Muzyka
Autor: romek data: sob., 2010-08-07 00:13.
Muzyka | Recenzje
Ostatnio słucham coraz więcej muzyki poważnej (czy też raczej klasycznej) i … zaczynam mieć kłopot z poleceniem czegoś do słuchania, jeśli to akurat nie jest płyta z gatunku „Classical”.
Łatwo powiedzieć, że coś mi się podoba, albo nie – jestem duży i nie muszę się tłumaczyć – ale znacznie trudniej uzasadnić DLACZEGO, a przynajmniej w recenzji jakoś trzeba (wypada) to zrobić. Tej zimy, razem z płytami kwartetu „Ebene”, wpadł mi także w ręce album J.E. Gardinera z Koncertami Brandenburskimi Bacha. „Wpadł”, to nie jest dobre słowo, bo wydawcy muzyki klasycznej nie mają żadnych oporów w ustalaniu nikczemnych cen na płyty, ale nagrania Gardinera były tak wychwalane, że się nie oparłem.
Autor: romek data: pon., 2010-07-12 22:32.
Muzyka | Recenzje
Właśnie ukazała się najnowsza płyta Macieja Maleńczuka z zespołem „Psychodanicing”. Ponieważ Pan Maciej jest ulubionym artystą MUK Marysi, nie mogłem jej (płyty!) zignorować. Jest to dwupłytowy album nagrany na dwóch, co najmniej, koncertach. Pierwszym raczej rokowym i drugim typu „Sopot” (gdzie „kiczują” smyczki), co nawet mnie zaciekawiło, bo teraz z napięciem, ale bez przesady, oczekuję następnych płyt i zadaję sobie pytanie jak daleko – w parodii kiczu – posunie się jeszcze Pan Maciek.
Bo cały projekt („Psychodancing” [2008], „Psychodancing Vol. 2” [2000] + Psychodancing Live[2010]) jest jedną wielką apoteozą kiczu – przy czym w wydaniu żylastego Maleńczuka, posiadacza prawdziwie męskiego głosu i charakterystycznego kpiącego uśmieszku – jakoś mnie to specjalnie nie razi.
Tu dygresja. Ostatnią pozycją na ubiegłorocznej płycie „Psychodancing Vol. 2” jest wiązanka (medley), w której Pan Maleńczuk „poszedł po bandzie” i zdradził co (niby) mu się z prawdziwym dancingiem kojarzy. Jak na razie tak daleko się, na szczęście, nie posunął, ale … niechcący zadał świetną zagadkę.
Maciej Maleńczuk – Medley
No proszę! Bożenka przecudnie odgadła:
- Afric Simone – Hafanana. Jeden z (dwóch) przebojów [1975] piosenkarza pochodzącego z Mozambiku, który największą popularność zdobył chyba w krajach latynoskich.
- Toto Cutugno – L’italiano. To bardzo charakterystyczna piosenka [1983] Cutugno, który znany jest głównie jak kompozytor (Dassin, Dalida) i który przez wiele lat był królem festiwalu w San Remo.
- Joe Dassin – Les Champs Elysees. Bardzo znana piosenka (z płyty o tym samym tytule [1969]) amerykańskiego (Tak! Urodzony w NY) piosenkarza, który zrobił karierę we Francji a który śpiewał w wielu językach – po francusku jednak najczęściej.
- Bee Gees – Stayin’ Alive. Mega hit [1977] mega popularnego (4 miejsce na liście największej liczby sprzedanych płyt) zespołu – ikony muzyki dyskotekowej – jedynego, który śpiewał tak nienaturalnym, łatwo rozpoznawalnym falsetem.
- Tamara Miansarova – Пусть всегда будет солнце. Bez komentarza, Sopot 1963.
- Pavol Hammel - Učiteľka Tanca. Nie wiem czy Hammel śpiewał jeszcze coś innego (ależ tak!), ale „Nauczycielkę tańca” z pewnością każdy zna. Czemu akurat ona (piosenka z płyty „HRÁČ” [1975]) była u nas w Polsce tak popularna, nie wiem.
