Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Stanisław Lem i SF.

Kultura, różne | Recenzje

Stanislaw_Lem_Krakow_1997.jpgNa dobrą sprawę impulsem do napisania tego, obawiam się, nieco przydługiego postu, był … film. Dokładnie „Grawitacja” – obsypany nagrodami obraz Alfonso Cuaróna z 2013 roku – podobno z gatunku SF. Z gatunku, który w nazwie ma „science”, nie tylko „fiction”. Rozumiem, że nie istnieje jakaś precyzyjna definicja SF, ale mogę ją mieć dla własnych potrzeb a „Grawitacja” – kosztowny i bajeczny obraz katastrofy – tę moją definicję kaleczy.

Z Lemem, za sprawą biblioteki ojca, spotkałem się w zasadzie w dzieciństwie. Za wcześnie, ale szczęśliwie, bo dzięki temu ominęła mnie cała fala „naukowo-fantastycznej” szmiry, która na przełomie lat 60-tych i 70-tych zalewała półki księgarskie. Nie, żebym nie czytał, aż tak bystry nie byłem, ale wiedziałem (czułem), że to nie dla mnie. Nawet, jeśli nie potrafiłem wyrazić, „dlaczego”. Nawet, jeśli nie potrafiłem wyrazić „jak”, utrwalił się w mej głowie jakiś model, do dziś mi bliski kanon gatunku. Oczywiście wtedy nic jeszcze nie wiedziałem o Lemie (wtedy jeszcze nikt nie wiedział) i nie za bardzo rozumiałem, że to Lem był przyczyną, dla której wszystko (prawie wszystko, nie przesadzajmy) z gatunku SF się ode mnie „odbijało”.

Stanisław Lem jest najczęściej tłumaczonym polskim autorem pod względem liczby przekładów całych książek i jednym z najczęściej tłumaczonych pod względem liczby języków. Jego książki zostały przetłumaczone na 44 języki, w łącznym nakładzie ponad 30 milionów egzemplarzy, w liczbie wydań pojedynczych między 1350, a 1400. Ponad 7,5 milionów egzemplarzy jego książek sprzedano w Niemczech, 6 mln w Rosji, a ponad 5 mln w Polsce” [Wiki]. Miałem szczęście. Przypadkiem trafiłem na żyłę złota i jeszcze trochę mi się z niej udało złota wydobyć. Ale …

Jak już powiedziałem, z Lemem spotkałem się za wcześnie – żeby to docenić. Byłem młody, czytałem łapczywie, fascynowały mnie bardziej „historie”, niż niuanse. I choć ostatnia powieść Lema, którą przeczytałem („Katar’ [1976], potem wydał tylko „Fiasko”), była już nie z dzieciństwa a z młodości i zapewne potrafiłem ją odebrać dojrzalej, i tak „fantastyka naukowa” stała się bardziej sentymentalnym wspomnieniem młodości, jak Niemen czy „Breakout” niż czymś, czym „żyłem na bieżąco”. Oczywiście Lem, jako taki nie „zniknął” całkiem, choćby za sprawą wielu (mało udanych) adaptacji filmowych, czy esejów, które wciąż wydawał (Bomba megabitowa [1999]), ale … był już przeszłością.

Stanislaw_Lem_Solaris.jpgW zasadzie tak mogłoby zostać, ale za sprawą audiobooków, trochę z ciekawości … wróciłem do Lema. Tak mnie to uderzyło, że wróciłem nawet do dawno przeczytanych książek i opowiadań. Wprost nie mogę uwierzyć, nawet uwzględniając młodość, łapczywość czytania i lekceważenie niuansów, że tak „płytko” czytałem. Nic złego się nie stało, bo teraz, uśmiechając się, mogę rozsmakować się w nieprawdopodobnej wyobraźni Lema, jego specyficznej, pozbawionej patosu wizji człowieczeństwa, współwystępującej jednocześnie fascynacji i sceptycyzmowi, co do wiedzy i możliwości nauki.

