Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Karol Borchardt – Znaczy Kapitan, Audiobook *****

Kultura, różne | Recenzje

Znaczy kapitan, cover.jpgCzuję się nieswojo, bo pisanie o „Znaczy Kapitanie” zakrawa na bezczelność, prawie taką, jakbym chciał napisać coś (nowego) o „Potopie”, albo – co gorsza – sugeruje zdziecinnienie, bo „Znaczy Kapitan” jest w końcu książką …. dla młodzieży.

Nie wiem, czy „Znaczy Kapitan”, najpopularniejszy zbór opowiadań o morzu, jest lekturą szkolną (wątpię), ale nawet, jeśli jest, to z pewnością nie czytał jej Pan Prezes. A powinien, bo jest bardzo prawdopodobne, że pod wpływem lektury zmieniłby się mu pogląd na patriotyzm.

Tak, bo „Znaczy Kapitan” – poza tym, że jest opowieścią o narodzinach, rozwoju i dniach chwały przedwojennej polskiej marynarki, opowieścią arcyciekawą i arcydowcipną – jest też niezwykle interesującym obrazem przedwojennego polskiego patriotyzmu. Być może z powodów środowiskowych, w końcu marynarze, na co dzień mieli do czynienia z innymi językami, obyczajami i kulturami, ten wizerunek Polaków – często z trudem mówiących po Polsku – jest aż tak urzekający.

Wszystkie zapamiętane przez nas obchody trzeciomajowe rozpoczynały się od przemówień, wygłaszanych niekiedy przez ludzi, którzy byli wychowani i wykształceni w obcych szkołach, w trzech rozmaitych zaborach. Niektóre z nich przeszły, jako tematy do wesołych opowiadań i anegdot. Cytowany był na przykład taki fragment przemówienia: „Otczizna nasza została podzielona na trzy czensti. Jednu wzięli Germańcy, drugu - Awstryjcy, a trzeciu - my!”. Fragment innego brzmiał: „Powstała otczizna nasza, Polska, która podzielona była na trzy nierówne połowi, a tereny jej zachwycone wojną”.

To nie jest jakiś specjalnie odosobniony fragment książki, bowiem w wielu miejscach przejawia się jej „teatralny” a nawet „kabaretowy” charakter. Narracja Borchardta, mimo, że prowadzona w pierwszej osobie jest bogato urozmaicona dialogami, w których całe rzesze przewijających się postaci nabierają życia i kolorów. Jest to cecha, która zdecydowanie predestynuje „Znaczy Kapitana” nie tyle do czytania, co OPOWIADANIA.

Właśnie to zrobiono ostatnio, wydając książkę na płycie, czyli zamieniając ją na materiał do słuchania. Spodziewałem się, że książka Borchardta jest jak śląskie czy żydowskie kawały – trzeba je ZAGRAĆ, żeby wydobyć zawartą w nich atmosferę, dowcip czy też „głębszą” treść. Nie spodziewałem się jednak, że można to zrobić aż tak dobrze, jak – nieznany mi dotąd aktor – Pan Adam Szyszkowski, który fenomenalnie oddaje klimat tych historii, charakter i temperament występujących w nich postaci i w zasadzie zamienił „Znaczy Kapitana” w pasjonujące, wzruszające a momentami rozśmieszające do łez słuchowisko.

Wiem, nie wierzycie mi. Sam jestem zdziwiony, ale mój ulubiony cykl opowiadań o rejsach transatlantykiem „Polonia” do norweskich fiordów, kiedy Borchardt był jeszcze porucznikiem, oficerem pokładowym u „Znaczy Kapitana” (czyli Mamerta Stankiewicza) słuchałem po kilka razy. „Oceania” (na więcej nie miałem śmiałości) porwała nawet Marysię, troszkę nieufną wobec takich „rewelacji” jak książka przez głośniki i oboje, ja po raz któryś, jak dzieci śmialiśmy się z premiera patrzącego przez lornetkę i czytającego O-C-E-A-N-I-A.

(… posłuchaj)

„Znaczy Kapitana” ledwo co pamiętam z młodości, ale jestem pewien, że słuchając jej teraz widzę (słyszę) co innego. Na tym polega magia tej książki. Ciekawy przygód młodzian znajdzie wątki przygodowe, dla zainteresowanych marynistyką znajdą się motywy „handszpakowe”, dla ciekawskich popularno-naukowe, a wszystko tak sprytnie wplecione w treści historyczne i obyczajowe, że aż miło. Co więcej, jak w życiu, większość epizodów ma swoje „drugie dno”, nienarzucające się i zawoalowane.

Np. młodzieńcem będąc, opowiadane „Ortodroma” odczytałem pewnie, jako źródło wiedzy o „prostobieżnych” i „skośnobieżnych” czyli nawigacji a z pewnością nie zauważyłem tam wątków erotycznych. A są.


Po kwadransie, gdy kapitan zdołał dojść do głosu i powiedział, że nie będziemy już więcej zabierali jej czasu, pani wybrała jedną z najpiękniejszych szkarłatnych róż i przypięła ją kapitanowi. Następnie wybrała różę herbacianą i przypięła ją do mojego munduru.
Obaj z kapitanem byliśmy zaskoczeni doborem kolorów ofiarowanych nam róż. Spostrzegłem to natychmiast w wyrazie twarzy kapitana. Podobnie jak i ja chciał wiedzieć, co miały oznaczać ich barwy. Byłem przekonany, że o to zapyta. W tej samej chwili, gdy o tym pomyślałem, kapitan zadał pytanie:
- Znaczy, proszę pani, u nas w Polsce kwiaty i ich barwy mają swe specjalne znaczenie. Czy w Ameryce jest tak samo?
- Ależ naturalnie - odpowiedziała wyraźnie zadowolona z pytania i rozbawiona pani.
- Znaczy, proszę pani, co w Ameryce znaczy czerwona róża?
- Kocham ciebie! — odrzekła zalotnie.
Kapitan wyprostował się na krześle i uśmiechnął się, zadowolony z usłyszanej odpowiedzi.
- Znaczy, a herbaciana, znaczy żółta róża, co w Ameryce znaczy?
Pani uśmiechnęła się uwodzicielsko i powiedziała gorącym szeptem:
- Przyjdź do mnie jak najszybciej!
Kapitan nie zmienił miłego wyrazu twarzy, tylko powiedział jakby do siebie głośno:
- Znaczy, herbaciana róża w Ameryce znaczy to samo, co w nawigacji ORTODROMA.

Książka jest sympatyczna, ciepła, pogodna i tak przedstawiani są w niej ludzie – nawet upierdliwi pasażerowie, szaleni piloci w egzotycznych portach, ba, także beznadziejni urzędnicy kompanii okrętowych. Jest tak świetnie czytana, iż mamy wrażenie uczestnictwa w jakimś wieczorze gawędziarskim z lekkimi opowiadaniami wilków morskich w programie i doskonale się nadaje do słuchania podczas dłuższych jazd samochodem. A nawet krótszych, bo pojedyncze opowiadania mają 15-20 min. Serdecznie polecam.