- The Shorts - Comment ça va. Międzynarodowy hit [1983] zupełnie nieznanej, holenderskiej – dziś nazwalibyśmy ją boys-bandem – grupy „chłopięcej”.
- Marino Marini – Nie płacz, kiedy odjadę. Chyba najbardziej znany (w Polsce) przebój [1961-62] tego włoskiego piosenkarza i kompozytora. Ja znam jeszcze „Ciao ciao Bambina” i „ Come prima”. Po polsku nauczył się najprawdopodobniej na statku „Sobieski”, na którym pływał jako muzyk.
- Paul Anka – Diana. Bez komentarza. Na 50-tce Marysi oglądaliśmy nawet klip z „Dianą” [1957].
- Afric Simone – Ramaya. Drugi [1975], chronologicznie pierwszy przebój Simone’a.
Pięknie! Uzyskałaś co najmniej 18 punktów – (9) to moim zdaniem nie Jiri Korn, ale „Učiteľka” się zgadza a przy Bee Gees brakuje tytułu – na 26 możliwych!. Odgadłaś dwie (3 i 10) z tych, które mnie samemu sprawiły największy kłopot. (7) jest łatwe, (2) no... a (8) najtrudniejsze. Zgadujemy dalej, choć już wiadomo, że i Zuzia i OD przegrali z kretesem!
Autor: romek data: czw., 2010-07-01 02:32.
Muzyka | Recenzje
Mam wprawdzie kilka płyt duetu Jarrett (65, fortepian) i Haden (73, bas), więc nie jest on jakąś osobliwością, ale … po pierwsze poprzednie płyty pochodzą sprzed 30-tu lat, po drugie dopiero na „Jasmine” muzycy grają naprawdę tylko we dwójkę. Zestawienie fortepian + bas egzystuje w jazzie, ale w charakterze czegoś osobliwego (w znaczeniu „ambitnego”) toteż z nastawieniem na „koncept album” i bez zastanawiania nabyłem ostatnią płytę „króla” fortepianu.
Bardzo się zdziwiłem. Otrzymałem bowiem najlepszą płytę do kawy, jaką znam. Z niebanalnymi improwizacjami Jarreta z lekka swingującego w towarzystwie powłóczystego basu Hadena. „Niebanalnie” powoduje, że nie wstyd tego słuchać a „swingująco”, że w trakcie przechodzenia do kuchni po następną porcję tiramisu (np.) nachodzi człowieka chęć by zakołysać biodrami.
Autor: wojtek data: sob., 2010-06-12 01:26.
Muzyka | Recenzje
No … to jest temat, z którym mentalnie zmagam się już od (bardzo) długiego czasu. Pierwsze bowiem odczucie jakie nasuwa mi się przy okazji zespołu „The Black Keys” jest typu „starzec oszalał” a ponieważ szaleństwem nikt się dobrowolnie nie chwali, to i ja się powstrzymuję przed przyznaniem, że mi się taka (też) muzyka podoba. Są i inne powody milczenia. Dana Auerbacha i Patricka Carneya (bo „The Black Keys” to duet) po raz pierwszy usłyszałem zachęcony dawno temu recenzją Pana Mana w Polityce. Skąd inąd wiadomo, że Pan Man też jako „starzec oszalał” i jak się komuś podoba to, co Pan Man puszczał („puszczał”, bo już nie słucham Trójki) w Trójce w sobotnie poranki, to … sami wiecie. Wolałem milczeć.
Od tego czasu minęło kilka lat, zespół wydoroślał i z garażowego (dosłownie) projektu pary zapaleńców stał się nieomal kultowym przedstawicielem alternatywnego rocka i ugruntował swą pozycję na listach przebojów oraz – Dan i Pat – na listach celebrytów.
