Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Muzyka i symetria

Kultura, różne

Moi drodzy. Bożenka sama się trochę „wystawiła” pisząc piękny post o symetrii, mądry i słuszny, ale … tak słuszny, że wprost prowokuje do polemiki.

W starożytnej Grecji uważano, że piękno tkwi w symetrii… Symetria wywołuje w nas uczucie uporządkowania, ładu, daje komfort, bo mamy wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu.. To jest oczywiście prawda. Szczera i niepodlegająca dyskusji. Prawdziwe jest też stwierdzenie, że Są pewne zestawienia dźwięków, jeszcze nie układające się w melodię, które nasz mózg odbiera jako miłe, przyjemne. Inne mogą być zaskakujące, nawet zabawne, czy jakieś dziwne, o niektórych powiemy: „jeszcze strawne”…. Ale można usłyszeć „nutki” drażniące i wnerwiające. To też jest prawda. Gdzie więc polemika?

Sztuki wizualne.

Rachel WeiszSean ConneryWoody Allen i Penelope CruzAnnie Leibowitz jest niezwykle znaną, bardzo dobrze opłacaną fotograficzką … celebrytów. Kiedyś, gdy pracowała dla magazynu „Rolling Stone” robiła zdjęcia genialne (nagi Lenon i Yoko) i pomysłowe (Whoopi Goldberg w wannie z mlekiem), teraz … hm. Obok załączyłem (wybrałem złośliwie):

  • Woody Allen i Penelope Cruz.
  • Sean Connery.
  • Rachel Weisz.

Pierwsze – świetne, drugie – byłbym bardzo dumny, gdybym ja sam takie zrobił (co nie jest komplementem dla Pani Leibowitz), trzecie – no niestety, „Jeleń na rykowisku”. To jest „symetria”, o której pisze Bożenka. Wszystko jest na swoim miejscu, starannie, wręcz bajecznie skomponowane. Czysto, gładko i cudnie. Niemniej jest to świat, którego … po prostu – nie ma! Może chcielibyśmy, żeby taki był, ale nie jest. Trudno mi zaprzeczyć, że kusi on (ten świat) i nęci i łatwo – ale to już nieostrożne stwierdzenie – tę tęsknotę skwitować: „a komu to szkodzi”. Zobaczmy.

CzeczeniaNikaraguaJames Nachtwey jest niezwykle znanym, bardzo dobrze opłacanym fotografem … wojennym. Pisałem już o nim, więc teraz przypomnę, że robi najstraszniejsze zdjęcia, jakie kiedykolwiek widziałem. Genialne, przejmujące, drażniące, odbierające spokój. Obok załączyłem (wybrałem litościwie):

  • Nikaragua 1984.
  • Czeczenia, Ruiny Groznego, 1996.

Pierwsze – z wyraźnym odniesieniem do symboliki krzyża i Chrystusa, świetnie, klasycznie skomponowane, pomimo tego, że jest zrobione „w biegu”. Drugie – to arcydzieło, w którym silny brak symetrii jest środkiem wyrazu. Drażni, niepokoi, zmusza do skupienia uwagi. To inny świat. Świat bez symetrii, bez poczucia bezpieczeństwa, szokujący. Zadałem sobie trud i wróciłem do filmu o Nachtwey’u by zacytować jego słowa:

Ciężej jest opublikować materiały o bardziej krytycznym wydźwięku. To nigdy nie było łatwe, a myślę, że w ostatnich latach stało się jeszcze trudniejsze, podług faktu, że społeczeństwo ma coraz większą obsesję na punkcie rozrywki, gwiazd i mody. Reklamodawcy są zmęczeni pokazywaniem ich produktów obok obrazów ludzkiej tragedii. Uważają, że to w jakiś sposób wpływa na sprzedawalność ich wyrobów…

Z tej wypowiedzi nie wynika, by te dwa światy („Vougue”, „Vanity Fair” oraz „Stern”, „Times”) zgodnie współistniały. Same. Albo znajdą się odbiorcy tego „niesymetrycznego” i „drażniącego” świata Nachtwey’a, albo nie i … zapienimy się na śmierć w pianie z mydełka Fa. Chcecie bajki? Będzie bajka.

Ta Czeczenia, to był – w dyskusji o greckim kanonie piękna – chwyt trochę poniżej pasa, ale to przecież nie jest sen. Czas nie „rozmył” greckiego kanonu, czas zmienił funkcję sztuki i spowodował, że prócz tej „pięknej” (w końcu całe wieki sztuka była tworzona głównie, jeśli nie wyłącznie, dla „celebrytów”), nieuchronnie pojawiła się ta „niepiękna”.

PollockMatisseChagallDla kogo? Jakich środków wyrazu powinna używać? Bez żartów. Takie pytania zadawano sobie już wieki temu. Grecki kanon nadwyrężony został – skutecznie – już dawno i dziś mało kto zaliczy Monet’a czy Cezanne’a do „niepięknych” a tak w końcu było! Obok załączyłem:

  • Marc Chagall, Wedding Candles.
  • Henri Matisse, Music.
  • Jackson Pollock, Nr 5 (np., tak naprawdę nie wiem, który numer).

Pierwszy – zupełnie niesymetryczny, jakby coś wybuchło w środku, lecz jakoś to wcale nie niepokoi. Jest wprawdzie gwar i rozgardiasz, ale jakiś taki „weselny”, radosny. Drugi – całkiem symetryczny, ale równocześnie niezwykle irytujący. Jeśli ma on jakoś symbolizować muzykę, to kakofonię. Może ciekawi, ale zgrzyta. Trzeci – „symetryczny” do bólu, ale wcale „piekny” nie jest. Za to jak mocno wciąga! I kusi - jak ledwo zauważalne kształty za zaparowaną szybą.

Muzyka

Na pozór wydaje się, że muzyka takiej funkcji „niepięknej” mieć nie może, więc kakofonii i zgrzytów usprawiedliwić mi się nie uda. Uda.

W latach 30-tych ub. wieku, niejaki Kurt Weill napisał muzykę do „Opery za trzy grosze” (sztuki Bertolta Brechta) a w niej – przebój przebojów i standard standardów – „Die Moritat von Mackie Messer”.

  • Oto oryginał „Mackiego”. Kurt Weill - Die Moritat von Mackie Messer (… posłuchaj). Trzeba mieć sporo samozaparcia, żeby wysłuchać tego do końca. Mnie drażni.
  • Frank Sinatra zrobił z tego wersję big-bandową. Frank Sinatra, Jimmy Buffet - Mack The Knife (…posłuchaj). Nic w tym złego, jest zupełnie OK., ale jak ma być to jazz….
  • … wybieram nieco inną wersję. Ella Fitzgerald - Mack the Knife (… posłuchaj). Z „nerwem”, życiem i werwą.

Stop kapela! Uwaga!
Proszę Państwa, w tym uprzebojowianiu „Mackie Majchra” posunęliśmy się (na szczęście nie ja!) za daleko. Songi Brechta oraz muzyka Weill’a do nich, były ironiczne, przerysowane, ONE BYŁY DO CZEGOŚ. Np. do myślenia, czemu muzyka służyła, kierując uwagę na teksty i wzmacniając ich wymowę. Nie będę się czepiał, ale te jazzowe wersje są … co najmniej nie z tej parafii. Jakby z upływem „Mackie Majcher” zmienił się w bobaska (królewnę?). Pytanie jest takie: Czy można – dziś – Mackie’mu jakoś ten „songowy” charakter przywrócić? Można. Na koniec współczesne arcydzieło interpretacji Weill’a:

  • Kazik Staszewski - Die Moritat von Mackie Messer (… posłuchaj). Moim zdaniem jest to genialna, współczesna wizja Brechta i Weill’a. Współczesna również w tym sensie, że brutalność i ekspresję nieźle dopasowano do dzisiejszych „wymogów”. Jak? Za pomocą odpowiednich środków wyrazu - przesterowanych gitar, mocnych bębnów, jazgotu i hałasu, które irytują i to tak, że z niecierpliwością czekamy do końca. I choć „pijackiego” zakończenia w oryginale wcale nie ma – jakżeż ono do „Majchra” pasuje. To jest „song”, a nie jakaś tam kaszka z mlekiem!

