Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

I moja !

Film

Moneyball.jpgHowl.jpgAdele Blanc-Sec.jpgBardzo chętnie przyłączam się do propozycji Moniki, ale żeby całkiem zamieszać:

  • sklasyfikowałem filmy alfabetycznie, bo nie tylko nie znam się na filmie, ale nawet gwiazdek nie umiem porządnie rozdawać;
  • wybrałem filmy, które zwróciły mą uwagę – z jakiegokolwiek powodu – niekoniecznie „wielogwiazdkowego”, więc lista arcydzieł to nie jest.

Nie starałem się jakoś specjalnie, żeby były to inne filmy, niż Moniki, ale widocznie przez marność ubiegłorocznej oferty, z braku zdecydowanych asów i poszukując jakiegoś innego klucza (uwzględniłem filmy wydane na DVD, nie tylko kinowe) … faktycznie wyszło inaczej.

  • Czarny Łabędź. Coś mi się wydaje, że wszyscy – najdziwniejsze, że studentki filmoznawstwa też – zapomnieli o tym filmie. A premiera była w styczniu 2011. Pisałem już, że zrobił na mnie wrażenie i z upływem czasu nie zmieniłem zdania.
  • Do szpiku kości. W przeciwieństwie do Moniki jakoś nie widzę w tym filmie negatywnego przesłania. To, moim zdaniem, apoteoza krzątactwa i biernego oporu – co mi się „filozoficznie” nawet podoba – a ten amerykański „dom zły”, wcale nie był aż taki zły (jak myślałem). Film mnie zaskoczył na plus, bo spodziewałem się czegoś nadmiernie drastycznego (a tak nie jest) oraz na minus, bo spodziewałem się czegoś głębszego (a tak też nie jest). Prosta, „chłodna” historia, za to Jennifer Lawrence – w roli głównej – naprawdę świetna. Jest w niej jakaś tajemnicza charyzma, która porusza nawet wujka narkomana i koszmarne panie z sąsiedztwa … w końcu też.
  • Jak zostać królem. Upieram się, że film był dobry, co szczególnie widać na tle ubiegłorocznej, bardzo słabej konkurencji.
  • Jaskinia zapomnianych snów. Straszny jestem „pies” na filmy popularno – naukowe. Do szału doprowadzają mnie pseudo-naukowe bełkoty typu „Discovery” czy „National Geographic” pełne w kółko powtarzanych frazesów, dlatego natychmiast zwrócił mą uwagę film Wernera Herzoga o jaskini Chauvet’a. Jaskini, którą – ze wszystkich słynnych jaskiń – odkryto najpóźniej (1994) i która zawiera najstarsze malowidła naskalne w historii a do tego aż 2 razy starsze, niż jakiekolwiek inne (co nieco podważa piękne teorie o ewolucji homo sapiens). Polecam wersję 3D, w której efekt przestrzenny pomoże nieco „przyćmić” przesadnie metafizyczną, nudnawą narrację samego autora. Wolałbym coś lepszego, ale mam to, co mam.
  • Headhunters. To – sam się dziwię – doskonały norweski kryminał i to wcale nie w typowym, śniętym skandynawskim stylu. Wyjątkowy dupek, niezbyt uczciwie zarabiający pieniądze yuppie, wpada zupełnie przypadkiem w samo centrum jakiejś koszmarnej międzynarodowej afery, której nie rozumie i która przerasta go pod każdym względem. Świetna relacja z pościgu zawodowych morderców za przerażonym, niebieskookim urzędnikiem, który z każdą chwilą zyskuje na sympatii a pod koniec nawet ściskamy kciuki … żeby się mu (jednak) jakoś udało. Mocne, szybkie kino z zaskakującą intrygą.
  • Howl. Rewelacyjny, zaskakująco wciągający (mnie wciągnął) biograficzny film o poezji a dokładnie o Allenie Ginsbergu i jego pierwszym, inkryminowanym tomiku poezji „Howl”. Dziwne, ale wiersze recytowane przez autora (w tej roli świetny James Franco) na spotkaniach w szarych od dymu kawiarniach, jakoś nie nudzą a sceny z sądu, gdzie odbywa się rozprawa nad zbiorem „Howl” – choć typowe w amerykańskim kinie – rzeczywiście zawierają kilka „mądrości” na temat tego, co to jest literatura, dlaczego i po co.
  • Młyn i krzyż. Już pisaliśmy, artystyczne kino o sztuce. Chyba nie przypominam sobie filmu z tak dobrymi, pieczołowicie wypracowanymi zdjęciami.
  • Moneyball. W ubiegłym roku brylował Brad Pitt. Monika twierdzi, że w „Drzewie życia” a ja – że w „Moneyball”. Cóż może być gorszego od biograficznego filmu o słynnym menadżerze Baseball’owym? Okazuje się, że z Brad’em i jego tajemniczym uśmieszkiem (boskiego Cygana z „Przekrętu”) – wszystko może być niezłe. Nawet tanie („jak z chińskich ciasteczek”) aforyzmy jakoś nie nużą a mocny kontrast pomiędzy bezczelną pewnością siebie na zewnątrz i wibrującym przerażeniem głównego bohatera w środku nie drażni. No i jest element technologiczny – Billy Bean postawił na … komputery. Z pewnością nie jest to arcydzieło, ale tylko dla samego Brada Pitta (jest tak dobry, że nawet "Gwiaździsty sztandar" mnie nie wpienił) warto film obejrzeć.
  • The Extraordinary Adventures of Adele Blanc-Sec. Mam chyba jeszcze trochę czasu, ale zaczynam już być w wieku, kiedy trzeba się interesować kinem dla dzieci i młodzieży. Ile razy mogę puszczać wnuczkom „Dzieci z Bullerbyn”? Tak więc staram się być na bieżąco i o ile Luc Besson raczej mnie nie zaskoczył i bardzo uczciwie wydał $30mln na cudowny Paryż z początku XX w. w filmie przygodowym (kto mu dał na to pieniądze !!!), to „żywa” Louise Bourgoin, w roli kobiecego Indiany Jones’a – jak najbardziej. Panowie (tzn. dziadkowie) z pewnością zakochają się w pięknej i eleganckiej pani archeolog a chłopcy oczywiście … w pterodaktylach. Natomiast babcie i dziewczynki z pewnością obezwładnią niesamowite stroje a szczególnie … kapelusze Adele. Niemożliwe, żeby się nie podobało.
  • The Ledge. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś mógłby mi podać sensowny powód, dla którego należałoby (racjonalnie!) skoczyć z dachu. Nawet, jeśli byłaby to Liv Tyler. Trochę naiwne, przesadnie antyklerykalne, ale … czekałem czy skoczy – nie przeczę.