Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Finis vitae sed non amoris.

Kultura, różne

Solaris_Tarkowski2.jpgSolaris_Tarkowski1.jpgW trakcie „nocy jazzowej”, już po zakończeniu plebiscytu, odczułem niepochamowaną chęć wysłania SMS-ów do kilku znajomych obwieszczając zwycięstwo Szwedów. Jednych z nich był Krystian, bo wiem, że podobnie jak ja, jest fanem Garbarka. To był błąd, gdyż Krystian, nudząc się widocznie i samotnie spędzając wieczór przy szklaneczce whisky, oddzwonił i … zaczęła się dyskusja. Dlaczego to był błąd? Bo nie miałem whisky.

Rozmawialiśmy do rana (!) a jednym z wielu, dość typowym tematem naszej rozmowy była klasyczna antynomia „Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko” [Mickiewicz, Romantyczność]. Ba!

Szkiełko i oko

Nie sądzę, żebym miał osobowość jakoś szczególnie romantyczną, bowiem uważam, że jest bardzo wiele miejsc i momentów w życiu, w których „filozofowanie” na nic się nie przyda. Zgadzam się z Feynmanem, który na grzeczną uwagę (przywołuję z pamięci): „Wie Pan, nie za bardzo rozumiem tę całą fizykę kwantową, czy mógłby mi Pan to jakoś wyjaśnić”, odpowiedział ponoć – „Nie pieprz Pan, tylko policz”, ale … jest bardzo wiele miejsc i momentów w życiu, w których z kolei „liczenie” w ogóle nie działa.

Krystian, oczywiście, afirmuje „przenikliwość intelektualną”, ale niedawno przywołany przykład Alana Turinga takiego podejścia wcale nie broni. Tzn. – tak podejrzewam – „szkiełko i oko” dość łatwo ulegało, nadal ulega i zawsze będzie ulegać „czuciu i wierze”. Trzeba być czujnym.

  • O „deklaracji wiary” już mówiliśmy, ale jest też i druga strona medalu – szczepienia ochronne. Jakieś zupełnie irracjonalne przekonanie, że szczepienia przeciw odrze grożą (mogą grozić) dzieciom autyzmem powoduje, że – aż trudno w to uwierzyć – coraz więcej dzieci umiera na odrę. Koniec medycyny?
  • Zły dotyk. Ciągle czytam, naprawdę, że „przytulanie jest zdrowe”, lecz równocześnie ogarniająca nas histeria wokół pedofilii wkrótce spowoduje (o ile już tego nie spowodowała), że nikt, nigdy nie będzie dotykał żadnego dziecka. Koniec czułości?
  • Molestowanie. Gdybym dziś był młody, w życiu nie podszedłbym do żadnej dziewczyny na odległość mniejszą niż metr. No, chyba, że najpierw u notariusza zawarlibyśmy „porozumienie o macaniu w parku”. Obsesja molestowania i gwałcenia – tak twierdzi Marysia – nawet burdelu nie czyni wystarczająco bezpiecznym, tzn. nie uchroni przed ewentualnym procesem o gwałt. Koniec seksu?

Niekoniecznie aż tak drastycznych przykładów potrzeba, aby sceptycznie podchodzić do siły rozumu (intelektu) czy nauki (logiki). Można się śmiać, albo jak Krystian wierzyć, że „gdybyśmy logicznie pomyśleli…”, ale ja akurat w logikę aż tak nie wierzę. Wystarczy banalny przykład zgrabnej pupy, czy powalających jesiennych kolorów bukowego lasu, żeby wątpić w możliwość ścisłego (czy jakiegokolwiek) rozumowego opisu atrakcyjności, piękna, brzydoty, urody itp.

Daremne, nie śmieszne.

Tak, małymi krokami doszliśmy do „amoris”. W słynnym przemyśleniu Kelvina (Solaris):

(…) Zewnętrznie byłem spokojny, w skrytości nie uświadamiając sobie tego jasno, oczekiwałem czegoś. Czego? Jej powrotu? Jak mogłem? Każdy z nas wie, że jest istotą materialną, podległą prawom fizjologii i fizyki i że siła wszystkich razem wziętych naszych uczuć nie może walczyć z tymi prawami, może ich tylko nienawidzić. Odwieczna wiara zakochanych i poetów w potęgę miłości, która jest trwalsza niż śmierć, owo ścigające nas przez wieki finis vitae sed non amoris jest kłamstwem. Ale to kłamstwo jest tylko daremne, nie śmieszne.