W kontekście „symetrii”, czyli greckiego kanonu, Kazik (zachowując proporcje, bo to zupełnie inna waga tematów) jest równie przesadzonym przykładem jak Nachtwey, ale nie jest wcale wydumany.

Na koniec złagodnieję nieco i nie będę „zgrzytał”, niestety „Petersburskiego i Warsa” przepuścić nie potrafię. Bożenka twierdzi ponoć, że „Milej dla mojego ucha brzmi stylistyka jazzu wywodząca się od Warsa, Petersburskiego”. Zupełnie w to nie wierzę, jej się tylko tak wydawało. Oto dowód:

  • Czysty Petersburski: Glenn Miller - At Last (…posłuchaj). Może to i całkiem ładny kawałek, ale tak nieznośnie „zaróżowiony”, jak królewna śnieżka ze zdjęcia Annie Leibowitz dla Disney’a. Mnie drażni.
  • Ten sam kawiarniany blues, tyle, że z XXI wieku. Mary Coughlan - At last (…posłuchaj). Nic tu nie zgrzyta, płynie jak ma płynąć i każdy przyzna, że różnica polega jedynie na środkach wyrazu. „Jedynie”. Niby szczegół, ale … doprawdy nie da się powiedzieć, że to ten sam utwór.

Bo diabeł, Proszę Państwa, siedzi – jak wiadomo – w szczegółach. Nie w symetrii lub jej braku oraz nie w melodyczności lub jej braku a w szczegółach.

może w tym siedzi diabeł

Super, że mój post sprowokował Cię do napisania takiego fajnego listu. Nie nazwałabym tego jednak polemiką. Moje „wynurzenia” miały raczej charakter „podstawowy” i dotyczyły pierwszych, podświadomie odbieranych bodźców przez nasze uszy czy oczy. Troszkę też sobie „pofilozofowałam”, tak sobie dla żartu, dlaczego te same impulsy mogą być różnie odbierane przez nasze zmysły – czyli taki oczywisty truizm, że jesteśmy różni i takie tam.
Ty piszesz na poważny temat o roli kultury, o zmianach funkcji sztuki. Nie wydaje mi się, żebym z tym polemizowała, nie znajduję w moim liście argumentów opozycyjnych na ten temat, a poza tym po prostu się z Tobą zgadzam.
W mojej pisaninie można wyczytać, że prócz bieli i czerni dostrzegam, i akceptuję, różne odcienie i kolory (pozostając przy dźwiękach: miłe, przyjemne, zaskakujące, zabawne, dziwne, „jeszcze strawne”). Wyraziłam też aprobatę do lekko zaburzonej symetrii. Też oczywiście podzielam pogląd, że nie znajdzie się chętnych do żywienia się samą, wspomnianą przez Ciebie, mamałygą. Gdzie tutaj przeciwstawienie?

Skoro na tematy „smakowe” sam zboczyłeś, to do tego nawiążę. Okres żywienia się bezsmakowymi papkami kończy się zazwyczaj we wczesnym niemowlęctwie. Z czasem coś się dzieje z naszymi kubkami smakowymi (podobno ulegają stępieniu) i uczymy się akceptować nowe smaki. Sam wiesz najlepiej, że proces „przywykania” przebiega dość indywidualne. Jest wielu opornych ale część populacji z ogromną przyjemnością próbuje nowych dań, eksperymentuje z zestawieniami smakowymi, łącząc często zaskakująco i oryginalnie różne produkty, przyprawy.
Weźmy, dla urozmaicenia, zmysł dotyku. Jak wiele czynników ma wpływ na nasze odczucia w tej materii. Pewnie najistotniejszy jest sam punkt dotykany ale też ważna jest stosowana „technika”: muśnięcie, naciskanie, szczypanie, drażnienie, klepnięcie, uderzenie, walnięcie. Trzeba jeszcze uwzględnić natężenie, częstotliwość, siłę. Miejsce zdarzenia, oprawa, nastrój chwili też nie są bez znaczenia. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że mimo, że każdy z nas stanowi oddzielną „dotykową mapą świata”, to są pewne doznania, np. ból fizyczny, które zdecydowanie określamy jako nieprzyjemne. Bo jest jakaś norma, a masochizm jest jednak uważany za rodzaj zaburzenia (ojej, czy przypadkiem nie sprowokuję Cię do polemiki na temat „zły dotyk”).

W moim liście wyczytać można między słowiami, że nie potępiam eksperymentów i jednoznacznie opowiadam się za fantazją, doceniam wyobraźnię, poszukiwania nowych wyrazów. Tylko, że istotna jest intencja artysty, a przede wszystkim moja subiektywna ocena tej sytuacji.
Celowa prowokacja ma prawo bytu i to nie tylko w sytuacjach w których ma za zadanie wstrząsnąć, zaszokować w imię wzniosłych idei, ważnych spraw (tak jak w pokazanych przez Ciebie zdjęciach James Nachtwey’a, czy innego rodzaju zdjęciach rodzajowych, których „brzydota” ma nas zatrzymać, zmusić do zastanowienia). Jestem w tym względzie bardziej tolerancyjna. Nawet wtedy, gdy stosujący ją artysta wykorzystuje ten środek wyrazu dla samej zabawy konwenansem, czy aby się wyróżnić, zaistnieć. - jego prawo (świadomie kiczowatego zdjęcie Rachel Weisz). Reprezentuję pogląd, że artyści, nawet ci rozumiejący misyjną rolę Kultury, to jedna z grup zawodowych, która swoją pasją zarabia na życie (a to już ich wielkie szczęście). Ponieważ jednak bez chleba naszego powszedniego ani rusz, stąd potrzebne pewne kompromisy.
Ale! Gdy balansuje się na granicy dobrego smaku, łamania zwyczajów i przyjętych norm, trzeba liczyć się z niezrozumieniem, z tym, że nie wszyscy nasze poczynania zaakceptują. Nie każdy dostrzeże szlachetne intencje czy pozna się na żarcie, doceni nowatorstwo. Ocena po której stronie cienkiej linii jesteśmy w każdym wypadku jest subiektywna - a to z kolei nasze prawo, odbiorców sztuki. Każdy indywidualnie klasyfikuje, co uzasadnia zastosowanie pewnych środków wyrazu, a co już jest nadużyciem. Jeden doszuka się głębokiego sensu, wzniosłych idei, tam gdzie inny widzi kpinę z widza, słuchacza. I nie wiadomo, kto ma rację.
Zawsze gdy spotykam się z analizami dzieł literackich czy malarskich (na lekcjach literatury, w opowieściach przewodników w galeriach, czy w cyklu w starym „Przekroju”, poświęconym omawianiu znanych obrazów) potem innym okiem patrzę na te dzieła, zazwyczaj przychylniej, bo ze zrozumieniem. Niemniej każdorazowo w duchu myślę sobie, czy na pewno autor „to” miał na myśli, czy też uśmiałby się zdrowo z tych wywodów.

Bo sztuka to emocje, które generują nasze zmysły. Jego, czyli artysty, gdy tworzy, a nasze, każdego widza, słuchacza, gdy „odbieramy”. Oczywiście nie chcę wszystkiego uprościć i ograniczyć do zmysłów. Co potem robimy z tym co dociera do naszych uszu, oczy, nosa, języka, skóry zależy od naszego, genetycznie zdeterminowanego temperamentu. To on jest podstawą kształtowania się naszych cech. Śledząc cechy typowe dla poszczególnych typów charakterologicznych nie można się dziwić, że tak różnie reagujemy i odbieramy wszystko co nas otacza.
Oczywiście nie jesteśmy tacy całkowicie „bezwolni” i zdani tylko na nasze geny, zdeterminowani przez instynkty, zakodowane odruchy. Jako przeciwniczka determinizmu wierzę, że Homo sapiens obdarzony jest „wolną wolą”. Mamy więc wpływ na kształtowanie się naszych gustów, uwzględniając wspomniane wyżej predyspozycje, w miarę rozwoju naszej osobowości, poprzez proces wychowawczy, poszerzanie wiedzy, zdobyte doświadczenia, przeżycia. Szczęśliwie nie doprowadzi to nigdy do unifikacji i każdy pozostanie jedyny w swoim rodzaju, także jako odbiorca sztuki. Bo tak pięknie można się różnić.