  • „Eden” [1959] – wyrazisty, porażający szczegółami wizerunek obcej cywilizacji z elementami analizy społecznej. Choć niby wszystko jest inne, to jednak – np. totalitaryzm – takie samo.
  • „Solaris” [1961] – fascynująca, bodaj najbardziej oryginalna w całej literaturze SF wizja „obcego” i „kontaktu” z obcą cywilizacją. Najsłynniejsza, co mnie nie dziwi, najczęściej ekranizowana powieść Lema. Co mnie bardzo dziwi, bo jest to powieść zupełnie niefilmowa.
  • „Powrót z gwiazd” [1961] – intrygujący, anty-utopijny obraz społeczeństwa przyszłości. Niepokojący sugestią, że człowieczeństwo to wady, życie to trudności a szczęście to przezwyciężanie wad i pokonywanie trudności. Sama rozrywka i zabawa szczęścia – o dziwo – nie daje.
  • „Niezwyciężony” [1964] – pasjonująca interpretacja prawideł ewolucji i szokujący pomysł na jej realizację w zupełnie nieoczekiwanej postaci. „Niezwyciężony”, to filmowy samograj, najlepszy scenariusz na batalistyczną mega-produkcję, jaki znam. Zupełnie nie rozumiem, czemu nikt nawet nie spróbował.
  • Pilot Pirx (z „Opowieści o …” [1968]) – najsympatyczniejsza chyba postać antybohatera w SF a biorąc pod uwagę cały zbiór opowiadań, coś w rodzaju sagi o dojrzewaniu z niekonwencjonalnymi dociekaniami na temat sztucznej inteligencji, jej sensu (czy bezsensu) i nierozerwalnego, choć niezamierzonego, związku twórcy (człowieka) z wytworem (robotem). Wprost genialny materiał na, tak modny dziś, serial a były tylko adaptacje pojedynczych opowiadań.
  • „Katar” [1976] – frapująca i wciągająca, bo to powieść detektywistyczna, historia o roli przypadku w obrazie rzeczywistości. Znakomicie ilustrująca fakt, jak bardzo brakuje nam intuicji matematycznej (w szczególności statystycznej) a tym samym jak daleko odeszliśmy, jako społeczeństwo – w industrialnym rozwoju – od ewolucyjnych korzeni i atawizmów.

Ja „przerobiłem” Lema dwa razy – bez zrozumienia (co było zupełnie fajne) oraz ze zrozumieniem (co było może fajniejsze). Oczywiście sam zadaję sobie pytanie jak to możliwe, żeby książka z rakietami, miotaczami antyprotonów itp. w ogóle „nadawała się czytania”. U Lema to nie przeszkadza, bo rakiety i miotacze (to tylko symbol – u Lema ta fikcyjna „rzeczywistość” jest znacznie bogatsza i ciekawsza) są jedynie sztafażem „gatunkowym”, na którego tle i tak rozgrywają się ludzkie dramaty:

