Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Po prostu polskie kino/ Róża ***

Film

Roza plakat.jpg
Wiadomo... każdy pretekst jest dobry byleby nie pisać pracy doktorskiej. Mój ukochany tata raz po raz daje mi do zrozumienia, że się na jego portalu nie produkuję. Niniejszym staram się zmienić tę sytuację.

Jakaż może być lepsza okazja do dyskusji nad kondycją polskiego kina niż trzech filmoznawców zamkniętych przez siedem godzin razem w samochodzie, w drodze na festiwal Camerimage w Bydgoszczy. Cóż nam z tych rozmów wynikło... Nie jest tak źle, ale też zbyt dobrze nie jest, czyli normalnie. Polskim reżyserom zazwyczaj brakuje odwagi wyjścia poza polskie piekiełko, w którym rządzi Andrzej Wajda i PISF. Chlubnym kontrprzykładem jest tutaj Lech Majewski, który całym tym polskim światkiem po prostu mało się przejmuje. Dzięki temu w Bydgoszczy, gdzie jego "Młyn i krzyż" nie był zapewne wcześniej wyświetlany, na festiwalu kolejka po bilety niemalże wychodziła na zewnątrz.

Generalnie polskie kino oscyluje między dwiema skrajnościami: albo są to czystko komercyjne, raczej głupawe komedie albo bardzo poważne, smutne filmy, w których zazwyczaj niewiele się dzieje. Co do komedii, to wczoraj na nowym kanale Kino Polska Muzyka trafiliśmy akurat na program o przedwojennych komediach i zgodnie (ja i mój mąż) doszliśmy do wniosku, że są one dużo lepsze i śmieszniejsze niż współczesne "Cicho", "Testosteron", "Lejdis" i tego typu podobne produkcje. Co się zaś tyczy grupy drugiej, reprezentowanej zazwyczaj przez grubą i brudną Kingę Preis, upaćkane wunglem śląskie dzieci bez bucików to wionie od niej nudą jeszcze bardziej niż od Adamczyka i Karolaka rozprawiających o rozmiarach kobiecych piersi. A piszę o tym dlatego, że dopiero wczoraj odkryłam krótki film reklamujący pokazy polskich filmów na festiwalu w Melbourne i wydaje mi się, że nikomu wcześniej nie udało się bardziej trafnie ująć specyfiki polskiego kina. Filmik można zobaczyć tutaj tutaj.

To wszystko jest jednak tylko wprowadzeniem do recenzji filmu "Róża", który zobaczyłam właśnie na festiwalu w Bydgoszczy i który niestety niebezpiecznie zbliża się do tego drugiego bieguna tak błyskotliwie podsumowanego w australijskim filmiku. Wojtek Smarzowski to jeden z moich ulubionych reżyserów i choć w jego filmach występuje gruba Kinga Preis, to zazwyczaj jest w nich też pewien naddatek powodujący, że pomimo z pozoru banalnych sytuacji, po prostu jestem nimi poruszona. Poza tym udaje mu się poprzez krótką indywidualną historię bohaterów pokazać jakąś poważniejszą katastrofę, która dotyczy ogółu świata, w którym oni żyją.

Pozornie film "Róża" podąża utartym już przez Smarzowskiego torem, znowu jest historia bohatera i brutalna rzeczywistość z którą musi się mierzyć, a wszystko to jest tylko małym wycinkiem okrutnego powojennego świata tworzącej się dopiero co Polski Ludowej. Niestety brak temu wszystkiemu intensywności poprzednich filmów, które zrealizował Smarzowski. W recenzji Malwiny Grochowskiej na Filmwebie, której nie czytałam w całości, ale po prostu wyświetla się w Google, po wpisaniu hasła "Róża" jest napisane, że film ten to "przeżycie intensywne i brutalne", ale właśnie wcale tak nie jest. Rzeczywiście film jest dość brutalny i są to jedyne momenty, kiedy widz budzi się z letargu oczekując, że w końcu coś się wydarzy. I z góry chcę tu odeprzeć wszelkie argumenty, że jestem naiwnym widzem, którego rusza tylko przemoc. Bo jak słusznie zauważyła wyżej wymieniona recenzja w "Roży" nie ma nadrealizmu, który sprawiał, że filmy Smarzowskiego dotykały pewnego immanentnego zła, które gdzieś tam ukryte tkwi w każdym z nas (oczywiście nie wszyscy muszą się z takim argumentem zgadzać) i dlatego właśnie były tak poruszające.

