Muzyka
Autor: romek data: pt, 2010-01-22 03:09.
Muzyka | Recenzje
Najnowszą płytę Pana Toma mam już od dawna (niespodziewany prezent mikołajkowy - niniejszym składam pokłony darczyńcom), ale ponieważ nie jest to ani album „christmasowy” ani jakiś lekki „kawowy” (robię kawę i do wypicia nastawiam muzykę) musiał trochę poczekać na odpowiedni moment.
„Glitter and Doom” to świetnie zmontowana składanka z wielu różnych koncertów Waitsa w USA i Europie. Składa się z dwóch płyt – pierwsza z muzyką, druga z „gadkami”, czyli grobowo – dowcipnymi opowieściami Pana Waitsa, które uwielbia on wplatać w występy. Gadek niestety nie umiem ocenić, ale muzykę owszem i „Glitter…” uważam za jeden z lepszych albumów Waitsa od wielu lat. Jasne, że nie mam jakiegoś kompletnego przeglądu, ale z tego, co ostatnio słyszałem w jego wykonaniu, „Glitter…” podoba mi się najbardziej. Pisałem już, że żałuję (nieodwracalnego chyba) odejścia Pana Toma od wyraźnej stylistyki jazzowej, w której go uwielbiałem, ale … to tylko taki (mój) kaprys. Tym bardziej, że kawałki „z saksofonem” (niekoniecznie jazzowe) na płycie też są.
Autor: romek data: śr., 2010-01-13 13:07.
Muzyka | Recenzje
Jak dotąd konsekwentnie unikałem recenzji płyt z muzyką klasyczną (bom dyletant), ale … kiedyś wreszcie trzeba zacząć. Zmotywował mnie Pan Nigel, którego już jakiś czas temu zaliczyłem do gwiazd spadających … niesłusznie. Nagranie nie jest nowe (jest także płyta CD, lecz w innym składzie i nieco zmienionym układem utworów) i zostało dokonane się w jakimś przecudnej urody kościele w Irlandii (jeszcze nie dotarłem do tego, w jakim) z towarzyszeniem Irlandzkiej Orkiestry Kameralnej (bez „pod dyrekcją”, bo dyryguje sam Kennedy). W programie (m.in.) koncerty smyczkowe Bacha, popisowy koncert na obój i smyczki (BWV 1060) i rewelacyjny koncert na dwoje skrzypiec (BWV 1043).
Muzyka to łatwa, lekka i przyjemna, zagrana dynamicznie, z polotem i – jak u Nigela – „z przytupem”. Dosłownie, co (niestety) wyraźnie słychać przez słuchawki i na subwooferze, ale zakładam, że jest to potrzebne do wywołania efektu euforii. Na sali i wśród muzyków. Przyznaję, że się udaje – nie umiem sobie wyobrazić kogoś, kogo Nigel nie porwie w koncercie obojowym (z Panią Aisling Casey) czy podwójnym skrzypcowym (z Panią Fionnualą Hunt) – zatem tupanie wybaczam.
Autor: romek data: wt., 2009-12-01 00:43.
Muzyka
Niniejszym pragnę przypomnieć wszystkim krewnym i znajomym królika, że w najbliższą sobotę, 5-tego grudnia spotykamy się w Pszczynie na koncercie o 19.30 w Zamku. A po koncercie ....
A po koncercie zapraszamy WSZYSTKICH BEZ WYJĄTKU (nie przyjmujemy nawet usprawiedliwień od lekarza) na tradycyjne, już czwarte spotkanie w "Świątecznej gospodzie", tzn. w karczmie "Stary Młyn", nieopodal skansenu (pstryknij na dole więcej... i zobacz plan). GPS'y najlepiej nastawić na "Dworcowa 20", bo to jest adres dokładnie naprzeciwko parkingu, na którym zostawiamy samochody.