Kiczowi … podziękujmy

W ten sposób – choć ładnie – możemy dyskutować bez końca. To nic złego, ale mam poczucie, że sam zacząłem, zaplątałem, więc wypada mi to jakoś rozplątać. Chyba „uciekł” nam temat a był nim …. kicz. (?) Tak. Z braku odwagi tego wyraźnie nie napisałem, ale: „dość ogólnymi cechami kiczu są nadmierna łatwość przekazu, udawanie jednej rzeczy przez inną (np. lampa z butelki), płytka jednoznaczność i "ładność", a w nowszej sztuce nieraz natrętna "brzydota dla brzydoty", pozbawiona innej treści czy myśli.”[wiki].

Rozumiem, że wcale nie miałaś zamiaru bronić kiczu, nawet o kiczu wspominać, nie mniej w słowach „Nawet wtedy, gdy stosujący ją artysta wykorzystuje ten środek wyrazu dla samej zabawy konwenansem, czy aby się wyróżnić, zaistnieć – jego prawo” – jednak go bronisz a przynajmniej usprawiedliwiasz. Mało różnią się nasze zdania, jeśli chodzi o „kanon” (rzeczywiście nie polemizujemy), ale czym dalej, tym gorzej (i ciekawiej). Dyskutując o odcieniach, smakach, prowokacjach ocieramy się w końcu o barierę, poza którą jest – jakiego by eufemizmu nie użyć – po prostu kicz, szmira czy tandeta.

W Rzymie było łatwo. Jeśli taki Gajusz Petroniusz (arbiter elegantiae z „Quo Vadis”) powiedział – piękne – było piękne. Dziś już tak łatwo nie jest, arbitrów nie ma i wcale Ci się nie dziwię, że unikasz prostego stwierdzenia: Disney’owi dziękujemy. Czy: Ten Pan (ktokolwiek to by nie był), który jęczy, choć nie musi, jest nie do zniesienia. Bo?

  • Bo jesteś z natury delikatna i nie chcesz nikogo urazić. Myślisz, że urazisz Disney’a? To mega korporacja, która nie widzi i nie czuje. Nawet jeśli go w naszym portalu boleśnie schłostamy biczem satyry – nic nie zauważy.
  • Bo jesteś tolerancyjna – to chwalebne i poprawne politycznie – ale łatwo można przeholować. „Barbie” też? Obawiam się, że aż taka tolerancja (usprawiedliwisz wszystko wszystkim) to przesada i bezguściu można po prostu podziękować. Nasz (odbiorców) nieśmiały opór na pewno go nie zabije (o nie!), ale może, choć trochę osłabi jego (kiczu) bezczelną pewność siebie.
  • Bo jesteś powściągliwa i ostrożna i wydaje Ci się, że nie powinnaś zajmować wyraźnego (szczególnie negatywnego) stanowiska „w takich sprawach”. Jakich? Piosenek? Na Jacka Lecha nie donosimy przecież do prokuratury, tylko się z niego podśmiewujemy. Z Cliffa Richarda też. To, że śpiewamy (choć rzadko) „Raz uciekły …” i korona z głowy nikomu nie spada, chyba nas nie obciąża i z czystym sumieniem możemy (czasem) powiedzieć, że – … coś, ktoś … – to szmira.
  • Bo jesteś sprytna i – na wszelki wypadek – przygotowałaś tarczę genetyczną. Moim zdaniem nie ma takiego „temperamentu”, który uniemożliwia słuchanie Bacha, oglądanie Vermeer’a, śpiewanie „Majstra Biedy” czy recytowanie „Litwo! Ojczyzno moja ... Piszesz, że „… nie można się dziwić, że tak różnie reagujemy i odbieramy wszystko, co nas otacza.” W dużym stopniu można się dziwić. Wszyscy by się zdziwili, gdyby ktoś „różnie” reagował na znak stopu (O, tak!), albo na „Kubusia Puchatka” (Na pewno?).

Wbierajmy … nowe.

Dyskusja zaczęła się przy okazji Leszka Możdżera (choć z nim nie miała wiele wspólnego) i dotyczyła muzyki, więc i moja polemika, jeśli w ogóle, dotyczyła muzyki – głównie Warsa i Petersburskiego w ich symbolicznym (klasycznym, kanonicznym) znaczeniu: „To są te piosenki, które ja już znam”. Twierdzę, może nieco przekornie, że – nawet, jeśli nie jesteśmy tego świadomi – odruchowo wybieramy jednak nowocześniejsze, bardziej współczesne środki wyrazu. Kochamy konteksty i skojarzenia, ale wybieramy ich … nowe odcienie.

Poszukujmy … odruchowo.

Rzeczywiście, masz rację, kiedy piszesz: „nie każdy dostrzeże szlachetne intencje czy pozna się na żarcie, doceni nowatorstwo”, ale to moim zdaniem odruch – szukanie, dostrzeganie, docenianie. Odruch ciekawości i szacunku dla wartości (nawet, jeśli tylko potencjalnych), który wprawdzie nie gwarantuje wyniku, tzn. tego, że „docenimy”, ale gwarantuje, że przynajmniej „znajdziemy”. Szukając, mamy większe możliwości porównywania i jest szansa, że te nowe odcienie, które wybierzemy, będą … przynajmniej nie będą kiczowate czy jarmarczne.

Kiczowi … podziękujmy.

Trudno zaprzeczyć, że ludzie się różnią. Twierdzisz, że „pięknie można się różnić” a różnicę upatrujesz (głównie) w „ego” odbiorcy, dając mu w zasadzie nieograniczone prawo do wyboru. Komu? Dzieciom i nastolatkom też? Chyba jesteś zbyt taktowna – przecież oczywista, łatwa ścieżka: „Barbie”, „Harry Potter”, „Tomb Raider”, „Taniec z gwiazdami” – jest naprawdę „niepiękna”. Specjalnie wybrałem przykłady nie „brzydkie” czy „ładne” – ale kiczowate. Twierdzę, że można się też różnić niepięknie. Temu nie sprzyjam (eufemizm), dziękuję.

Sprawy „dotyku” – O Matko! – świadomie nie poruszyłem, jak prosiłaś. Nie poruszyłem też sprawy „chleba naszego powszedniego” - to istna puszka Pandory - oraz awangardy („ Gdy balansuje się na granicy dobrego smaku, łamania zwyczajów i przyjętych norm.”) – bo aż tak daleko w dyskusji (jeszcze) się nie posunęliśmy. Żaden przykład, który przytoczyłem (nawet Pollock) awangardą nie jest, co więcej większości z nich, do „sztuki” bym nie zaliczył.