W "Róży" większość scen jest niestety płytka i banalna. Pełno w niej momentów serialowych: Ona stoi, cisza, nic się nie dzieje, w końcu mówi do własnej brody: "kartofle mam, ale trzeba odminować". Cisza, on nic nie mówi, pusty wzrok, w końcu odzywa się: "dobra, rozminuję". Jest dramat! Nie wiadomo tylko czyj. Można by przypuszczać, że od czasów Rejsu (powołuję się na tę błyskotliwą scenę, choć przyznaję, że za całym filmem nie przepadam i się tego nie wstydzę), kiedy to inżynier Mamoń utyskiwał nad kondycją polskiego kina niewiele się zmieniło. Nuda bierze się chyba najbardziej stąd, że nikt w tym filmie nie jest z krwi i kości, wszystkie postacie są tylko zarysowane, łącznie z parą głównych bohaterów. Ani nie ma tam prawdziwych złych Rosjan, ani Mazurów, ani w ogóle właściwie nikogo. Gruba Kinaga Preis nie odzywa się w ogóle. Być może Smarzowski się postarzał i chciał nieco stępić ostrze, ale nie wyszło mu to na dobre. Tak zresztą podsumował moje i naszego znajomego mało entuzjastyczne reakcje mój mąż: "film nam się nie podobał, bo w końcu pojawia się w filmach Smarzowskiego jakiś pozytywny bohater, pozostaje jakiś promyk nadziej i to nas wkurza". Nie przeczę, ten optymizm w zestawieniu z całym okrucieństwem i gwałtami, jakie oglądałam przez półtorej godziny wydaje mi się na wskroś nieautentyczny. Jest to więc może po prostu kwestia pewnego braku konsekwencji i tego, że jeden dobry pośród bandy złych zawsze będzie się nam wydawał nieco głupi i naiwny (tu podejrzewam Bożena może się zbuntować).

Temat filmu jest naprawdę interesujący i głównie dlatego jest wart obejrzenia, ale niestety nie udało się Smarzowskiemu do końca go wyzyskać. Historia jest opowiedziana jak banalna, obyczajowa epopeja z wojną w tle przez co bardziej jest to pocztówka w typie "Cyrulika syberyjskiego" niż jakiś poważny film. Czyli do Oskara myślę by się nadał, tylko niestety nie ma tam Żydów. Jedyny nadrealizm jaki udało się Smarzowskiemu wpleść do "Róży" to zupełnie nierealny z punktu widzenia realiów historycznych happy end z pięknym mazurskim pejzażem w tle pokazanym oczywiście w sepii. Na Oskara idealnie.
Pomimo jednak tych wielu wad chciałam tylko zaznaczyć, że film wart jest obejrzenie, bo i tak na tle polskich pseudo-historycznych produkcji pozytywnie się wyróżnia. To jest zresztą bardzo ciekawy wątek, ponieważ Smarzowski zupełnie nie jest w naszym kraju postrzegany jako reżyser filmów narodowych. Wiadomo narodowe, historyczne to są "Katyń", "Czarny czwartek" i "Popiełuszko", tymczasem "Dom zły" i "Róża" mówiąc o realiach PRL zdecydowanie dużo więcej niż te wszystkie patriotyczne freski nastawione tylko na to, że pójdą na nie dzieci ze szkoły.

„Intensywne i brutalne”

Już poprzedni komentarz zatytułowałem „O Matko Boska” a szkoda, bo na Twoją recenzję bardzo by się nadał.

Poruszyłaś tak wiele ciekawych (i kontrowersyjnych) wątków, że nie sposób łatwo się do nich odnieść. To jest „niby” tylko recenzja, ale zahaczyłaś także o stan kina polskiego, filmu w ogóle, tego czy aby przeżycie było „intensywne” musi być „brutalne” itp. Tematów kilka, atrakcyjnych i chętnie się do nich ustosunkuję … ale potrzebuję czasu. Na razie zawiadamiam, że czytam posty w naszym portalu, myślę, i podziwiam tę australijską (bez przesady, „główny” aktor – Jacek Koman – jest z Bielska) wizję „Kina polskiego dziś” – lepiej, krócej i bardziej uszczypliwie chyba się tego nie dało przedstawić. Wobec tego … skąd tłumy na „Młynie i krzyżu”?

RN

o nie!

