Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Across the Universe ****

Film | Recenzje

Across the Universe1.jpgAcross the Universe2.jpgAcross the Universe3.jpgGłówny bohater filmu (Jim Sturgess), anglik z Livepoolu, nazywa się Jude a jego amerykańska dziewczyna (Evan Rachel Wood) Lucy. Z tego (oraz tytułu) łatwo się domyśleć, że film jest „Beatlesowy”. W tym przypadku pani reżyser (Julie Taymor – ta od „Fridy”) zdecydowała się na dość kontrowersyjny (krytykom się nie podobał) zabieg stylistyczny. Użyła (czy też scenarzyści) tekstów Lennona i McCartneya do zbudowania fabuły a nawet dialogów, ale piosenki pochodzące z wielu lat (1963-1969) mocno osadziła w hipisowskich realiach końca lat 60-tych w USA (co aż tak bardzo Beatlesowe nie jest), dodając Wietnam, zamieszki, policję oraz … Jimmi Hendrixa i Janis Joplin. Brzmi groźnie, zapowiada bowiem bałagan, ale wyszło … PIERWSZORZĘDNIE.

„Across the Universe” jest w tradycyjnym musicalem. Z naiwną i prostą jak drut fabułą typu „komedia romantyczna”, gdzie jest nieco strasznie, ale wszystko się dobrze kończy, śpiewaniem i tańczeniem. Niemniej – co chyba najbardziej zaskakuje i wciąga – w przypadku „Across the Universe” muzyka nie jest ilustracją fabuły a po prostu JEST FABUŁĄ. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest – i to do tego stopnia, że bohaterowie w zasadzie „rozmawiają” piosenkami. Film trwa 133min. Są w nim 33 piosenki (plus LSD na końcowych napisach), z czego wynika, że na jedną przypadają ok. 4 minuty. Nawet biorąc pod uwagę, że (przynajmniej niektóre) piosenki są skrócone, miejsca na rozmowy w ogóle nie ma.

Nie mogę się powstrzymać. Max z NY „pisze” list do Juda (zdołowanego po rozstaniu z Lucy) w Liverpool namawiając go do przyjazdu. Przepraszam za amatorskie tłumaczenie (tylko takie mam), za to perkusyjne solo na skrzynkach w wykonaniu ulicznego menela – fantastyczne:

Hej Jude

Ponieważ w filmie na nic innego nie ma miejsca, piosenki stają się jego punktem centralnym, osią filmu, wokół której wszystko się kręci i wszystko od piosenek zależy. NIEMOŻLIWE, żeby jakiś tam – nieznany mi – aktor Joe Anderson (Max, brat Lucy) czy – równie mi nieznana – Pani Wood (Lucy) wykonali interesujący „cover” Beatlesów. Otóż możliwe. Nie wiem, na czym to polega, ale podejrzewam, że zasadniczą rolę odgrywa w tym obraz, świetnie zintegrowany z piosenkiami („Strawberry Fields Forever”, „Hey Jude”), choreografia (genialne „Happiness Is a Warm Gun” z … - o Matko Boska! - Salmą Hayek) i … mistrzowie (fenomenalne, gospel’owe „Let It Be” w wykonaniu Carol Woods, doskonały Joe Cocker w „Come Together” i brawurowy Bono w „I Am the Walrus”).

Let It Be i Come Together

Poza tym, smaczku całej tej zabawie dodaje całe mnóstwo kapitalnych skojarzeń (odwołujących się nie tylko do Beatlesów, ale i do tych czasów w ogóle). Np.:

  • Portret Brigitte Bardot (na ścianie) w scenie „With a Little Help From My Friends” – fanem BB, ponoć obsesyjnym, był John Lennon.
  • Postacie Jojo i Sadie – to ewidentnie Jimmi Henrdix (choć aktor Martin Luther jest praworęczny) i Janis Joplin (choć Sadie – podobnie jak Joplin – pije „z gwinta”, ale „Jacka Danielsa” a jak wiadomo Janis piła „Southern Comfort”).
  • Scena, w której Jude coś projektuje i kroi sobie jabłko – … „przypadkiem” wychodzi mu logo wytwórni „Apple Records”.
  • Podwodna scena Juda z Lucy („Because”) – nawiązuje do słynnego zdjęcia Lennona i Yoko w magazynie „Rolling Stone”, autorstwa Annie Leibovitz.
  • Koncert na dachu („Don't Let Me Down”) – nawiązuje do „dachowych” koncertów Beatlesów, z których co najmniej jeden przerwała policja.
  • Taksówkarz wiozący Lucy na koncert Jojo i Sadie („Don't Let Me Down”) parkuje tuż przy niesamowicie pomalowanym samochodzie – to nawiązanie do słynnego (jest w muzeum) „psychodelicznego” Porsche 356C Janis Joplin.
  • Siostry „Bang Bang Shoot Shoot” w scenie z „Happiness Is a Warm Gun” – to sklonowana Salma Hayek (montaż a nie sobowtóry) i choć nie wiem do czego nawiązuje, pomysł mi się podoba.

