Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Najważniejsze europejskie płyty jazzowe w historii

Muzyka | Recenzje

Gorąca setka

Do tradycji radiowej Dwójki należy organizowanie plebiscytów na „najlepsze albumy jazzowe…”, a wyniki tych plebiscytów ogłasza się w nocy 30 kwietnia, pod koniec Międzynarodowego Dnia Jazzu. Tym razem było to „20 najlepszych europejskich albumów jazzowych” a plebiscyt polegał na wybraniu (za pomocą SMS) jednego ze 100 albumów zaproponowanych przez redakcję.

Wyniki

Wygrała Skandynawia – zajmując 6 miejsc w dwudziestce: Jan Garbarek (1), (9), (20), Nils Petter Molvaer (2), Jan Johansson (4) i E.S.T (13) a biorąc pod uwagę, że na płycie Enrico Ravy gra szwedzka sekcja rytmiczna (Palle Danielsson i Jon Christensen), 30% wkładu w europejski jazz mają Skandynawowie. I oczywiście … Polacy, których – moim zdaniem słusznie – pominięto w plebiscycie. Bez tego handicapu połowa płyt byłaby z Polski (a był już plebiscyt na polskie płyty jazzowe) a tak trzeba było pomyśleć i było ciekawiej. Mnie się podobało a na podium znalazły się:

Poz. 1. Jan Garbarek, The Hilliard Ensemble - "Officium" (ECM, 1994).

01. Jan Garbarek, The Hilliard Ensemble - Officium.jpgPan Romek ma z tą płytą poważny problem.

Album został nagrany w klasztorze św. Gerolda w austriackich Alpach, dzięki czemu (to pomysł Manfreda Eichera, producenta) ma on niezwykłe brzmienie, ewidentnie eksponujące „naturalną” akustykę.

Na płycie spotkały się dwa, mocno odległe (nie tylko czasowo) światy muzyczne. Wykonywane utwory to XIV i XV wieczne seraficzne chorały i motety śpiewane a cappella a Garbarek uzupełnia je XX-wiecznymi improwizacjami na saksofonie.

Officium to typowy – jakby powiedział Tomek – „koncept album”, który trudno porównać do jakichkolwiek innych muzycznych projektów. Muzycy z jednej strony nawiązują do średniowiecznej religijnej ekstazy, z drugiej zaś proponują swobodę jazzowej improwizacji tak umiejętnie, że odnosi się wrażenie tajemniczej, niezwykłej harmonii. Wszystko „gra i buczy” wprost bajecznie, na czym więc polega problem?

Pan Romek podejrzewa, że to jest „hardly ever jazz” a odbiorców Officium jest tyle samo wśród fanów jazzu jak i muzyki klasycznej. To – oczywiście – nie jest wada, ale na najlepszym europejskim albumie jazzowym w historii raczej nie powinna dominować „religijna ekstaza” a dominuje. Poza tym średniowieczny chorał jest po prostu nudny. Przyznam się teraz do strasznej wprost rzeczy. Jeszcze NIGDY (a próbowałem wielokrotnie) nie udało mi się tego albumu wysłuchać w całości. Nie mam wątpliwości, że aby „posmakować” Officium potrzebuję chłodnego, mrocznego wnętrza średniowiecznej katedry. Jestem wieśniakiem?

Personel:

  • Jan Garbarek - saksofon sopranowy i tenorowy
  • The Hilliard Ensemble – kwartet wokalny w składzie: David James, kontratenor. Rogers Covey-Crump, tenor. John Potter, tenor. Gordon Jones, baryton

Poz. 2. Nils Petter Molvaer - "Khmer" (ECM, 1997).

02. Nils Petter Molvaer - Khmer.jpg„Khmer” to świetny, elektryczny jazz. Nieomal romantyczną trąbkę, uzupełniają na płycie zdecydowanie „mocne” bębny i ostre (czasami) przestery elektrycznych gitar.

Nie przepadam jakoś specjalnie za „elektro” czy tym bardziej „samplami”, ale przyznaję, że „Khmer” jest w tej klasie na niezwykle wysokim poziomie i wyjątkowo dobrze się tego słucha. Może dlatego, że elektroniczna nowoczesność jeszcze nie przesłania jazzowości. Wciąż dominują instrumenty oraz improwizacje a elektronika służy głównie do budowania nastrojów. Bardzo udana równowaga.

