Skip navigation.
Home
Jestem wesoły Romek (?) ...

Efekt Streisand

Niezbyt poważne

Efekt Streisand – rodzaj internetowego zjawiska, w którym na skutek prób cenzurowania lub usuwania pewnych informacji (plików, zdjęć czy nawet całych stron internetowych) dochodzi w krótkim czasie do rozpowszechnienia ich wśród jak najszerszej grupy odbiorców, np. poprzez stosowanie tzw. mirrorów bądź poprzez sieci peer-to-peer.

Rozgłos towarzyszący poszukiwaniu takiej, choćby błahej, informacji wpływa na wrażenie zwiększania się jej „wartości” dla potencjalnych odbiorców, co w efekcie przekłada się na wzrost jej popularności. Przykładem efektu Streisand była sytuacja po publikacji w Internecie w lutym 2009 roku filmu z rozmową Kamila Durczoka, w którym prezenter Faktów TVN używa wulgarnych słów. Telewizja TVN bezskutecznie próbowała zabronić rozpowszechniania nagrania, powołując się na prawa autorskie [Wiki].

Pazerność. Barbara Streisand

Posiadłość w MalibuPrzyczyny wywołania Internetowej burzy są różne, ale jednym z najbardziej spektakularnych jest pozew Barbary Streisand przeciwko autorom projektu „California Coastal Records Project”. Projekt polegał na bardzo dokładnym sfotografowaniu całego wybrzeża Kalifornii w celach naukowych i opublikowaniu tych zdjęć. Miało to na celu zwrócić uwagę opinii publicznej na erozję morskiego brzegu, uświadomić zagrożenie, nakłonić władze do przeciwdziałania itp.

Adwokaci Pani Barbary znaleźli, na jednym z 12 tysięcy (!) opublikowanych zdjęć („Image 3850”), bardzo dobrą lotniczą fotografię jej posiadłości w Malibu. Hurra! Zakasali rękawy i wystąpili z pozwem o naruszenie prywatności, żądając odszkodowania w wysokości … 50 tyś. USD!

Pozew – skrajnie durny – chyba nawet nie trafił na dobre do sądu, ale … wywołał nieprzewidziany oddźwięk w Internecie. Przed pozwem zdjęcie 3850 pobrane zostało 6 razy, z czego 2 razy pobrali je adwokaci Streisand a potem … w ciągu miesiąca dom Pani Barbary obejrzało 420 000 internautów!

Od tego właśnie wybuchu popularności i ważności czegoś zupełnie błahego wzięła się nazwa zjawiska – „Efekt Streisand”.

Histeria. O9F9

AACS4.Flag.jpgAACS3.Tattoo.jpgAACS1.TShirt.jpgDyski HD-DVD oraz Blue-Ray mogą być szyfrowane a wtedy nie da się ich (np.) skopiować na dysk komputera lub odtwarzać w nielicencjonowanym sprzęcie. Robi się to za pomocą AASC (Advanced Access Content System), który – sponsorowany przez paranoików typu Disney, Intel, Microsoft, Panasonic, Warner Bros., IBM, Toshiba i Sony – miał umożliwić całkowitą kontrolę nad treścią nośników.

Rozumiecie towarzysze? NASZE – KONTROLA, NASZE – NIE MOŻNA, NASZE – BO NASZE itp.

AACS8.Notebook.jpgAACS7.Bag.jpgAACS6.Einstein.jpgOkazało się, i to szybko, że to złudzenie a nie kontrola, bo wiele programów skutecznie obeszło to zabezpieczenie, ale prawdziwa awantura rozpętała się wtedy, gdy w Internecie (serwis Digg i Wikipedia) „wypłynął” 128-bitowy klucz deszyfrujący w postaci słynnej już liczby szesnastkowej:

09 F9 11 02 9D 74 E3 5B D8 41 56 C5 63 56 88 C0.

Wyobraźcie sobie, że spanikowane konsorcjum usiłowało na różne sposoby UNIEMOŻLIWIĆ PUBLIKOWANIE TEJ LICZBY, ale kiedy wystosowało histeryczne listy z pogróżkami do serwisów, wywołało wręcz rebelię w Internecie. Jak to? To teraz liczba może być czyjąś własnością?

Nastąpiła niekontrolowana reakcja łańcuchowa, w wyniku której klucz pojawił się WSZĘDZIE. Na koszulkach, tatuażach, losach pseudo-loterii, flagach, nawet Einstein (na zmontowanym zdjęciu) napisał go na tablicy podczas jednego z wykładów. W rzeczywistości klucz, komuś niezajmującemu się programowaniem i to specyficznym, nie jest do niczego potrzebny, ale „09 F9 11 02 9D 74 E3 5B D8 41 56 C5 63 56 88 C0” stała się najbardziej znaną liczba świata. Liczbą o kryptonimie „09F9”.

„ – Masz już 09F9? – Nie? – To Ci wyślę mailem”.

Głupota. Wojskowa stacja radiowa Pierre-sur-Haute

Pierre-sur-HauteOba poprzednio omówione przypadki (i wiele innych) wywołali prawnicy. Prawnicy to – generalnie – głupki, więc mnie to specjalnie nie dziwi, ale bardzo mnie dziwi, że takie same matoły pracują (O Boże! Naprawdę?) w policji.

W 2009 roku, w francuskiej Wikipedii opublikowano artykuł o wojskowej stacji radiowej w miejscowości Pierre-sur-Haute. Stacja nie jest banałem, bo stanowi jeden z elementów systemu zarządzania francuską bronią nuklearną, ale tekst nie zawierał żadnych tajnych informacji. Pochodziły one z materiałów przygotowanych do filmu dokumentalnego, wyświetlanego we francuskiej telewizji TL7 dwa lata wcześniej. Materiałów zatwierdzonych przez władze wojskowe.