Oczywiście będą atrakcje i niespodzianki, ale na prawdę nie wiem na co tym razem macie się przygotować, gdyż - równie tradycyjny jak samo spotkanie - program "kulturalno-oświatowy" przygotowuje w tym roku MUC Monika.
Autor: romek data: wt., 2009-11-24 02:59.
Muzyka
W komentarzu do uwagi Bożenki dotyczącej „Body and Soul” napisałem (o Coltranie), że jak w Beatlesach - jest w tym coś ponadczasowego. To mało, a dokładniej „nie wszystko”. Wytrzymałem tylko jakiś czas, bo „niezachwycanie” się Coltranem jest dla mnie jak dźgnięcie szpilką w dupę. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bowiem … od dłuższego czasu słucham nagrań Coltran’a, zastanawiając się, jak wytłumaczyć, choć wiem oczywiście, że się nie da, że to jest … no po prostu gigant.
"It's Easy to Remember (And So Hard to Forget)" [Richard Rodgers, Lorenz Hart]
Jest popularną piosenką wylansowaną przez Bing’a Crosby’ego w filmie “Mississippi” z 1935 roku, która – jak wiele innych, po prostu fajnych piosenek – przetrwała próbę czasu i stała się popularnym standardem jazzowym.
Autor: romek data: czw., 2009-10-29 01:53.
Muzyka
 Zagadka została szybko i pięknie odgadnięta – brawo. Przyznam się, że sam dość długo nie wiedziałem, że chodzi o film. Na przydomek utworu Mozart’a trafiłem na jakiejś płycie i byłem przekonany, że „Elvira Madigan” była księżną, lub inną arystokratką, której Mozart poświęcił swój koncert. Jakież było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłem, że Elvira Madigan to pseudonim artystyczny panny Hedvig Jensen … XIXw „artystki” cyrkowej (dokładnie tancerki na linie).
Autor: romek data: wt., 2009-10-27 22:51.
Muzyka
Z „Cavalleria rusticana” Monika nie była aż tak daleko od filmu, jak jej się wydawało. Okazuje się bowiem, że w 1952 roku we Włoszech nakręcono film pod tym tytułem (w którym grał nawet … Anthony Quinn), niestety z operą film miał tylko wspólne libretto, bo muzyki Mascagni’ego w nim nie ma.
Ale…
W czasach, gdy filmowcom wydawało się, że film jest sztuką, cytowanie muzyki klasycznej było raczej w modzie. Monika podpowiedziała mi więc piękną zagadkę. Oto fragment filmu ze znanym motywem muzycznym (bardzo znanym). Zagadka jest prosta – „Jaki to film” lub „Co to za utwór” (pstryknij więcej...)
Autor: monika data: pon., 2009-10-26 17:26.
Luzik | Muzyka
Wczorajszy koncert z okazji XXXI Wieczorów u Telemana wydał się nader interesujący i piękny w porównaniu z tym, czym raczył nas Zamek w Pszczynie ostatnimi czasy. Mnie szczególnie zainteresował całkiem ostatni kawałek grany na drugi bis. Jak się dowiedziałam od samych muzyków była to kompozycja włoskiego kompozytora Pietro Mascagniego. Mnie przynajmniej brzmiało to jak fragment jakiejś muzyki filmowej z lat 40tych. Otóż nic bardziej mylnego, jest to bowiem fragment najsłynniejszej opery Mascagniego Cavalleria Rusticana skomponowanej w 1890 roku! Choć ów Mascagni napisał ogółem 15 oper, ta jedna z pierwszych okazała się najbardziej znana.
Autor: romek data: pt, 2009-10-23 00:14.
Muzyka
… zniechęca – ponoć - Bożenkę do słuchania jazzowych wykonań. Czy słusznie?
Body and Soul
[Frank Eyton/Johnny Green/Edward Heyman/Robert Sour]
Jest to popularna piosenka rewiowa („Three's a Crowd”) z lat 30-tych, która jakimś tajemniczym (a może wcale nie) trafem szybko zyskała popularność a z biegiem czasu (no… kilkadziesiąt lat) stała się ponadczasowym, mega-standardem jazzowym.