Mam słabość do bębnów a Rune Arnesen tak przypomina mi mojego ulubionego Gingera Bakera, że nie mogę się nie zachwycać. Rewelacja, tym bardziej, że płyty nie znałem.

Personel:

  • Eivind Aarset – E-Bow, Guitar, Talk Box.
  • Rune Arnesen – Drums.
  • Roger Ludvigsen – Dulcimer, Guitar, Percussion.
  • Morten Molster – Guitar.
  • Nils Petter Molvær – Bass, Guitar, Percussion, Sampling, Trumpet, Composer.

Poz. 3. Mahavishnu Orchestra - "The Inner Mounting Flame" (Columbia, 1971).

03. Mahavishnu Orchestra - The Inner Mounting Flame.jpgAlbum jest błyskotliwym ucieleśnieniem ekstatycznego charakteru jazz-rocka (fusion). Mimo, że o dźwięku decydują „słabo” jazzowe instrumenty: gitara Johna McLaughlina i skrzypce Jerryego Goodmana, brzmi to bardzo, wprost niezwykle jazzowo. Gitara w jazzie – za często – lubi być obciachowa, ale nie w przypadku McLauglina! Był on wtedy w szczytowej formie i z taką feerią skojarzeń i diabolicznych wprost improwizacji trudno się spotkać.

Napisałem „improwizacji” a nie „solówek”, bo mocno rozpoznawalną cechą „The Inner Mounting Flame” jest gra zespołowa (nazwa grupy!). Nie tylko niezwykłe bogactwo pomysłów, ale właśnie misterne zaaranżowanie ich „orkiestrowo”, czynią album tak wyjątkowym. Jakaś bardzo łatwa muzyka to nie jest, za to „The Inner Mounting Flame” nigdy się nie nudzi.

Samo tylko słuchanie albumu niezwykle wciąga i podnieca. Trudno uwierzyć, że nagrano te dźwięki ponad 40 lat temu i nawet nie próbuję sobie wyobrażać, co by było na koncercie „Mahavishnu” w (np.) Bugsy. Szał i ekstaza?

Personel:

  • John McLaughlin – gitara.
  • Jan Hammer – instrumenty klawiszowe, syntezator Mooga.
  • Jerry Goodman – skrzypce.
  • Rick Laird – gitara basowa.
  • Billy Cobham – instrumenty perkusyjne.

Uwagi

Domyślałem się, że Garbarek będzie królem plebiscytu, ale pierwsze miejsce dla „Officium” jednak mnie zaskoczyło. Niestety – moim zdaniem – słuchacze dali się zwieść „religijnej ekstazie”.

Pierwsze miejsce – zdecydowanie – dałbym płycie „The Inner Mounting Flame”. To jest jazz nie tylko na najwyższym poziomie, ale też „jazzy”, czyli bardziej hałaśliwy niż kojący (choć też bywa), bardziej anarchiczny niż wypieszczony (choć też bywa) i bardziej żywiołowy niż wyrozumowany (choć też bywa). Ale ….

McLoughlin jest Anglikiem (urodzonym w Doncaster) lecz jest przede wszystkim wychowankiem Milesa Davisa (gał na płytach: „In a Silent Way” oraz legendarnej „Bitches Brew”) i w tym sensie „europejskość” jego muzyki stawia się często pod znakiem zapytania. Co ciekawe droga artystyczna kolejnych młodych „od Milesa” – Amerykanina Waynea Shortera i Austriaka Joe Zawinula – przebiegła całkiem podobnie, bowiem byli oni założycielami „Weather Report”, najsłynniejszej chyba grupy jazz-rockowej w historii jazzu. To nie jest przypadek, bo wszystkich, „popchnął” na tę ścieżkę, nie czarujmy się, Miles Davis.

I co? Czy wynika z tego, że nie ma jazzu „europejskiego”? Pewnie nie, ale wszystkie takie podziały są nieco sztuczne a ich sens widzę tylko raczej w zabawie. A jeśli zabawa w „europejski jazz”, to – moim zdaniem – mógłby wygrać „Khmer” Molvaer’a. Wciąż bardzo jazzowy, przy tym nowatorski i zadziwiająco oryginalny.


Poz. 4. Jan Johansson - "Jazz Pa Svenska" (Megafon, 1964).