(…) Ani przez chwilę nie wierzyłem, że ten płynny kolos, który wielu setkom ludzi zgotował w sobie śmierć, z którym od dziesiątków lat daremnie usiłowała nawiązać chociażby nić porozumienia cała moja rasa, że on, unoszący mnie bezwiednie jak ziarnko prochu, wzruszy się tragedią dwojga ludzi. Ale działania jego kierowały się ku jakiemuś celowi. Prawda, nawet tego nie byłem całkiem pewien. Odejść jednak, znaczyło przekreślić tę, może nikłą, może w wyobraźni tylko istniejącą szansę, którą ukrywała przyszłość. A więc lata wśród sprzętów, rzeczy, których dotykaliśmy wspólnie, w powietrzu pamiętającym jeszcze jej oddech? W imię czego? Nadziei na jej powrót? Nie miałem nadziei. Ale żyło we mnie oczekiwanie, ostatnia rzecz, jaka mi po niej została. Jakich spełnień, drwin, jakich mąk jeszcze się spodziewałem? Nie wiedziałem nic trwając w niewzruszonej wierze, że nie minął czas okrutnych cudów.

Chyba to „daremne, nie śmieszne” najbardziej mi się podoba. Przynajmniej mnie usprawiedliwia. Zresztą Kelvina też.

Z kolei w „Powrocie z gwiazd” astronauta Hal, powracający po 100 latach na Ziemię, zagubiony i niepotrafiący odnaleźć jakiegoś sensu w jej luksusowych i różowych realiach … desperacko szuka bliżej nieznanego sposobu ucieczki od rzeczywistości, od życia bez treści. Koledzy z wyprawy znaleźli już wyjście, kolejną bezsensowną ekspedycję w kosmos, ale Hal nagle i niespodziewania odnajduje ją (treść) w innej, najmniej spodziewanej postaci. Pięknej i delikatnej Eri.

(…) wszystkie te obrazy były i nie były zarazem sobą, jak czasem we śnie, były przypomnieniem i ominięciem tego, czego nie śmiałem poruszyć, bo przez cały czas usiłowałem znaleźć w sobie zgodę na to, z czym nie mogłem się pogodzić. Ale to było przedtem, właśnie jak sen. Teraz, trzeźwy i czujny, oczekujący dnia, w powietrzu aż srebrnym od szarości, wobec powolnego wyłaniania się surowych ścian górskich, żlebów, osypisk, które wynurzały się z nocy, jako milczące potwierdzenie realności powrotu, po raz pierwszy sam, ale nie obcy na Ziemi, już poddany jej i jej prawom, mogłem — bez buntu, bez żalu — myśleć o odlatujących po złote runo gwiazd…

Śniegi szczytu zapaliły się złotem i bielą, stał nad pełną liliowego cienia doliną potężny i bezwietrzny, a ja, nie zamykając oczu, pełnych łez łamiących jego światło, powstałem wolno i zacząłem schodzić po piargach na południe, gdzie był mój dom.

Ani „Solaris”, ani tym bardziej „Powrót z gwiazd” nie są romansami. Są w gruncie rzeczy rozważaniami na temat „porozumienia” (z innymi) oraz „szukania miejsca” (dla siebie). Sugerują dość wyraźnie spojrzenie autora na nasze ograniczenia „percepcji” i „rozumienia” oraz dylematy „istnienia”. W obu powieściach Lem bardzo sceptycznie ocenia możliwości naszego rozumu, efektów racjonalnego „zmagania się” ze światem i aż się boję powiedzieć, jaką sugeruje na to receptę. Miłość?

Czy naprawdę antidotum na niedostatki wyobraźni i rozwagi ma być „ucieczka w górę”, do metafizyki i pozorów? Przecież miłość to fantazja, fikcja, pic na wodę i jeśli się kogoś zapytam patrząc mu w oczy „czy wierzysz w miłość”, to z pewnością spojrzy na mnie – w najlepszym razie – z pobłażaniem. Ot, dziadek zwariował … i tyle.

