Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Gra, czy buczy?

Muzyka

Ustalenie co mi się podoba, to dość skomplikowana sprawa. Kiedyś, jeszcze w dobie magnetofonów taśmowych (pamiętacie takie cudo jak ZK-240?) muzyka docierała do nas inaczej niż dziś. Bardziej WYOBRAŻALIŚMY sobie niż SŁYSZELIŚMY to, co grają. Piliśmy nad ranem w akademiku słuchając Doors'ów czy Ten Years After - mono, z trzeszczącego magnetofonu i ... byliśmy happy. Na koncertach było może nieco, ale tylko trochę, lepiej. Dziś z kolei BRZMIENIE, JAKOŚĆ NAGRANIA - przynajmniej dla niektórych - mają dodatkowe, niemałe znaczenie a to ma z kolei wpływ na odbiór muzyki.

Ja słucham muzyki głównie przy komputerze i głównie przez słuchawki. Tak się tym słuchaniem "zdemoralizowałem", że wszystko inne wydaje mi się jakieś płaskie, niepełne. Najgorsza zaś rzecz, to to, że prawie każda płyta nagrana gdzieś >1990 roku jest brzmieniowo O NIEBO lepsza niż najlepsza stara płyta.

Dam konkretny przykład. Jak wiadomo Miles Davis nagrał 2 płytowy album "Bitches Brew" - płytę pod każdym względem wyjątkową - gdzieś ok. 1967-1969 roku. Był to pierwszy album, z pierwszą artystyczną okładką, pierwszym elektrycznym jazzem i pierwszym, prawdziwie koneserskim dźwiękiem. CUDO. Szybko przeszła do klasyki, historii jazzu i do dziś (prawie 40 lat!) jest jednym z popularniejszych, wciąż kupowanych albumów jazzowych.
Niemniej, jeśli po to tym świetnym skądinąd albumie, puścicie dziś np. "Music" Madonny (z 2000 roku) - doznacie olśnienia. Dźwiękowego. "Music" warto porównać np. z "Like a Prayer" tej samej Madonny (z 1989). Tylko 10 lat a dwa RÓŻNE ŚWIATY. Dźwiękowe.
Naprawdę nie wiem na czym to polega, w końcu na CD są zapisane tylko kHz, ale nie potrafię się powstrzymać i choć Madonny specjalnie nie lubię, puszczam czasem "American pie" - bo to tak cholernie dobrze brzmi!

Inny przykład. Cztery Pory Roku Vivaldiego - w wykonaniu Nigel'a Kennedy'ego (najsłynniejsza, historyczna już dziś interpretacja z 1987 roku) - oraz w wykonaniu naszego Kulki z kwartetem Prima Vista z płyty (seria SACD 24 Karat Gold) z 1999 roku. O ile Madonna miała na płycie "Music" do dyspozycji całą cyfrową, elektroniczną maszynerię, instrumenty, filtry, przetworniki, generatory itp. - dźwięk jest bajeczny i doskonały ale każdy słyszy, że mocno przetworzony - to Kulka gra tylko na skrzypcach i towarzyszy mu tylko kwartet smyczkowy. W sumie pięć akustycznych, nieprzetwarzalnych instrumentów a jaka niesamowita scena! Wydaje się, że trudno dodać echo do skrzypiec by brzmiały naturalnie, jak je w ogóle można "uprzestrzennić"? Okazuje się można, zresztą tak się dzieje w rzeczywistości, kiedy te pięć instrumentów gra np. w kościele - to nie skrzypce grają "przestrzennie" a kościół! - w każdym razie realizatorom nagrania Kulki się to udało. Majstersztyk!

Ze współczesną realizacją dźwięku jest trochę tak, że wszystko jest możliwe. Mam taką płytę ze standardami jazzowymi, facet nazywa się Steve Tyler i - poza tym, że są to po prostu bardzo dobre, dowcipne i ciekawe interpretacje znanych do znudzenia kawałków - zauważyłem tam ciekawy trik. Instrumenty porozdzielane na kanały (bas w lewym, perkusja w prawym) to normalka ale fortepian porozdzielany na kanały (niskie dźwięki, lewa część klawiatury na lewo, wysokie na prawo) to już bajer! Czy on ma wymiar muzyczny? Pewnie nie ale ... jak miło tego posłuchać.

Dobra. Nagranie w studio z mikserami i całą tą elektroniką umożliwia zrealizowanie takich (i wielu innych) bajerów ale powiedzcie mi jak można to zrobić na koncercie? Można! Płyta Dżem'u z koncertu w Spodku w Katowicach (1992) jest takim przykładem. Kiedy jej pierwszy raz słuchałem, nie mogłem wyjść z podziwu. Nawet "Delicate Sound Of Thunder" Pink Floyd - z zespołu znanego z wybitnej dbałości o dźwięk - nie umywa się do Dżemu! Jak na tej płycie nieprawdopodobnie słychać katowicki "Spodek". Bomba. No... równie dobra jest może jedynie płyta koncertowa "One More Car, One More Rider" Claptona.

Specjalnie powybierałem przykłady do wykładu o moich muzycznych gustach - Miles Davis, Madonna, Vivaldi, standardy jazzowe, Dżem, Pink Floyd, Clapton - żeby Wam się zakodowało, że lubię bardzo różne rzeczy. Mam nadzieję, że mi się udało. I żeby Wam się nie zakodowało, że jestem jakimś popieprzonym audiofilem dodam, że mam kilka płyt Boba Dylana nie wyłączając "Times They Are A-Changin" z 1964 roku. Bez "sceny" i czegokolwiek rozdzielonego na kanały. Za to z "prawdziwą" muzyką do słuchania - nie na dyskotece czy na tańcach - ale nad ranem przy wódce.