O filmie „Młyn i krzyż” jakiś czas temu napisałam, powiedzmy, recenzję. Dodam więc tylko, że oczarowana nim dziwiłam się ogromnie, że nie został w Polsce do tej pory zauważony i odpowiednio uhonorowany. Dla mnie jest więc oczywiste, że w Bydgoszczy waliły tłumy.
W filmie Majewskiego nie brak przerażających, drastycznych scen, pokazanych z realistyczną brutalnością. Ale nie są one pokazane w sposób odrażający, obrzydliwy, obsceniczny, zboczony (tutaj nawiązuję do filmu „Dom zły”). I to jest różnica. Ja, niby ta pierwsza naiwna, jestem jak najdalsza od tego aby twierdzić, że po ulicach chodzą same anioły, a nieliczne wyjątki trzeba zrozumieć i szukać rozgrzeszenia w trudnym dzieciństwie czy innej traumie. Nie uważam też, że brzydotę świata należy zawsze (bo czasami warto) zasłaniać, czy przekłamywać fakty i w nieobiektywny sposób kreować rzeczywistości aby nie razić uczuć „estetów”. Nie jestem aż taką idealistką, aby nie widzieć podłości wokół siebie. Słyszę o przerażających i potwornych zdarzeniach, które dotykają ludzi, oglądam w filmach dokumentalnych okropne sceny, wynaturzenie. Żyję na tym świecie. Ale to co „robi” Smarzowski w „Domu złym”, gdzie z sadystyczną przyjemnością gromadzi najgorsze nieprzyzwoitości, wyuzdanie, rozpustę, to jest pokazanie świata w sposób wynaturzony, nieprawdziwy, a przede wszystkim nieodpowiedzialny. Jeśli młode pokolenie na podstawie tego filmu ("Róży" nie widziałam, więc się nie odnoszę) uważa, że w filmie przedstawiono realiach PRL’u i pada jeszcze w tym kontekście coś o patriotyzmie, to jestem przerażona. Ja chyba żyłam w innych czasach. Czy pokazane w filmie zdarzenia mogły mieć miejsce, chyba tak, (chociaż takie nagromadzenie koszmaru w jednym czasie i miejscu wydaje mi się tak przesadzone, że film zaliczyłabym do gatunku horror science fiction) ale uznać, że w filmie pokazano elementy tworzące tło historyczne, społeczne, obyczajowe tamtych czasów („realia PRL”) to nierozważne, lekkomyślne i trochę dziecinne. Niedawno w komentarzu do postu Romka, zastanawiałam się po co reżyser nakręcił ten film „Dom zły”. Nawet przez sekundę nie pomyślałam, że chciał pokazać młodszemu pokoleniu prawdę o czasach PRL. Ja protestuję!!!

Ładunek zły

Sam zaproponowałem (poprzedni) tytuł a Bożenka potwierdziła, że to frapujący temat, więc poprzestańmy na „intensywne i brutalne”.

„Dom zły” jest dobrym przykładem, ale takich wcale nie brakuje: „Ładunek 200” (7.5/10), „Nieodwracalne” (7.4/10), „Aż poleje się krew” (7.6/10), „Pianistka” (7.2/10). Oceny z Filmweb oznaczają, że wprawdzie nie są to arcydzieła, ale beznadziejne te filmy też nie są. Co gorsza, oznaczają, że ktoś je ogląda a zapewniam, że – przynajmniej dwa pierwsze – nie tylko są nie do oglądania („Dom zły” w porównaniu z nimi to naiwna opowieść wigilijna), ale i bez sensu.

Monika sugeruje, że „… zazwyczaj jest w nich też pewien naddatek powodujący, że pomimo z pozoru banalnych sytuacji, po prostu jestem nimi poruszona... udaje mu się poprzez krótką indywidualną historię bohaterów pokazać jakąś poważniejszą katastrofę”. Ja tam żadnej poważniejszej katastrofy w tym nie widzę, a właściwie jedyne, co widzę to jakieś emocjonalne kalectwo (co, samo w sobie, jest jakąś poważniejszą katastrofą) autorów takich projektów. Czy tak niedorzecznie jest także w „Róży”, której (na szczęście?) „… brak … intensywności poprzednich filmów, które zrealizował Smarzowski” nie wiem, bo w kinach film ma być w styczniu. Może sprawdzę (nawet „Ładunek 200” sprawdziłem – pewnie też chory jakiś jestem) nadzieje daje bowiem sugestia, że „być może Smarzowski się postarzał …

W tę „brutalną intensywność” zupełnie przypadkowo dała się wciągnąć Bożenka, zapewniając, że „nie jest aż taką idealistką, aby nie widzieć podłości wokół siebie.”. Ale podłość na ekranie, to nie jest to samo, co w życiu. W życiu np. ludzie uprawiają seks od dość dawna i też podlega ono (uprawianie) jakimś zmianom, ale … w filmie. Ho, ho! Podlega zmianom i to szybkim, wciąż eskalując intensywność i to tak, że od dawna już seks na ekranie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Mam oczywiście na myśli … pornografię. Bo – tu będę może najbardziej obrazoburczy – Smarzowski (jako przykład, bo nie tylko o niego i o niego głownie chodzi) to jest coś w rodzaju pornografii. Wzmagając intensywność dawno „odłączył” się od życia i kreuje jakieś groteskowe światy, na widok których opada nam szczęka … a my (maluczcy?) zaskoczeni i przestraszeni (jak na widok baby z 3-ma cyckami, że o innych rzeczach nie wspomnę) próbujemy odnaleźć jakiś sens w tych niedorzecznych wypowiedziach.