RN

prowokacja

Z pewną taką nieśmiałością, obserwuję dyskusję, chociaż bardziej porawnym określeniem będzie - czytam manifesty programowe o granicach i obszarach dopuszczalnych poprzez estetykę percepcji sztuki manifestujących. Podzielam zdanie przedpiszcy że takiej dyskusji "końca nie widać" a umieszczenie w manifeście tez wybierajmy, poszukujmy, dziękujmy jest wyjściem pozornym typu nieznane o nieznanym. Proponuję więc usystematyzowanie meandrów ludzkiej psycho- i socjologii w oparciu o biologiczne paradygmaty.
1. To co nazywamy sztuką jest bardzo skutecznym sposobem uzyskiwania dostępu do partnerów o płci komplementarnej dla twórcy i jego epigonów.
2. Podobno matka natura, wyposażyła nas w tak niesamowicie duży i sprawny centralny system nerwowy aby umożliwić nam funkcjonowanie w wyjątkowo złożonych uwarunkowaniach społecznych.
Jeżeli 1 i 2 jest prawdą, to poddaję do dyskusji tezę że: nie ma żadnych szekspirowskich cienkich czerwonych linii pomiędzy kiczem a sztuką poprzez duże S a istnieje tylko krzywa Gaussa za pomocą której dobieramy sobie towarzystwo które uważamy za odpowiednie dla siebie na każdym etapie naszego życia. Również na takim kiedy niewolą nas lalki Barbie i czarodzieje z Hogwart :) Może jeszcze tylko uprzedzając ewentualne zarzuty zgłoszę do tego modelu uwagę że to tylko jeden z wielu wymiarów przestrzeni determinującej nasz behawior, na dodatek dla wielu może być zupełnie marginalnym. No ale żeby było można powrócić do dyskusji nieznane o nieznanym, to jeszcze uzupełnię tezę o to że: większość powodów naszych zachowań jest niejawna dla naszej świadomości. Nasza świadomość raczej wyspecjalizowała się w artykułowaniu nam powodów rzekomych i dzięki Machiavelli Intelligence stara się zapewnić nam komfort psychiczny :) a nie jest tych zachowań głównym motorem.

Dziękuję!

Z pewnością „nie ma żadnych szekspirowskich cienkich czerwonych linii pomiędzy kiczem a sztuką poprzez duże S”, ale w ogóle nie ma takich linii. Władza i jej brak, bogactwo i bieda też nie są taką linią oddzielone i w ich obszarze też obowiązuje krzywa Gaussa. Co z tego? Na prywatne potrzeby, co najmniej w celu „uzyskiwania dostępu do partnerów o płci komplementarnej” i tak musisz sobie takiego podziału dokonać, a przynajmniej wiedzieć (dowiedzieć się), jaką „cienką linię” mają ci partnerzy. Bo ją mają i Ci komplementarny partner powie „spieprzaj dziadu”. Co najmniej.

Wszystko jest wszystkim i nic nie jest niczym, ale z tego nie wynika żadna praktyczna wskazówka na „funkcjonowanie w wyjątkowo złożonych uwarunkowaniach społecznych”, a funkcjonować (poza jaskinią pustelnika) jakoś trzeba. Co gorsza zasób informacji przydatnych w celu (1) niekoniecznie pokrywa się z tym nieodzownym w celu (2).

Przypomina mi się pewna historia. Kiedy jeszcze pracowałem na uczelni, przychodzili do nas do katedry dwaj chłopcy z liceum. Nie wiem jak to się zaczęło, ale mieliśmy komputery, to ich „brało” i sporo czasu spędzali u nas w pracy. Głównie ze mną, bo popołudniami, przy komputerach bywałem głównie ja. Byli sprytni, bystrzy, dobrze przygotowani do celu (2), ale czasem rozmowy schodziły na inne tematy niż odwrotna notacja polska (był w modzie procesor Z80). Jeden z nich zwierzył mi się (pewnie w chwili słabości), że z tym dostępem do … ma kłopot. Cel (1). W bardzo skróconej wersji było to: „Oni tam dyskutują o … sonetach Petrarki a ja nie mam co w tym towarzystwie powiedzieć. Wychodzę na głupka.” Sprawa wydała mi się poważna, wiedziałem, że tego „błyskawicznie” załatwić się nie da, więc na poczekaniu wymyśliłem taki trik (do dziś używam). Jak będziesz potrzebował się wtrącić do „mądrej dyskusji” a nie palnąć, zapytaj po prostu „czy wiecie jak wygląda drzewo grab?” Zrobisz wrażenie, a i tak nikt Cię nie sprawdzi, bo … nikt nie wie. Nie powie też, że nudzisz, bo ekologia jest trendy.

Więc? Daj spokój i po prostu … odruchowo szukaj. Niestety to może nie wystarczyć, bo … wszyscy już mogli to „coś” znaleźć i ani nie zabłyśniesz, ani nie przyda się na nic. Więc? Wybieraj nowe. A kiczu się wystrzegaj, bo … zajmie Ci czas, którego i tak masz mało, potrzebny na szukanie i wybieranie.

Wyszło tak: Biedny Jasiu skarży się w domu, że w szkole strasznie ich Pani męczy i każe NA PAMIĘĆ znać np. ile jest 7 * 8. Oraz 6 * 9.

  • Bożenka na to. Nie martw się, to rzeczywiście niełatwe i stresujące. TROSZKĘ to wstydliwe (ale absolutnie dopuszczalne w ramach INDYWIDUALNYCH RÓŻNIC pomiędzy ludźmi), że nie wiesz, ale wiele dzieci jeszcze nie wie. Ci z przedszkola, ci z familoków. Nie płacz, POSTARAMY SIĘ coś zrobić, pouczymy się. Pani wytłumaczymy, że masz jakieś wewnętrzne problemy a do końca roku NAJPRAWDOPODOBNIEJ uda Ci się nadrobić zaległości. Głowa do góry!
  • Krystian zaś. Nie martw się, ta tabliczka to NIEISTOTNY SZCZEGÓŁ. Prawdę mówiąc MARGINALNY. Wiadomo, że nikt z całą pewnością nie wie DOKŁADNIE, ile jest 7 * 8. No … uwzględniając pewne aksjomaty i konstrukcje liczb oraz ograniczając definicję mnożenia do pewnego zakresu algebry, nazwanej (tylko tradycja, niemająca żadnego wytłumaczenia w ewolucji CENTRALNEGO SYSTEMU NERWOWEGO) „liczbami całkowitymi”, da się to – RZEKOMO – określić. Porozmawiam z Panią i wytłumaczę, że całkowicie niepotrzebnie Cię dręczy. Zresztą, co wynika z diagramu Hertzsprunga-Russella, cała Ziemia wyparuje, kiedy Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma – i po cholerę wtedy będzie komuś ta tabliczka? Powiedz lepiej, jak tam koleżanki z klasy. Głowa do góry!

Miałem cichą nadzieję, że dyskusja potoczy się w nieco innym kierunku. Niestety i Bożenka, z troski zarówno o artystów jak i odbiorców (i tak WSZYSCY jesteśmy piękni) i Krystian, z powodów niewiary w człowieczeństwo w ogóle (i tak WSZYSCY jesteśmy małpami), zepsuli mi zamysł. Najciekawsze jest to, że wychodząc ze skrajnie różnych punktów widzenia („wszystko jest piękne” vs „piękna w ogóle nie ma”) – bardziej skrajnych nie mogę sobie już wyobrazić – wyszło im to samo. Co? Że wszystko jest względne. „Ale, czyż nie można by, lecz jednak, itp.”. Bardzo serdecznie Państwu dziękuję, bardzo serdecznie.

