Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

13-04 Bieszczady 2013

Turystyka

Wiem, że wszyscy czekają na sprawozdanie z Cisnej, ale na razie publikuję same zdjęcia (Jurka, Romka i Bożenki). Tylko tyle mogę zrobić.

Bieszczady 2013

Natomiast Bożenka napisała, że ...

W tym roku Rajd Po Błocie znowu w Bieszczadach, ale w nowym miejscu. „Przystanek w Cisnej” zarekomendowali nam znajomi Tomka, którzy spędzili tam wakacje letnie. Byli zachwyceni, a nas oczarowały zdjęcia zamieszczone na stronie internetowej i cała strona, wróżąca fantastyczną atmosferę. Miejsce okazało się urokliwe i nawet pochmurna pogoda (wiadomo, w słońcu wszystko lepiej wygląda) nie zepsuła tego wrażenia. Domek drewniany, pięknie położony. Wewnątrz ze smakiem urządzony i bardzo wygodnie. Przede wszystkim cały był dla nas (maksymalnie było nas 20 osób), więc nikt nam i my nikomu nie przeszkadzaliśmy. Każda grupa rodzinna miała swój pokój, każdy z wystrojem, tworzącym indywidualną atmosferę i łazienkę. W piwnicy znajdowała się jadalnia i przytulna świetlica. Mieliśmy więc gdzie spędzać wspólnie czas. Przy kominku, z winem i nalewkami w ręce, toczyliśmy ożywione dyskusje, a młodzież dodatkowo rozgrywała mecze w bilard.

Wyjazd był nietypowy w zakresie kulinarnym. Czy ktoś sobie wyobraża Wielkanoc bez tradycyjnych potraw, a szynki w szczególności? A nam się to właśnie przydarzyło. Gospodarze „Przystanku ...” stosują kuchnię wegetariańską i nie obchodzą świąt. Byliśmy uprzedzeni o tym fakcie, a z przekazów naszych informatorów wiedzieliśmy, że jedzenie jest smaczne i urozmaicone. „Odpoczniemy sobie od mięsa, wędlin, pasztetów, w Wielkanoc!” – nawet nas to trochę bawiło. Szczęśliwie nie mieliśmy do czynienia z najbardziej radykalną dietą i produkty nabiałowe oraz jajka były podawane, ryby już nie. Jedzenie było rzeczywiście bardzo dobre (najlepszy dowód, że potajemnie przywiezione kabanosy nie cieszyły się specjalnym wzięciem), ale mieliśmy wrażenie, że potraw na półmiskach było trochę za mało. Szczególnie zmęczeni uczestnicy wycieczek górskich, z przerażeniem patrzeli jak dania znikają. Chyba tę niedogodność trzeba położyć na karb choroby pani gospodyni. Pani Kasia zaniemogła dość poważnie i nie pojawiła się przez cały nasz pobyt (tylko grupa Norberta, która pojawiła się dzień wcześniej, miała okazję ją poznać). Gospodarz musiał sobie radzić sam. Przygotowywał posiłki, posiłkując się przepisami z karteczek, które przygotowywała mu żona. Można go więc podziwiać, bo jedzenie było pyszne, a wyczucie ilości, na tak dużą grupę, to naprawdę wyższa szkoła jazdy.

Andrzej – gospodarz miał pewną przywarę, znacznie poważniejszą niż niedoszacowanie jedzenia. Chociaż „gwiazdorzenie” nie jest w naszej grupie czymś niespotykanym, to popisywanie się i mitomańskie odzywki gospodarza działały na nas jak płachta na byka. Reakcje z naszej strony były natychmiastowe i po każdym zdaniu pana domu podała cięta riposta, która zbijała pana Andrzeja z pantałyku. Trochę obawiałam się czy „nie przeginamy”, ale chyba nie. Nasz niewiarygodny dowcip i inteligencja (i kto tutaj jest pyszałkiem i samochwałą) zostały docenione. Pani Kasia zadzwoniła do Ojca Dyrektora następnego dnia po naszym powrocie do Gliwic. Dziękowała, nie mogła się nachwalić naszej grupy. Dowiedzieliśmy się, że jesteśmy na pierwszym miejscu ich "top listy gości".

Pogodowo, zważywszy globalne ocieplenie, które chwilowo przeszło w epokę lodowcową, nie było najgorzej. W górach leżało jeszcze dużo śniegu ale nowy nie dopadał, a dzięki wypożyczonym rakietom śnieżnym, wycieczki górskie odbywały się codziennie. Opis tras zostawiam fachowcom.

Po wyjeździe młodzieży i Jurka (grupy o wysokich wymaganiach sportowych) Andrzej zorganizował wycieczkę „lajtową”. Była pomyślana dla „słabosilnych”. Wybrałam się, bo dwu, trzygodzinny spacer, nie specjalnie stromą drogą, to miało być coś „na moje kolano”. Droga okazała się totalnym lodowiskiem (skutek gwałtownego obniżenia się temperatury z plus 10 w nocy, do minusowej nad ranem). Byłam przerażona, mimo raczków na butach czułam się bardzo niestabilnie, a zagrożenie utratą równowagi paraliżowało. Oczywiście „bombki były”. Gdzieś w połowie drogi (metrażowo, bo czasowo zrobiliśmy już swoje – tempo żółwie) zobaczyliśmy na drodze z przeciwka światła. Przemiły pan kierowca mikrobusu, który miał nas odebrać na końcu trasy, zobaczywszy jak wygląda droga, tak się o nas wystraszył, że zdecydował się podjechać nam naprzeciw (po żywym lodzie, bez łańcuchów, ryzykują, że gdy zarzuci go w śniegową bandę, zostanie tam aż do wiosny). Powiedzieć, że nic w życiu nas tak nie ucieszyło jak te dwa reflektory, byłoby przesadą, ale byliśmy przeszczęśliwi. Pana kierowcę za ten bohaterski czyn tak polubiliśmy, że postanowiliśmy w przyszłym roku spędzić Wielkanoc w jego pensjonacie.

Bożena