Jasne, że te „filmy z masakrą” – jak i pornograficzne – mogą być (ponoć) lepsze i gorsze. Dla mnie są one tak surrealistyczne, że „w bezpośrednim starciu” specjalnej krzywdy mi chyba nie zrobią, ale … jakąś żrącą truciznę w duszę (mą) sączą [ciekawe jak by wypowiedział poseł John Godson]. Np. przyzwyczajają do absurdalnej makabry. Po co?

A że młodzież to fascynuje – bardzo mnie nie dziwi, bo nawet małe dzieci (np. Igor) mają okresy fascynacji „potworami”, które straszą a jednocześnie kuszą i nęcą. Zazwyczaj kończy się to okresowym zasypianiem przy zapalonej lampce (bo „potwory” – wiadomo – wychodzą z ciemnego kąta), ale szybko się z tego wyrasta. Czasem wyrasta się dłużej.

RN

Pierwszy i zapewne ostatni wpis Marcina D.

Nazywam się Marcin Dulemba. W towarzystwie znany jestem jako popsujzabawa, osoba o średniowiecznych horyzontach i frustrat wybiegający z pianą na ustach w najprzyjemniejszych częściach wieczoru. Ponadto jestem mężem Moniki, która – pod pewnymi względami – znana jest z tego samego.

Właśnie jako świeżo upieczony mąż, w dodatku wierzący głupio w zasadność i wartość małżeństwa, zobligowany jestem stać na straży honoru i dobrego imienia mojej żony, toteż pozwalam sobie na ten wpis, czego w normalnych warunkach bym nie uczynił, jako że internet, jako wynalazek nowożytny, wydaje się – mnie, zaściankowemu troglodycie – z natury swej podejrzany. Ale do rzeczy.

Zaczęło się od „Róży”, więc pozwolę sobie wrócić na chwilę do tego tematu. W moim odczuciu film ten nie jest gorszym wydaniem Smarzowskiego, a sam Smarzowski ani się nie zestarzał, ani niczego sobie nie stępił. Odkrył jedynie, zapewne ku zaskoczeniu większości swoich sympatyków, że dobrzy ludzie istnieją i że o nich również można robić filmy. Nie uznałbym jednak, tak jak Monika, że przez to jego historia jest ckliwa i zakończona happy endem. Chyba że za happy end uznaje się obecnie zbiorowy gwałt i śmierć w męczarniach oraz metodyczne tortury prowadzące do utraty włosów i słuchu, a to właśnie spotyka naszą filmową parę zakochanych – przyznacie chyba, że można sobie wyobrazić co najmniej kilka bardziej romantycznych zakończeń. Oczywiście jest jeszcze miłość i ona zostaje nienaruszona, co podobno czyni film naiwnym. Uważam jednak, że wizja świata jako monolitu immanentnego zła wcale nie jest bliższa prawdy i mniej naiwna. Zło istnieje, owszem, ale istnieje też na nie lekarstwo, które wytwarza się na styku dwojga ludzi, którzy po prostu się o siebie troszczą lub, mówiąc nieco górnolotnie, którzy się kochają. I tyle o „Róży”.

Przejdźmy zatem do tematu, który bezpośrednio uruchomił we mnie potrzebę przelania nieco słów na ten wirtualny papier. Otóż ze zdziwieniem odkryłem coś, co wydawało mi się do tej pory wielką iluzją wytwarzaną na potrzeby półprzytomnej młodzieży, spędzanej tabunami na kierunek zwany filmoznawstwo, a mianowicie, że rozumienie filmów wymaga umiejętności i talentu. Od mniej więcej drugiego roku studiów byłem głęboko przekonany, że ja i wszyscy moi koledzy na roku padliśmy ofiarą edukacyjnego oszustwa i w gruncie rzeczy poświęcamy swój czas na doskonalenie czegoś, co jest w mentalnym zasięgu pierwszego z brzegu człowieka – grabarza, tresera dzikich zwierząt, a nawet miłośnika szantów i poezji śpiewanej. Dopiero teraz, po dekadzie pełnej udręki i poczucia zmarnowanej szansy odetchnąłem z ulgą – okazuje się bowiem, że każdy może film obejrzeć, ale nie każdy może go zrozumieć. I dotyczy to ludzi, co do których kompetencji intelektualnych nie można mieć cienia wątpliwości i proszę nie szukać tutaj ironii, bo jej nie znajdziecie.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Spotyka się filmoznawca z fizykiem. Fizyk mówi, dajmy na to, że pęd równy jest iloczynowi prędkości i masy ciała, a także że „Dom zły” Smarzowskiego to kompletna szmira i filmowa pornografia. Filmoznawca odpowiada na to, że „Dom zły” jest wnikliwym moralitetem o czasach PRL-u, a także że nie zgadza się z tym, jakoby pęd był iloczynem prędkości i masy, gdyż jemu się tak jakoś wydaje, że raczej jest sumą. Pytanie brzmi: kto się tutaj zagalopował? Odpowiedź nasuwa się nieubłaganie: pęd to pęd, wiadomo – a o „Domu złym” każdy sądzi podług siebie i ma prawo do swojej opinii. Otóż ma dokładnie takie samo prawo, jak uważać że pęd to suma, a nie iloczyn prędkości i masy.