RN

memento albo o osobnikach z krańców dzwonu Gaussa

[...]a przynajmniej wiedzieć (dowiedzieć się), jaką „cienką linię” mają ci partnerzy. Bo ją mają i Ci komplementarny partner powie „spieprzaj dziadu”. Co najmniej.[...]
To chyba postulat chwalący relatywizm lub ładniej kameleonizm :)
Ale, nie traktuj tego jak nagany, po prostu zalecasz skuteczność działania w przyjętym rozumiem poprzez aklamację założeniu pkt. 1 :)
Zresztą sensem przytoczonych anegdotek również są apele o skuteczne wykorzystanie intelektu w tymżesz celu. Co mnie dotknęło to zarzut o niewiarę w człowieczeństwo. Chyba Dawkins proponuje taki eksperyment myślowy, chwytamy za rękę (w dalszych ogniwach łańcucha stykamy się w jakikolwiek sposób ;>) naszego przodka i potomka. W efekcie dostaniemy drzewo życia w którym obecne będą wszystkie istoty jakim zdarzyło się zaistnieć na naszym padole. Oprócz butnych homo sapiens, którzy aby uzasadnić swoją odrębność, będą szemrować pojęciem duszy, czy w wersji ateistycznej człowieczeństwem. Zresztą będzie tam wszystko co spełnia kryteria życia a nawet wirus A1H1N1 który tak naprawdę do końca tych kryteriów nie spełnia :) Więc moje rozumienie człowieczeństwa, jest konsekwencją paradygmatów teorii ewolucji i pokorne zaakceptowanie faktu że mam 40% DNA zgodnego z burakiem i doskonale zdaję sobie sprawę że jestem na drugim brzegu dzwonu Gaussa z apologetami dusz, sztuki przez duże S czy też narodowymi socjalistami :( Zresztą to co oni wychwalają pod niebiosa jest blichtrem znikającym podobnie jak psy, szczury, koty czy w końcu dzieci z ulic oblężonego Leningradu :)
Żeby więc dyskusja mogła się podobnie jak owsiki "trzymać kupy" proponuję ustalić jakiś konsensus co do semantyki słowa człowieczeństwo. Inaczej może dojść do zabawnych nieścisłości jak w kawale w którym dyplomata z kraju posądzanego o kultywowanie kanibalizmu, wyrażał opinię o kuchni odwiedzanego kraju - "jedzenie macie nieludzkie"

Zalecam ... lekkość bytu

Wcale nie chciałem aż tak daleko „zabrnąć”, ale co mam zrobić? Wolałbym dyskusje na temat tego, co nam się podoba lub nie podoba i dlaczego. Zboczyliśmy na „komplementarnych partnerów”, „funkcjonowanie w społeczeństwie”, DNA i „człowieczeństwo”, co może nie jest złe, ale … obawiam się, że w tych sprawach jestem niekompetentny i to w stopniu (dla mnie osobiście) nie do przyjęcia.

Piszesz (o mnie), że … „po prostu zalecasz skuteczność działania w przyjętym rozumiem poprzez aklamację założeniu pkt. 1 :)” Wcale nie przyjąłem (1) przez aklamację. Uważam, że właśnie to, iż podałeś go w związku ze sztuką (i to na pierwszym miejscu) jest przejawem Twego braku wiary w człowieczeństwo. Nie to, że nie widzę związku sztuki z seksem, widzę. Najprawdopodobniej najwięcej dzieł powstało na tle emocji kobieco damskich, ale ani to jedyne emocje ani najważniejsze. I niekoniecznie jest to sztuka. Poza tym twórców aż tak wielu nie ma i dzieła są głównie „używane” a nie „tworzone”.

(1) To co nazywamy sztuką jest bardzo skutecznym sposobem uzyskiwania dostępu do partnerów o płci komplementarnej dla twórcy i jego epigonów

Wyrażasz pogląd, że jesteśmy obezwładnieni jakimś metafizycznym nakazem „należy się mnożyć”. Jeśli więc sztuka (także „używana”) ma do tego służyć – w co osobiście wątpię – to oczywiście zalecam skuteczność i – oczywiście – będzie to prowadzić do relatywizacji. Jeśli np. komplementarny partner lubi (ceni, podziwia) „Tercet Egzotyczny”, żeby pobzykać, trzeba będzie puścić „Pamelo żegnaj”. To straszna pułapka.

Spór między tymi, którzy twierdzą, że świat został stworzony przez Boga, a tymi, którzy uważają, że powstał sam z siebie, dotyczy czegoś, co przekracza nasz rozum i doświadczenie. O wiele wyraźniejsza różnica dzieli tych, którzy wątpią w sens bytu danego człowiekowi (wszystko jedno w jaki sposób czy przez kogo), od tych, którzy go bez zastrzeżeń akceptują.
Za wszystkimi europejskimi wiarami religijnymi i politycznymi stoi pierwszy rozdział Genesis, z którego wypływa, że świat został stworzony właściwie, że byt jest dobrem, należy więc się mnożyć. Nazwijmy tę podstawową wiarę kategoryczną zgodą na byt.
Jeśli jeszcze do niedawna słowo „gówno" bywało w książkach wykropkowywane, nie działo się to z powodów moralnych. Nie będziecie przecież twierdzić, że gówno jest niemoralne. Niezgoda na gówno ma charakter metafizyczny. Chwila defekowania jest codziennym dowodem na to, że Akt Stworzenia jest nie do przyjęcia. Albo - albo: albo możemy zgodzić się na gówno (a wtedy nie zamykajmy drzwi do ubikacji!), albo zostaliśmy stworzeni w sposób nie do przyjęcia.
Wynika z tego, że estetycznym ideałem kategorycznej zgody na byt jest świat, w którym gówno jest zanegowane i wszyscy się zachowują, jakby nie istniało. Ten estetyczny ideał nazywa się kiczem.
Jest to niemieckie słowo, zrodzone w samym środku sentymentalnego XIX wieku, które przeniknęło do wszystkich języków. Ale na skutek częstego używania zatarło się jego pierwotne metafizyczne znaczenie: kicz jest absolutną negacją gówna w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu, kicz eliminuje ze swego pola widzenia wszystko, co w ludzkiej egzystencji jest z zasady nie do przyjęcia.
”[Milan Kundera – „Nieznośna lekkość bytu”.]

(2) … matka natura, wyposażyła nas w tak niesamowicie duży i sprawny centralny system nerwowy, aby umożliwić nam funkcjonowanie w wyjątkowo złożonych uwarunkowaniach społecznych.

To inny, ale też metafizyczny imperatyw – „należy odnosić sukces i zabiegać o sławę”. I jeśli sztuka (także „używana”) ma do tego służyć – w co osobiście wątpię – to będzie podobnie, tyle, że nie „komplementarny partner” a „wyjątkowo złożone warunki społeczne” wymuszą na nas relatywizm. Też pułapka.

Pierwszy wewnętrzny bunt Sabiny przeciw komunizmowi miał charakter nie etyczny, ale estetyczny. Tym, co ją odpychało, była jednak w znacznie mniejszym stopniu brzydota komunistycznego świata (zniszczone zamki zamienione w chlewy) niż maska piękna, którą sobie nakładał, inaczej mówiąc komunistyczny kicz. Jego modelem jest uroczystość zwana Pierwszym Maja.
Widziała pochody pierwszomajowe w czasach, kiedy ludzie byli jeszcze pełni entuzjazmu albo kiedy jeszcze entuzjazm gorliwie udawali. Kobiety były ubrane w czerwone, białe i niebieskie koszulki, tak że widziane z balkonów i okien tworzyły różne figury: gwiazdy pięcioramienne, serca, litery. Między poszczególnymi częściami pochodu szły małe orkiestry grające do marszu. Kiedy pochód zbliżał się do trybuny, nawet najbardziej znudzone twarze rozjaśniał uśmiech, jakby chciały dowieść, że cieszą się jak należy albo dokładniej, że jak należy zgadzają się. Nie szło jednak o zwykłą polityczną zgodę na komunizm, lecz o zgodę na byt jako taki. Święto Pierwszego Maja sięgało korzeniami do głębokiej studni kategorycznej zgody na byt. Niepisanym, nie wypowiedzianym hasłem pochodu nie było „niech żyje komunizm!", lecz „niech żyje życie!". Siła i przebiegłość polityki komunistów polegały na tym, że sobie to hasło przywłaszczyli. Ta właśnie idiotyczna tautologia („niech żyje życie!") przyciągała do pochodu komunistycznego również tych, którym idee komunizmu były obojętne.
”[Milan Kundera – „Nieznośna lekkość bytu”.]