01 - Billie Holiday - Body and Soul (… posłuchaj). Oczywiście linii melodycznej jej nie brakuje. Choć jest to stare nagranie i drażni nieco monotonny akompaniament big-band’u, da się (być może) wyczuć w niej jakiś potencjał. Osobiście, czegoś wyraźnie wyjątkowego w piosence nie widzę.
Autor: romek data: czw., 2009-10-22 21:53.
Muzyka | Recenzje
Mówię to z żalem a nawet pewnym onieśmieleniem. „Śpiewać każdy może” – wiadomo – tylko nie jestem pewien, czy zaraz trzeba to nagrywać. Nawet biorąc pod uwagę moje bezkrytyczne uwielbienie mistrza, to, że płyta jest (mam nadzieję) tylko żartem oraz, że „christmasy” są w końcu międzypokoleniowe i ponadczasowe – nie ma zmiłuj – nie będę jej bronił. Zawsze, ze wszystkiego można „coś” zrobić (dowodem dwie niedawno recenzowane płyty), ale … trzeba mieć jakiś pomysł a w tym przypadku – mistrz zagrał „jak stał”. Niestety nie wszystkie piosenki z płyty są takie „barowe” jak ta z zagadki (szkoda, może byłoby to „coś”). W większości są to znane do bólu „Winter Wonderland”, „Silver Bells” i inne, tyle tylko, że …. śpiewa je Bob Dylan (?). Jak Dylan może śpiewać „I'll Be Home for Christmas” pewnie się domyślacie? W związku z tym płytę „Christmas in the Heart” spokojnie można pominąć przy zakupach świątecznych a piszę o niej w zasadzie na wszelki wypadek – żeby komuś nie przyszło do głowy sprezentować mi ją na gwiazdkę (gdyby – tak zupełnie przypadkiem – przyszło). Płyta pewnie nie jest aż taka zła, ale jeśli już miałbym dokonać jakiegoś „świątecznego” porównania, ona mi przypomina ozdoby choinkowe z … piaskowca. Mnie nie wzięło.
» login to post comments | 192 odsłony
Autor: romek data: wt., 2009-10-20 22:57.
Muzyka | Recenzje
Przyznam, że (trochę szkoda) odkrywcą tego albumu nie jestem. „Mostly Coltrane” jest bowiem płytą miesiąca w ostatnim numerze „Audio”. Co więcej, spośród wielu płyt, które ostatnio spotkałem, przynajmniej jazzowych i tych „nowych” jest płytą zdecydowanie się wyróżniającą, może nawet najlepszą, jaką słyszałem. Jest to jazz bezlitośnie wysokich lotów, pełen napięcia, emocji i wigoru, co jest tym bardziej ciekawe, że Steve Kuhn jest pianistą naprawdę bardzo „dorosłego” pokolenia (rocznik 1938) i o aż taką energię nie podejrzewałbym go. Może dlatego, że dobrał do nagrania muzyków prawie o pokolenie młodszych, a może dlatego, że „dziadek” Kuhn ma po prostu aż taką ikrę i nerw, wyzwaniu jakim jest nagranie muzyki Coltrane’a – przynajmniej jakoś niebanalnie, pomysłowo i świeżo – nadspodziewanie dobrze sprostał.
|
Najnowsze komentarze
7 tygodni 4 dni temu
10 tygodni 5 dni temu
10 tygodni 5 dni temu
10 tygodni 6 dni temu
13 tygodni 5 dni temu
13 tygodni 6 dni temu
14 tygodni 1 dzień temu
14 tygodni 2 dni temu
14 tygodni 4 dni temu
14 tygodni 4 dni temu
14 tygodni 5 dni temu
15 tygodni 2 godziny temu
15 tygodni 2 godziny temu
15 tygodni 3 godziny temu
17 tygodni 12 godzin temu