Istnieje bowiem – tak, tak – język filmu, który uczymy się dekodować, czyli, mówiąc prościej, rozumieć. Jest to język bogaty i niezwykle komunikatywny, potrafiący wyrażać treści niewyrażalne w języku literackim. Trzeba się jednak na to wyczulić, czyli posługiwać się tym językiem w stopniu, który pozwala nam odczytywać takie niuanse, jak ironia, alegoria, metafora itd. Niby nic takiego, a jednak. Są oczywiście filmy łatwiejsze i trudniejsze w odbiorze, co wcale nie musi zaważać na ich walorach artystycznych. Dajmy na to, przywoływany tu często film „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego jest filmem udanym, choć nieporównanie łatwiejszym do zrozumienia i mniej wymagającym od „Domu złego”. Posługuje się on bowiem filmową tautologią: nie tylko widzimy to, co widzimy, ale również słyszymy to, co widzimy, a co więcej dowiadujemy się, co tak widzimy naprawdę. To znaczy mamy tu podane wszystko na raz: obraz filmowy, jego znaczenie eksplicytne, a także znaczenie implicytne, czyli pośrednie. Posłużę się konkretnym przykładem: patrzymy na torturowanego człowieka, kruki wydziobują mu oczy, głos spoza kadru informuje nas, że dochodzi do prześladowań na tle religijnym, a niedługo potem w trakcie dialogu dowiadujemy się również, że owe tortury są współczesnym odbiciem męki Jezusa na krzyżu. Słowem, wszystko jasne – możemy albo iść do domu, albo komfortowo śledzić dalszy przebieg tej quasi-fabuły, ufając że reżyser zadba o to, aby każdy symbol został odszyfrowany i każda karta odkryta. Nie czynię z tego zarzutu. Majewski przecież całkiem otwarcie nadaje swojemu filmowi strukturę i charakter naukowego wykładu na temat obrazu Breughla, a wykłady powinny być raczej nieskomplikowane w odbiorze i, że się tak wyrażę, dobitne. Film broni się zatem swoją aurą, rytmem i wizualnym wysmakowaniem, a nie fabularną dramaturgią, która oscyluje w okolicach zera. „Dom zły” – widać to gołym okiem – to zupełnie inny rodzaj komunikacji.

W myśl kognitywistycznej teorii filmu to odbiorca buduje znaczenie, może więc dochodzić do rozminięcia się komunikatu kodowanego z dekodowanym, innymi słowy, do całkowitego niezrozumienia między autorem a widzem. Bezkrytyczne przyjęcie założeń kognitywizmu oznaczałoby również, że ilu ludzi, tyle znaczeń, czyli że nie ma obowiązującej wykładni, a każde odczytanie jest prawidłowe. Z tym jednak intuicyjnie nie możemy się zgodzić, dlatego Umberto Eco, uważa, że dzieło wyznacza pewne ramy, w których możemy się poruszać, wychodząc od znaczeń najprostszych do tych symbolicznych lub nawet głęboko ukrytych, zawsze jednak pamiętając, że u kostki mamy przywiązany sznureczek, który nie pozwala nam odfrunąć za daleko.

No to pofruńmy w stronę tego obrzydlistwa, które tak bardzo podoba się mojej ukochanej żonie.

Najpierw recepcja: Bożena postawiła aż trzy wykrzykniki przy słowie “protestuję”. Wynika z tego, że chyba naprawdę jest oburzona – ciekawe tylko czemu? Podobno dlatego, że film pokazuje nieprawdę. Bo ona, żyjąc w PRL, nigdy nikogo siekierą nie zarąbała i ogólnie nie spotkała się z takim barbarzyństwem, jakim raczy nas Smarzowski od pierwszej minuty.

No to na poważnie. Czy „Dom zły” pokazuje nam, jak żyli ludzie w PRL-u? Na pewno nie, a już z całą pewnością nie wszyscy. „Dom zły” pokazuje natomiast, jaki PRL był w ogóle, obnaża jego brutalną i prostacką zasadę, która wyprodukowała nasze wykoślawione społeczeństwo, obecnych obywateli wolnej Polski. Spytacie: a niby w którym momencie? Odpowiadam: w każdym.