Zasugerowałeś żeby "trzymać się kupy" (słusznie), ale w tym celu …. rzuciłeś pomysł, „by ustalić jakiś konsensus, co do semantyki słowa człowieczeństwo”. O Matko Boska! Wprawdzie nie dopisałeś punktu (3), bo nie wierzysz w człowieczeństwo, ale podsunąłeś („ jestem na drugim brzegu dzwonu Gaussa z apologetami dusz, sztuki przez duże S…”), że wyjdzie coś w rodzaju „serce”, „dusza’. Niestety … to także pułapka.

Dziesięć lat później (była już wówczas w Ameryce) przyjaciel jej przyjaciół, pewien senator amerykański, wiózł ją swym ogromnym autem. Na tylnym siedzeniu tłoczyła się czwórka dzieci. Senator zatrzymał wóz, dzieci wysiadły i pobiegły wielkim trawnikiem w stronę stadionu, na którym było sztuczne lodowisko. Senator siedział za kierownicą i patrzył z rozrzewnieniem na te cztery biegnące figurki, a potem odwrócił się do Sabiny. – Niech pani na nie spojrzy. – Zatoczył ręką krąg, który miał objąć stadion, trawnik i dzieci. – To nazywam szczęściem.
Za tymi słowami kryła się nie tylko radość z tego, że dzieci biegną, a trawa rośnie, ale również manifestacja zrozumienia wobec kobiety, która przybyła z kraju komunizmu, gdzie, według wyobrażeń senatora, trawa nie rośnie, a dzieci nie biegają.
Ale Sabina w tej właśnie chwili wyobraziła sobie tego senatora na trybunie na placu w Pradze. To, co rysowało się na jego twarzy, było dokładnie takim samym uśmiechem, jaki komunistyczni przywódcy kierowali z wyżyn swej trybuny do uśmiechających się tak samo obywateli na dole w pochodzie.

Skąd ten senator wiedział, że dzieci oznaczają szczęście? Czy zajrzał im w głąb duszy? A może w chwili, kiedy zniknęły z jego pola widzenia, troje rzuciło się na czwarte i zaczęły się bić?
Senator miał na poparcie swego twierdzenia jeden jedyny argument: uczucie. Tam gdzie przemawia serce, nie wypada, aby rozum zgłaszał wątpliwości. W krainie kiczu panuje dyktatura serca. Ale uczucie, które budzi kicz, musi być takie, aby mogły je podzielać masy. Dlatego kicz nie może się opierać na sytuacji wyjątkowej, lecz na podstawowych obrazach, które ludzie mają wbite w świadomość: niewdzięczna córka, odtrącony ojciec, dzieci biegnące po trawniku, zdradzona ojczyzna, wspomnienie pierwszej miłości.
Kicz wyciska dwie łzy wzruszenia. Pierwsza łza mówi: jakie to piękne, dzieci biegnące po trawniku!
Druga łza mówi: jakie to piękne, wzruszać się wraz z całą ludzkością dziećmi biegnącymi po trawniku!
Dopiero ta druga łza robi z kiczu kicz
.
Braterstwo wszystkich ludzi świata można zbudować wyłącznie na kiczu.
”[Milan Kundera – „Nieznośna lekkość bytu”.]

Jeśli zaś sztuka (także „używana”) jest (może być) do czegoś innego – w co osobiście wierzę – to ani „relatywizmu” ani potrzeby skuteczności nie widzę. Bo to kicz znacznie bardziej się „przydaje” w celach użytecznych a sztuka – w tym praktycznym zastosowaniu – jest znacznie bardziej „bez sensu”.

Buraki – o ile mi wiadomo – nic bez sensu nie robią a ja (choć podobnie jak Ty, mam ze 40% tych samych genów co burak) zupełnie BEZ SENSU (mam nadzieję), NIEPOTRZEBNIE robię całkiem sporo. Szkoda tylko, że nie „w sztuce”.

RN

Proponuję .... Protokół rozbieżności

[RN]

Wcale nie chciałem aż tak daleko „zabrnąć”, ale co mam zrobić? Wolałbym dyskusje na temat tego, co nam się podoba lub nie podoba i dlaczego.

[RN]

Wybacz, zgłoszę zdanie odmienne. Powodów dla których podoba się nam lub nie, olbrzymie spektrum dostępnych wszystkim naszym zmysłom doznań, które ze względu na umowne oderwanie tego obszaru percepcji od reszty doznań, już za sztukę nie uważanych, można wymyślić skończoną liczbę. (ponieważ ilość ludzi jest i była skończona i nawet pomnożona poprzez również dużą ilość wrażeń oraz ich kombinacji jakie zdołają oni wyartykułować czy nawet doznać) Pomimo tego że jest skończona to nie sądze aby można było skończyć dyskusję na ten temat (w skończonym czasie ;>), nawet roboczo pozornie porządkując nieokreślonymi bliżej kryteriami, kiczowi nie, wybierajmy odruchowo itd. itp. Stąd moja prowokacja aby zająć się tematem zgodnie ze współczesnie stosowanym w nauce dorobkiem Kuhna i Popera. Ponieważ tezy jakie zaproponowałem usiłujesz ignorować to zadam podstawowe pytanie:

I. Czy wierzysz w teorię ewolucji ?

Roboczo dopuszczam tylko jednobitową odpowiedź :)

I.1. Jeżeli nie, to dalszy ciąg dyskusji nie ma sensu, ze względu na wynikanie diametralnie różnych rzeczy z odmiennych systemów aksjomatycznych.

I.2. Jeżeli tak to brzemienną konsekwencją tego aktu wiary, będzie zaakceptowanie paradygmatu że zawsze poprawna będzie konstrukcja zdań, gdzie po jednej stronie będzie teza "ponieważ było to korzystne dla fitness fenotypu rozszerzonego" a po drugiej dowolna cecha naszego behawioru. Dyskusja ograniczy się tylko i wyłącznie do wymyślania powodów DLACZEGO ???
* Richard Dawkinson - Samolubny gen, Ślepy Zegarmistrz
* Robert Wright - Moralne zwierzę

Co zresztą w mojej pierwszej dygresji zaproponowałem.

Twierdzenie pomocnicze.

II. Jedynym biologicznym sensem naszego istnienia jest wygranie z konkurencją konfliktu o dostęp do ograniczonych zasobów biotopu. Czyli właśnie maksymalizacja wzmiankowanego powyżej fitness.

Ponieważ napisałeś, dużym nakładem czasu, spory tekst polemiczny, pozwól że spytam, zanim z jego resztą zacznę dyskutować o odpowiedź na I. Jeżeli bowiem odpowiedź brzmi nie, to moja argumentacja będzie dla ciebie nie do przyjęcia i racjonalnie będzie podpisać w tym punkcie protokół rozbieżności. Jeżeli tak to odniosę się do reszty tekstu.

Odpowiedź niebinarna jest właściwie pod względem konsekwecji dla dyskusji równoważna z negacją I.

Krystian

Protokół niepotrzebny

I. To nie jest kwestia wiary. Uważam, że to bardzo dobra teoria (=1, miał być jeden bit).
II. Biologicznym tak (=1, miał być jeden bit).

Nie zapytałeś jednak o jakieś inne "sensy" oraz "wektory": społeczne, kulturowe itp., które jakże mocno wpływają na to, co jest "korzystne dla fitness fenotypu rozszerzonego". Przed wojną korzystny był "honor" a teraz jest on niekorzystny. Życie Św. Franciszka nie miało żadnego sensu biologicznego (w znaczeniu, o którym piszesz, czyli "należy się mnożyć"), podobnie jak papieża Sysktusa IV (tego od Kaplicy), Cecila Rhodes'a (tego od diamentów) czy Marcela Prousta. Ile mam podać takich przykładów? Wcale nie biologicznych, bynajmniej nie ewolucyjnych a ZDECYDOWANIE silnie wpływających na nasz behawior. Nawet dziś.

