Z przyjemnością informuje, że ukazał się najnowszy album Pana Jacka Johnsona – „To The Sea”. Płytę ściągnąłem (7digital) dosłownie przed chwilą i jestem w stanie opisać jedynie pierwsze odczucie. Dziwne.
Niby nic złego się nie dzieje, ale Pan Jacek ewoluuje w kierunku, niestety, dość błahego pop-rocka. Szkoda, bo świetne, melodyczne kawałki w akustycznych aranżacjach były jego najsilniejszą stroną. Są i takie na płycie w postaci np. „No Good with Faces” czy „Turn Your Love”, ale w mniejszości, co jest tym bardziej smutne, że płyta jest ekstrawagancko krótka (41min). „To The Sea”, jak zwykle u Jacka, brzmi nieźle, ale drażnią mnie nieco – a zawsze podziwiałem – aranżacje piosenek. Jest i pianino i prawdziwe rockowe (takie z „przesterem”) gitary i jakieś dzwonki i tajemnicze fifulki a w końcu – szczątkowo, ale wtedy po co? – smyczki. Występuje też (niezły) chórek – jednym słowem prawdziwie dekadencki misz-masz. Ten kram (durnowate, za to śmieszne „At or with Me”, jamajskie „From the Clouds”, afrykańskie „The Upsetter” i wreszcie kiczowate „Only the Ocean”) nawet by mi się podobał, gdyby nie to, że kilka utworów na płycie wydaje się jakby „niedorobionych”, jakby skleconych na prędce na bazie jakiegoś (może i dobrego) pomysłu. Mam, a szkoda, wrażenie, że gdyby Pan Johnson nad nimi „poślęczał”, mogłyby być lepsze. Brakło czasu?

Najnowsze komentarze
6 dni 23 godziny temu
1 tydzień 3 dni temu
7 tygodni 1 dzień temu
7 tygodni 4 dni temu
7 tygodni 4 dni temu
7 tygodni 4 dni temu
7 tygodni 4 dni temu
7 tygodni 5 dni temu
7 tygodni 5 dni temu
7 tygodni 5 dni temu
7 tygodni 5 dni temu
8 tygodni 4 dni temu
8 tygodni 4 dni temu
8 tygodni 5 dni temu
9 tygodni 1 dzień temu