Jeśli będziemy patrzeć jedynie na przebieg fabularny, no to niechybnie dojdziemy do takich konstatacji, że „Ulisses” Joyce'a jest traktatem o upijaniu się na mieście i podcieraniu tyłka, a „Czarodziejska góra” to tysiąc stron na temat różnych nieefektywnych sposobów leczenia gruźlicy. Myślę, że nie odkryję jakichś rewelacji, jeśli powiem, że literatura od początku swego istnienia, a więc już od starożytnych mitów czy Biblii, posługuje się przenośnią jako podstawowym środkiem retorycznym i przedstawia sytuacje paralelne względem tego, co tak naprawdę stanowi esencję przekazu. Czemu film – w prostej linii dziecko literatury – miałby odmawiać sobie tej sprytnej drogi komunikacji? Nie pokażemy przecież w 90 minut całej historii PRL, ale możemy opowiedzieć fabułę, która będzie peerelowskim mikrokosmosem z kilkoma tragicznymi postaciami w środku w roli nośników metafor.

Przypatrzmy się tylko temu filmowi. Wieczne zamroczenie alkoholem, które widzimy u bohaterów Smarzowskiego, to duchowy i intelektualny letarg, w którym Polacy trwali przez blisko pięćdziesiąt lat i z którego jeszcze się na dobre nie wybudziliśmy. A dlatego się nie wybudziliśmy, bo pompujemy w naszą historię taką dawkę leków przeciwbólowych, która wystarczyłaby na utrzymanie w krainie fantazji całego stada afrykańskich słoni. Wojciech Smarzowski odstawia proszki i wkłada w tego bolącego, polskiego zęba swój gruby, brudny paluch, a im głębiej go wpycha, tym więcej wykrzykników pojawia się przy słowie „protestuję”. Film „Dom zły” jest galerią zboczeń, zbrodni i wynaturzeń, bo właśnie ten nasz stary, kochany PRL był niczym innym, tylko zboczeniem, zbrodnią i wynaturzeniem. No chyba, że strzelanie do ludzi na ulicy, gwałcenie ich sumienia i poczucia przyzwoitości, produkowanie armii przetrąconych moralnie donosicieli, a do tego jeszcze doprowadzanie do ekonomicznej zapaści jest czymś, co można wspominać z rozrzewnieniem. Jak widać, niestety można, a wynika to stąd, że tego ani nie było widać, ani nie było słychać, bo prawda była tak samo ważna dla „publicznych mediów”, jak dla prowadzącego śledztwo prokuratora z filmu Smarzowskiego. Dochodzenie w sprawie morderstwa w domu Dziabasów było już z sukcesem zakończone, zanim tak naprawdę się zaczęło, a jeśli ktoś nazbyt ruchliwie zaczynał dopominać się o prawdę (vide porucznik Mróz), to kosa mu w żebra i do piachu z nim.

Nagromadzenie anomalii w „Domu złym” związane jest również z pojęciem groteski, którą Smarzowski – w zgodzie z literacką tradycją modernizmu – wykorzystuje jako podstawową kategorię estetyczną swoich filmów. Oznacza to, że zderza on ze sobą elementy przeciwstawne, na przykład tragizm i komizm, a także kondensuje akcję w taki sposób, by nadać jej atmosferę dziwności i niesamowitości. Najlepszym tego przykładem jest ostatnie ujęcie filmu: w planie totalnym widzimy małą wiejską chatkę, przed nią w pijackim otumanieniu zatacza się para milicjantów, nieopodal leżą zwłoki porucznika Mroza, a gdzieś w oddali ucieka nasz bohater ścigany przez potykającego się gliniarza-niedołęgę. Ot, typowy peerelowski obrazek – niby trochę śmiesznie, ale jakby się tak przyjrzeć na trzeźwo, to doprawdy upiornie. Tak, z tego żeśmy wyszli i w tym sensie jest to nasz dom, ale jaki jest ten dom naprawdę, to odsyłam do samego tytułu.

Bożena pisze, że wynoszenie lekcji o PRL z filmu Smarzowskiego jest „nierozważne, lekkomyślne i trochę dziecinne”. Podoba mi się zwłaszcza ten ostatni przymiotnik, a to dlatego, że w pełni się z tym zgadzam – w istocie jest to dziecinne. Ale nie w tym protekcjonalnym znaczeniu, jakie, domyślam się, chciała nadać Bożena, a na które nakierowują nas dwa pozostałe przymiotniki w tej pełnej przygany litanii.

Jest to dziecinne w duchu słynnej Andersenowskiej baśni, czyli pozbawione konformizmu, prostolinijne i nacechowane ostrością widzenia. Chyba wszyscy znacie „Nowe szaty cesarza” – kto wie? – może nawet mały Igorek słuchał tego przed zaśnięciem w swoim pokoju pełnym nocnych strachów.