Strasznie jesteś zafascynowany "gęsią skórką" - atawizmem z czasów, kiedy mieliśmy futra. Wolałbyś, żeby wszystko było takim atawizmem a przynajmniej takim atawizmem wytłumaczalne. OK. W biblii (tej czy innej) też wszystko jest wytłumaczalne. Zresztą teoria ewolucji jest tylko teorią - nie religią - i nie musisz mnie nawracać. Załóżmy, że Ty WIERZYSZ, ja wątpię.

Wolno Ci - oczywiście - tłumaczyć zjawiska, trendy, nurty, także z dziedziny sztuki, za pomocą Darwina. Weź po prostu "coś", wytłumacz a ja będę polemizował. Będzie to ciekawe i zabawne. Na razie jednak skupiłeś się na tłumaczeniu mi (nam), że za pomocą Darwina wszystko można wytłumaczyć. Np. co? Plakat do filmu "Popiełuszko"? Serial "Hannah Montana"? I wyjdzie (mnie i Tobie) coś innego? - Nie wierzę. Wyjdzie to samo - że są do niczego. Osobiście jest mi wszystko jedno, jaką METODĄ osiągniemy ten sam wynik - po co wtedy "protokół rozbieżności"?

RN

wyjdzie jednak fitness :)

To jest tylko i wyłącznie kwestia wiary :)
Oprócz nauki zwanej matematyką, która w istocie rzeczy jest KONSEKWENCJĄ wynikania z przyjętego zbioru aksjomatów, wszystko inne to są rzeczy w które WIERZYMY, bo udowodnić nie jesteśmy w stanie niczego. Zresztą z punktu widzenia metodologii każde stwierdzenie, prawo, czy teoria aby została uznana za naukową musi być falsyfikowalna. Jest natomiast tak długo "prawdziwa" jak długo nie zostanie obalona.(Kuhn -Struktura rewolucji naukowych) Filozoficznie to jedyny aksjomat który MUSIMY poczynić dla określenia swojego światopoglądu to przyjęcie za pewnik WŁASNEGO ISTNIENIA. Niespełnienie zresztą tego koniecznego założenia obala zresztą sens jakichkolwiek rozważań. Podejrzewam że światopogląd każdego z nas to zbiór takich prawd, reguł, przekonań którym określamy stosowany na prywatny użytek poziom ufności. Powstaje w efekcie mapa naszych przekonań nazywana światopoglądem.
[RN]
Nie zapytałeś jednak o jakieś inne "sensy" oraz "wektory": społeczne, kulturowe itp., które jakże mocno wpływają na to, co jest "korzystne dla fitness fenotypu rozszerzonego".
[RN]
Jest dokładnie odwrotnie. Wszelkie uwarunkowania, społeczne, kulturowe czy inne lokalne powstały wskutek różnorakich przemian historyczno - społecznych są po prostu częścią naszego fenotypu rozszerzonego. Do nas należy wybór jak w tak a nie inaczej ukształtowanej rzeczywistości podejmować wybory korzystne dla fitness. Gdybyś był w późnych latach 30-tych mieszkał w III Rzeszy i był sympatykiem muzyki hebrajskiej, na pewno nie słuchałbyś jej głośno przy otwartych oknach w trosce o dobro swojego fenotypu. Przykłady które mi podajesz to osoby które takie wybory podjęły właśnie. Lubiły hebrajską muzykę (wątek szpas o warstwie emocjonalno-motywacyjnej przypominam) to jej słuchały. Takie boćki na przykład, odlatują do ciepłych krajów bo to lubią. Lubią to zaś dlatego że takie podróże służą dobrze ich fenotypowi. Ja nie twierdzę że nie istniały boćki które latały na zimę do obszarów arktycznych. Zresztą skromna populacja Eskimosów dowodzi że takie marginalne zjawiska musiały mieć miejsce ;) i pewnie nadal incydentalnie takie zdarzenia mogą się pojawić.

[RN]
Życie Św. Franciszka nie miało żadnego sensu biologicznego (w znaczeniu, o którym piszesz, czyli "należy się mnożyć")
[RN]
Pomijając NIECZŁOWIECZEŃSTWO celibatu uprościć fitness fenotypu do rozmnażania można tylko w stosunku do zwierząt stosujących bionomiczną R-strategię. Akurat nasz gatunek to typowy topowy K-strateg.
[cut]
a ZDECYDOWANIE silnie wpływających na nasz behawior. Nawet dziś.
[RN]
a jedynym mechanizmem sprawczym naszego postępowania jest przyjemność z podejmowanych wyborów co starałem się w przykładzie z boćkami pokazać.

Co do serialu "Hannah Montana" to chyba finansowy majstersztyk Disney`a. Na pewno poparty kosztownymi badaniami marketingowymi, oszacowaniem target`u i finezyjnym business planem.
Jan Sebastian Bach - 3,4 mln wskazanych poprzez Googla dokumentów.
Hannah Montana - 13,4 mln.
Wniosek nasuwa się sam lepiej dla interesów fitness producentów wyprodukować sprzedawalną "kupę" eufemistycznie nazwane kiczem, niż posiadany wieluset milionowy budżet wyrzucić do kibla oddając hołd największemu geniuszowi muzyki prezentując mu np serial biograficzny.

O proszę!

Piszesz, jak pięknie, że:

  • Pomijając NIECZŁOWIECZEŃSTWO celibatu uprościć fitness fenotypu do rozmnażania można tylko w stosunku do zwierząt stosujących bionomiczną R-strategię. Akurat nasz gatunek to typowy topowy K-strateg.
  • … a jedynym mechanizmem sprawczym naszego postępowania jest przyjemność z podejmowanych wyborów, co starałem się w przykładzie z boćkami pokazać.

Jestem wzruszony. Padły słowa „człowieczeństwo” i „przyjemność”, co oznacza, że raczej się zgadzamy albo, że niepotrzebnie się niezgadzailiśmy. Oczywiście rozumiem, iż „… lepiej dla interesów fitness producentów wyprodukować sprzedawalną "kupę"….” (ta sprzedawalna „kupa” - boskie). Zapomniałem tylko powiedzieć – i stąd może cała udręka – że w dupie mam fitness Disney’a. Od początku – wydaje mi się, że stale to uwypuklałem – chodziło mi o MÓJ FITNESS. TWÓJ FITNESS, NASZ FITNESS. Disneyowi dziękujemy.

A propos.
Google jest bardzo dobrym narzędziem do „produkcji” dzwonów Gaussa, w różnych zresztą dziedzinach. Ale uwaga! Przykład, który podałeś może, ale wcale nie musi mieć wielkiego sensu biznesowego.

  • Po pierwsze. „Produkty”, które wymieniłeś („Hanna” – „Bach”) nie są tych samych producentów. Wobec tego „Bach” może mieć dla np. wytwórni „CHANDOS” (to tylko przykład, nie mam odpowiedniej wiedzy) takie same topowe znaczenie jak „Hanna” dla Disney’a. W wyniku tego, być może CHANDOS ma mniej milionowy budżet niż Disney, ale K-strategicznie sobie radzi i nie narzeka. A jaka przyjemność!
  • Po drugie. Wykres Gaussa, to tylko wykres i – żeby coś z niego wynikało – trzeba go poprawnie zinterpretować. Już widzę te rzesze nieuków menedżerów i specjalistów od marketingu, które wiedzą, że całka z niskiego a „grubego” (rozłożystego) wykresu może być większa od całki z wysokiego, ale „chudego”. Bardzo śmieszne.
  • Po trzecie. Jeśli już wiadomo, że obrót (sprzedaż) nie wynika z wartości funkcji (widocznej np. na wykresie Gaussa) a z jej całki, może być tak, że wytwórnia CHANDOS wydając dziesiątki tysięcy różnych płyt z muzyka poważną w niewielkich nakładach, wcale nie ma mniejszej sprzedaży niż wydawcy topowych, pojedynczych hitów. Model „hitowy” pochodzi z czasów winylowych płyt i jest „Snem srebrnym Salomei” Wielkiej Ósemki, który już nigdy się nie spełni. W czasach Googla, DHL, mp3 i mpg, to NISZE odgrywają coraz większą biznesową rolę a nie hity. Już dziś odgrywają – i to nie jest mój wymysł, tylko wyniki badań na rynkach płyt i książek. Z filmem jest (na razie) inaczej, bo poziom kapitału, który trzeba zaangażować w produkcję jest niebotycznie wyższy, ale … to tylko kwestia czasu.

