Aby ułatwić Bożence zadanie, spisałem zaliczone trasy a obok umieściłem obraz satelitarny okolic obozu (2). Wysoka jest mniej więcej w centrum, nieco na zachód od drogi nr 3 [N52.376111 - E15.458667].
- Transfer. Boruja – Wolsztyn – Grodzisk Wielkopolski – Buk – Nowy Tomyśl – Świebodzin – Wysoka.
- Rowery. Wysoka – Boryszyn – Sieniawa – Łagów – na północ zachodnim brzegiem jez. Ciecz – Wielowieś – Zarzyń – Wysoka.
- Kajaki: Autem do Lubrzy na przystań kajakową. Spływ: Lubrza – Paklica – jez. Paklicko Wielkie – Paklica – Gościkowo.
- Bez sportu. MRU (na zachód od Kaławy) i Paradyż (Gościkowo).
- Autem do Lubniewic. Rowery. Lubniewice – Trzcińce – lasem na zachód od jez. Lubiąż w okolice Jarnatowa – Lubniewice.
- Wyciszenie. Jedna grupa w Łagowie i lenistwo w Wysokiej, druga kajaki na jez. Chycina (na południe od Bledzewa).
Na drugą część wakacji przenieśliśmy się na półwysep na jeziorze Paklicko Małe, do małej wioski o nazwie Wysoka. Pensjonat w którym zamieszkaliśmy, reklamowany w internecie jako jeden z najpiękniejszych na ziemi lubuskiej, nie rozczarował. Stare gospodarstwo zostało bardzo gustownie urządzone – więcej niż przyzwoity standard z zachowaniem klimatu starego domostwa. Budynki są położone na skarpie, z której, poprzez ze smakiem zaaranżowane nasadzenia roślinne, rozciąga się widok na jezioro. Siedząc w sali jadalnianej, w oranżerii czy na tarasie, czuliśmy się jak w śródziemnomorskim kurorcie. Niewątpliwie nadal utrzymująca się ciepła, słoneczna pogoda, która nie opuściła nas do końca wakacji, potęgowała te odczucia.
Gospodarze obiektu, pani Jola i pan Waldek, okazali się przemili, starając się stwarzać atmosferę swobody, z delikatną, nie nachalną zachętą do pewnej integracji. Ich dość naturalny, na luzie, sposób bycia miał pozytywny wpływ na nas. Szybko przekonaliśmy się, że uzgadniane pory posiłków należy traktować niezbyt dosłownie. Nie było więc nerwowo, nie musieliśmy się spieszyć. Zazwyczaj czekaliśmy przy zimnym piwie, w pięknym otoczeniu, obserwując okołoobiadowe poczynania gospodarzy przy wędzarni, grillu, piecu chlebowym, a dochodzące do nas zapachy zaostrzały nasze apetyty. Zresztą i bez tego zjadaliśmy przeogromne porcje, bo jedzenie było wyśmienite, a brak ograniczeń i propozycje dokładek obnażały nasze słabe strony: łakomstwo i słabą wolę. Wieczorne popijanie nalewek tłumaczyliśmy sobie wcześniejszym obżarstwem. Oj dogadzaliśmy sobie nieźle.
„Gościniec” zamieszkiwały też psy. Jeden staruszek 19 letni, malutki i zabawny – typ „buduarowy”, tym śmieszniejszy w tym wiejskim otoczeniu. Dwa dorosłe Tola i Tosia (podobno rasowe, choć nie wyglądały) i cztery malutkie, przecudne, jak to szczeniaczki mają w zwyczaju. Był jeszcze ogromny owczarek alzacki ale rasa „niewidoczny”. Współistnienie z czworonogami przebiegało harmonijnie i bezproblemowo.
Każdy dzień spędzaliśmy wyjazdowo. Nie zdążyliśmy nawet skorzystać z tego co oferowano nam na miejscu – własny pomost i kąpielisko, łódki, rower wodny, konie (to nie dla nas). Nawet nie zwiedziliśmy barokowego kościółka w Wysokiej obok naszego domu – a to już trochę wstyd. Ten trochę bardziej aktywny styl spędzania dnia powodował, że wieczorami zasypialiśmy nad książkami i dość wcześnie znikaliśmy w łóżkach. Trochę mi szkoda tego straconego czasu.
Pierwszego dnia zaplanowaliśmy wycieczkę do Łagowa. Zwiedziliśmy zamek joannitów, w którym obecnie znajduje się hotel, restauracja i kawiarnia i wspięliśmy się na wieżę widokową. Za namową gospodarza postanowiliśmy objechać rowerami jezioro Łagowskie. Pan Waldek przecenił nasze możliwości lub chciał nas „podpuścić”, dość, że trasa okazała się zdecydowanie poza możliwościami co niektórych. Wąska ścieżka o nawierzchni „korzennej” biegła przez las, to w górę to w dół, często na stromej skarpie. Chwilami czuliśmy się jak na etapie górskim w Beskidach. My z Marysią przez większą część drogi przeprowadzałyśmy bezpiecznie nasze rowery ale taki Kornel, po wjechaniu w jedną z pułapek ziemnych na trasie, zrobił „prawie ósemkę ” z koła w swoim „kole”.
