Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

The National - The boxer (2007) *****

Film | Recenzje

national_boxer_cover.jpgJuż od dłuższego czasu Marcin karmi mnie różnymi swoimi muzycznymi odkryciami, które zazwyczaj można podciągnąć pod tajemniczą kategorię muzyki "indie" (nie chodzi tu o muzykę hinduską, ale o skrót od "independent" czyli niezależny). W kategorii tej mieści się większość zespołów lansowanych przez MTV2, czyli niezależnych młodych chłopców, którzy grają rocka, zazwyczaj bardziej melodycznego niż zbuntowanego. Często w krótkim czasie udaje im się wejść na salony i już wtedy nie są "indie", za to stają się słodkimi chłopakami z gitarami, do których wzdychają nastolatki i panie po 40tce. (vide przypadek zespołu Kings of lion).
Amerykański zespół The National, na razie "indie" pozostał, choć powstał ponad dziesięć lat temu, a swoją debiutancką płytę, o której ówcześnie chyba mało kto słyszał, wydali w 2001 roku. Płyta The Boxer jest czwartą w dorobku zespołu i jak dotychczas chyba najbardziej udaną, dzięki niej stali się sławni. Jak wnoszę chociażby z faktu, że zespół The National wystąpi na tegorocznym Off Festivalu w Mysłowicach jest to zespół raczej dla młodych ludzi. Otóż nic bardziej błędnego. The National grają muzykę zdecydowanie dla starych ludzi, co oczywiście należy im odnotować in plus. Nie są to żadne młodzieżowe jazgoty, ale porządne rockowe kawałki, melodyczne i raczej balladowe. Wokalista śpiewa pięknym niskim głosem, a nie świergocze jak James Blunt. Słychać też w muzyce The National Amerykę. Niektóre utwory nadające się idealnie do jazdy samochodem Guest Room przypominają trochę styl Bruce'a Springsteena. Zdecydowanie jednak polecam piękne ballady Fake Impire i Green Gloves, Racing Like a Pro.

Czy to jest muzyka dla starych ludzi?

Jest sporo takich dźwięków (zespołów, wykonawców), których słucham, szanuję i akceptuję (mam nawet płyty), ale .... z różnych względów nie zaliczam ich do tych, których by mi zabrakło, gdybym (np.) wylądował na jakiejś bezludnej wyspie. Czasem wystarczy niepasujący mi głos (Bjork), czasem brzmienie jest uporczywie "hardcorowe" („The Black Keys”) a czasem jest to muzyka pozbawiona (lub prawie pozbawiona) emocji.

"The National", to ten ostatni przypadek. Może to nie jest muzyka pisana przez autorów z depresją dla odbiorców w depresji, ale ... za blisko. Szkoda, bo wokalista Matt Berninger rzeczywiście śpiewa miłym barytonem i byłby mi się podobał, gdyby nie ta melancholia. Zupełnie poważnie zastanawiałem się, czemu mi to nie leży – „The National” nie jest wcale odosobnionym przypadkiem – i chyba już wiem. Oprócz miłego barytonu „The National” ma jeszcze muzyczne tło, niestety uporczywie bezduszne i cierpkie. To nie jest wcale prostackie, o nie, instrumenty (fortepian, smyczki, nawet flecik!) grają minimalistycznie lecz ambitnie, są zwrotki (a czasem i refreny), nie brakuje dysonansów (alternatywa), momentami nawet intensywności, niemniej jest to jakieś takie „androidalne” To trochę świństwo, a nawet prowokacja – przyznaję – ale nieodparcie mi się nasunęło, że płyta mogła by mieć tytuł „Murphy’s Songs”. Wiem, teraz tak grają – smutno i równo – ale gdzie jakieś harce i zabawa? Jakiś znajomy riff, porywające ręce do oklasków – choćby maleńkie – solo? Już nie będzie?

Płyta „Boxer” jest – jak dla mnie – trochę za mocno „wybębniona” (to ten Springsteen), znacznie bardziej podoba mi się pierwsza, chyba nieco cieplejsza płyta zespołu – p.t. „The National”. Młodym „Boxer” się spodoba – także jego konotacje z „Joy Division” czy Sufjan’em Stevens’em (towarzyszy zespołowi grając na fortepianie) – ale dla starszych nastolatków ta muzyka – niebanalna, przyznaję – to chyba za duża dawka gorzko-żałosno-tęsknego klimatu.

RN