RN

konsekwencje wiary cz.I

[RN]
Padły słowa „człowieczeństwo” i „przyjemność”
[RN]
Podstęp się udał :)
Człowieczeństwa użyłem perfidnie, akurat rezygnacja z prokreacji występuje często w naturze, obojętnie czy u stadach o hierarchicznej strukturze, czy też jednostkowo czy okresowo w szczególnych sytuacjach. ZAWSZE jednak jest tłumaczone skutecznością takiej strategii dla interesów samolubnych genów. Celibat z wyboru, zresztą jak wieść gminna niesie często bardziej deklarowany niż praktykowany jest, pewnie jednym z wielu, zwyczajem kulturowym dokładnie sprzecznym z interesem tychże genów. Pewnie mniej drastycznie niezgodnym z naszą naturą od reguł powszechnie przyjętych w Specjalnym Korpusie Uderzeniowym - Boski Wiatr. Zabawne jest to, że powstał w oparciu o wymysły średniowiecznych teokratów, lub jak inne źródła podają na skutek pomyłki benedyktyna kopisty który oryginalny tekst "Żyj w celi bracie" - pomyłkowo zastąpił frazą "Żyj w celibacie" Więc akurat, chociaż nie uzgodniliśmy w końcu definicji człowieczeństwa to dla mnie:
1. Takie śluby są NIECZŁOWIECZE.
2. Praktyka ich stosowania jest jak najbardziej CZŁOWIECZA, ponieważ uważam że większość z mniejszości ślubów niedotrzymujących jest dewiantami i dotrzymali by ich również bez przysiąg.
Ośmielę się zaprognozować twoje przekonanie:
1. Celibat jest dowodem na to że to JA dokonuję wyborów, a nie jakiś Stwórca.
BTW - odczuwanie w kategoriach przyjemność-nieprzyjemność, dzielimy w mniejszy lub większym zakresie z wszystkimi stworzeniami wyposażonymi w układ nerwowy i perceptory doznań.
[RN]
Zapomniałem tylko powiedzieć – i stąd może cała udręka – że w dupie mam fitness Disney’a. Od początku – wydaje mi się, że stale to uwypuklałem – chodziło mi o MÓJ FITNESS. TWÓJ FITNESS, NASZ FITNESS. Disneyowi dziękujemy.
[RN]
Nie zapomniałeś. Fantazjujmy :)
Disney, istnieje w jakiś tam sposób w twojej świadomości.
Załóżmy:
1. Jesteś istotnym współwłaścicielem "The Walt Disney Company".
2. Żeby uchronić się od kaprysów twoich PRZYJEMNYCH zachcianek, jesteś ważną osobą w zarządzie, rozliczaną poprzez radę nadzorczą oceniającą EKONOMICZNY (nieartystyczny) sens twoich decyzji.
3. Apanaże z tego tytułu są istotne nie tylko dla ciebie ale również dla całego twojego drzewa genealogicznego, rodzeństwa, dzieci, wnuków etc.
Zmieniłem ci w ten sposób biotop, lub jak wolisz część fenotypu rozszerzonego.
Teraz powiedz - "mam w dupie mam fitness Disney’a"
Ja raczej stawiam na to że zostaniesz, po zapoznaniu się oczywiście z business planem, orędownikiem Hany :)
koniec części I.

Celibat a Disney

Celibat

Anegdota z benedyktynem jest zabawna, ale nieprawdziwa. Celibat nie dotyczy tylko religii chrześcijańskich (buddyzm) i nie tylko religii (Opus Dei). Antropolodzy wywodzą go jeszcze z czasów przedcywilizacyjnych. W gromadach łowiecko-zbierackich z oczywistych względów pewne grupy mężczyzn otaczane były (większym niż inne grupy) szacunkiem i podziwem. To wojownicy, od łuków i włóczni. Pozostali, nawet gdyby byli bardziej inteligentni, nie mieli dostępu do żon, suchych chat i koralików. Wymyślili więc, sprytnie wykorzystując ludzką skłonność do metafizyki („.. większość powodów naszych zachowań jest niejawna dla naszej świadomości. Nasza świadomość raczej wyspecjalizowała się w artykułowaniu nam powodów rzekomych…”) – godność czarownika. Samo wymyślenie to byłoby za mało, bo – gdyby pomysł wypalił i czarownik zacząłby odgrywać jakąś znaczącą rolę w gromadzie – wystarczyłby jeden ruch pałką, by sprytnego zastąpiłby silny. „Sprytny” wymyślił więc dodatkowo celibat – bez którego, pdobno, sprawowanie tej godności było niemożliwe (niepełnowartościowe). Tak odciął zapędy zdrowych, silnych i bystrookich na przynależność do swej kliki.

Czy to znaczy, że JA a nie jakiś STWÓRCA…? Nie wiem, ale bardziej mi się podoba, że – mimo takich czy innych uwarunkowań – mogę pomanewrować między przeróżnymi „sensami” i „wektorami”. Co więcej ewolucja działa tylko „en masse” i – jak to w dzwonie Gaussa – jest wystarczająco dużo miejsca na wyskoki, wybryki i inne. Nie mam instynktu stadnego i bardzo by mi się podobało, gdybym był DZIWAKIEM.

Disney

Gdybym. Załóżmy – wygodniej dla Ciebie – że „istotne współwłaścicielstwo” odziedziczyłem. Mam współudział i teraz zadręczam się dywidendami. (1) Tylko dywidendami, bo wpływu na ich źródło nie mam. (2) Czy może mam? Masz rację. W obu przypadkach nie mogę mieć w dupie „fitnessu Disney’a”, ale mogę …. (1) Sprzedać współudział i pojechać na Malediwy, albo sprzedać współudział i zamienić go na współudział w Google. (2) Po prostu „mieć wpływ”.

W komedii romantycznej „Kate i Leopold” bohaterowie odnoszą się do tego problemu. Nie będę przynudzał, wyjaśnię tylko, że Leopold (Hugh Jackman) jest angielskim arystokratą, który prze tunel czasoprzestrzenny (już śmiesznie) pojawia się we współczesnym Nowym Jorku. Spotyka tam :”kobietę pracującą” Kate (Meg Ryan), która zajmuje się reklamą. Kate namawia Leonarda do wystąpienia w spocie reklamującym margarynę. Na planie Leopold prezentuje się świetnie, wszyscy są zachwyceni, ale … w decydującym momencie (smaruje kromkę i ugryza) – wszystko oczywiście psuje, plując TYM ŚWIŃSTWEM. Na razie nic wielkiego – już w „A King in New York” Charlie Chaplin robi ten sam numer, ale pluje koniakiem. Ciekawa jest dopiero rozmowa po gwałtownym opuszczeniu studia (cytuję z pamięci).
- Jak mogłeś mi to zrobić?
- Co?
- Miałeś przecież powiedzieć, że ta margaryna ma wspaniały smak!
- Ale według mnie, to było paskudne, jak mogłem powiedzieć, że ma wspaniały smak?
- Co z tego, że paskudne, ja też wiem, że ta margaryna jest paskudna, ale przecież to tylko reklama!
- To wy TERAZ reklamujecie coś, o czym wiecie, że jest świństwem? Przecież to NIEPRZYZWOITE.

RN

A gdzie część II?

Już prawie dwa tygodnie temu napisałeś komentarz p.t. "Konsekwencje wiary cz.I" a w nim - m.in. - o "nieludzkim" celibacie. Temat był obiecujący, ale ... gdzie część II? Przeprowadzasz się do Brukseli - pakowanie, lektorat itp.?

RN