Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Widmo Mamonia czyli sprzedawalna "kupa"

Kultura, różne

Zanim dyskusja o pięknie, kiczu itp. skręciła na tor Darwinowski, miałem pewien zamiar. Podejrzewając, że ciekawa dyskusja z Krystianem, czy to ja czy jakiś STWÓRCA decyduje o tym, co mi się podoba jeszcze trochę potrwa, postanowiłem dokonać uniku i w osobnym wątku wrócić do „symetrii”.

BondPopiełuszkoW swym poście o „muzyce i symetrii” Bożenka zawarła pogląd, iż – jak nasz ulubiony Mamoń – lubimy te piosenki, które już znamy. To prawda, ale Bożenka upatruje w tym zaletę (jak w greckim umiłowaniu symetrii), ja zaś wadę, no … niebezpieczeństwo. Oboje myśleliśmy zarówno o twórcach jak i odbiorcach i – to muszę przyznać – obie grupy mają prawo wyboru: jestem „mamoniowaty” lub nie. Nawet jelenie na rykowisku i orkiestry weselne mają odbiorców. Może nawet wielbicieli, co osobiście wydaje mi się dziwne, ale nich tam! Wygląda to na lewe (powiedzmy) ramię, wspomnianego przez Krystiana, dzwonu Gauss’a, z „Warszawską Jesienią” i jej wielbicielami na prawym ramieniu oraz ze mną, Bożenką i Krystianem gdzieś w środku. Jeśli żadna z tych grup, szczególnie centralna zbyt wiele nie „mamoniuje”, wszystko jest w równowadze, chwiejnej, ale jest. Warunkiem równowagi jest jednak … rynek i (statystycznie) minimalna wiedza uczestników rynku. Ci od „jeleni” widzieli Van Gogha, ale im się nie podoba a ci od „Warszawskiej Jesieni” słyszeli Perfekt, ale go nie słuchają. Co jednak, jeśli do wszystkiego wmiesza się nieuctwo i przemądrzałość?

Pan producent filmowy Z., z wykształcenia menedżer, wydaje polecenie wykonania plakatu Panu P. z działu marketingu i reklamy. – „Tylko stosowny jakiś”! Pan P. jest z wykształcenia prawnikiem, trudno, żeby „robił” plakaty, zleca więc wykonanie plakatu koledzie z liceum, artyście B. – „Ale wiesz, porządny jakiś”! Artysta B. studiował w Prywatnej Akademii w Lesie Kabackim i miał lepsze rzeczy do robienia na studiach niż chodzenie na wykłady profesora Tutki (tak go nazywano) „z plakatu”, ale nie jest w ciemię bity, komputer ma, Photoshop’a (a może coś innego) też, więc plakat zrobił. Oddaje projekt. Pan P. – prawnik, czyli ignorant – wprost się zachwyca. Nie, no super! To się szefowi spodoba! Szef, Pan Z. – menedżer, czyli ignorant, jest w siódmym niebie. – Panie P., ależ pięknie pan to „machnął”, będzie premia.

Jest to – wyimaginowana – historia powstania – niewyimaginowanego – plakatu do filmu „Popiełuszko”. Wydaje się, że to niemożliwe, żeby nikt, nigdzie: w pracowni „artysty”, w dziale marketingu i u producenta nie zauważył, że to nie tylko komputerowa chała, ale prymitywne popłuczyny (może to nie jest plagiat z „prawniczego” punktu widzenia). Obciach lub dosadniej: „syf, marazm i degrengolada” – jak mawiał nasz starszy kolega przewodnik M.D. Ja dodam jeszcze NIEUCTWO – wszyscy tę szmirę zaakceptowali, … bo nie widzieli żadnej z dziesiątków podobnych szmir. Ewentualnie „MAMONIOWATOŚĆ” – wszyscy też szmirę zaakceptowali, … bo już gdzieś coś takiego widzieli. Co lepsze? Nie wiem. Wiem natomiast, że wystarczyłyby minimalne kwalifikacje kogokolwiek „w ciągu decyzyjnym”, żeby aż tak tandetne „dzieła” nie ujrzały światła dziennego. Podejrzewam też, że WSZYSCY (oprócz B., P. i Z.) wiedzieli o tym, że plakat jest bezguściem – ale, jak te ryby, „GŁOSU NIE MIELI”.