04. Jan Johansson - Jazz Pa Svenska.jpgSympatyczne, bardzo szwedzkie (czyli niby jest to radosne, ale tak jakoś z rozmysłem) inspiracje folklorem.

Minimalistyczne transkrypcje na fortepian i kontrabas, są zarówno niebanalne jak i bardzo kulturalne, ale brakuje mi w tej muzyce odrobinę więcej życia. Z pewnością „ludowy materiał” na to pozwalał, ale – tylko się domyślam – sposobem, jaki Pan Johansson znalazł na przeniesienie motywów z muzyki (bardzo) popularnej do „wyższej”, było ich „ucywilizowanie”. Dziś pewnie robi się to inaczej, ale 50-siąt lat temu?

Wyszło bardzo ładnie, nie tylko jazzowo, ale i bardzo oryginalnie oraz prawdziwie „europejsko”. Sam bym tej płyty pewnie nie zauważył (lubię „czad”?), ale jak już mi ją zasugerowano – przyznaję, że jest to na wskroś genialne. W całej okazałości pokazuje siłę jazzowej interpretacji i pokazuje jak może powstać „coś” z „niczego”.

Wiem, to jest historia, ale ze zdziwieniem stwierdzam, że „Jazz pa Svenska” to całkiem wciągający, pełen wdzięku, przytulny jazz „z Myszką”.

Poz. 5. Dave Holland - "Conference of Birds" (ECM, 1973).

Jest to niezły, awangardowy jazz, ale – jak dla mnie – nieco zbyt nieposkromiony. Mam płyty Davida Hollanda, ale ta akurat nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej.

Poz. 6. Peter Brötzmann Octet - "Machine Gun" (Bro, 1968).

Z określenia „nieco zbyt nieposkromione” w odniesieniu do płyty Davida Hollanda muzycy z „Machine Gun” uśmialiby się do łez. Peter Brötzmann jest bowiem czołowym, legendarnym już muzykiem free jazzowym.

W ogóle ciekawe, że free jazz od samego początku rozwijał się w Europie całkiem nieźle. A jeszcze ciekawsze, że było to głownie w Niemczech, kraju mocno przywiązanym do muzyki a w tym do muzyki zdecydowanie melodycznej.

Poz. 7. Duśko Gojković - "Swinging Macedonia" (Philips, 1966).

Całkiem niezły, stary „nowoczesny” jazz, taki kojarzący mi się z Ptaszynem Wróblewskim, choć Gojković jest trębaczem a nie saksofonistą.

Płyta jest nie do zdobycia i oceniam ją tylko po „próbkach”, ale słyszałem najnowsze nagrania Gokovića (bo wciąż nagrywa) i śmiem sądzić, że okres twórczej „świetności” ma już dość dawno za sobą. Napisałem „świetności” w cudzysłowie, bo akurat ta płyta (i jej położenie na liście) raczej zaskakuje. Ale może jestem nieobiektywny.

Poz. 8. Enrico Rava - "The Pilgrim And The Stars" (ECM, 1975).

08. Enrico Rava - The Pilgrim And The Stars.jpgO! To jest muzyka tygrysów. Trębacz Enrico Rava to ikona (czy też legenda) europejskiego jazzu i choć mam kilka jego płyt, „Pielgrzyma” akurat nie znałem.

Dzięki plebiscytowi odkryłem więc nietrywialny jazz – co lubię – nieomal „klasyczny”, w którym brzmienie typowego trio wzbogaca szczególnie miłe dla ucha (mojego – Bill Frisell) „plimkanie” Johna Abercrombie na gitarze.

Bardzo mi się podoba, że bez ataków i nadmiernych, bo jakieś jednak są, nawałnic dźwięków udało się muzykom nagrać aż tak dobry i w gruncie rzeczy niekonwencjonalny album. Profesjonalizm i umiarkowanie?

Personel:

  • John Abercrombie – Guitar.
  • Jon Christensen – Drum.
  • Palle Danielsson – Bass, Double Bass.
  • Enrico Rava – Trumpet.

Poz. 9. Jan Garbarek, Bobo Stenson Quartet - "Witchi-Tai-To" (ECM, 1973).