  • Różne systemy wartości – „Eden”. Czy przy pewnym poziomie różnic kulturowych można się porozumieć? W zasadzie nie można, jak widać na przykładzie arabów, cyganów i wielu innych. Owszem, można „asymilować”, „tolerować”, ale w porozumienie chyba już nikt dziś nie wierzy.
  • Miłość, utrata, pamięć – „Solaris”. Czy można zapomnieć o przeszłości? Nie. Można tylko zakamuflować wspomnienia. Kiedyś myślałem, że to taka poza rodem z komedii romantycznej, ale dziś już taki pewien nie jestem. Polecam „wygoolować” (np.) zwrot „jak zapomnieć o ukochanej osobie” – sami się zdziwicie liczbą przykładów.
  • Emigracja – „Powrót z gwiazd”. Czy możliwa jest asymilacja w zupełnie obcym kulturowo otoczeniu? Trudna, a dla wielu ludzi prawie niemożliwa. Znajdzie się wiele przykładów a sam Lem jest jednym z nich.
  • Ewolucja, SETI – „Niezwyciężony”. Czy ewolucja zawsze prowadzi do cywilizacji, do istot rozumnych? Nie, prowadzi do „organizmów” najlepiej dostosowanych. Może to być zupełnie nie to, czego się spodziewamy. Lem wymyślił i racjonalnie uzasadnił przykład „ekosystemu” tak różnego od naszych wyobrażeń (nadziei), że stawia on pod znakiem zapytania sens zajmowania się cywilizacjami pozaziemskimi w ogóle.
  • Rozum a intuicja – Pilot Pirx we wszystkich opowiadaniach. Czy wiedza i rozum są sposobem na wszystko? Oczywiście nie są. Korzystamy z wiedzy i niewątpliwie myślimy, ale na szczególnie trudne przypadki człowiek ma paletę „rozwiązań przybliżonych” – intuicję.
  • Uczeń czarnoksiężnika – Pilot Pirx w opowiadaniach „Rozprawa” czy „Ananke”. Czy można wychować tak, by uniknąć przekazywania własnych słabości i lęków? Niemożliwe, bo rzadko zdajemy sobie z nich sprawę.
  • Teorie spiskowe – „Katar”. Czy zawsze ktoś za tym stoi? Oczywiście nie zawsze, bo żyjemy w tak zaludnionych aglomeracjach i generujemy taką liczbę zdarzeń, że NA PEWNO ZDARZY SIĘ COŚ ZUPEŁNIE NIEPRAWDOPODOBNEGO za to całkiem przypadkowo.

Więcej nie piszę, bo nie mogę. Wiem, że dwa zdania o książce to bzdura, ale i tak nikt wszystkich zdań nie przeczyta a jeśli kogoś Lem zainteresuje, to sporo informacji znajdzie w Wikipedii.

Lem-oniada

"a jeśli kogoś Lem zainteresuje, to sporo informacji znajdzie w Wikipedii."
To chyba bardzo zła rekomendacja, w jaki sposób poznać i polubić twórczość Lema. Przeszedłem podobne etapy poznawania jego twórczości i nie mam cienia wątpliwości, że coś co nazwałeś sztafażem, ma również drugie dno. Zupełnie nie wyobrażam sobie, aby w okresie socrealizmu, którykolwiek z filozoficznych problemów nurtujacych Lema, mógł zaistnieć w oficjalnym obiegu literackim. Przemycanie tez, pytań, wniosków, ukrytych w otoczce powieści akcji s-f, było nie tylko sposobem dotarcia do szerokiego grona odbiorców, ale i kamuflażem przed cenzorskimi zapędami. Swoją drogą zaś, do całkiem podobnych środków wyrazu ucieka się jego rówieśnik Kurt Vonnegut. Generalnie zaś myślę, że do drugiego, filozoficznego dna rozważań Lema, w pełni świadomy sposób, dotrze niewielu czytelników. Wcale nie dlatego, że tak nisko oceniam zdolności poznawcze Kowalskich, tylko dlatego ze filozofia w wersji agnostycznej ma niewielu fanów. Lem zaś jest przede wszystkim wybitnym filozofem, a dzięki temu że obdarzonym wyjątkowym talentem literackim udało mu się swoje rozważania przemycić pod wiele "strzech". Z zupełnie innej beczki, za to dokładnie w inspirowanych poprzez Lema klimatach, znajomy napisał Tosię oraz udzielił mi pozwolenia na publikację nowelki Tosia, co niniejszym z przyjemnościa czynię.
ftp://ftp.cait.com.pl/upload/ulotki/TOSIA.rtf
Ponieważ w nowelce nie ma informacji o autorze, to gwoli uzupełnienia jest nim:
http://andrzejboruszewski.pl/
--
Krystian

Polubić Lema.

Masz oczywiście rację. Wikipedia, bo jest encyklopedią, nie służy do polubienia czegoś lub nie. Ja się zająłem (miałem taki zamiar) wywołaniem zainteresowania a w Wikipedii – jeśli się chce – znajdzie się sporo informacji o publikacjach Lema, opisów fabuł, ale i odnośników do portalu autora z recenzjami książek a nawet zabawnymi (bo Lem był inteligentnym prześmiewcą) autokomentarzami do jego dzieł. Od tego, do „poznania i polubienia” Lema jeszcze bardzo daleko, ale od czegoś można zacząć.