RN

P.S.
Niniejszy artykuł jest tylko wstępem do kolejnego „mamoniowatego” artykułu, który mam zamiar opublikować. Artykułu o bardzo pozytywnym wydźwięku „mamoniowatości". W ciągu „od dołu do góry” artykuł o durnym plakacie był mi potrzebny – za co bardzo wszystkich przepraszam – ale solennie oświadczam, że te dwa plakaty (oraz królewna Śnieżka) są ostatnimi kiczowatymi „utworami”, które ośmieliłem się opublikować (no... mam nadzieję) w naszym portalu. Mają być przestrogą, nic więcej, więc uprzejmie proszę kiczem się nie podniecać i nie wszczynać licytacji typu: „Co tam Popiełuszko …xxx … to jest dopiero kicz”. Nic nie zabraniam, ale delikatnie sugeruję i z góry dziękuję.

nie tylko do tego

Piszesz: „W swym poście o „muzyce i symetrii” Bożenka zawarła pogląd, iż – jak nasz ulubiony Mamoń – lubimy te piosenki, które już znamy. To prawda, ale Bożenka upatruje w tym zaletę (jak w greckim umiłowaniu symetrii), ja zaś wadę, no … niebezpieczeństwo.”

Wcale nie uważam „mamoniowości” za zaletę. Chociaż do okresu prehistorycznego się nie cofałam, moje powołanie się na starożytnych Greków miało wskazać na atawistyczny charakter tej cechy. Zachowania wynikające z instynktów pierwotnych u współczesnego człowieka uznajemy za prymitywne. W procesie rozwoju gatunku zanikają, a w każdym razie ulegają modyfikacji. Nie jestem oczywiście zwolenniczką kultywowania zachowań z epoki kamienia łupanego ale bawi mnie doszukiwanie się w naszych emocjach wpływów przodków. Od naszych predyspozycji psycho-fizycznych (nie będę się powtarzać, więc tak ogólnie to ujmę) zależy jak bardzo jesteśmy podatni na „nowe”. W dodatku, jak wykazałam na przykładach różnych zmysłów, w jednych dziedzinach życia wykazujemy się innowacyjnością, a w innych zachowawczo ograniczamy się do metod dedukcyjnych i do eksperymentów się nie palimy. Jednym słowem zgodzę się na nazwanie odziedziczonych pierwotnych cech za „niebezpieczne”, bo ich utrwalenie oznaczałoby stagnację, a nawet uwstecznienie się w procesie rozwojowym. Więc poszukiwanie, odwaga i otwartość na nowe – tak, ale oryginalność za wszelką cenę chyba mi nie odpowiada. Razi mnie przewaga formy nad treścią we wszystkim: w muzyce, w literaturze (nigdy nie przekonałam się do „Ulissesa”, właśnie ze względu eksperymentatorski styl), w malarstwie (udziwniony na siłę Salvador Dali), czy w „sztuce gotowania” (to zestawienie to profanacja?) –gdy serwowane potrawy wyglądają jak dzieło sztuki ale są niesmaczne.

Podobnie zżymam się gdy w wypowiedziach stosuje się nadmiar „trudnych wyrazów, takich jak rododendron”. Nadrzędna wydaje mi się czytelność i przejrzystość wypowiedzi. Imponuje mi bardzo głęboka erudycja, wynikająca z posiadanej wiedzy, łatwość poruszania się między różnymi dziedzinami, błyskotliwe kojarzenie i wykorzystywanie posiadanych informacji, „kręci” mnie wykazywanie się logiką na pewnym poziomie abstrakcji czy nawet absurdu. Tylko czy jest powód aby „wysławiać się” zamiast o tym „mówić”? Bardzo cenię ludzi posługujących się pięknym językiem, posiadających bogate słownictwo, wykorzystujących te różne antonimy, synonimy, stosujących omówienia czy eufemizmy (chociaż czasami dosadne słowa są jak najbardziej na miejscu), ale przede wszystkim po to aby się nie powtarzać. Czy uatrakcyjnienie wypowiedzi, zaskoczenie, zaszokowanie słuchacza - to też dostateczne uzasadnienie? Albo po prostu tak „just for fun”. Chyba tak. Zawsze rodzi się jednak podejrzenie, czy to nie popisywanie się elokwencją, a to jest raczej niska pobudka i niebezpieczna. Bo znowu jest ta cienka linia pomiędzy jeszcze krasomówstwem, a już słowotokiem (a to jest zaburzenie psychiczne.
Jasne, że można zarzucić słuchaczowi upośledzenie umysłowe, tumanowatość, "momoniowatość, tylko do licha mówi się, pisze, komponuje, maluje, projektuje, gotuje dla Kogoś.