09. Jan Garbarek, Bobo Stenson Quartet - Witchi-Tai-To.jpgTo świetny, typowy dla Garbarka album z kontrapunktycznym zestawieniem solisty z genialną sekcją rytmiczną. No i charakterystycznym „wznoszeniem” i „opadaniem”. Zaczyna się (nieomal) relaksująco, potem mocniej, rytmiczniej, głośniej, narastająco, jeszcze mocniej … i tak do uff, Matko Boska! … miłego zakończenia.

Mnie to bawi, bo przejawia się w tym pulsowaniu jakaś atawistyczna (?) potrzeba zmiany – jakby powiedział Krystian – przeciwdziałania „habituacji”. To nie jest jakaś wyjątkowa cecha interpretacji Garbarka, większość muzyków (oraz „muzyk” – np. „Orawa” Kilara) tak ma, ale Garbarek robi to przesympatycznie a 20-to minutowy, końcowy „Desireless” jest tego boskim przykładem. Sorry, nie powiem, z czym mi się kojarzy.

„Witchi-Tai-To” to fenomenalny album, moim zdaniem najlepszy album Jana Garbarka w całym zestawieniu. A tak „w ogóle”, to najlepszy jest jeszcze inny.

Personel:

  • Jan Garbarek – tenor saxophone, soprano saxophone.
  • Bobo Stenson – piano.
  • Palle Danielsson – bass.
  • Jon Christensen – drums.

Poz. 10. Agustí Fernández, Barry Guy, Ramón López - "Aurora" (Maya 2006).

10. Agustí Fernández, Barry Guy, Ramón López - Aurora.jpgNo! To ci dopiero odkrycie. Słyszałem rozmowę z liderem, pianistą Agusti Fernandezem w kontekście „europejskości” jazzu. Pochodzi on z Sardynii i bardzo ładnie mówił o ewidentnym oddziaływaniu muzyki żydowskiej i mauretańskiej na to, co zawsze, od dzieciństwa słyszał. I tak też dziś „mu gra”.

Dałbym się na ten wywiad nabrać, ale jestem nieufny, bezczelny i sprawdzam. „Some Other Place” [2010] oraz Solowa płyta Ferandeza „El Laberint de la memoria” [2011] są … bardziej eksperymentami niż przejawem wpływu czegoś na to, co i jak się wyraża. A jeśli już, to słyszę wpływ Antona Weberna, czyli austriackiej, przedwojennej szkoły dodekafonii. Niezbyt „słuchalne”.

Mam nadzieję, że „Aurora”, sprzed kilku lat, jest zupełnie inna, bo słyszałem tylko fragmenty i muszę powstrzymać się przed nadmiernym entuzjazmem. Natomiast to, co słyszałem było „mauretańską” wersją E.S.T., czyli minimalistycznego jazzowego trio z wiodącym fortepianem. Bardzo mi się podobało.

Personel:

  • Agustí Fernández – piano.

  • Barry Guy – double bass.

  • Ramón López – drums, percussion.


Poz. 11. Chris Barber's Jazz Band - "Chris Barber At The London Palladium" (Columbia, 1961).

Album jest nagraniem zespołu Dixielandowego sprzed lat, co jest nudnawe, ale przyznaję, że jakiś sens w tym jest. Nie ma człowieka, który nie zacznie podrygiwać na dźwięk „Sweet Georgia Brown” czy „The Entertainera”, ale uwaga, jeśli nawet dziś grają zespoły Dixie (a grają), to … charakteryzuje się daleko nowocześniejszą ekspresją i dystansem (do siebie), czyli poczuciem humoru. Dopasowaniem formy (interpretacja) do treści (wciąż chwytliwe niezłe kawałki sprzed wieku). Natomiast pozycja Barbera, choć może zasługuje na pamięć, na miejscu 11 w zestawieniu jest, łagodnie mówiąc … kontrowersyjna.

Poz. 12. Stéphane Grappelli/Django Reinhardt (Quintette du Hot Club de France) - nagrania z lat 1933-39 (różne wydania).

Dokładnie jak w przypadku (11). Jest to klasyka nudna i z trudnym do zniesienia archaicznym brzmieniem. Grappelli jest zresztą w porządku, to Django mnie „słabi” i, żeby jakoś uhonorować „starszego pana”, którego wkład w ujazzowienie Europy jest niewątpliwy, chyba można było wybrać coś innego.

Poz. 13. E.S.T. - "Viaticum" (ACT, 2005).