Drugi dzień to spływ po Paklicy. Na początku rzeczka płynie leniwie wśród szuwarów, potem wpływa na nieduże jezioro Paklicko. Za jeziorem jest bardziej urozmaicona część spływu –płynie się przez las, gdzie niegdzie omijając zwalone drzewa. Ładnie i bezpiecznie. Na pochwałę zasługuje bardzo sprawna i profesjonalna organizacja spływu oraz kajaki wygodne i w bardzo dobrym stanie.
Ponieważ trzeci dzień przywitał nas lekkim zachmurzeniem, zmobilizowaliśmy się do zwiedzenia największej atrakcji Ziemi Lubuskiej (powiedzmy), jednego z najciekawszych i największych obiektów pomilitarnych w Europie, Międzyrzeckiego Rejonu Umocnień. Wybraliśmy najkrótszą, półtoragodzinną trasę zwiedzania zaczynającą się w Pniewie nieopodal Wysokiej. MRU to potężny system poniemieckich fortyfikacji, wybudowany w latach 30 tych XX w. na pograniczu niemiecko – polskim, stanowiący element tzw. Ostwall – wału wschodniego. Zwiedzanie obejmowało spacer naziemną ścieżką dydaktyczną, na której zobaczyliśmy m. in. „zęby smoka”, mały schron bojowy, kopuły będące naziemne częścią panzerwerka. Po zejściu 30 m pod ziemię poznaliśmy zaplecze magazynowo-koszarowe oraz podziemną część panzerwerka. Rejon ten słynie z największego w Europie rezerwatu nietoperzy – natknęliśmy się na jednego nie zemdlonego nietoperka (zwisał prawidłowo głową w dół).
Nie obyło się bez zakupu pamiątkowych militariów: bardzo profesjonalna proca trafiła w ręce Kornela, a zapalniczka w kształcie pocisku – wiadomo, bo tylko jedna osoba, no półtorej, w naszej grupie pali.
Tego dnia zwiedziliśmy również pocysterski zespół klasztorny, będący aktualnie siedzibą Zielonogórsko-Gorzowskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Zakonników z Brandenburgii sprowadził do Gościkowa, wojewoda poznański Bronisz w 1230 r. Cystersi, związani silnie z kultem maryjnym, zgodnie ze zwyczajem, zmienili nazwę wsi na Paradisus Sanctae Mariae – Raj Matki Bożej, co wkrótce spolszczono na Paradyż.
Trafił nam się przewodnik-pasjonat – młody kleryk, który, jak zdradził, lubi mówić, a że wyraźnie nie narzekał na brak czasu, można powiedzieć, że kościół i ogrody byłego opactwa zwiedziliśmy dość gruntownie.
Zjedliśmy zachwalany przez panią Jolę sernik, w kawiarence przyklasztornej – no może być.
Czwartego dnia znowu rowery. Po długich konsultacjach nad mapą nasi przewodnicy wybrali trasę „tym razem na nasze możliwości”. W praktyce okazało się, że to co na mapie zupełnie nie odpowiada rzeczywistości. W efekcie do Lubniewic dotarliśmy po wyczerpującej terenowej przeprawie, w większości prowadząc rowery po piachu i przenosząc je przez chaszcze i koleiny. Nie zostało więc zbyt wiele czasu na pobiwakowanie nad jeziorem Lubiąż (chyba?) i tylko w przelocie zerknęliśmy na zamki Stary i Nowy, w których pani Eris szykuje nowe SPA.
Na ostatni dzień był zaplanowany spływ kajakowy - „najpiękniejszą trasą w tym rejonie” jak zachwalała nasza współwczasowiczka - po połączonych kanałami jeziorach w okolicach Lubniewic. Potoczyło się jednak inaczej. Po kolejnej nieudanej próbie odnalezienia trasy rowerowej z mapy w „realu”, zrezygnowani, podjechaliśmy samochodami nad jezioro Chycina. Tutaj udaliśmy się kajakami na poszukiwanie „zakopanego skarbu”. Akcja zakończyła się powodzeniem. Kornel bezbłędnie odnalazł odpowiedni brzeg, pokopał we właściwym miejscu i do pensjonatu wróciliśmy z odnalezioną butelką „Carmenere”.
To moja relacja z drugiego miejsca naszych wakacji. „Moja”, bo przecież każdy jakoś inaczej odbiera otoczenie, co innego czuje, inaczej mu pachnie, no i co innego pamięta. Niestety z tym ostatnim u mnie nie najlepiej. Z góry więc dopuszczam pomyłki w nazwach miejscowości, jezior, zawirowania w chronologii i proszę o ewentualną korektę dotyczącą merytorycznej strony zapisu.

Najnowsze komentarze
4 dni 13 godzin temu
1 tydzień 1 dzień temu
6 tygodni 6 dni temu
7 tygodni 1 dzień temu
7 tygodni 1 dzień temu
7 tygodni 2 dni temu
7 tygodni 2 dni temu
7 tygodni 2 dni temu
7 tygodni 2 dni temu
7 tygodni 3 dni temu
7 tygodni 3 dni temu
8 tygodni 1 dzień temu
8 tygodni 2 dni temu
8 tygodni 2 dni temu
8 tygodni 5 dni temu