Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Jesteś Bogiem [2012]*****

Film | Recenzje

Jestes_bogiem.jpg Podejrzewam, że niewielu z was miałoby ochotę wybrać się do kina na film o jakiejś grupie raperów ze Śląska. Pomimo tego, że film miał wiele dobrych recenzji, a ja spędziłam młodzieńcze lata w Katowicach i, co więcej, nawet słuchałam Kalibra 44, też podchodziłam do tego filmu z pewną rezerwą. Jednakże i tym razem Leszek Dawid, reżyser filmu „Jesteś Bogiem”, mnie nie zawiódł (pisałam już o jego filmie „Ki” na początku roku). Najgorsze jest jednak to, że niezwykle trudno wytłumaczyć, na czym polega niesamowita siła oddziaływania tego filmu. Mnie w każdym razie napełnił on głębokim smutkiem i muszę przyznać, że wychodząc z kina byłam po prostu wstrząśnięta, co mnie, filmoznawcy z długoletnim stażem, zdarza się naprawdę rzadko. Tym bardziej więc cenię „Jesteś Bogiem”. Nie jest to oczywiście film lekki, łatwy i przyjemny – raczej jest on jak przysłowiowa otwarta rana, w którą ktoś wkłada palec lub ząb, w którym wiercimy bez znieczulenia. Jednocześnie jednak ta „nieprzyjemność” ma w sobie coś bardzo poruszającego, w pozytywnym sensie. I jest to coś o wiele więcej niż tylko rozckliwianie się na temat, jak kto gdzieś tam, jacyś biedni ludzie mają źle, czego już próbował Robert Gliński w filmie „Cześć Tereska!” i Krzysztof Krauze w „Placu zbawiciela”. Dla mnie w tamtych filmach nagromadzenie nieszczęścia i biedy było tak daleko idące, że po 30 minutach po prostu się wyłączałam i bohaterowie stawali mi się całkiem obojętni. W „Jesteś Bogiem” sprawa jednak wygląd inaczej, bo z pozoru jest to banalna historia o trzech chłopakach z blokowiska, którzy coś tam sobie rapują. I niby nic się nie dzieje, jakieś tam szkoły kończą, jakąś tam pracę mają. Główny bohater ma nawet dziecko i żonę (w tej kolejności niestety). Jednak w tej z pozoru banalnej historii, którą właściwie moglibyśmy uznać za w ogóle nas niedotyczącą, kryje się coś więcej. Powoli z tego zwykłego niby świata wyłazi jakaś beznadzieja, jakiś dojmujący smutek i poczucie pustki. Z pewnością w głównej mierze te wszystkie uczucia dotyczą przede wszystkim głównego bohatera, ale stopniowo przelewają się też na widzów – i zaczynasz myśleć, że gdzieś tam ludzie wciąż w takim syfie żyją, że ty też wychowałeś się na takim blokowisku i to mogło właściwie spotkać również ciebie. I jakkolwiek trudno to wytłumaczyć na papierze – nie ma w tym wszystkim żadnego banału.
Coraz to powracają w prasie i mediach dyskusje na temat kina narodowego, które zazwyczaj ogranicza się do jakichś marnych historycznych epopei w stylu „Bitwy warszawskiej 1920” czy „Wałęsy”, którego kręci nasz narodowo-filmowy wieszcz Andrzej Pajda. A najwięcej polskości jest właśnie w tych smutnych bohaterach, w tych szarych blokowiskach z „Jesteś Bogiem”. Taka też jest niestety nasza ukochana Polska – o czym oczywiście wolelibyśmy nie wiedzieć, my fajnopolacy - uśmiechnięci, czytający Newsweeka. Dla mnie najbardziej przejmującym momentem (którego chyba nikt poza mną w filmie nie zauważył) była scena, gdy goście składają nowożeńcom przed kościołem życzenia i mama panny młodej mówi: „Pamiętajcie kochani – marzenia to nie zawsze to samo co szczęście”.
Na koniec, żeby całą kwestię uwierzytelnić odwołam się nie do współczesności, a do klasyków, bo jak błyskotliwie zauważył Marcin, „Jesteś Bogiem” ma konstrukcję pozytywistycznej noweli, mówiącej o tym, że nawet jeśli ktoś posiada talent, to jeszcze nie zanczy, że uda mu się wyrwać ze swojego środowiska. Jest więc w tym filmie coś z archetypicznej opowieści o wybitnej jednostce zgnębionej przez rzeczywistość. Wiadomo, nie wszyscy lubimy te historie, ale jednak „Antek”, czy „Janko muzykant” są lekturami szkolnymi, co może oznaczać, że kryje się nich jednak jakiś uniwersalny sens.