13. EST - Viaticum.jpgTrio E.S.T. z (nieżyjącym już) liderem Esbjörnem Svenssonem, to „skandynawski” wzorzec jazzu, doskonały i nienaruszalny jak wzorzec metra w Sèvres. Powiem tak. Kto wie, czy płyty E.S.T. nie są najczęściej słuchanymi przeze mnie płytami jazzowymi. To jest muzyka porywająca, jeśli w ogóle, tylko momentami, po szwedzku chłodna (czy stonowana), ale za to „kryształowo kulturalna”. Muzyka do wszystkiego – do pracy, do kontemplowania, do kawy a także do „nocnych Polaków rozmów”.

Osobiście mam największy sentyment do starego (młodzieńczego?) „From Gagarin's Point of View” z 1999 roku, przyznaję jednak, że „Viaticum”, choć może nie jest jakieś wyjątkowe w karierze E.S.T., niesie jednak wyjątkowy jak na Szwedów ładunek emocji. Spokojnie! Nic się nie dzieje. Nawet „List od Lewiatana” nie jest jakoś specjalnie diaboliczny, ale … ślady napięcia są.

Wiem, jestem świnia, bo podejrzewam, że kilka razy zdarzyło się na koncertach, że publiczność się chłopcom pospała i … musieli to trochę przemyśleć.

Personel:

  • Daniel Berglund – Bass.
  • Magnus Öström – Drums.
  • Esbjörn Svensson – Piano.

Poz. 14. The Thing - "Action Jazz" (Smalltown Superjazz, 2006).

„Action Jazz” to łomot, który mnie nie wciąga. Są być może łomoty wciągające, ale ten nie jest.

Poz. 15. Erik Truffaz - "The Walk Of The Giant Turtle" (Blue Note, 2003).

15. Erik Truffaz - The Walk Of The Giant Turtle.jpgLista zwycięzców plebiscytu była prezentowana, wiadomo, od końca i kiedy usłyszałem już piąty album „z energią” (a wiedziałem, że musi być jeszcze coś), trochę się przestraszyłem.

Erika Truffaza znałem tylko pobieżnie, z „nastrojowych” nagrań z serii „Erotic Lounge” i ten funkowy album bardzo mnie – pozytywnie – zaskoczył. Nadal są obecne wyraźnie rytmiczne „atmosfery”, ale – jak się postarać – znajdzie się też ostre, energetyczne kawałki, z takimi „gitarami”, że aż miło. Czyli? Truffaz, którego znałem nieco się „zaostrzył”, stawiając na intensywniejsze jazzowe improwizacje i wyszło bardzo ładnie. A sprawcami mego przerażenia byli Panowie prowadzący program, którzy wybrali najostrzejszy – niekoniecznie reprezentatywny – numer z całego albumu.

Po cichu powiem, że … mieli rację. Wszystkiego nie wiem, ale mam wrażenie, że Pan Erik idzie (czy też wraca) w stronę pitu-pitu a album „The Walk Of The Giant Turtle” był tzw. „One Hit Wonder”. Ale co tam, płyta jest niezła.

Personel:

  • Marc Erbetta – Drums.
  • Marcello Giuliani – Bass.
  • Patrick Muller – Fender, Piano.
  • Erik Truffaz – Trumpet.

Poz. 16. Keith Tippett - "Dedicated To You, But You Weren't Listenin" (Vertigo, 1971).

16. Keith Tippett - Dedicated To You, But You Weren\'t Listenin.jpgTo kolejna w zestawieniu formacja jazz-rockowa. Ostre improwizacje plus bardzo „band’owe” dźwięki instrumentów dętych dały wyjątkowo oryginalne brzmienie, całkiem nowatorskie jeszcze dziś, a jak pomyślę, kiedy to było, oj!

Tippetta nie znałem, ale w roku 1971 to nie był wcale odosobniony przypadek i bardzo, ale to bardzo przypomina mi on „Soft Machine”, dziś legendarną już grupę grającą progresywnego rocka, która była (chyba) prekursorem mariażu rocka i jazzu właśnie.

„Dedicated…” lekkie nie jest. Jest w tym jednak jakaś siła i bardzo to jazzowe. Polega bowiem na tworzeniu bardziej czy mniej bezceremonialnego hałasu na którego tle odbywa się spektakl improwizacji i to czasem (mówmy przeważnie) kilku na raz. Jeśli „było to dedykowane jakiejś Pani a ona nie chciała tego słuchać” – specjalnie mnie to nie dziwi.