Sztafaż

Cóż. Chyba celnie zdiagnozowałeś, że był to Lema „sposób dotarcia” i „kamuflaż”, ale … każdy kij ma dwa końce. W młodości nie mogłem pojąć, że „osmalone dysze krążownika klasy D” czy „ledwo widoczne w świetle odległych mgławic” mogą kogoś odstręczać, ale dziś samego mnie (odrobinę) rażą. I przyznam się nawet, że trochę zazdroszczę tym „kimś”, bo to oznacza, że widzieli wcześniej niż ja płytkość tej dekoracji (byli dojrzalsi?), ale z drugiej strony, gdyby miało mi to utrudnić zaczytywanie się Lemem, byłaby szkoda.

Filozofia

Agnostyką to mi zaimponowałeś, ale i trochę zdołowałeś. Lem rzeczywiście był agnostykiem a ta filozofia ma faktycznie niewielu zwolenników (zbyt pesymistyczna?), ale jakby mnie ktoś zapytał, to odpowiedziałbym, że „agnostyk” – brzmi dumnie – to ja właśnie. Niestety, filozofowanie Lema mnie w ogóle nie wciągnęło. Jako ostatnią, trochę „na próbę” przeczytałem „Bombę megabitową” i zaraz pożałowałem. Była to, moim zdaniem, banalna próba skonstatowania, że bałagan (nadmiar informacji) jest gorszy od porządku (poukładanej informacji). A Lem przecież wiedział, że entropia rośnie, porządek nie jest naturalnym stanem rzeczy oraz, że bałagan Gutenberga (druk) BYŁ DUŻO LEPSZY od porządku benedyktyńskiego (manuskrypty).

Wynika z tego, że agnostykiem – choć brzmi dumnie – wcale nie jestem, jestem tylko zwykłym prostackim, jak mówi to mój zięć Marcin, „anarchistą sarmackim”. Szkoda?

RN

aj tam, aj tam

Filozofia, to taka metanauka. To takie oficjalne stanowisko filozofów. Chyba, dokładnie równoważne byłoby nazwanie jej paranauką, chociaż sądzę że wiekszość filozofów, na to miano, mogłaby się niesłusznie oburzyć. Ponieważ żadna nauka, nie może oceniać swojego dorobku w obrębie własnym (ponieważ obciążone byłoby to oczywistą ekwiwokacją)powstają rózne filozofie te dorobki oceniające. Oraz oczywiście systemy filozoficzne, zajmujące się również sprawami metafizycznymi, ale dla znacznego uproszczenia rozważań, może te jej dziedziny pominiemy. Nie pamiętam już źródła, ale w którejś książce Lem postawił tezę, że to co nauka z olbrzymim mozołem stara się w pocie czoła odkryć, filozofowie usiłują poznać "na skróty" i myślę że to trafnie jego samego działania charakteryzuje. W innym zaś wątku, usiłuję cię przekonać, że jedyną postawą jaką można obronić, aby nie zostać uznanym za szaleńca jest wątpienie. Więc nie mam cienia wątpliwości, po przeczytaniu wielu twoich deklaracji, że jesteś ateistycznym agnostykiem, przeszytym wiarą w humanitaryzm naszego gatunku zwierząt. Tutaj opinia o sarmackości, szlachetności przekonań, może być słuszna. Zresztą mam podobne przekonania, tylko mnie, zdaje się, że to nasze "człowieczeństwo" jest wyborem pragmatycznym bardziej niż duchowym, ale to spór o genezę o nie istotę przekonań. Ogólnie, cały nasz światopogląd to wyznanie wiary z jednym tylko i wyłącznie aksjomatem - musimy być pewni własnego istnienia. Niby, można by nawet w to wątpić, tylko w tym przypadku prowadzenie dalszych rozważań traci sens. Cała reszta, to zbiór hipotez, którym subiektywnie nadajemy różne poziomy ufności. W pewne rzeczy wierzymy bardziej w inne mniej. Ja bardziej w teorię ewolucji, ty bardziej w humanizm samych homoidów.