Na zakończenie ciekawostka raczej mroczna. Ok. 10 mln dolarów (słownie dziesięć milionów!) kosztowało wykupienie praw do piosenek. Pod warunkiem jednak, że … ani „Beatles”, ani „Lennon” ani „McCartney” NIE POJAWIĄ się w żadnych materiałach reklamowych i publikacjach dotyczących filmu czyli poster, okładka DVD (choć na polskiej Beatlesi są) itp. W efekcie Lennon i McCartney widnieją tylko w końcowej „liście płac”, bo tego właściciel praw autorskich nie mógł już oprotestować (Kto? Oczywiście – „Sony Music”). Polecam kuriozalny oficjalny trailer w którym nie ma słowa o Beatlesach.

Moim zdaniem „Across the Universe” jest bardziej „piosenkowy” niż filmy z samymi Beatlesami i równie „stylowy” jak „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band” z Bee Gees. Natomiast świetny dźwięk i niebanalne interpretacje są trudne do pokonania. Film mi się podobał, zapewne przez sentyment do Beatlesów, i za piosenki daję mu cztery gwiazdki, bo fabuła jest zbyt infantylna. Z drugiej strony rozumiem, że zbudowanie akcji i dialogów z samych tylko (już istniejących) piosenek, to zadanie trudne.

Jedynym, choć dla mnie nieistotnym, problemem filmu jest … target. Niby kto ma się podniecać psychodelicznym samochodem Janis Joplin czy tym, że „All You Need Is Love”? Ja i z pewnością jeszcze wielu innych, ale ilu nas jest? Dlatego nie dziwi mnie wcale, że film był wielką finansową klapą i zwrócił jedynie połowę swego (niemałego) budżetu.

Oczywiście starszym nastolatkom, im w szczególności, film serdecznie polecam i obiecuję, że przy „Let It Be” poczujecie dreszcze, „Hey Jude” Was z pewnością porwie a przy końcowym „All You Need Is Love” oczy Wam się spocą.

Across the Universe [2007, USA]

Reżyseria: Julie Taymor.
Scenariusz: Dick Clement, Ian La Frenais.
Zdjęcia: Bruno Delbonnel.
Grają:

  • Evan Rachel Wood – Lucy (In the Sky with Diamonds) Carrigan.
  • Jim Sturgess – (Hey) Jude.
  • Joe Anderson – Max (Maxwell’s Silver Hammer) Carrigan.
  • Dana Fuchs – Sadie.
  • Martin Luther – Jo-Jo.
  • T.V. Carpio – (Dear) Prudence.

oraz:

  • Joe Cocker – Bum / Pimp / Mad Hippie.
  • Bono – Dr. Robert.
  • Eddie Izzard – Mr. Kite.
  • Daniel Ezralow – Mother Superior (ksiądz w szpitalu).
  • Salma Hayek – Śpiewające siostry (ze strzykawkami).
  • Jeff Beck – spoza ekranu wykonuje instrumentalną wersję „A Day in the Life”.

skojarzenie

Bardzo mnie zachęciłeś. Przypomniał mi się film stary jak świat (z 1964r), który jest jednym z nie tak znowu wielu, które zapamiętałam, uważam za niezwykły, obejrzałam więcej niż raz, i to nie przez zapomnienie. To "Parasolki z Cherbourga". Banalny melodramat o nieszczęśliwej i niespełnionej miłości siedemnastoletniej Genevieve (Catherine Deneuve) do mechanika samochodowego Guy’a (Nino Castelnuovo). Młodych rozdziela opór środowiska, komplikująca się sytuacja życiowa i wyjazd chłopaka na dwa lata do wojska. Skojarzenie wzięło się nie tylko z podobieństwa fabuły. Wspomniany film jest jednym z najoryginalniejszych filmów muzycznych. Nie jest to typowy musical, nie mieści się też w gatunku rewii czy operetki, a z ekranu nie pada ani jedno słowo mówione. Aktorzy prócz melodyjnych duetów czy solowych piosenek, także zwykłe wymiany zdań, lub nawet słów, prowadzą „śpiewająco”. Początkowo jest to zaskakujące, trochę śmieszne ale po chwili wciąga. To zasługa głównie cudownej muzyki Michel’a Legranda (zdaje się, że reżyser Jacgues Demy też się w tej materii przyczynił). Filmem byłam zachwycona, w czym nie byłam odosobniona, bo jurorzy festiwalu w Cannes nagrodzili obraz Złotą Palmą, a także uznano go za najlepszy film roku 1964. Piosenka z filmu: „I will wait for You”, znalazłaby się na pewno w zbiorze „piosenki mojego życia”.

