W komentarzu do uwagi Bożenki dotyczącej „Body and Soul” napisałem (o Coltranie), że jak w Beatlesach - jest w tym coś ponadczasowego. To mało, a dokładniej „nie wszystko”. Wytrzymałem tylko jakiś czas, bo „niezachwycanie” się Coltranem jest dla mnie jak dźgnięcie szpilką w dupę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem … od dłuższego czasu słucham nagrań Coltran’a, zastanawiając się, jak wytłumaczyć, choć wiem oczywiście, że się nie da, że to jest … no po prostu gigant.
"It's Easy to Remember (And So Hard to Forget)"
[Richard Rodgers, Lorenz Hart]
Jest popularną piosenką wylansowaną przez Bing’a Crosby’ego w filmie “Mississippi” z 1935 roku, która – jak wiele innych, po prostu fajnych piosenek – przetrwała próbę czasu i stała się popularnym standardem jazzowym.
01 Dean Martin (… posłuchaj). Nie będę straszył Bingiem, jest zbyt archaiczny do słuchania - wystarczy Dean Martin, żeby się przekonać, o co chodzi. Jest to wykonanie już nieco „jazzujące” (np. „improwizuje” trąbka), ale charakter utworowi i tak nadaje przymilny i na szczęście (nieco) „zawadiacki” głos Martin’a. Piosenka OK.
02 John Coltrane (… posłuchaj). Tematem tym bawił się Coltrane i to „bawił” się dość ewidentnie, bo na wydanej ostatnio 2 płytowej edycji „Ballads (Deluxe Edition)” można znaleźć kilka „podejść” do „Easy To Remember” (niepublikowanych na oryginalnej płycie z 1962 roku). Np.
03 John Coltrane (… posłuchaj) – szybsza, bardziej rytmiczna i, nieco wbrew oryginałowi, zdecydowanie mniej refleksyjna, prawie rozchichotana wersja utworu. Mnie takie coś naprawdę „bawi” (czyli „wciąga”) i – podejrzewam – że takie „nieuzgodnione” (Co teraz? Spróbujmy to „wziąć” tak …) podejście, charakterystyczne dla jazzu, jest tym, co w jazzie jest najbardziej nośne, twórcze i … co tygrysy lubią najbardziej.
04 Karrin Allyson - It's Easy To Remember (… posłuchaj). No! To jest majstersztyk. Zauważcie, że pani nie boi się śpiewać tylko z towarzyszeniem sekcji rytmicznej samodzielnie „określając” – tylko głosem – linię melodyczną i w ogóle charakter utworu. W nagraniu „słychać” Coltrane’a, i widać, że Pani Allyson podąża jego śladem. Odważne, nowoczesne i … równocześnie urocze.
Czemu upieram się, że jednak Coltrane? Płyta pani Karinn Allyson (z „It's Easy To Remember” i wieloma innymi) nazywa się „Remebering John Coltrane”, co oznacza, że nie tylko mnie wydaje się, że właśnie Coltrane był tym kimś, kto otworzył „jazz” na poszukiwania, skojarzenia oraz zaproponował swobodę i wolną przestrzeń. Na pewno Coltrane nie był ani jedynym ani (być może) najważniejszym innowatorem, ale … jednym z najbardziej znaczących i „wywierających wpływ”. Do dziś. Czy to oznacza, że musi się nam podobać? Oczywiście nie, ale – na pytanie Czy wystarczy motyw przewodni ograniczyć do paru pierwszych taktów, a potem pójście w improwizację na temat czegokolwiek? odpowiadam: wystarczy. Oczywiście nie musi się udać, ale bez tej odwagi „pójścia w improwizację” nic się nie stanie.
Cytowana płyta („Ballads”) Cotrane’a jest w ogóle arcyciekawym przypadkiem. Oczywiście nie wiem tego na pewno, raczej zgaduję, ale ostatnio wydana nowa wersja albumu z 1962 roku, składająca się 2 płyt jest świetnym materiałem do analizy i … snucia teorii spiskowych. Pierwsza płyta jest w zasadzie zgodna z oryginałem, druga natomiast zawiera „niepublikowane” wersje utworów z pierwszej i kilka innych. I …? Widać (dziś) wyraźnie, że te nagrania, które zdecydowano się w końcu wydać, są – po prostu słabsze. Płaskie, bo ze zbyt dominującym saksofonem, za miękkie i zbyt monotonne. Jakby wydawca nie potrafił „się poznać”, uparł się na album typu „Jazz for Lovers” a wykonawcy (pod presją?) mu ulegli. Rozumiem, że na wszystko nie było po prostu miejsca, ale nieobecność pięknej ballady „Greensleeves” po prostu dziwi. Podejrzewam, że gdyby Cotrane’owi pozwolono „namieszać”, na komercyjny sukces i tak nie miałoby to wpływu a … w dyskografii byłaby to płyta o co najmniej jedną gwiazdkę lepsza.
