1996.
Pierwsze – z wyraźnym odniesieniem do symboliki krzyża i Chrystusa, świetnie, klasycznie skomponowane, pomimo tego, że jest zrobione „w biegu”. Drugie – to arcydzieło, w którym silny brak symetrii jest środkiem wyrazu. Drażni, niepokoi, zmusza do skupienia uwagi. To inny świat. Świat bez symetrii, bez poczucia bezpieczeństwa, szokujący. Zadałem sobie trud i wróciłem do filmu o Nachtwey’u by zacytować jego słowa:
Ciężej jest opublikować materiały o bardziej krytycznym wydźwięku. To nigdy nie było łatwe, a myślę, że w ostatnich latach stało się jeszcze trudniejsze, podług faktu, że społeczeństwo ma coraz większą obsesję na punkcie rozrywki, gwiazd i mody. Reklamodawcy są zmęczeni pokazywaniem ich produktów obok obrazów ludzkiej tragedii. Uważają, że to w jakiś sposób wpływa na sprzedawalność ich wyrobów…
Z tej wypowiedzi nie wynika, by te dwa światy („Vougue”, „Vanity Fair” oraz „Stern”, „Times”) zgodnie współistniały. Same. Albo znajdą się odbiorcy tego „niesymetrycznego” i „drażniącego” świata Nachtwey’a, albo nie i … zapienimy się na śmierć w pianie z mydełka Fa. Chcecie bajki? Będzie bajka.
Ta Czeczenia, to był – w dyskusji o greckim kanonie piękna – chwyt trochę poniżej pasa, ale to przecież nie jest sen. Czas nie „rozmył” greckiego kanonu, czas zmienił funkcję sztuki i spowodował, że prócz tej „pięknej” (w końcu całe wieki sztuka była tworzona głównie, jeśli nie wyłącznie, dla „celebrytów”), nieuchronnie pojawiła się ta „niepiękna”.


Dla kogo? Jakich środków wyrazu powinna używać? Bez żartów. Takie pytania zadawano sobie już wieki temu. Grecki kanon nadwyrężony został – skutecznie – już dawno i dziś mało kto zaliczy Monet’a czy Cezanne’a do „niepięknych” a tak w końcu było! Obok załączyłem:
- Marc Chagall, Wedding Candles.
- Henri Matisse, Music.
- Jackson Pollock, Nr 5 (np., tak naprawdę nie wiem, który numer).
Pierwszy – zupełnie niesymetryczny, jakby coś wybuchło w środku, lecz jakoś to wcale nie niepokoi. Jest wprawdzie gwar i rozgardiasz, ale jakiś taki „weselny”, radosny. Drugi – całkiem symetryczny, ale równocześnie niezwykle irytujący. Jeśli ma on jakoś symbolizować muzykę, to kakofonię. Może ciekawi, ale zgrzyta. Trzeci – „symetryczny” do bólu, ale wcale „piekny” nie jest. Za to jak mocno wciąga! I kusi - jak ledwo zauważalne kształty za zaparowaną szybą.
Muzyka
Na pozór wydaje się, że muzyka takiej funkcji „niepięknej” mieć nie może, więc kakofonii i zgrzytów usprawiedliwić mi się nie uda. Uda.
W latach 30-tych ub. wieku, niejaki Kurt Weill napisał muzykę do „Opery za trzy grosze” (sztuki Bertolta Brechta) a w niej – przebój przebojów i standard standardów – „Die Moritat von Mackie Messer”.
- Oto oryginał „Mackiego”. Kurt Weill - Die Moritat von Mackie Messer (… posłuchaj). Trzeba mieć sporo samozaparcia, żeby wysłuchać tego do końca. Mnie drażni.
- Frank Sinatra zrobił z tego wersję big-bandową. Frank Sinatra, Jimmy Buffet - Mack The Knife (…posłuchaj). Nic w tym złego, jest zupełnie OK., ale jak ma być to jazz….
- … wybieram nieco inną wersję. Ella Fitzgerald - Mack the Knife (… posłuchaj). Z „nerwem”, życiem i werwą.
Stop kapela! Uwaga!
Proszę Państwa, w tym uprzebojowianiu „Mackie Majchra” posunęliśmy się (na szczęście nie ja!) za daleko. Songi Brechta oraz muzyka Weill’a do nich, były ironiczne, przerysowane, ONE BYŁY DO CZEGOŚ. Np. do myślenia, czemu muzyka służyła, kierując uwagę na teksty i wzmacniając ich wymowę. Nie będę się czepiał, ale te jazzowe wersje są … co najmniej nie z tej parafii. Jakby z upływem „Mackie Majcher” zmienił się w bobaska (królewnę?). Pytanie jest takie: Czy można – dziś – Mackie’mu jakoś ten „songowy” charakter przywrócić? Można. Na koniec współczesne arcydzieło interpretacji Weill’a:
- Kazik Staszewski - Die Moritat von Mackie Messer (… posłuchaj). Moim zdaniem jest to genialna, współczesna wizja Brechta i Weill’a. Współczesna również w tym sensie, że brutalność i ekspresję nieźle dopasowano do dzisiejszych „wymogów”. Jak? Za pomocą odpowiednich środków wyrazu - przesterowanych gitar, mocnych bębnów, jazgotu i hałasu, które irytują i to tak, że z niecierpliwością czekamy do końca. I choć „pijackiego” zakończenia w oryginale wcale nie ma – jakżeż ono do „Majchra” pasuje. To jest „song”, a nie jakaś tam kaszka z mlekiem!
W kontekście „symetrii”, czyli greckiego kanonu, Kazik (zachowując proporcje, bo to zupełnie inna waga tematów) jest równie przesadzonym przykładem jak Nachtwey, ale nie jest wcale wydumany.
Na koniec złagodnieję nieco i nie będę „zgrzytał”, niestety „Petersburskiego i Warsa” przepuścić nie potrafię. Bożenka twierdzi ponoć, że „Milej dla mojego ucha brzmi stylistyka jazzu wywodząca się od Warsa, Petersburskiego”. Zupełnie w to nie wierzę, jej się tylko tak wydawało. Oto dowód:
- Czysty Petersburski: Glenn Miller - At Last (…posłuchaj). Może to i całkiem ładny kawałek, ale tak nieznośnie „zaróżowiony”, jak królewna śnieżka ze zdjęcia Annie Leibowitz dla Disney’a. Mnie drażni.
- Ten sam kawiarniany blues, tyle, że z XXI wieku. Mary Coughlan - At last (…posłuchaj). Nic tu nie zgrzyta, płynie jak ma płynąć i każdy przyzna, że różnica polega jedynie na środkach wyrazu. „Jedynie”. Niby szczegół, ale … doprawdy nie da się powiedzieć, że to ten sam utwór.
Bo diabeł, Proszę Państwa, siedzi – jak wiadomo – w szczegółach. Nie w symetrii lub jej braku oraz nie w melodyczności lub jej braku a w szczegółach.

Najnowsze komentarze
20 godzin 18 minut temu
21 godzin 4 minuty temu
22 godziny 45 minut temu
3 tygodnie 1 dzień temu
3 tygodnie 1 dzień temu
4 tygodnie 3 dni temu
6 tygodni 1 dzień temu
6 tygodni 6 dni temu
6 tygodni 6 dni temu
7 tygodni 8 godzin temu
7 tygodni 16 godzin temu
7 tygodni 20 godzin temu
10 tygodni 2 dni temu
10 tygodni 3 dni temu
11 tygodni 1 dzień temu