Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

„Brak linii melodycznej"…

Muzyka

Coleman_Hawkins_Body_and_Soul_cover.jpg… zniechęca – ponoć - Bożenkę do słuchania jazzowych wykonań. Czy słusznie?

Body and Soul

[Frank Eyton/Johnny Green/Edward Heyman/Robert Sour]
Jest to popularna piosenka rewiowa („Three's a Crowd”) z lat 30-tych, która jakimś tajemniczym (a może wcale nie) trafem szybko zyskała popularność a z biegiem czasu (no… kilkadziesiąt lat) stała się ponadczasowym, mega-standardem jazzowym.

01 - Billie Holiday - Body and Soul (… posłuchaj). Oczywiście linii melodycznej jej nie brakuje. Choć jest to stare nagranie i drażni nieco monotonny akompaniament big-band’u, da się (być może) wyczuć w niej jakiś potencjał. Osobiście, czegoś wyraźnie wyjątkowego w piosence nie widzę.

02 - Coleman Hawkins - Body and Soul (… posłuchaj). Teraz uwaga! Jazzową – nie pierwszą, za to „wielką” – wersję “Body and Soul” nagrał w 1939 roku saksofonista Coleman Hawkins i jestem pewien, że właśnie to nagranie – nie sama zaś piosenka – było źródłem natchnienia dla setek (nie przesadzam – sam mam ją w 41 wykonaniach) późniejszych wykonań. Dlaczego? Zauważcie, że wprawdzie nie ma wątpliwości, że jest to sama „melodia”, którą wykonywała Billie, lecz w żadnym miejscu nie ma BEZPOŚREDNIO zacytowanej frazy z oryginalnego utworu. Czy to dobrze, czy źle – nie wiem, ale tak się zaczynał jazz. Kombo gra wciąż jeszcze nudno i monotonnie, jak na tarce, ale saksofon jest już genialny. Czy melodyczny?

03 - John Coltrane - Body and Soul (… posłuchaj). Przez kilkadziesiąt lat (jesteśmy gdzieś w 1958r) jazzmani tak entuzjastycznie „zajmowali” się tematem „Body and Soul”, że doszło do – prawie – odłączenia oryginalnej piosenki od utworu jazzowego. „Prawie”, bo wciąż – nikt nie zaprzecza – jest to „Body…”, tyle, że zdecydowanie bardziej nowoczesne (fortepian już nie tylko akompaniuje, ale i gra) i „zapamiętałe”. Czy brakuje mu linii melodycznej? Momentami nie, ale jakieś bardzo „piosenkowe” to nagranie nie jest, za to zastępuje ją (linię melodyczną) napięcie (połączenia dźwięków i akordów zaskakują) i ciekawe rozłożenie ciężaru „grania” na saksofon i fortepian (McTyner). Na jego akordach cały utwór jest w ogóle oparty.

04 - Stan Getz - Body and Soul (… posłuchaj). Prawie równocześnie powstawały też równie nowoczesne, ale i znacznie bardziej „liryczne” wersje. Subtelniejsze nawet niż oryginał. Stan Getz miał chyba hopla na punkcie tego utworu, bo naliczyłem kilkadziesiąt jego wykonań. Temu wykonaniu – choćby nie wiem jak chcieć – linii melodycznej (nawet kilku, ładnie „skojarzonych”) odmówić nie można, choć oryginalna melodia, przyznaję, jest dość mocno zawoalowana. Za to klimat, z mocno dominującym tenorem Pana Stan’a – obezwładniający.

05 - Tomasz Szukalski Quartet - Body and Soul (… posłuchaj). Ostatnie nagranie jest przykładem jak temat idzie z czasem. Jest ostrzej, bezpardonowo, ale …bardziej dynamicznie i bardzo rytmicznie. Sekcja (bębny i fotepian!) tak świetnie „buja”, że jeśli nawet można (np. Bożenka) trochę ponarzekać, iż temat „ucieka”, to jeszcze bardziej niż w oryginale ten utwór nadaje się to do kołysania. Nagranie Szukalskiego jest absolutnie genialne i – jak sportowy samochód – wymaga nieco wysiłku, by je (naganie) okiełznać, za to jak przyjemnie łowi się uchem skojarzenia. Czyż nie?