…Dawno, dawno temu był nagi cesarz i głupiutkie dzieci, które jako jedyne mówiły prawdę... Co począć, dzieci tak mają, ale – parafrazując przedmówcę – „szybko się z tego wyrasta”.
Cóż. „Czasem wyrasta się dłużej”.

Pęd do filmu

Pęd.

Niestety nie da się powiedzieć, że tylko mi się wydaje, iż jest to iloczyn masy i prędkości. Oczywiście suma nie przejdzie, bo pęd jest sprawdzalny i nie jest sprawą wyczucia czy gustu.

W samej fizyce pęd ma wiele „odczytów” (znaczeń) – pęd uogólniony (hamiltonowski), relatywistyczny – a od „szczegółowości” nastawienia zależy czy prosta definicja całkiem wystarczy, czy nie. Fizykowi (bo wie więcej i ma szerszy poziom odniesienia) taki „odczyt” raczej nie wystarczy, lecz jeden fizyk powie, że „ale …”, a drugi, przewróci oczyma („O Matko Boska!”) i powie, że „nigdy”. Nawet taka rzecz jak pęd (czy też jego „odczyt”), co wydaje się trochę dziwne, podlega ocenom i może wzbudzić kontrowersje.

Film.

Nigdy nie podejrzewałem, że film jest „sprawdzalny”, tzn., że można wykonać jakieś doświadczenie, w którym potwierdzi się, że film jest taki, czy siaki. Wydawało mi się, że znacznie (nieskończenie) bardziej niż pęd jest sprawą wyczucia czy gustu. Oraz – co nie wydaje się dziwne – że podlega ocenom i różnym „odczytom”, zapewne bardziej uprawnionym niż w przypadku pędu a w wyniku tych ocen można mieć do filmu większy czy mniejszy „pęd”. Oczywiście może to wzbudzać kontrowersje, szczególnie u tych, którzy mają szerszy poziom odniesienia, ale …

Andersen.

Sam, niepotrzebnie, zacząłem, więc sam sobie jestem winien. Pouczanie jest jakąś formą bezkompromisowości, której – o dziwo – jakoś nie lubimy i budzi w nas odruch walki (zobligowany jestem stać na straży honoru i dobrego imienia mojej żony), co raczej utrudnia porozumienie i życie w dowolnej społeczności (nawet w parze).

Bezkompromisowość w ogóle utrudnia życie, przez co trudno mi ją chwalić „generalnie”, w szczególności bezkompromisowość wypowiedzi. „Spieprzaj dziadu” ma pewnie taką samą treść jak wiele innych – „Niech Pan da spokój”, „Dość już tego” itp. ale przyjęcie, że to faktycznie bezkompromisowość (a nie np. tylko brak wychowania) jest raczej słabe.

Podobnie z bezkompromisowością wypowiedzi w sztuce. Sugerujesz, że widzisz ją wyraźniej (niż np. ja) i Ciebie przekonuje. OK., to ważnie, może najważniejsze, że widzisz w tym „głos duszy artysty” a nie coś innego (kaprys, modę, trend), ale, przynajmniej mnie, trzeba jeszcze uzasadnienia. Zgodności formy z treścią. Jeśli wypowiada się aż tak brutalnie, to co, aż tak ważnego autor miał na myśli?

Że PRL był be?

Był. I co z tego?
Bardzo zgrabnie, zestawiając z „Młynem”, wytłumaczyłeś nam, że w zasadzie oba filmy są „kawa-na-ławowe”. I ponieważ jeden jest „odbiciem męki Jezusa na krzyżu” a drugi „męki PRL” to nie widzisz nic sprzecznego w użytych w tym celu środkach. Ja widzę.

W ogóle ma dla mnie znaczenie, jakimi środkami ktoś do mnie przemawia i niektóre podobają mi się mniej. Jest taki film – moim zdaniem też o „męce PRL” – „Śmierć i dziewczyna” Polańskiego. W tej adaptacji powieści argentyńskiego pisarza Ariela Dorfmana, który o PRL pewnie nawet nie wiedział, ale w końcu „męka PRL” niczym nie różni się od każdej innej męki totalitaryzmu – też jest domek i troje aktorów i, tak mniemam, poruszono w nim wystarczająco wiele problemów. Totalitaryzm, walka o niepodległość, kat i ofiara, dobrzy wygrywają, ale źli wcale nie przegrywają, gruba kreska czy też nie. Nic nie brakuje.