Nie miała jednak racji. W tym szaleństwie jest jakaś metoda i – przynajmniej mnie – to wciąga. Nie wiem na pewno, ale podejrzewam, że gdyby dziś, np. w Bugsy ktoś tak zagrał, słuchacze mieliby wrażenie, że wprawdzie nie wszystko rozumieją, ale świadkami „ważnego spektaklu” są na pewno. A nie jest to częste odczucie, wiecie przecież. Sam nie za bardzo rozumiem, na czym polega magnetyzm Tippetta. Bo anarchia, ale okiełznana? Bo rozgardiasz jest tylko pozorny a wszystko ma jednak swój początek i koniec? Bo muzycy są nieźle zakręconymi, ale jednak profesjonalistami?

Sam się dziwię, ale jestem pod wrażeniem.

Personel:

  • Roy Babbington - Bass, Guitar.
  • Marc Charig – Cornet.
  • Elton Dean - Alto, Saxophone.
  • Nick Evans – Trombone.
  • Phil Howard, Bryan Spring, Robert Wyatt – Drums.
  • Keith Tippett – Keyboards, Piano, Piano (Electric).

Poz. 17. Joe Zawinul - "Zawinul" (Atlantic, 1970).

17. Joe Zawinul - Zawinul.jpgJoe Zawinul jest trzecim a drugim po McLaughlinie uczniem Milesa Davisa w zestawieniu. To, szczególnie w późniejszych latach działalności Zawinula, nie była moja ulubiona muzyka, ale … płyta „Zawinul” z 1970 jest zapowiedzią (zwiastunem) powstania grupy „Weather Report”, kanonicznego kwartetu muzyki „fusion”.

To trochę dziwne. Na płycie „Zawinul” gra podstawowy skład „Weather Report” – Shorter, Zawinul, Vitous. Pierwszą płytę „Weather Report” (1971) wydano tylko rok po „Zawinulu” (1970). Brzmienie jest nieomal identyczne. Wszystko prawie takie samo, ale to „prawie” robi wielką różnicę. „Zawinul” jest do odnotowania, OK., ale nie jest to jeszcze ten format.

Zresztą sama płyta „Weather Report” też jeszcze nie, bo ewolucja muzyków trwała długo. Dopiero po kilku latach a dokładnie po dokooptowaniu do składu basisty Jacko Pastoriusa miały miejsce (komercyjne) narodziny gwiazdy. To miłe, że i my – Europejczycy – w osobie Joe Zawinula braliśmy w tym udział.

Personel:

  • Walter Booker – Bass.
  • Joe Chambers – Percussion.
  • George Davis - Flute.
  • Jack DeJohnette - Melodica, Wind.
  • Herbie Hancock - Keyboards, Piano (Electric).
  • Billy Hart – Percussion.
  • Hubert Laws – Flute.
  • David Lee – Percussion.
  • Jimmy Owens - Trumpet.
  • Woody Shaw - Trumpet.
  • Wayne Shorter- Sax (Soprano), Saxophone.
  • Earl Turbinton - Sax (Soprano), Saxophone.
  • Miroslav Vitous - Bass.
  • Joe Zawinul - Keyboards, Piano (Electric).

Poz. 18. Romano, Sclavis, Texier, Le Querrec - "Carnet De Routes" (Label Bleu, 1995).

18. Romano, Sclavis, Texier, Le Querrec - Carnet De Routes.jpgWłaściwie nie wiem, dlaczego momentami ostre, momentami „swobodne” (specjalnie nie piszę „free”, bo tak nie jest) granie muzyków na płycie „Carnet De Routes”, już na pierwsze „ucho” wydało mi się tak ciekawe. Niby nic tu nie ma. Żadnych wyjątkowych instrumentów a nawet gorzej, bo klarnet lubi brzmieć kiczowato, żadnych powalających kompozycji, żadnych ekstrawagancji w rodzaju tam-tamów czy jakichś tajemniczych głosów lub klaskań w tle a jednak. Więc co?