„The Black Keys” to jest jak na dzisiejsze czasy dość mocne dziwactwo, bo muzyka ich charakteryzuje się zupełnie nie technologicznym brzmieniem. Bezlitośnie prosty bęben, „ciężka”, chropawa i mało finezyjna gitara (na koncertach rzeczywiście grają we dwóch) za to … całkiem niebanalne pomysły muzyczne. Co w tym takiego?
Autor: romek data: czw., 2010-06-03 03:42.
Muzyka | Recenzje
Z przyjemnością informuje, że ukazał się najnowszy album Pana Jacka Johnsona – „To The Sea”. Płytę ściągnąłem (7digital) dosłownie przed chwilą i jestem w stanie opisać jedynie pierwsze odczucie. Dziwne.
Niby nic złego się nie dzieje, ale Pan Jacek ewoluuje w kierunku, niestety, dość błahego pop-rocka. Szkoda, bo świetne, melodyczne kawałki w akustycznych aranżacjach były jego najsilniejszą stroną. Są i takie na płycie w postaci np. „No Good with Faces” czy „Turn Your Love”, ale w mniejszości, co jest tym bardziej smutne, że płyta jest ekstrawagancko krótka (41min). „To The Sea”, jak zwykle u Jacka, brzmi nieźle, ale drażnią mnie nieco – a zawsze podziwiałem – aranżacje piosenek. Jest i pianino i prawdziwe rockowe (takie z „przesterem”) gitary i jakieś dzwonki i tajemnicze fifulki a w końcu – szczątkowo, ale wtedy po co? – smyczki. Występuje też (niezły) chórek – jednym słowem prawdziwie dekadencki misz-masz. Ten kram (durnowate, za to śmieszne „At or with Me”, jamajskie „From the Clouds”, afrykańskie „The Upsetter” i wreszcie kiczowate „Only the Ocean”) nawet by mi się podobał, gdyby nie to, że kilka utworów na płycie wydaje się jakby „niedorobionych”, jakby skleconych na prędce na bazie jakiegoś (może i dobrego) pomysłu. Mam, a szkoda, wrażenie, że gdyby Pan Johnson nad nimi „poślęczał”, mogłyby być lepsze. Brakło czasu?
Autor: romek data: czw., 2010-05-27 00:16.
Muzyka | Recenzje
Koncert Nohavicy w Katowicach odbył się już ponad tydzień temu, ale dopiero teraz znalazłem trochę czasu by, choć krótko, o nim napisać. Mam z tym pewien kłopot, gdyż zwykle dywaguję na jakiś nowy temat (płyta, film, koncert itp.) i łatwiej wtedy znaleźć słowa czy popisać jakimś celnym spostrzeżeniem a o Panu Nohavicy, którego każdy dobrze zna, coś niebanalnego napisać trudno.
Sala. Teatr Korez (byłem w nim pierwszy raz) to jedno z najlepszych miejsc na kameralne występy, z jakim się spotkałem. Scena z widownią stanowią ćwiartkę koła o promieniu ok. 30m, przy czym sama scena to z 10m, a reszta to stromo, amfiteatralnie wznosząca się widownia. Piszę o tym, bo wydaje mi się, że widownia, na której z każdego miejsca dobrze widać i – przy świetnej akustyce – słychać, ma wartość.
Autor: romek data: pon., 2010-03-22 21:11.
Muzyka
Po raz kolejny Ojciec Dyrektor pięknie odgadł - brawo, ale piosenka jest o tyle zjawiskowa, że warto o niej napisać kilka słów.
W oryginale nazywa się ona „Someday My Prince Will Come” [Frank Churchill/Larry Morey] i pochodzi z filmu Disney’a z 1937 roku, pierwszego pełnometrażowego filmu animowanego. Gdzieś pod koniec lat 50-tych piosenka stała się popularnym standardem jazzowym, na tyle ciekawym, że włączył ją do repertuaru Miles Davis i zatytułował tak swój „lekki” album z 1961 roku.
Nie podejrzewam jednak, by akurat ta wersja – Milesa i Coltranea – była źródłem inspiracji dla panów z Ebene. Oto „pełnometrażowa”, jazzująca wersja „Someday…” w wykonaniu kwartetu.
