Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Narty 2010

Turystyka

Tegoroczny sezon narciarski miał dwie odsłony. Kilkudniowy wyjazd na Słowację oraz długi weekend w Brennej. Oba wielce udane – narciarsko, wycieczkowo i … towarzysko.

Bilkowa Chata

narty_2010_bilik.jpgKto w Biliku jeszcze nie był, koniecznie powinien odwiedzić to nieomal alpejskie – jeśli wziąć po uwagę atmosferę i lokalizację – schronisko. Świetnie położone, w górnej części doliny Zimnej Wody (z wodospadami o tej samej nazwie) u zbiegu dwóch pięknych tatrzańskich dolin – Staroleśnej i Małej Zimnej Wody, stanowi doskonały punkt wypadowy na górskie wycieczki letnie (również rekreacyjne), a jak się okazuje, także i zimowe.

Schronisko znajduje się nieopodal górnej stacji kolejki zębatej ze Smokowca na Hrebienok i dolnej stacji wyciągu narciarskiego. Niestety mój szatański plan, że będziemy co rano, na piechotę (200m), wychodzić na narty nie całkiem wypalił … z powodu zimy. Okazuje się, że o ile w miastach w tym roku śniegu nie brakowało, w górach było go znacznie mniej niż zwykle i trasy na Hrebienku były po prostu nieczynne. Na nartach jeździliśmy więc w Tatrzańskiej Łomnicy (też nieźle – jestem bardzo pozytywnie zaskoczony), a ponieważ śniegu nie było za wiele, dało się poszerzyć „program” wyjazdu o dwie niezłe wycieczki piesze. Teraz będę reklamował. Bilik ma proszę Państwa nieprawdopodobną saunę. Sauna ta – na pozór zwykła – ma ogromne okno (ze 3 x 2m). Siedzi się na ławeczkach, polewa wodą piecyk a na wprost – patrząc z ławeczek – … Łomnica. Dla mnie bomba.

Brenna

narty_2010_brenna.jpgPo powrocie ze Słowacji, zupełnie niespodziewanie zaliczyliśmy kolejny wyjazd na narty. Były to tylko 3 dni, za to bardzo udane i w sensie narciarskim i w każdym innym. Przetestowałem nowy (jak dla mnie) wyciąg na Czantorię, w towarzystwie Pana Tadeusza „odebraliśmy” 2 medale olimpijskie i z zachwytem podziwialiśmy nowe wyciągi w Brennej – całkiem udane połączenie starej „Boryni” (gdzie jeździliśmy) z Gronikiem (który tylko obserwowaliśmy z łezką w oku).

Było tak miło, że nawet wypadek, który miałem w piątek na Czantorii jakoś nie zepsuł mi humoru i nie zniechęcił do jeżdżenia jeszcze w niedzielę.