Wiem, „poszedłem po bandzie”, ale za to – jak Kelvin – trwam sobie w niewzruszonej wierze i się uśmiecham.

ad vocem

Cały nasz światopogląd, to nic innego jak deklaracja wiary.
Czy bardziej szanujemy przesłanki mające poparcie w "racjonalnych", czy "mistycznych" uzasadnieniach to sprawa gustu, czyli inaczej tego co nam sprawia większą frajdę. Podejrzewam, że osoby obdarzone "boskim genem" wybiorą prawie zawsze sprawstwo któregoś z bytu z wymyślonych panteonów, a osoby upośledzone pod tym względem genetycznie poszukają zadośćuczynienia w zachwycie nad racjonalnością swoich przekonań (czyt. wierzeń). Podejrzewam jednak, że zdecydowana większość ludzi, jest przeżarta konformizmem, i ich światopoglądy to prawie imprintig autorytetów, vide doświadczenie Milgrama. Co do recept, to o ile, w miarę sensownie można zdiagnozować stan zakochania, to to, czym jest miłość, wie tylko autor takiej deklaracji :) Oczywiście nie należy mylić z minulost ;)

Jestem skołowany

Powiem szczerze, że jestem trochę skołowany. Post o miłości z Lemem w tle był – w swej naiwności sądziłem, że udaną – prowokacją, która, powinna wywołać całą lawinę komentarzy. Wydawało mi się, byłem pewien, że przynajmniej kobiety tego nie odpuszczą. Okazuje się jednak, że „baby są jakieś inne” i o miłości gadają chłopy. Czy to nie chore?

A Ty Krystianie, po prostu rzuciłeś mnie na kolana tym Nohavicą. Wiem, powiadają, że „jak trwoga to do Boga”, co nam, agnostykom, nie przystoi mówić, więc … zasłaniamy się poetami? Też wybieramy „… sprawstwo któregoś z bytu z wymyślonych panteonów”?

To nieprawda, że „… to, czym jest miłość, wie tylko autor takiej deklaracji”. Nikt tego nie wie, bo miłości nie ma. Przynajmniej w takim sensie, w którym można by w ogóle mówić o niej „jest tym a tym”. Miłość, jak wiele innych ludzkich emocji, tzw. „uczuć” – zdrada, lojalność itp. – to są, moim zdaniem, OBYCZAJE.

Odważnie postuluję, że miłość jest „formą zachowania powszechnie przyjętą w danej zbiorowości społecznej i popartą uznawaną w niej tradycją.[Wiki]”. A ponieważ „dana zbiorowość społeczna” nic nie oznacza – mogą to być np. rybacy z Krymu – to i z „obyczaju” wynika niewiele.

Tak właśnie – Ty – powinieneś stwierdzić, wcale nie ja.

RN

Do "Jestem skołowany"

„Powiem szczerze, że jestem trochę skołowany. Post o miłości z Lemem w tle był – w swej naiwności sądziłem, że udaną – prowokacją, która, powinna wywołać całą lawinę komentarzy. Wydawało mi się, byłem pewien, że przynajmniej kobiety tego nie odpuszczą. Okazuje się jednak, że „baby są jakieś inne” i o miłości gadają chłopy. Czy to nie chore?”

Tutaj poleciałeś po bandzie. W dobie równouprawnienia i gender? Przecież już wiemy, że to, jacy jesteśmy, jak się zachowujemy, co uznajemy za normę, co jest dla nas ważne, nie jest związane z różnicami pomiędzy płciami. A Ty z tymi stereotypami wyskakujesz. Kobiety czy „baby” ostatnio mają bardzo mało czasu i są bardziej zapracowane.

Znowu muszę powtórzyć, że każdy z nas jest inny, jedyny w swoim rodzaju. Mamy swoje cechy charakterologiczne (bez względu na to czy są wrodzone, czy ukształtowało je środowisko). Z tym bagażem, z tym wnętrzem każdy rusza w życie. W każdym z nas (wyłączając osobniki z niedziałającymi sprawnie wszystkimi ośrodkami mózgu lub bardziej potocznie „pozbawionych serca”) toczy się walka pomiędzy uczuciami, a rozumem czy intelektem. Co uzewnętrzniamy, co pokazujemy światu, to całkiem inna sprawa.