Autor: romek data: pt, 2010-03-19 03:05.
Muzyka
Chcąc przybliżyć wam młodzież z kwartetu Ebene odszukałem krótki film o zespole. Panowie mówią w nim – na szczęście – po angielsku, a ponieważ są Francuzami (i mówią „wyraźnie”), łatwo zrozumieć ich, całkiem ciekawe, wypowiedzi.
Co w filmie zagadkowego? Niby nic, ale jest w nim fragment, w którym na urodzinach (chyba Raphaela) panowie (wszyscy razem i to całkiem zgrabnie) ŚPIEWAJĄ. Stary, jeszcze przedwojenny „evergreen”, który każde dziecko (Uwaga! To podpowiedź) powinno znać. Pytanie jest proste: jaka to piosenka?
Autor: romek data: pt, 2010-03-19 02:42.
Muzyka | Recenzje
 “Ebene” to francuski zespół, który uważany jest obecnie za jeden z najlepszych młodych kwartetów smyczkowych. Pierre Colombet (1 skrzypce), Gabriel Le Magadure (2 skrzypce), Mathieu Herzog (altówka) i Raphael Merlin (wiolonczela) założyli go w 1999 r., gdy studiowali jeszcze w Akademii Muzycznej w Boulogne-Billancourt. Śmiało można powiedzieć, że kwartet ma na koncie więcej nagród niż płyt, bo wydał dopiero kilka płyt a tylko jedna ostatnia, „Ravel, Debussy & Faure” zdobyła wiele nagród, m.in. – „Recording of the Year” (Gramophone Magazine) i „Kammermusik-Einspielung des Jahres” (ECHO-Klassik).
Wprawdzie wybrane przeze mnie płyty zawierają nagrania utworów kameralnych kompozytorów (prawie) XX wiecznych, nie znaczy to jednak, że „Ebene” nie brał na tapetę także typowych klasyków (np. płyta „Haydn, Quators a Cordes”). Ale …
Autor: romek data: pt, 2010-01-22 03:09.
Muzyka | Recenzje
Najnowszą płytę Pana Toma mam już od dawna (niespodziewany prezent mikołajkowy - niniejszym składam pokłony darczyńcom), ale ponieważ nie jest to ani album „christmasowy” ani jakiś lekki „kawowy” (robię kawę i do wypicia nastawiam muzykę) musiał trochę poczekać na odpowiedni moment.
„Glitter and Doom” to świetnie zmontowana składanka z wielu różnych koncertów Waitsa w USA i Europie. Składa się z dwóch płyt – pierwsza z muzyką, druga z „gadkami”, czyli grobowo – dowcipnymi opowieściami Pana Waitsa, które uwielbia on wplatać w występy. Gadek niestety nie umiem ocenić, ale muzykę owszem i „Glitter…” uważam za jeden z lepszych albumów Waitsa od wielu lat. Jasne, że nie mam jakiegoś kompletnego przeglądu, ale z tego, co ostatnio słyszałem w jego wykonaniu, „Glitter…” podoba mi się najbardziej. Pisałem już, że żałuję (nieodwracalnego chyba) odejścia Pana Toma od wyraźnej stylistyki jazzowej, w której go uwielbiałem, ale … to tylko taki (mój) kaprys. Tym bardziej, że kawałki „z saksofonem” (niekoniecznie jazzowe) na płycie też są.

|
Najnowsze komentarze
20 godzin 29 minut temu
21 godzin 16 minut temu
22 godziny 57 minut temu
3 tygodnie 1 dzień temu
3 tygodnie 1 dzień temu
4 tygodnie 3 dni temu
6 tygodni 1 dzień temu
6 tygodni 6 dni temu
6 tygodni 6 dni temu
7 tygodni 8 godzin temu
7 tygodni 16 godzin temu
7 tygodni 20 godzin temu
10 tygodni 2 dni temu
10 tygodni 3 dni temu
11 tygodni 1 dzień temu