Co z tego wynika? Ano, że świat się zmienia i – jeśli już trzymać skojarzeń motoryzacyjnych – jak od „Forda T” do „Alfy Romeo” zmieniły się samochody, tak i zmieniła się muzyka. Wciąż można oczywiście wybierać – np. pomiędzy Porsche a Lexusem – ale takie auto, które robi „pyr, pyr” można spotkać już tylko na zlotach starych samochodów. Natomiast muzykę „pyr, pyr”, czyli tzw. „lajery” wprawdzie można jeszcze spotkać, ale tej, która robi „szuuuu” i wywołuje dreszczyk emocji nie ma się co bać. No i przyjemnie jest poszukać tych „brakujących” linii melodycznych. Albo nie szukać, tylko po prostu dać się unieść klimatowi, emocji, rytmowi czy czemu tam jeszcze.

moje klimaty

Zadałam sobie trud (żaden tam trud, czysta przyjemność) przesłuchania podanych przez Ciebie wersji „Body and Soul”. Jeśli podana w Dzienniku kolejność chronologiczna wykonań odpowiada Twoim preferencjom, a moje, w domyśle, powinny kształtować się w odwrotnej kolejności, to tak nie jest.
Gdybym miała dokonać wyboru wśród podanych przykładów, to na pierwszym miejscu umieściłabym wykonanie Dolmana Hopkinsa. Jest przyjemne do słuchania, kompletne, liryczne ale lekko „podrygujące”, pewnie za przyczyną perkusyjnego „szuu szuu” (czy to jest może „pyr, pyr”?), i wreszcie, jest bardzo „melodyjne”. Bez wątpliwości wybrałam ją do puszczenia w trybie powtarzania.

Ze zdziwieniem odkryłam, że Twój nr 4 (u Ciebie najwyższa lokata?) bardzo mi odpowiada. Jak najbardziej słychać przewodnią melodię, a to, że to bardziej rytmiczne wykonanie, że są dość spore fragmenty wirtuozerskich solówek, to mi nie przeszkadza. Bo to się trzyma tematu. Rzeczywiście buja, ale perkusja jest dyskretna i nie „zaciemnia”.

Zdecydowanie nie spodobała mi się wersja Johna Coltrane’a. Nawet nie twierdzę, że muzyka nie jest przyjemna w słuchaniu, jest. Ale czy to jest „Body and Soul”? Czy wystarczy motyw przewodni ograniczyć do paru pierwszych taktów, a potem pójście w improwizację na temat czegokolwiek?

Po rzeczywiście przepięknym nastrojowym i lirycznym początku, całość wersji Stana Getza mnie znudziła. A może trzeba więcej razy posłuchać?

Zwykle lubię wykonania śpiewane utworów bardziej, niż instrumentalne, a jakoś Billie Holiday wcale mnie nie zachwyca. Drażni mnie w tej piosence jej miałkliwy głos nieletniego kotka (to jakaś jawna herezja?). Akompaniament bez linii melodycznej i ślamazarność wykonania powodują kompletne rozmycie się piosenki. Pewnie zbyt prowokacyjne byłoby stwierdzenie, że w tej wersji jest najmniej „Body and Soul”, tym bardziej, że nie znam oryginału, ale coś w tym jest.

Tak więc „nie ma jasności w temacie Marioli”. Jasne jest tylko, że muzyka się zmienia i tak musi być ale byłoby wielkim uproszczeniem twierdzenie, że „idzie” w kierunku bezmelodyjności, hałasu, szybszego tempa. Jaka by nie była powinna coś dawać słuchaczowi, właśnie wspomniane emocje, wytworzyć nastrój, roztańczyć, rozśpiewać, zaciekawić, może nawet wycisnąć łezkę. Ale czy powinna denerwować, niepokoić? Na mnie tak działają kompozycje będące jakimś zestawieniem dźwięków, które mi się nie układają w całość, nie tworzą ciągu, nie wynikają z siebie, a ja to nazywam „brakiem linii melodycznej”. Oczywiście to ja tak odbieram dany utwór. Wynika to przede wszystkim z braku osłuchania, wyrobienia. Trudno przecież bawić się szukaniem znanych dźwięków w improwizacjach, gdy się nie zna aranżowanego utworu, lub gdy modyfikacja tematu jest tak daleka, że się nie kojarzy? To tak jakby oczekiwać, że się uśmieję z dowcipu opowiedzianego po chińsku. Pewnie, że warto się uczyć języków, że szkoda straconej okazji do radości ale bez przesady, chińskiego? Zdaję sobie po prostu sprawę z moich braków muzycznych, a obawa wynika głównie z tego, że pod woalem interpretacji nie wysłucham podstawowej melodii. Ale jaką mam radochę gdy Bill Frizel bierze na warsztat znane mi tematy albo gdy forma interpretacji jest zjadliwa nawet dla mnie. Czyli gdy są moje klimaty, mój nastrój i rytm.

... i lokaty

Utwory zostały uporządkowane "historycznie", nie wg moich preferencji - wydawało mi się bowiem, że bez odniesienia "czasowego" nie można porównywać wykonań odległych o kilkadziesiąt lat.

Jeśli zaś chodzi o preferencje:

Getz - jest rzeczywiście nudnawy, Szukalski - pisałem już, że genialny, ale będę bronił Coltrane'a. To jest brzmienie, które najbardziej kojarzy mi się ze słowem "jazz". Z filmami, plakatami, "niewinnymi czarodziejami". Na codzień tego nie słucham (niewiele), ale ... przyznaję, że - jak w Beatlesach - jest w tym coś ponadczasowego.

RN