Jak dla mnie „Śmierć i dziewczyna” jest wystarczająco metaforyczny i nie mniej wkłada palec do „tego bolącego, polskiego zęba”, w odróżnieniu zaś od Smarzowskiego nie jest groteskowy i nie epatuje grozą z ekranu a zwodzi raczej grozą „pozaekranową”, na mnie działającą znacznie silniej. Powiem szczerze, że prędzej w filmie Polańskiego widzę, że „ten nasz stary, kochany PRL był niczym innym, tylko zboczeniem, zbrodnią i wynaturzeniem” niż w „Domu złym”. Do takich filmów mam większy pęd.

Ostatni raz.

Nie bądź niewdzięcznikiem i pisz częściej, bo piszesz zgrabnie i błyskotliwie. Byle nie za często, bo polemika z Tobą – pewnie uwznioślająca – zajmuje sporo czasu, który (zdecydowanie) powinienem przeznaczać na coś innego.

RN

Widziałam "Różę"

Obejrzałam „Różę”. Zgadzam się z opisem filmu, który przedstawiła Monika, tylko, że to co dla mojej koleżanki jest minusem filmu ja oceniam na „tak”. To się wpisuje w naszą dyskusję o filmie „Dom zły” i układa w spójną całość. Widzimy to samo, a różnimy się w odbiorze i interpretacji. Z czego to wynika? Na wrażliwość i sposób odczuwania, nie tylko zresztą sztuki, ma wpływ wiele czynników, począwszy od cech charakterologicznych widza. Jak wynika ze statystyki, chociaż grupa rozpatrywana jest mało reprezentatywna, wiek (i to wszystko co złego i dobrego niesie ze sobą przebywanie dłużej na tym najlepszym ze światów) oglądającego ma znaczenie. Nie wykluczam również, że „fachowcy” oraz widzowie doświadczeni, z setkami przeoglądanych godzin, mają bardziej wyrafinowany gust - chociaż tego moja skromna statystycznie grupa już nie potwierdza. Czy zresztą ma jakikolwiek sens zastanawianie się nad tym? Tak jak bioróżnorodność ma podstawowe znaczenie dla ewolucji, zasada ochrony różnorodności kulturowej ma służyć ochronie kultur poszczególnych narodów i mniejszości, co w konsekwencji służy ochronie kultury wysokiej (w czasach dominacji kultury masowej), przyjmijmy, że różnorodność w systemach norm i wartości też czemuś pozytywnemu służy. Jesteśmy różni i to decyduje o naszej wzajemnej atrakcyjności. Fascynacja, zadziwienie innością, a przynajmniej jej poszanowanie, wpływa na kształtowanie się postaw tolerancyjnych. Nie dajmy się więc zglobalizować.

Więc teraz moje wrażenia po filmie
To bardzo prawdziwa i piękna (nie „płytka i banalna”) opowieść o powojennych losach niejednorodnej społeczności mazurskiej miejscowości na tle bardzo przejrzyście pokazanej, skomplikowanej historia pogranicza. W filmie udało się pokazać, w sposób bardzo psychologicznie prawdziwy, różnorodne postawy mieszaniny okaleczonych przez wojnę ludzi. To są właśnie ludzie z „krwi i kości”. Są dobrzy i źli i niejednoznaczni. W filmie jest nienawiść, strach, przemoc, okrucieństwo ale też wola życia, heroizm i miłość. Nie ma bohaterów pastiszowo przerysowanych, a są wystarczająco tragiczne, mocne. Myślę, że może bardziej przemawiać „cisza i pusty wzrok” aniżeli „intensywność i nadrealizm”.
Mogę się zgodzić, z Moniką, że film „Róża” to nie jest "przeżycie intensywne i brutalne", w porównaniu z „Domem złym”. Sceny okrutne, pokazujące upodlenie ludzkiej godności, przemoc, na tle niezwykle smutnej scenerii powojennych zniszczeń, są pokazane w sposób wystarczająco sugestywny, a nie są wulgarne. Film, mimo niewesołego kontekstu, jest nastrojowy (co pewnie w opisie Moniki oznacza „nudny”) i wzruszający.
Wielkim atutem filmu są aktorzy: Agata Kulesza (niby nieefektowna, a o ujmującym pięknie), Marcin Dorociński, Kinga Preis (to co, że milcząca - taka duża, a bezwolna, bezradna, uzależniona - prawdziwa), Jacek Braciak (mała pluskwa, największa, podstępna szuja), Marian Dziędziel, Eryk Lubos.
Jak po filmie „W ciemności” tak i po filmie „Róża” widzowie mojego seansu jeszcze długo po zakończonej projekcji, w zupełnej ciszy i bezruchu, pozostali w fotelach. – to też zapisuję na „plus” dla filmu.

Film ważny, o uniwersalnym przesłaniu, poruszający, wstrząsający ale też piękny i mądry. Taki „light’owy” Wojtek Smarzowski bardzo mi odpowiada.