Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Emily Jane Brontë – „Wichrowe wzgórza” (1847) *****

Kultura, różne | Recenzje

wuthering-heights-family-tree.jpgwuthering-heights-house.jpgWiem, będzie bardzo śmiesznie „ocenić” XIX wieczną powieść zaliczaną do klasyki literatury anglojęzycznej, wielokrotnie ekranizowaną, ale skończyłem właśnie słuchanie „Wichrowych wzgórz” w interpretacji Anny Seniuk i … jestem pod wrażeniem.

Jak twierdzi MUZ Marcin „Wszystko, co napisano po 1960 roku jest bez sensu i nie warto tego czytać” a ja do tego dodam, że wszystko, co napisano przed 200 laty musi być banalne, wielokrotnie omówione, przeanalizowane i powtórzone w niezliczonych wariantach. Jest to trochę tak, jak ze starymi maszynami. Można się do nich odnieść, jak do starych, niepotrzebnych nikomu gratów, które dawno ulepszono czy zastąpiono doskonalszymi lub zauważyć w nich jakiś tajemniczy urok i odbicie atmosfery epoki, w której powstały.

Do napisania na temat „Wzgórz” skłonił mnie nie tyle ich tajemniczy urok ile Marysia, z którą o „Wzgórzach” rozmawiałem i które Marysia skwitowała – „Aha! Rodziewiczówna!”. Tak się z tą opinią nie zgadzam, że piszę, choć się trochę wstydzę.

„Wichrowe wzgórza” [Wuthering Heights] są jedyną powieścią wcześnie zmarłej Emily Brontë, ale „obecnie na popularności zyskuje teoria, że wszystkie książki, których autorstwo przypisuje się siostrom Brontë napisała Charlotte („Jane Eyre”, 1847 i inne [RN]), a Emily i Anne nie miały talentu literackiego i nie mogły być autorkami powieści stanowiących klasykę gatunku. Najstarsza siostra przypisując pozostałym autorstwo powieści, chciała zabezpieczyć je materialnie na wypadek śmierci ojca. Teoria tym bardziej prawdopodobna, że nie zachował się rękopis „Wichrowych Wzgórz” a ci, którzy go widzieli twierdzili zgodnie, że był pisany ręką Charlotte”. [Wiki]

Niezależnie od tego, kto ma na koncie „Wzgórza” jest to powieść napisana z niezwykłą pasją (nawet jak na dzisiejsze czasy), brutalna i kontrowersyjna (jak na czasy wiktoriańskie). Chyba najbardziej ujęło mnie mocno przekonywujące i wciągające przeciwstawienie chłodnych klimatów Yorkshire i jego ołowianego nieba z gorącymi, niepohamowanymi temperamentami mieszkańców wrzosowisk. Coś jakby połączenie mrocznego gotyku z hiszpańską (powiedzmy) żywiołowością. Przy czym – w przeciwieństwie do podobnie „gotyckiego” Byrona czy Wertera – romantyczne to wcale nie jest i nikt nie omdlewa. Rządzą uczucia, bezwzględność, chciwość i DĄŻENIE DO WŁADZY.

Ludzie pożądają bogactw, bo bogactwo daje im władzę zarówno nad rzeczami, jak i do pewnego stopnia – czasem znacznego – nad innymi ludźmi. Nawet seks może być tłumaczony w kategoriach władzy, czy to dlatego że, jak nam się zdaje, posiadamy ciało drugiego człowieka, a przez to człowieka samego, czy to, że posiadając je, wykluczamy innych z tego posiadania i przez to wykluczenie albo zubożenie innych dostępujemy satysfakcji władcy”. [Leszek Kołakowski – „Mini wykłady o maxi sprawach”].

Nie, wprost podziwiam, że młoda dama przed 200 laty nie tylko wyraźnie to zauważyła, ale także potrafiła zamknąć tę myśl w całkiem zgrabną historię. Nie nudną, nie rozwlekłą, nie ckliwą z wyraźnymi, mocnymi charakterami i dosadnym przesłaniem, że miłość to nic innego, tylko wojna. Walka o władzę, którą można wygrać, ale też i przegrać.

Więc choć porażki pierwszej smak | Z twych warg uleciał dawno już | A z mych pierwszego smak zwycięstwa”. [Jacques Brel].

Treści i szczegółów nie przytaczam, bo można je znaleźć w Wikipedii, lecz ciekawym zdradzę tylko, że – podobnie, jak u Jane Austen – to panie są pociągające, kapryśne, porywcze i bardziej zdeterminowane a panowie trochę zbyt dobrzy lub zbyt źli, stanowią dla nich … piękne tło.

Pewnie się starzeję i staję się sentymentalny, ale powieść nieomal „połknąłem” jak kryminał, stąd przekonanie, że coś w tym musi być. Wiem też, że pierwsze polskie wydanie powieści (1929) miało tytuł „Szatańska miłość”, zatem może się aż tak nie mylę? Normalnie klasyka mnie (raczej) męczy, ale „Wichrowe wzgórza” serdecznie polecam na jesienny sezon i tyle przynajmniej mogę obiecać, że „Aha! Rodziewiczówna!” to na pewno nie jest.

Na koniec wskazówka: starajmy się nie wyrabiać sobie zdania o powieści na podstawie jej ekranizacji. Widziałem 2 filmowe „Wichrowe wzgórza” i na ich podstawie do lektury przystąpiłem bardzo nieufnie. W ogóle zacząłem tylko dzięki temu, że nie miałem pomysłu, co czytać.

Załóżmy, że ludzie w XIX wieku byli zdecydowanie bardziej wybuchowi niż dziś. Łatwiej posuwali się do rękoczynów, litość występowała głównie w Biblii, małżeństwo służyło, jako „narzędzie do czegoś”, kobiety były „własnością” itp. To nieprawda. Może nam się to nie podoba, może się nawet tego (trochę) wstydzimy, ale dzisiaj jest tak samo. Postuluję, że Pani Brontë napisała prawdziwą i niepoprawną politycznie powieść o miłości a dziś nie mamy śmiałości (jak to możliwe?) jej tak zinterpretować. Ja się trochę dziwię.

Np. film z 1992 z pięknymi, bardzo nastrojowymi plenerami i gwiazdorską obsadą jest w swej kategorii (melodramat kostiumowy) zupełnie niezły. Piękny, ogorzały, długowłosy Ralf Fiennes w roli głównej jest faktycznie „do zakochania”, ale nie ma tej twardości i zapamiętałości w niszczeniu wszystkiego dookoła co książkowy Heatcliff. Jak biedny Ralf Fiennes może być bestią ze swym błękitnym wzrokiem zbitego spaniela? Natomiast Juliette Binoche w roli Cathy cóż, jest bardzo powabna i figlarna, lecz wcale nie aż taka dzika jak bohaterka oryginału. Jak biedna Juliette Binoche może się nieprzytomnie wściekać? Film oczywiście oglądać można, choć jest zbyt romantycznie, zmysłowo i melancholijnie żeby porównywanie filmu z książką miało jakiś sens.