Tym razem, wcale nie szybko, za to zdecydowanie, zareagowała francuska DCRI (coś jak nasze ABW). Antyterroryści wpadli z karabinami do siedziby „Wikimedia France” i zagrozili – szefowi Remi Mathis’owi – aresztowaniem, długoletnim więzieniem oraz natychmiastowym, całkowitym zablokowaniem (nie wiem o tym, żeby grozili odcięciem kabla światłowodowego do budynku, ale bym się nie zdziwił) Wikipedii, jeśli inkryminowany artykuł nie zostanie natychmiast usunięty. Mimo wszystko nie bili, nie podtapiali i nie wyłamywali palców – to prawda.

Tłumaczenia, że Wikipedia tak nie działa, że nie ma żadnego pojedynczego autora artykułu, pojedynczego miejsca przechowywania plików, że istnieją kopie artykułu w innych językach oraz (także po francusku) w innych narodowych Wikipediach a administrator w ogóle nie kontroluje zawartej w nich treści nic nie pomogły.

Broniący się jak przysłowiowy lew, lecz będący po silną presją Remi ostatecznie się poddał. Zrobił, co się dało, artykuł zniknął (z francuskiej, bo była kopia – nienaruszona – w Wikipedii szwajcarskiej) i … kryzys grożący światową wojną nuklearną został zażegnany. Trudno nie zauważyć zbrojnego ataku na Wikipedię, więc oczywiście sprawa się wydała i … domyślacie się, co się potem stało?

Artykuł natychmiast został przetłumaczony na wiele języków. Tekst, którego przedtem prawie nikt nie czytał (o wojskowej stacji radiowej, po co?), został najpopularniejszym artykułem w Wikipedii przez całe tygodnie. Remy Mathis, w uznaniu heroicznego wkładu w obronę prawa do wolności słowa, został „Wikipedystą roku 2013” a DCRI w uznaniu wyjątkowego niezrozumienia, na czym polega Internet, „Największym głupkiem roku 2013”.

Dziś artykuł, poszerzony o rozdział „Polemique”, w którym szczegółowo opisana jest cała afera, istnieje sobie w najlepsze. Wojny nuklearnej nie ma.

Bezczelność. Martha Payne

Blog MartyWiosną 2012 roku 9-cio letnia Marta Payne, dziewczynka z małego szkockiego miasteczka, zaczęła publikować na swoim Internetowym blogu … zdjęcia jedzenia, które dzieci dostają w szkole podczas lanczu.

Jasne, że nie było się czym chwalić, ale nikomu też nie było wiadomo nic o tym, że za publikacjami Marty (moim zdaniem bawiła się po prostu komputerem i smartfonem) kryje się jakiś ukryty cel, np. mają one skompromitować władze szkolne, lokalne itp.. Na wszelki jednak wypadek – władze są czujne (bezczelne i głupie) – wezwano Martę w szkole na dywanik i zakazano jej prowadzenia blogu. Kropka.

Dziewczynka z płaczem wróciła do domu, wyżaliła się ojcu, który wprawdzie na władze szkolne nie miał żadnego wpływu, ale, znowu bez specjalnego zamiaru, opublikował w Internecie informację o zamknięciu blogu córki. No i wtedy się zaczęło!

Nick NairnJamie OliverWielka Brytania oszalała, dosłownie. Wszyscy w końcu wiedzieli, że jedzenie w szkole to ściema, ale brakowało pomysłu, co z tym właściwie zrobić. No i motywacji, żeby jednak coś zrobić.

Najszybciej i najsensowniej zareagował chyba Jammie Oliver otwierając cykl programów telewizyjnych, prowadzonych razem z Martą, w których proponował proste, tanie i sensowne jedzenie typu „szkolnego”. W sprawę zaangażował się też inny słynny kucharz, z wysokiej półki, szkot Nick Nairne (najmłodszy kucharz w Szkocji, który dostał gwiazdki Michelin).

Jas FasolaCameronHuman Rights AwardsProtesty z całej Wielkiej Brytanii, nacisk wywierany na władze szkolne a w szczególności ich kretyńskie tłumaczenia, dlaczego właściwie zamknęły blog Marty, do tego stopnia spopularyzowały dziewczynkę, że z dnia na dzień stała się … sławną celebrytką. Jeszcze w 2012 roku otrzymała nagrodę „Human Rights Awards” w kategorii „Young Person of the Year”, którą dumnie odebrała w asyście polityków (Cameron) i innych celebrytów (Jaś Fasola).

Przypadek Marty jest o tyle ciekawy, że odsłonił – przypadkiem i bezlitośnie – wady systemu demokratycznego zarzadzania edukacją oraz czymkolwiek. Niestety władze, także lokalne i także szkolne, zajmują się – po to jest w końcu demokracja – następnymi wyborami a nie jakimiś tam pierdołami.

W gruncie rzeczy poprawienie jakości posiłków szkolnych nie było wielkim problemem. Zlecenia na lancze dostawały najczęściej pazerne firmy kateringowe, które zarabiały na tym interesie krocie, oszukując dzieci. Wystarczyło zamienić te pazerne firmy na mniej pazerne i bardziej pomysłowe, spopularyzować pomysł Marty, pozwolić dzieciom publikować zdjęcia zrobione w szkole i porównywać je z innymi, zrobionymi w innych szkołach. Samo by się – moim zdaniem – poprawiło.