Dzieki za recenzję

Do kina nie chodzę zbyt często ale chętnie czytam różnego rodzaju recenzje i wyrabiam sobie zdanie. Potem klasyfikuję sobie filmy na przykład na takie, które chciałabym zobaczyć, takie, które na pewno nie są dla mnie. Z okazji premiery filmu „Jesteś Bogiem” w gazetach pojawiło się wiele bardzo pochlebnych opinii o filmie, a także chłopcy z grupy „Paktofonika” sympatycznie odebrali dzieło opowiadające o ich życiu.
W czasach gdy zespół powstał, miał rzesze fanów i stał się rzecznikiem młodego pokolenia, a potem legendą, należałam już do seniorów. Chociaż hip-hop nigdy nie był moją muzyką i o tej grupie nawet nie słyszałam, to film znalazł się w grupie: „ciekawy, warto go chyba zobaczyć”.
Historia oparta na prawdziwych zdarzeniach (lubię kino realistyczne) opowiedziana w filmie, o trzech młodych chłopcach ze Śląska, którzy próbują przebić się swoją muzyką i tym co mają do powiedzenia, przez dżunglę wytwórni, wielki świat, z dramatem Magica w tle, to moje klimaty. Strona muzyczna filmu też mnie zaciekawiła. Zaintrygowała mnie dopiero co poznana historia zespołu, zaskoczyła informacja, że ich albumy rozeszły się w gigantycznych nakładach i chcę ich posłuchać.
Miejsce akcji to dla mnie łakomy kąsek, bo lubię oglądać śląskie krajobrazy, szczególnie dobrze mi znanych Bogucic, oczami innych, a tutaj operatora filmu.

Swoją recenzją zachęciłaś mnie jeszcze bardziej. Dziękuję. Nie wspomniałaś o obsadzie filmu, którą w wielu recenzjach uznano za najbardziej udaną na przełomie ostatniej dekady, a grę trzech głównych bohaterów jeden z krytyków nazwał popisem na najwyższym poziomie.

Nie wypada mi polemizować, bo przecież filmu nie widziałam, ale tematyka poruszona w filmie, chociaż osadzona w czasie i przestrzeni, wydaje się ogólnoludzka, uniwersalna. W tym kontekście odwoływanie się do kina narodowego i polskości bohaterów wydaje mi się zbyt patetyczne. Tak jak pozytywizm (nawiązując do porównania filmu przez Marcina do pozytywistycznej noweli) nie został zainicjowany w Polsce, tak „Janek muzykant” to nie tylko sprawa polska.