No proszę Państwa, wszystko – dosłownie, także bębny i bas – na tej płycie „gra”, a lekko egzotyczna melodyka czy harmonia tylko ten efekt wzmacniają. Wszyscy muzycy bez wyjątku są po prostu niewiarygodnie sprawni. Wprost nie mogę uwierzyć jak można tak muzykować na basie czy bębnach. Są, nie przesadzam, takie fragmenty, w których mają głos tylko Romano i Texier a … niczego nie brakuje. Gdybym nie słyszał, to bym nie uwierzył.

Kto wie, czy nie będzie to najlepsza z płyt, które plebiscyt „pozwolił” mi odkryć? Trochę jeszcze poczekam i popodziwiam, ale porażony jestem już.

Personel:

  • Aldo Romano – Drums, Percussion.
  • Louis Sclavis – Clarinet, Sax (Soprano).
  • Henri Texier – Double Bass.

Poz. 19. Jacques Loussier - "Play Bach No. 1" (Decca, 1959).

19. Jacques Loussier - Play Bach No1.jpgPowiem nieładnie, że „jaki jest koń każdy widzi”. Tak jest i z Jacques Loussierem, który od kilkudziesięciu już lat trudni się masową produkcją płyt jazzowych z klasykami. Coś mi tu nie gra i nie może to być bez skazy.

Oczywiście mógł być ten pierwszy Bach (naliczyłem co najmniej 16 różnych Bachów Loussiera) jakiś specjalnie wyjątkowy, ale – szczerze? Nie był. Płyta nikogo nie zabije i nikomu nie zaszkodzi, ale można ją pomiąć.

Bach jest z jednej strony melodycznym samograjem z drugiej jednak zabójcą. Tak perfekcyjnym i skrupulatnie przemyślanym kompozycjom trudno coś „urwać” albo „dodać”, żeby wyszedł z tego jazz a nie jedynie przyjemne pitu-pitu.

Jeśli chodzi o mnie, gdyby jednak trzeba było Loussiera ma liście umieścić, wybrałbym chyba album „Plays Debussy”. Wprawdzie Debussy jazzu jeszcze nie słyszał, więc nic nie ułatwił, ale ulotna, „powietrzna” atmosfera jego utworów chyba bardziej nadaje się do improwizacji. Też jest to pitu pitu, ale (jakby) trochę mniej podejrzane.

Poz. 20. Jan Garbarek, Arild Andersen, Edward Vesala - "Triptykon" (ECM, 1973).

20a. Jan Garbarek Quartet - Afric Pepperbird.jpg20. Jan Garbarek, Arild Andersen, Edward Vesala - Triptykon.jpgMam kilkadziesiąt płyt Garbarka i konia z rzędem temu, kto mi powie, dlaczego akurat „Triptykon” jest jakoś szczególnie godny uwagi.

Niewiele mogę do tego dodać oprócz konkluzji, że coś jednak należało wybrać a przy (co najmniej) 10-ciu albumach wydanych przez Garbarka w latach 1970-1975 (miał chłop zdrowie), wybór łatwy nie był.

To jest płyta, z którą miałem chyba największy kłopot. Nie miałem najmniejszego zamiaru jej krytykować, ale chętnie zamieniłbym ją na - też niełatwą do słuchania - „Afric Pepperbird” z 1970 r., która ładnie obrazuje mocno awangardowe inklinacje Garbarka. No i „Triptykon” ma ... beznadziejną okładkę (sprawdźcie sami). To należy karać.

Podsumowanie

3 godzinna (od 22 do 0.30 po północy) zabawa w Dwójce była nie tylko świętem jazzu, ale po prostu fajną zabawą. W ramach przeciwdziałania „habituacji” wysłuchałem fragmentów kilkunastu ciekawych płyt a kilka nowych odkryłem „dla siebie”. Czy może być coś lepszego?

Poza tym jestem wprost zachwycony faktem, że – w ogóle – jacyś ludzie SMS’ują w sprawie (np.) płyty free-jazzowej Brötzmanna (niezależnie od tego czy mi się ona podoba) i osobiście znam nawet ludzi, którzy w plebiscycie głosowali. Czy może być coś lepszego?

Kod Leonarda

Jeśli płyta w artykule ma okładkę (14), to oznacza, ŻE JĄ POLECAM. Nawet wtedy, kiedy w gruncie rzeczy ją skrytykowałem (Loussier). Nawet wtedy, gdy niewiele o niej wiem (Fernández) a tylko domyślam się, że warto.