Opanowanie, powściągliwość - w kontekście Twojego listu to cechy tych nieromantycznych – mogą wynikać z nieśmiałości, niskiej samooceny. Na pocieszenie tej grupy donoszę, że naukowo stwierdzono, że nigdy nieśmiałość nie chodzi w parze z głupotą. To cecha ludzi bardzo wrażliwych (głupota charakteryzuje bezmyślnych i otępiałych).
Często jednak to, co bierzemy za nieśmiałość wynika z przesadnej ambicji i pychy. Osoby, którym wszystko musi się udawać, które niepowodzenie czy ośmieszenie odbierają jak dramat, uciekają od sytuacji, w których mogłyby się takie rzeczy zdarzyć. Czyli paradoksalnie z tej grupy „najmądrzejszych”, z grupy „..WW”, wywodzą się osobniki, które „boją się” – asekuracja- okazywania uczuć, deklaracji, są nieromantyczni.

Każdy w coś wierzy, każdy ulega uczuciom, a w każdym razie z nimi się zmaga, a podjęcie polemiki na ten temat, tylko to potwierdza – nie dyskutuje się o oczywistych oczywistościach. Nie zakamufluje tego nawet najbardziej intelektualna wypowiedź. Pewnie różna jest intensywność naszych doznań, różnimy się emocjonalnością, a przede wszystkim odwagą do ich uzewnętrznianie. Podsumowując osoby, które przyznają się do uleganiu uczuciom, które mówią o miłości, romantycy, to osobniki ponad miarę odważne. Więc powiodła się Twoja prowokacja, bo jak wynika powyższego dowiedziałeś się właśnie, że jesteś bohaterem.

Gender

Być może stwierdzenie, że „baby są jakieś inne” jakoś mnie obciąża, ale ja wcale tego tak nie traktuję. Gender interpretuję, jako politykę, działanie, strategię „mającą na celu” niż jakiś zbiór mądrości i w tym kontekście fraza „baby są jakieś inne” nie jest niczym oburzającym, tylko prawdą a gender powinien pozwolić (mi) to zrozumieć i polubić. I pozwala.

Czy jest to stereotyp? Oczywiście, że jest, ale co nie jest? Bardzo – jednak bez przesady – staram się być niestereotypowy, ale wszystkiego, niestety, nie ogarnę.

Miła Bożenko. Bardzo by mi się podobało „być bohaterem”, ale niestety … moje stosunki z kobietami zaburzone są „przesadną ambicją i pychą” i choć wiele nie użyłem pozorując nieśmiałość, przynajmniej nigdy nie naraziłem się na „niepowodzenie czy też ośmieszenie”. Do niedawna myślałem, w swej naiwności, że to dobrze, że to oznaka DELIKATNOŚCI, WRAŻLIWOŚCI a nawet ODPOWIEDZIALNOŚCI, ale gdzie tam.

Ostatnio dowiedziałem się, że są 3 zasadnicze modele męskości: gwałciciel, tatuś i macho. Żaden mi się nie podoba, ale co bym nie wymyślał i jak kombinował, jestem – kurczę – macho. Czyli mężczyzną, który w stosunkach damsko – męskich kieruje się własnym ego, które ponad miarę chroni („Ja? Taka piękna muszka?”). Bardzo bym chciał, żeby byli też mężczyźni delikatni, wrażliwi i rozumiejący (np. jak ja), ale … takich po prostu nie ma. Nie żartuję.

Więc jestem macho – to fakt, który jakoś przeżyłem (wyparłem?), ale Ty dobiłaś mnie swoją przenikliwością demaskując „przesadną ambicję i pychę”. Teraz już nie wiem, czy się po tym pozbieram, niemniej i tak Ci dziękuję, bo figura retoryczna, której użyłaś do schlastania mnie jak Święty Michał diabła, jest naprawdę olśniewająca.

Szanowny Panie kandydacie. Jest pan głupkiem i cieniasem o poglądach troglodyty z małej jaskini. (…) I jak wynika powyższego, dowiedział się Pan właśnie, że jest Pan moim bohaterem, będę na Pana głosował i – choćby nie wiem co – zmuszę do głosowania na Pana moją głupią żonę oraz jej beznadziejne dzieci”. Dla mnie bomba!

Uwaga! Mężczyźni typu macho – wyłącznie dla swoich egoistycznych, niegodziwych celów – często „…przyznają się do ulegania uczuciom, wiele mówią o miłości i stylizują się na romantyków”. To nie są bohaterowie, oj nie! Musisz być czujna!

RN