Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Pszczyna Summer Meeting 2016

Foto

Kraków, PszczynaPraga, PszczynaWiem, epatuję znajomością języków, ale tegoroczna wizyta „Brazyli” w Pszczynie zbiegła się w czasie z wizytą Krzysztofa z Marią (Stuttgart), Leszka (Wiedeń) i wspólnym wyjazdem z Moniką i Marcinem (Małopolska) w góry, co oceniłem za wystarczająco „międzynarodowe”, żeby zaszaleć z tytułem.

Zdjęć – ja i Liliani – pstrykaliśmy mnóstwo, całe setki, więc trudno było nie tylko je wybrać, ale też jakoś sensownie zaprezentować w je portalu. Każdy album, ze zdjęciami moimi i Liliani publikuję w „Serwisach fotograficznych” a tu, tylko linki do nich (poniżej oraz po pstryknięciu w zdjęcie obok).

Albumy

TatryPieninySkansen

Wrażenia

Wiem, jestem stary i staję się (chyba) sentymentalny, ale kiedy podczas obiadu w schronisku „Trzy Korony” (dawniej „Schronisko Śląskie”) wspominaliśmy z Moniką nasz ostatni w nim pobyt (1993, Zbyszek miał wtedy – ukradzione potem w Warszawie – grafitowe BMW M6), to miałem łzy w oczach. Było wtedy brudno i śmierdząco, jakieś szmaty wisiały na ścianach, w kilkuosobowych pokojach straszyły żelazne łóżka. Dziś ma 2 i 4 osobowe pokoje z łazienkami, panele słoneczne na dachu, ogródek dla dzieci (z leżakami dla rodziców), przytulną restaurację i zupełnie niezłe jedzenie.

Tak jest wszędzie. „Droga Pienińska” prowadząca brzegiem Dunajca ze Słowacji do Szczawnicy, to wprost obłęd. Pięknie wyłożona piaskowcową kostką, z oddzielnymi, oznaczonymi „ścieżkami” dla pieszych i rowerów (których było zresztą mnóstwo). Szczawnicę trudno poznać. Nad brzegiem Dunajca wszędzie bary, kawiarnie, wypożyczalnie rowerów (także z przyczepkami dla dzieci) – mnóstwo ludzi spacerujących i jeżdżących na rowerach.

Właściwie nie jeździliśmy samochodami, wynajmując po prostu mikrobusy (było nas 10 osób) – zarówno w Polsce jak i na Słowacji. W Pieninach prawie wszystkie tablice informacyjne są w dwóch językach – po Słowacku i po Polsku, WSZYSCY rozumieją po Polsku (albo się starają), często przyjmują złotówki (np. w muzeum w Czerwonym Klasztorze), nawet podczas spływu słowaccy górale opowiadają po polsku (całkiem nieźle), jeśli na tratwie płyną Polacy.

Wiem, jakie wrażenie odnieśli Brazylijczycy, choć właściwie nie wypada mi tego mówić, byli po prostu ZACHWYCENI. Polską (którą zresztą trudno im było odróżnić od Słowacji), górami, przyrodą, logistyką (mikrobusy „na telefon” ich rozłożyły), kuchnią (??? – to moje osobiste największe zdziwienie) i ludźmi … sympatycznymi, uprzejmymi i ciekawymi (skąd są ci „czarnoskórzy”?), ale WYŁĄCZNIE W MIŁY I PRZYJAZNY SPOSÓB.