Mamoń a sprawa Polska

Może nieco przesadziłem umieszczając biednego Mamonia w tytule postu o durnym plakacie, ale faktycznie mam wrażenie, że Mamoń, gdyby dać mu do wyboru kilka różnych projektów plakatu, wybrałby ten „znajomy”, bo podobny do czegoś, co już widział, a te „nowe” (gdyby były) za bardzo by go stresowały. Nad „wartością artystyczną” by się nie zastanawiał.

Ponieważ bezpardonowo zaatakowałaś Mamonia, teraz czuję się w obowiązku jakoś go, przynajmniej trochę, obronić. Napisałaś „…można zarzucić słuchaczowi upośledzenie umysłowe, tumanowatość, "mamoniowatość”…”), jednym tchem utożsamiając tumana (i gorzej) oraz „mamonia”. Bez przesady. Powiedziałem tylko, że „mamoniowatość” jest wadą, bo tak uważam, ale też, że jest niebezpieczna. Teraz wyjaśniam … bo symbolizuje ona wygodnictwo i zachowawczość. To jeszcze daleko do tumana i nie uważam, żeby aż tak biednego Pana Mamonia trzeba było dezawuować (czy to jest już „wysławianie się”?). Mamoń – w filmie było nieco inaczej, był symbolem socjalistycznego wałkonia, który dorabia do tego jakąś „przykrywkową” teorię – przeszedł do historii jako osoba, która WIE CO DOBRE i już więcej uczyć się nie musi. W tym sensie jest w zasadzie tylko leniuchowaty (a któż nie jest) i mój przykład z tabliczką mnożenia (gdzieś w dyskusji taki padł) nie był aż taki abstrakcyjny. Wystarczy nie popierać i specjalnie jakoś nie usprawiedliwiać.

W domu słucham muzyki wyłącznie przy komputerze. Odtwarzam ją za pomocą programu, który – prócz wielu innych pożytecznych rzeczy – robi też statystykę, tego co słucham. Płyty uzyskują w ten sposób wskaźnik „słuchalności”, przy czym 1 oznacza, że wszystkie utwory na płycie zostały raz przesłuchane. 0.1 = słuchałem jednego z 10-ciu utworów itp. „Słuchałem” nie oznacza, że tylko puściłem utwór, o nie. Za jednym razem musiałem odtworzyć co najmniej połowę utworu. Jaki mam najniższy wskaźnik? Jasne „0”. A najwyższy? „7.2”. Ile jest płyt >= „7”. Jedna. Czy, gdyby to była płyta Stachursky’ego (jak to odmienić) – jestem MAMONIEM? A czy, gdyby to była płyta z „Warszawskiej Jesieni” – wtedy też byłbym MAMONIEM? Nie, bo ja nie słucham TYLKO „tych piosenek, które ja już znam”. To, mam nadzieję, zupełnie wystarczy.

Co ciekawe, zgodnie z moją interpretacją, wielbiciel WYŁĄCZNIE nagrań Philipa Glass’a (współczesny kompozytor amerykański) czy też Pendereckiego – BYŁBY MAMONIEM. O tym – przyznaję – nie pomyślałem, a wyszło nawet ciekawiej niż bym chciał. Np. MUC Monika także „podpada” pod „mamonia”, bo takiego np. Boba Dylana – „w życiu” nie posłucha. A trzeba.

RN