Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Ian McEwan – „Słodka przynęta” ****

Kultura, różne | Recenzje

Slodka.Przyneta.cover.jpgPowiem szczerze, że jestem mocno zaskoczony tą książką – jasne, że pozytywnie, bo bym nie pisał – autora, który ma (ponoć) przydomek „Ian Makabra”. Gdybym to wcześniej wiedział, to bym nie czytał, bo ja się boję makabr i unikam ich jak ognia.

Okazało się jednak, że McEwan jest również autorem sztuki „Imitation Games” (BBC, 1980), która (przez Alana Turinga) ma związek ze scenariuszem filmu o takim samym tytule, o którym jakiś czas temu już pisałem. Jak widać od zawsze Pan McEwan miał inklinacje nie tylko do makabry, ale także do tematów hormonalnych, co teraz, jako starszy już nastolatek, dość mocno rozwinął. Widocznie pojął wreszcie, choć późno, na czym w końcu polega życie.

„Słodka przynęta” jest historią Sereny, młodej dziewczyny z prowincji, która dość dziwnym zbiegiem okoliczności zostaje agentką MI5, brytyjskiego kontrwywiadu. „Zbieg okoliczności” to mało powiedziane, bo dziewczyna – goniąc głównie za „emocjami”, czyli za chłopakami – podejmuje raz po raz dziwne decyzje, które, jak łatwo się domyślić, wcale nie pomagają jej w wymarzonym „ułożeniu sobie życia przy boku ukochanego mężczyzny”.

Wszystko przez hormony i przez to, że za dużo czyta. Zachłannie, ze zrozumieniem i wypiekami na twarzy. Na tyle, że świat ma mocno wymyślony a że jest z prowincji – mamusia niewolnica, tatuś pastor dyktator, nikt nie przytula i nie głaszcze po główce – wymyślony świat Sereny jest mocno odległy od tego rzeczywistego. Zderzenie musi być bolesne.

Serena kończy szkołę a ponieważ rodzice w ogóle nie chcą słyszeć o czymś takim, jak studia filologiczne, literatura (Wiersze? Naprawdę?), więc odpowiadając na „zapotrzebowanie”, decyduje się studiować „coś konkretnego”, czyli …. matematykę (?). Bo ta „nie sprawiała jej trudności”. Wprawdzie kończy studia na Oksfordzie, ale wcale nie jest z tego dumna, bo matematyka okazała się zupełnie czymś innym niż jej się wydawało w szkole a gorszych chłopaków, niż na matematyce już nie dało się znaleźć. W całym Królestwie Brytyjskim.

A jednak matematyka, w latach 70-tych zwracano jeszcze uwagę na wykształcenie (!) oraz – o dziwo – książki pomogły Serenie w karierze. Piękna i wykształcona panna została agentką od literatury a w zasadzie od literatów, co miało wiele dobrych stron. Dla Sereny – pisarz, ach, przecież musi być to świetny facet – i dla nas – Serena czyta teraz „zawodowo” i „zawodowo” poluje na panów …. a my razem z nią. "Czytamy" np. opowiadania, a jest ich kilka, które same w sobie są - nie przesadzam - doskonałe.

Powoli prosta historia przekształca się w nieco mniej prostą, historię w historii. „Wymyślone” delikatnie splata się z „rzeczywistym” a coraz mniej osób, zdarzeń i rzeczy jest takimi, na jakie wyglądają. Ponieważ sprytnie jest to wymyślone i świetnie się czyta, książka nieźle wciąga i choć krok po kroku zmierzamy z Sereną do niechybnej wpadki – ona się po prostu do tego nie nadaje – czytamy dalej i dalej i zastanawiamy się jedynie, na ile źle się to skończy. Bo źle skończyć się musi.

McEwan tak zaplątał losy biednej Sereny, że właściwie trochę było mi jej żal, kiedy w końcu zakochała się w swoim „obiekcie tajnego nadzoru”. Jak w książkach – zachłannie i z wypiekami na twarzy, ale oczywiście z myślą o „ułożeniu sobie życia przy boku ukochanego mężczyzny”. A wtedy ...

Tu miła niespodzianka, bo autor jakoś z tego wybrnął i choć nie mogę nic zdradzić, powiem tylko, że zakończenie jest boskie. Chciałem napisać „jak wisienka na torcie”, ale to nie oddaje jego charakteru. Wisienka jest w końcu widoczna i tylko „wzmaga pożądanie” a zakończenie „Słodkiej przynęty” jest wzorowe i bardzo, bardzo zaskakujące.

„Słodka przynęta” jest książką babską. Serena jest narratorką, więc to kobieta dzieli się z czytelnikiem głównie swoimi obawami i niewiarą w siebie, ale też wrażeniami dotyczącymi mężczyzn i seksu (z kobiecego punktu widzenia), niebanalnymi przemyśleniami na temat literatury (z kobiecego punktu widzenia) i – w końcu – jakimś intuicyjnym, może nieco naiwnym i krętym, ale upartym dążeniem do celu (po kobiecemu). Co więcej, dzieje się to wszystko na początku lat 70-tych i Serena (po kobiecemu) przemyca gdzieś w treści i dialogach nieprawdopodobną liczbę faktów oraz ciekawostek z tzw. „życia codziennego”. Aż miło było je konfrontować z dzisiejszymi realiami, warunkami życia, niepokojami i stresami.

Podobało mi się wiele takich oldschool’owych tematów, ale najbardziej ujęło mnie chyba wskakiwanie do łóżka … z książkami. Analizy (literackiej) oczywiście nie dokonywano w trakcie a przed … bo to „wzmagało pożądanie”! Ze wzruszeniem bym takie zabawy zalecał, ale dziś, to jedynie ciekawostka, bo wskakuje się do łóżka już raczej z „playstation” (na własne oczy widziałem) czy … no dobra, ze smartfonem (też widziałem).

Książka bardzo mi się spodobała, chyba szczególnie ze względu na ujmujący kobiecy kontrwywiad i frapujący punkt widzenia. Niestety książkę napisał mężczyzna i choćby nie wiem jak byłoby to „po kobiecemu” prawdziwe, jest – jednak – tylko historią w historii, czyli zapisem, jak mężczyzna wyobraża sobie damską rzeczywistość. I może właśnie dlatego, że to mężczyzna go sobie wyobraża, kobiecy świat w „Słodkiej przynęcie” wydał mi się aż tak rozbrajający? Na mnie zrobił wrażenie, ale tak wyraźnie zauważyłem w Serenie dobrze znane mi Panie, że odczytałem tę fikcyjną literacką postać dużo mniej fikcyjnie i literacko. Jakbym skądś ją już znał.

Wielka literatura to z pewnością nie jest, ale zbliża się jesień, wcześniej będzie robiło się ciemno, nadchodzi sezon na czytanie i jakaś „Słodka przynęta” na zainteresowanie książką pewnie by się przydała. Książkę, lekką, zabawną i nieco zakręconą, serdecznie polecam. Szczególnie paniom, bo nadzwyczaj jestem ciekaw, jak one ocenią na ile wiarygodny jest ten kobiecy światek wymyślony przez mężczyznę.