Ciekawi mnie ten moment filmu, który uznałaś za przejmujący. Co jest takiego w życzeniach „Pamiętajcie kochani – marzenia to nie zawsze to samo co szczęście”.
Marzenia to coś czego nie ma, czego chcemy, za czym tęsknimy, co wydaje nam się nadzwyczajne i godne pożądania. Gonimy za nimi i dążymy do ich zrealizowania. Gdy się spełniają, przestają być marzeniami, stają się rzeczywistością. Czasami nazwiemy to szczęściem ale często jesteśmy rozczarowani. Dlaczego? Marzenia są tylko nasze, nie są związane z nikim i niczym. Nie mają żadnych ograniczeń w czasie i przestrzeni. A szczęście jest uwarunkowane. Zależy od tego gdzie jesteśmy, ludzi których mamy wokół siebie, od nastroju. Jest realnością. Może jest sens w tym, że marzenia to nie to samo co szczęście. Bo spełnienie marzenia, nawet to satysfakcjonujące, mobilizuje nas do kolejnego odrywania się od ziemi. Bo marzyć trzeba. Jak śpiewają Skaldowie „nie płaczmy, bo nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go”.

Jestem Bogiem – Jestem sam.

No, no.
Uśmiecham się, kiedy to piszę, bo – przyznaję, skruszony – od dawna mam ten film (w wersji …to jest wielka tajemnica) ale … nie za bardzo chciało mi się ten film oglądać. Bowiem w przeciwieństwie do Bożenki nie jestem fanem familoków a i hip-hop mnie nie frapuje.

Cóż, pomyliłem się – przyznaję, skruszony – to najlepszy polski film, jaki od dawna widziałem. Oczywiście nie wypada mi, skoro znawcy nie wiedzą, próbować odpowiedzieć na pytanie „ … na czym polega niesamowita siła oddziaływania tego filmu.”, ale i tak spróbuję. Na jego skromności. Nie tylko opowiadana historia jest prosta, sposób opowiadania też jest niewyszukany. Może przez odejście od sztuczek i chwytów film wydaje się aż tak boleśnie prawdziwy? No i najważniejsze – autorzy nie epatują ani syfem ani tragizmem (a mogliby), nawet scena samobójstwa jest jak z Breughla („Upadek Ikara”), dramatyczna gdzieś poza kadrem (ojciec zamykający okno w pustym pokoju syna – po prostu genialne).

To pewnie różnica pokoleniowa, ale ja nie powiedziałbym, że „… z tego zwykłego niby świata wyłazi jakaś beznadzieja, jakiś dojmujący smutek i poczucie pustki”. Dodałby (co najmniej), że z tego zwykłego świata wyłazi przede wszystkim uporczywa SAMOTNOŚĆ. No ale …

Pewnie nie rozumiem hip-hopu, ale zawsze wydawało mi się, że to muzyka introwertyczna. Muzyka samotnych, wycofanych i zamkniętych dla … im podobnych. Co więcej oni sami (wykonawcy i publiczność) dorobili do tego pewną filozofię. Całkowite odrzucenie jakichkolwiek przejawów komercjalizmu, gwiazdorstwa, ujednolicenie i uproszczenie w warstwie muzycznej (monotonne sample do zrobienia na byle jakim komputerze) i wokalnej (takież mamrotanie) na rzecz TEKSTÓW. No i zabójczą zasadę niewyrywania się ze swego środowiska. To nie może działać, nawet jeśli się jest Jankiem muzykantem, szczególnie wtedy, kiedy jest się tym Jankiem.

„Jestem Bogiem” to genialny film o samotności i o ludziach, którzy z jednej strony tej samotności potrzebują, ale z drugiej ... ona ich prześladuje. Ciekawe, że ci sami chłopcy, którzy pisali całkiem niezłe teksty, używając „trudnych” słów (przepraszam, ale naprawdę się zdziwiłem!), nigdy nie użyli tych słów w rozmowie. Z ojcem, dziewczyną czy kolegami. Jakby je mieli tylko dla siebie. Jakby gotowi byli się „otworzyć” tylko na płycie czy koncercie, dla kogoś anonimowego a tak na co dzień, dla kogoś określonego – nigdy w życiu. Jest filmie scena, w której Piotr „Magik” wyciągając dysk z komputera mówi apatycznie – „To wszystko co mam”. Smutne. Jestem Bogiem – Nikomu nie ufam – Jestem sam.

RN