Co ktoś rozumie przez „Body and Soul”, to sprawa trudna do zdefiniowania. Właściwie mógłby to być synonim słowa „jazz” i na pewno dziś – każdy – rozumie to inaczej niż 100 lat temu. „Fałsz”, czy nieadekwatność, którą jest oczywista w tych najbardziej historycznych wykonaniach, w którymś momencie staje się mniej oczywista. W którym? Proszę zwróćcie uwagę na to, że Coltrane na pewno byłby bliższy „dzisiejszemu” niż temu „sędziwemu” rozumieniu. Chwała mu za to, tym bardziej, że było to (aż) 50-siąt lat temu. Ja podziwiam i z wielkim (naprawdę wielkim) trudem powstrzymuję się, by nie zanudzać Was dowolną liczbą dowolnie interesujących przykładów … nie, jednak nie wytrzymam.
John Coltrane (z Red’em Garlandem na fortepianie) – „Theme For Ernie” (… posłuchaj). Nagranie pochodzi z 1958 roku, jest uroczo zwiewne, kołyszące i na tyle nowoczesne, że nie czuję w nim żadnej „leciwości”, charakterystycznej dla nagrań sprzed pół wieku. Kusi i nęci a nie nudzi.
Coltrane nie byłby jednak tym, kim był, gdyby bez oporów nie „szedł w improwizację” – prawdziwie szaloną, intensywną, „gęstą”. John Coltrane (z Red’em Garlandem na fortepianie) – „Russian Lullaby” (… posłuchaj). Jest to wyraźna zapowiedź jazzu typu „frytki” jakby to określił Ojciec Dyrektor, przy czym do prawdziwego free jazzu daleko, oj daleko. Ale … jeśli to jest kołysanka, to ja jestem święty turecki. Co ciekawe oba nagrania pochodzą z tej samej sesji – nie z tego samego roku czy płyty, ale z tego samego dnia (7 lutego 1958). Jasne, że nagrać skrajnie różne stylistycznie improwizacje jest łatwiej niż – tego samego dnia - namalować skrajnie różne stylistycznie obrazy, ale żeby aż tak – trzeba mieć doprawdy rogatą duszę. No i zmysł poszukiwacza.
A sama „Lullaby” – może nie za pierwszym razem, oj nie – na pewno nie nudzi a kusi i nęci. Mnie skusiła gdzieś po 3-cim słuchaniu (tak się męczę!), niemniej przyznaję, że prawdziwym objawieniem i niespodzianką będzie dopiero porównanie wykonania Coltrane’a ze „źródłową” piosenką Irwinga Berlina. Ella Fitzgerald – „Russian Lullaby” (… posłuchaj). Na prawdę zabawne.
A propos.
Bożenko! Piszesz (o Billie Holiday) Pewnie zbyt prowokacyjne byłoby stwierdzenie, że w tej wersji jest najmniej „Body and Soul”, jednocześnie asekurując się, że …to jakaś jawna herezja? . Zabawne. Z jednej strony bezbłędnie rozpoznajesz „rozmydlone” wykonanie Holiday i świetne Szukalskiego, z drugiej często piszesz (o swoich opiniach) …wynika to przede wszystkim z braku osłuchania, wyrobienia. Akurat jesteś całkiem „wyrobiona”, przynajmniej w temacie „Body and Soul”, czemu więc aż tak się bronisz?
Piszesz, że lubisz, gdy forma interpretacji jest zjadliwa nawet dla mnie. To straszna pułapka! Łatwo bowiem zadać pytanie: a kiedy „zjadliwa”? Kiedy właśnie gotujesz rosół, kiedy siedzisz sama w domu i zastanawiasz się nad sensem życia, jedziesz samochodem na wakacje, czy wtedy, gdy przymierzasz sweter w H&M? Zapewniam Cię, sama to zresztą wiesz, że w każdym z tych przypadków INNA forma interpretacji będzie ZJADLIWA. Będą oczywiście te zjadliwe często (czyli w wielu przypadkach) i zjadliwe rzadko (czyli w niewielu), ale czy któreś z nich są z tego powodu lepsze? Albo czy któreś są z tego powodu niepotrzebne? Nie chodzi mi o to, że niepotrzebne dla świata (dla niego wszystkie są potrzebne) – dla Ciebie.

Najnowsze komentarze
1 dzień 4 godziny temu
1 dzień 4 godziny temu
1 dzień 6 godzin temu
3 tygodnie 1 dzień temu
3 tygodnie 1 dzień temu
4 tygodnie 3 dni temu
6 tygodni 2 dni temu
7 tygodni 3 godziny temu
7 tygodni 6 godzin temu
7 tygodni 16 godzin temu
7 tygodni 1 dzień temu
7 tygodni 1 dzień temu
10 tygodni 3 dni temu
10 tygodni 3 dni temu
11 tygodni 1 dzień temu