W filmie zastosowano inną zasadę niż w recenzowanym przez Ciebie. W „Parasolkach..” muzyka jest skomponowana specjalnie dla filmu, a w „Twoim”, aby przypomnieć piosenki Beatlesów w nowych wykonaniach, skonstruowano fabułę opartą na ich tekstach. Ciekawy zabieg. Zaskakuje mnie dlaczego nie odniósł sukcesu. Przecież to muzyka ponadczasowa, w każdym pokoleniu są rzesze fanów zespołu. Chyba rzeczywiście to sprawa skrzętnie ukrywanego powiązania filmu z chłopcami z Liverpoolu.

Świetne skojarzenie

„Parasolek” nie widziałem, bowiem jestem ze wsi i do kina zacząłem chodzić znacznie później. Byłem już wtedy „młody-gniewny” i coś takiego jak musical – O Matko Boska! – omijałem szerokim łukiem. Nie mniej przypominam sobie „West Side Story”, niestety raczej negatywnie, bo „obrażała mą inteligencję” taka bezsensowna proza wyciekająca z ekranu.

Do dziś obejrzałem już setki filmów, nabrałem dystansu i „West Side Story” już mnie nie obraża, ale wciąż nie wciąga mnie taka muzyka. Mogę podać kilka przykładów udanych musicali (ostatnio recenzowałem rosyjski) i więcej przykładów nieudanych, ale chyba nie przypominam sobie takiego, który powstał „do piosenek” a nie na odwrót. Jakie to ma znaczenie? Ano takie, że napisanie 30-tu dobrych piosenek, tak z „czapki”, na życzenie jest … po prostu niemożliwe i „Across the Universe”, który skorzystał z już sprawdzonych przebojów, wyróżnia się na tym tle wyraźnie.

Film oglądałem w „Romantycznym Czwartku” (wstyd, nie?) w kanale „Polsat Film”. Miałem szczęście i skanując trafiłem nie na sam początek filmu a na porywające „Let It Be”, które przechodzi gładko w świetne „Come Together” w wykonaniu Joe Cockera … i mnie mieli. 2 godziny minęły nawet nie wiem kiedy.

Że brakło sukcesu? To akurat mnie nie dziwi. Film miał target „młodzieżowy”, co jest pomyłką, bo młodzież jest straszna i groźna. W mig może uczynić z kogoś idola, ale tak samo szybko unicestwić go. Wystarczy, że jakiś palant się przyczepi a taka negatywna opinia rozchodzi się w sieci lotem błyskawicy. Choć się z tym zupełnie nie zgadzam, rozumiem, że przez młodzież film był (mógł być) mocno krytykowany. To, co ja nazwałem np. „nawiązaniem”, i jest dla mnie świadectwem erudycji autorów, oni nazywali – o zgrozo – „ściąganiem” i choć na film w końcu (niektórzy) poszli, nie przyznawali się, bo był to obciach – Na facebooku pisali przecież, że film jest beznadziejny. Tak działająca poczta pantoflowa nie sprzyjała filmowi … więc poległ. Mało kto zwrócił uwagę na to, że film jest zrobiony PEFEKCYJNIE. Sceny „fabularne” są co do pojedynczego taktu zsynchronizowane z muzyką, film ma sporo scen z „dużą” (tłumną) choreografią, niezwykle pieczołowita jest scenografia. Choć Porsche widać w sumie góra 6 sekund a stocznię w Anglii niewiele więcej, pieniędzy na nie nie żałowano. A to kosztuje – w sumie ok. 75 mln USD (!). Tyle zarobić chyba nie mógł.

Film, o ile wiem, jest dostępny w wypożyczalniach (jeśli nie leży na półce, to pewnie można go zamówić – tak jest np. w sieci „Video World”), np. Video Oko. Można też kupić go za 30zł. Żeby Was „dobić” (tzn. ostatecznie rozwiązać kwestię obejrzenia) i w nagrodę za piękny post Bożenki, dodałem jeszcze jeden fragment do oglądania.

świetny

Dziękuję za film. Łzy mi płynęły, i to nie tylko na końcu filmu. Uwielbiam sie tak wzruszać.